Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą UMA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą UMA. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 3 listopada 2025

Brad Steiger - SPOTKANIA Z OBCYMI (7)

 

ROZDZIAŁ 7 -  Obrzydliwości.

 

Nasza świadomość posiada ciekawą właściwość. Gdy jesteśmy w stanie szoku, nie jesteśmy w stanie zapamiętać dobrze tego, co obserwujemy i co więcej – zdarzenie przedstawia się nam w zgoła w innym świetle, niż to było w rzeczywistości. Doskonałym przykładem na powyższe są relacje świadków i ofiar wypadków lub zbrodni. Prowadzący śledztwo niejednokrotnie gubią się w gmatwaninie zeznań do tego stopnia, że trudno im jest ustalić rzeczywisty przebieg wydarzenia.

 

7.1. CE2 z Bigfootem.

 

W ufologii takim ekstremalnym przykładem są CE0, CE3 i CE4, w czasie których dochodziło do spotkań z groteskowymi potworami, które czasami znajdowały się w pobliżu przyziemionego NOL-a.[1] Najczęstszym powodem milczenia na ten temat był strach i obrzydzenie – co jest zrozumiałe. Dobrze ilustruje to poniższa historia 70-letniego Williama Bosaka z miejscowości Frederick (WI), który milczał na temat tego, co widział osobiście i dopiero po paru tygodniach odważył się opowiedzieć o tym wydarzeniu reporterowi lokalnej gazety „Pionier Press” ze St. Paul (MN), a było to tak:

Pewnego grudniowego wieczoru 1974 roku, pan Bosak wracał ze spotkania z kooperantami. Była godzina 22:30. Wieczór był mglisty, po jezdni sunęły szerokie pasma mgieł, spowodowane przez strumienie ciepłego i wilgotnego powietrza, stykającego się z chłodnym gruntem. Bosak jechał powoli, uważnie wpatrując się w drogę, którą oświetlał światłami mijania, a nie drogowymi czy jodami. Kiedy zbliżył się na pół mili od domu, zobaczył coś na poboczu drogi i zatrzymał się.  W odległości kilku stóp zobaczył coś bardzo dziwnego – jakąś Istotę w niezwykłym pojeździe. Bosak powiedział później naszemu reporterowi:

- Ta dziwna istota w pojeździe trzyma ręce w górze, jakby chciała pokazać, że nie ma broni lub złych zamiarów. Jej oczy były przerażone!

Według Bosaka Istota ta miała porośniętą włosem głowę po obu stronach twarzy, z tym, że twarz ta była bezwłosa. Włosy sterczały jej jak kolce jeża. Nie mógł niczego powiedzieć o jej ubraniu, bowiem porastały ją włosy o kolorze czerwono-brązowym. Jej uszy przypominały uszy cielaka i odstawały od czaszki na jakieś 6-8 cm. Istota ta mogła mieć około 180 cm wzrostu, co nie jest takie pewne, jako że pojazd unosił się 60 cm ponad ziemią. Bezwłosa twarz, długie uszy i zjeżone włosy nadawały jej przerażający wygląd – powiedział Bosak. Ręce Istoty pokrywało również futro – jak resztę ciała.

- Gdy zrównałem się z prawą stroną obiektu, który był odległy o 2 m ode mnie, ta Istota obserwowała mnie bacznie. W momencie mijania NOL-a wydawało mi się, że NOL ruszył w moją stronę i w samochodzie zrobiło się ciemno.

NOL wystartował, gdy Bosak go wyminął – rozległ się świszczący głos, a obiekt niemal otarł się o auto.

Na pytanie, czy Istota ta wyglądała bardziej na zwierzę czy na człowieka, Bosak odparł, że na człowieka. Nie mógł niczego powiedzieć o jego oczach, ale stwierdził, że były one ludzkie w kształcie. Szyja była średniej długości, głowa wielkości głowy dorosłego człowieka. Nie pamięta rysów twarzy. Ogólnie rzecz biorąc, opis tego stworzenia nie odbiega daleko od opisów istot w rodzaju Yeti, czy jego amerykańskiego odpowiednika – Bigfoot.[2]

NOL mierzył ok. 2 m średnicy. Z powodu mgły Bosak nie mógł precyzyjnie określić, czy NOL leżał na ziemi, czy wisiał nad gruntem. Mgła zasłaniała jego dolną część. W ogóle NOL przypominał laboratoryjny szklany dzwon. Nie posiadał swego oświetlenia, a oświetlały go jedynie światła samochodu.

Inne przypadki napotkania „szklanych dzwonów”[3] z „prawie ludzkimi” pasażerami były również opisywane na łamach prasy ufologicznej. Rok wcześniej, w październiku 1973 roku, podobny incydent zdarzył się w Cincinatti (OH),  gdzie pani Reafa Heitfield poinformowała prasę o przerażającym stworze zamkniętym w czymś w rodzaju szklanego dzwonu.

„Canadian UFO Report” nr 21/1975 zamieszcza raport pp. Wymanów z Columbia Falls (MT), którzy zaobserwowali i udokumentowali fotograficznie spotkanie z dziwną istotą zamkniętą w szklanym dzwonie.[4] Czy ta „metoda szklanego dzwonu” jest używana przez Ufonautów w celu zrzucania dziwnych istot na Ziemię? A może jest to metoda podróżowania z innego czasoprzestrzennego wymiaru do naszego? [5] Czy tajemnica potworków w szklanym dzwonie jest częścią tajemnicy NOL-i? Być może kiedyś się tego dowiemy – a kto wie, czy nawet może wcześniej, niż się tego spodziewamy?

 

7.2. Potworek w bańce

 

Nocą 21 października 1973 roku, 48-letnia rozwódka i jej trzej synowie spali twardo w swym domu na kołach. Pani R.H. obudziła się około godziny 02:30 i wstała z łóżka, by się czegoś napić. Zauważyła światło płynące zza zaciągniętych zasłon, a gdy je odsłoniła, to zauważyła rządek świateł uformowanych w łuk, znajdujący się nie dalej, niż 1,8 m od jej okna.

- Każde światło było tej wielkości, że można je było nakryć rozczapierzoną dłonią – zeznała później przesłuchującemu ją Leonardowi Stringfieldowi, ufologowi współpracującemu ze „Skylookiem”.[6] Te sześć świateł znajdowało się na wysokości 1,3 m nad ziemią i świeciły różnymi kolorami – od soczyście niebieskiego do srebrzystego – Były piękne jak światełka na choince. Wydawały się być podświetlone od wewnątrz i nie rzucały światła na powierzchnię gruntu.

W chwili, gdy „światełka choinkowe” wisiały na zewnątrz, jej uwagę przyciągnął daleki, silny strumień światła na parkingu oddalonym znacznie od jej przyczepy, w zachodnich dzielnicach Cincinatti. W strumieniu światła stał samochód zaparkowany na chodniku. W jego pobliżu pani R.H. zauważyła naraz jakąś małpopodobną istotę. Mimo przerażenia obserwowała ją przez jakieś 2-3 minuty. Istota ta stała przy samochodzie i pomyślała ona, że coś przy nim majstruje. Wbiegła do pokoiku jej syna Carla i próbowała go obudzić – bezskutecznie. Powróciła więc do okna i stwierdziła, że Istota przeszła tymczasem na inne miejsce, oddalone ok. 12 m od domu, gdzie znowu znalazła się w strumieniu światła lub bańce świetlnej, która wg pani R.H. przypominała damską parasolkę spływająca z jej ramion. Jaskrawe światło zawierało się w granicach określonych przez tą parasolkę. Istota ta była wyraźnie widoczna i pani R.H. była w stanie opisać ją dość dokładnie. Stwór ten nie miał szyi, za to był szeroki w pasie. Twarz była pozbawiona znaków szczególnych. Świadek utrzymuje, że ta „bańka” miała jakieś 210 cm średnicy, i była dostatecznie wielka dla kilku Istot, jak ta, którą obserwowała. Chociaż nie widziała żadnych narzędzi czy maszyn w środku „bańki” widziała, jak Istota wykonywała rękami jakieś ruchy sugerujące prowadzenie jakiejś manipulacji. W chwili, gdy pani R.H. zdecydowała się wezwać policję i spróbowała to uczynić, dziwny „stwór w bańce” znikł.

Czy stwór widziany przez nią był tego samego pochodzenia, co Yeti i Bigfoot? Być może czas i dalsze obserwacje powiedzą nam coś więcej.

 

7.3. ...a poznacie Ich po zapachu...

 

Niemal integralną częścią zjawisk związanych z obserwacjami „potworów” jest nieprzyjemny, często mdlący odór. Coś takiego przydarzyło się dwóm młodym małżeństwom pewnej księżycowej nocy w styczniu 1967 roku w Elfers k./New Port Richey (FL). Wracali oni z potańcówki i zamierzali zatrzymać się na parkingu. Na krótko przed zatrzymaniem się, jedna z kobiet zaczęła uskarżać się na nieprzyjemny smród. Jej towarzysze początkowo docinali jej ze śmiechem, że jest to naturalny zapach lasu, ale ona uparła się, ze ten zapach jest zupełnie inny. Później przestali, bo też poczuli ten zapach, który przybrał na sile i stał się mdlący. Zanim jednak zbadali tą sprawę, to ujrzeli stworzenie wielkości małej małpy, które wskoczyło na maskę samochodu. Cała czwórkę ogarnęła panika. – To stworzenie wyglądało jak małpiatka – oświadczyło jedno z nich – ale było szare z płonącymi, zielonymi oczami.[7]

Kierowca zapalił silnik, a „małpiatka” zeskoczyła z maski i pognała w las. Czwórka naszych bohaterów zawróciła na tańce i tam opowiedziała tę historię funkcjonariuszowi policji, który miał tam służbę. Oględziny maski samochodu przyniosły rezultat w postaci śladów zielonkawej lepkiej wydzieliny, którą można było zebrać zwykłym scyzorykiem.

Ufolodzy, którzy badali tę sprawę stwierdzili, że cała czwórka zeznaje niemal słowo w  słowo to samo, co inni świadkowie. Takie zdarzenia nie są czymś niezwykłym na terenach przyległych do rzeki Anclote. W samej rzeczy – niejednokrotnie meldowali lokalnej policji o czymś, co nazywano „odrażający” czy „przerażający człowiek piasku”. Wielokrotnie spotykali go turyści, myśliwi i plażowicze. Wielu z nich opisywało go/ją/to (???) jako istotę o wzroście 180-210 cm, ciężką, szarą pokrytą długim włosem i wydzielającą niemożliwy do zniesienia smród. Wygląda na to, że nasza czwórka widziała młodego osobnika tego gatunku.

Nieco wcześniej – w dniu 30 listopada 1966 roku, w godzinach 21:00-22:00 pewna kobieta wymieniająca oponę w okolicach Brooksville (FL), poczuła dziwny, nieprzyjemny zapach. Jednocześnie usłyszała trzask gałęzi krzaków rosnących po obu stronach autostrady. Odwróciła się i ujrzała ogromne, porośnięte długim, szarym włosem stworzenie zmierzające w jej stronę. Na szczęście potwór interesował się bardziej rozmontowanym kołem, niż nią samą. Opowiedziała ona potem ankieterom, że istota ta była wyprostowana jak człowiek i obserwowała z zainteresowaniem jej czynności. Kobieta była zbyt przestraszona, by krzyknąć, zamarła w przerażeniu i modliła się tylko, by podjechał ktoś. Niebiosa wysłuchały jej modlitwy, bowiem po krótkim czasie pojawił się jakiś samochód, a dziwna istota dała nura w krzaki. Pani owa opisała potem ja jako małpoluda z płonącymi, zielonymi oczami, pokrytego szarym włosem.

Gazety na Florydzie wielokrotnie podawały relacje o spotkaniu z „Sandmanem”, jak je nazwano, ale nikt jak dotąd nie zabił jej czy złapał żywcem...[8]

Pani Eula Lewis, zamieszkująca od dłuższego czasu w okolicach Brooksville, powiedziała ankieterowi i badaczom tego fenomenu, że jest na tropie tego stworzenia, od czasu, kiedy po raz pierwszy zauważyła je w 1964 roku, krótko po incydencie Johna Reveesa z NOL-em, który miał miejsce w tym samym rejonie. Wg pani Lewis, ślady pozostawione przez te stworzenia przypominają ślady bosych ludzkich stóp , ale w żadnym przypadku nie są to ślady niedźwiedzia. W czasie swego spotkania z tym humanoidem pani Lewis nie czuła żadnego zapachu, ale przyznała, że stała na nawietrznej stronie od Sandmana[9].[10]

 

7.4. Druga tajemnica Yeti.

 

Przenieśmy się teraz do Turcji. 14 maja 1964 roku miało tam miejsce zadziwiające wydarzenie, którego bohaterem był Ismir Bey i jego żona, którzy jadąc drogą zauważyli na niebie srebrny dysk, który był wielki jak dom.[11]

Nagle dysk gwałtownie „spadł z nieba” i uderzył w grunt w wybuchu płomieni. Jesty to jeden z wielu raportów o katastrofach NOL-i, ale to, co później nastąpiło jest już zupełnie nietypowe. Ze szczątków rozbitego dysku wynurzył się wielki włochaty stwór i zbliżył się do Bey’ów. Bey wyskoczył z auta i starł się z dziwnym stworem, który uderzeniem łapy pozbawił go przytomności. Pani Bey powiedziała potem, ze stwór uciekł do pobliskiego lasu i nie wyrządził im już żadnej krzywdy.

Inny raport o obserwacji „monstrum” napłynął z drugiej strony Atlantyku, z miejscowości Dalles (OR).

 

7.5. Monstrum z Dalles.

 

Było to w maju 1971 roku, a bohaterem tego wydarzenia był Joe Madeiros, który podlewając kwiaty przed swym biurem ujrzał stworzenie, które opisał w biurze szeryfa w następujący sposób: ... było ono wysokie na 3 m, owłosione szaro, a jego ramiona były długie do kolan. Było ono podobne do małpy i jestem pewien, że nie był to niedźwiedź.

Nazajutrz Joe oraz trzej portlandzcy biznesmeni jadąc na konferencję zauważyli coś stojącego w polu, obok wielkiego głazu narzutowego. To „coś”, wedle ich relacji, zeszło z erratyku i poszło polami w stronę samotnego drzewa, którego wysokość wynosiła 240 cm, a gdy zrównało się z nim, to wzrost humanoida przewyższał jego wysokość o jeszcze 2 stopy, czyli wynosił 3 m! Joe początkowo nie mówił niczego nikomu o humanoidzie z obawy, że zostanie wyśmiany. Dopiero następnego dnia „puścił farbę”.

W tej samej części miasta odnotowano więcej doniesień o zaobserwowaniu tajemniczego potwora. Dwie noce później, nauczyciel muzyki w miejscowej szkole średniej – Richard Brown wracając ze swą żoną do domu, w światłach reflektorów samochodu dojrzał zarys sylwetki stojącej obok samotnego dębu pośród pól. Była mniej więcej godzina 21:30. Brown zatrzymał samochód i z bagażnika wydobył sztucer z 4-krotnym celownikiem optycznym. Stworzenie stało nieporuszenie przez 5 minut, dając Brownowi sposobność przyjrzenia mu się przez celownik. Opis stworzenia był identyczny z opisem podanym przez Medeirosa. I tak, jak w tamtym przypadku – Humanoid ulotnił się z tego terenu i nic więcej o nim nie można było powiedzieć.

Takie raporty o tego rodzaju spotkaniach nie są niczym nowym. Te datowane sprzed 1947 roku (pierwsza obserwacja NOL-i) mają wiele tradycji w różnych częściach świata. I tak w Tybecie i Himalajach mówi się o Yeti czy Mi-go lub Mi-tenh – czyli „odrażającym Człowieku Śniegu”, w USA i Kanadzie słyszy się o Bigfoot (dosłownie: „Wielkostopy”) czy o Sasquatch. Parę lat temu obserwowano w stanie Missouri potwora zwanego tam MoMo.

Fakty rodzą pytania, a z pytań rodzą się hipotezy. Jedna z nich głosi, że potwory te są brakującym ogniwem pomiędzy małpą a człowiekiem, których Obcy używają jako swe zwierzęta doświadczalne lub domowe i desantują je na Ziemię  w celu zbadania tamtejszego środowiska przed mającą nastąpić inwazją. Natomiast inne hipotezy głoszą, że to właśnie one mają być samymi Obcymi.

 

7.6. NOL i małpolud z Pensylwanii.

 

18 maja 1975 roku, o godzinie 22:00, państwo Arlotta zajmowali miejsca w swym samochodzie gotując się do powrotu do swego domu od swych krewnych w Gettysburgu (PA).[12] Pani Arlotta zapaliła silnik wozu i naraz zauważyła dziwny obiekt na niebie lecący nad nimi. Mąż poprosił ją o wyłączenie silnika, a gdy to zrobiła, to oboje usłyszeli dziwny dźwięk. NOL poruszał się ze wschodu na zachód i opisali go jako wielki owal, który był jasnożółty na dole i ciemniejszy na górze. W ciemniejszej części znajdowało się 6 okienek, oświetlonych od wewnątrz czerwonym światłem. Okienka te były kwadratowe. Arlottowie obserwowali dziwny obiekt, a w minutę później zawołali swych krewnych i później już 5 osób oglądało NOL-a, który zbliżał się do nich, lecąc na wysokości ok. 200 m nad ziemią. Nagle NOL wykonał gwałtowny zwrot pod kątem 90o w lewo i w tym czasie jego kolor zmienił się z żółtego na pomarańczowy, jednocześnie NOL zaczął nabierać wysokości. Świadkowie pognali za nim samochodem, ale stawał się on coraz bardziej pomarańczowy i mniejszy, a gdy skręcili na drogę nr 130, to stracili go z oczu. Wszyscy zgodnie oceniali, ze widzieli tego NOL-a w czasie 4 minut.

Następnego dnia samotny kierowca jechał do swego domu w Jeanette. Gdy wjechał on na ten sam teren przyległy do drogi nr 130, coś przykuło jego uwagę po lewej stronie szosy. Zatrzymał się i cofnął swój samochód. W odległości kilkuset metrów zauważył on coś, co przypominało mu owczarka alzackiego, ale w chwilę później zorientował się, że to „coś” było raczej małpą, a nie owczarkiem. Po paru sekundach stworzenie to stanęło na tylnych nogach i jak człowiek pobiegło do pobliskiego lasu. Opis stworzenia wyglądał następująco: wzrost 210-240 cm, pokryte było ono gęstą,    czarną   sierścią. Świadek, który był zatwardziałym sceptykiem i nie wierzył w opowieści o Bigfootcie, teraz uwierzył w nie.

Obserwacja NOL-a pierwszej nocy i obserwacja Bigfoota w drugą noc miały miejsce na terenach oddalonych od siebie o ćwierć mili.[13] Była to pierwsza obserwacja takiego stworzenia na tym terenie w czasie ponad jednego roku.

 

7.7. Ociężały gigant na Presque Isle.

 

31 lipca 1966 roku, wielu mieszkańców Erie (PA) poczuło naraz, że „coś” wylądowało na brzegu Presque Isle Penninsula Park.[14] Około godziny 22:00, dwaj strażnicy – Robert Loeb jr. i Ralph E. Clark udali się samochodem w kierunku Szóstego Sektora Brzegowego. Tam znaleźli oni ugrzęzły w piasku samochód, w którym znajdowali się: Douglas Tibbets (lat 18), Betty Jean Elem (16) oraz Anita Haifley (22). Powiedzieli oni strażnikom, że czwarty członek ich grupy – Gerard La Belle (26) udał się w poszukiwaniu pomocy, więc strażnicy nie muszą im jej udzielać. Strażnicy odpowiedzieli, że wrócą tu za 40 minut, aby zobaczyć, czy samochód jest już uwolniony.

Kiedy powrócili oni znów na teren Szóstego Sektora stwierdzili, że La Belle jeszcze nie powrócił do zakopanego samochodu, a w dodatku Doug Tibbets oświadczył, że stało się coś strasznego. Coś dziwnego wylądowało na Siódmym Sektorze i wtedy pasażerowie usłyszeli jakiś dziwny dźwięk dochodzący stamtąd. Strażnicy poszli więc z Tibbetsem we wskazanym kierunku i po przebyciu około 300 metrów plażą nie znaleźli źródła dźwięku. Chociaż było ciemno i nie można było zidentyfikować żadnych śladów, ludzie postanowili zbadać kilka z nich. Nagle rozległ się klakson ze strony zarytego samochodu. Gdy wrócili na miejsce, znaleźli obie dziewczyny w różnych stadiach histerii. Clark uspokajał pannę Elem, która krzycząc usiłowała uciec plażą. Odtworzono później to wydarzenie, i wg oświadczenia całej trójki przebiegło ono następująco:

Krótko po odjeździe strażników, parę minut po 22:00, automobiliści ujrzeli jasne światło „wielkie jak dom” opadające na Siódmy Sektor. Zgodni oni byli co do tego, że ów NOL miał kształt grzyba i miał szereg okienek w tylnej części. Gdy NOL wylądował na brzegu, zmienił swój kolor na czerwony, natomiast ich samochód „zatrząsł się i zawibrował” wskutek uderzenia NOL-a o brzeg. Po wylądowaniu obiekt zaczął wydobywać z siebie dźwięk „taki jak dzwonek telefoniczny”. Przerażeni świadkowie przycupnęli w samochodzie, gdzie zdjęci strachem obserwowali „promienie świetlne” wydobywające się z UFO i omiatające plażę „tak, jakby czegoś szukały”. W tym momencie ukazał się samochód patrolowy. Czerwone światło NOL-a rozbłysło, zaś „promienie świetlne” pociemniały. A w czasie, kiedy Tibbets ze strażnikami przeszukiwali plażę na Siódmym Sektorze, panna Elem ujrzała „monstrum”.

Była to wysoka, wyprostowana sylwetka, która ja okropnie przeraziła. Wtedy nacisnęła klakson i trzymała go tak długo, aż istota ta znikła w krzakach. Oczy panny Elem były jeszcze czerwone od płaczu, gdy na scenie pojawili się dziennikarze. Szef strażników Parku Narodowego Dan Dascanio przesłuchał całe towarzystwo i oświadczył, że nie ma on podstaw do podejrzeń ich o głupie żarty. Poza tym znaleźli się inni świadkowie, którzy widzieli także NOL-a i przerażające światła krytycznego wieczoru.

Następnego dnia badacze odnaleźli na piasku kilka śladów, wskazujących na przypuszczalne miejsce lądowania NOL-a. znaleziono kilka trójkątnych wgnieceń i odcisków stóp, prowadzących od miejsca lądowania do punktu odległego o 4 m od zarytego w piachu samochodu. Zdjęcia odcisków pazurzastych łap opublikowano szeroko w krajowej prasie.

 

7.8. Upiorki przy moście.

 

Poniższy raport pochodzi od Roberta Hunnicutta i dotyczy incydentu, który miał miejsce w marcu lub kwietniu 1955 roku. Raport ten został opublikowany w „Skylook”, w jego numerze listopadowym 1974 roku. A oto, co mu się przydarzyło:

Hunnicutt jechał drogą na trasie Madeira – Loveland Pike, gdy naraz zauważył on trzech ludzi stojących na poboczu drogi, plecami do okalających drogę krzewów. Był on zmęczony, wracał z pracy, była godzina 03:30. w pierwszej chwili pomyślał, że mężczyźni modlą się na poboczu drogi. Zdumiony zatrzymał samochód i wtedy zrozumiał swój błąd – to nie byli mężczyźni – to nie byli nawet ludzie! Postacie te były niewielkiego wzrostu i stały w równych odstępach, patrząc na przeciwległą stronę drogi. Postać stojąca na skraju nagle uniosła ręce ponad głowę z czymś w rodzaju pręta czy łańcucha w dłoniach. Wtedy Hunnicutt zobaczył białe i niebieskie iskry przeskakujące poniżej i powyżej pręta, pomiędzy rękami.

Wydarzenie to miało miejsce na odludnym terenie. Na zachód od drogi znajdowały się duże obszary leśne. Istota zniżyła pręt do swoich stóp i Hunnicuttowi wydawało się, ze przymocowała go do swych kostek. Naraz wszystkie postacie wykonały zwrot w lewo, stając twarzą do Hunnicutta, który tymczasem wyszedł ze swego auta, i bez żadnego dźwięku ruszyły na niego. Świadek widział je doskonale, bowiem oświetlały je światła jego wozu. Postacie te były wysokie na metr i ubrane w kombinezony o kolorze ich twarzy – czyli szarawe. - Byli Oni średnio brzydcy – lapidarnie opisał Ich świadek.[15]- Ich twarze miały bezwargie usta i spłaszczone nosy. Oczy były normalne, choć bez brwi. Górna część głowy była łysa i miała fałdę tłuszczową przebiegającą przez środek. Ich ciała były jeszcze dziwniejsze: ręce były nierównej długości – prawa dłuższa od lewej. Po prawej stronie klatki piersiowej znajdowała się wypukłość. Ubrania powyżej pasa były obcisłe i właściwie nie bardzo było wiadomo, gdzie kończy się ubranie a gdzie zaczyna skóra, która była tego samego koloru, co ubiór. Poniżej pasa Stwory nosiły luźne spodnie. Biodra i pasy tych Istot wyglądały ciężko.

Zdumienie odjęło Hunnicuttowi mowę i zarazem strach przed dziwnym trio. Stał on po lewej stronie auta, a potem zaczął iść w kierunku zbliżającej się trójki. Opisując Ich chód użył on słowa «wdzięczny». W pewnym momencie świadek wyczuł telepatycznie, że powinien stanąć. Obserwował on dziwne trio przez parę minut i w końcu postanowił poszukać kogoś, kto byłby mu za świadka. Ale kiedy już dostał się do swego wozu, został uderzony falą silnego zapachu «świeżo siekanej lucerny i migdałów». Gdy odjechał z miejsca CE, dopiero wtedy poczuł strach. Była prawie 04:00 i Hunnicutt pełnym gazem pojechał do domu, skąd udał się do Johna K. Fitza – szefa policji w Loveland. Tam opowiedział, co mu się przydarzyło. Fitz powiedział później, że Hunnicutt miał taki wygląd, jakby zobaczył ducha i relacjonował zbyt gwałtownie. Policjant podszedł do niego i sprawdził, czy świadek jest trzeźwy. Był trzeźwy i nie sprawiał wrażenia «naćpanego» narkotykami. Obiecał mu, że sprawdzi teren, a jemu samemu polecił udać się do domu. Fitz ubrał się, zabrał aparat fotograficzny oraz pistolet i pojechał na poszukiwania. Przejechał tą trasę 4 czy 5 razy, ale nie znalazł niczego podejrzanego. Skomentował to później, że czuł się jak nabity w butelkę największy głupiec w Lovelandzie. Jednakże zapytany, co zrobiłby, gdyby spotkał tych trzech humanoidów odpowiedział, że wysiadłby z auta i starał się z nimi dogadać. Zakonkludował: Zresztą ktoś musi to zrobić prędzej czy później...

Strach jest najgroźniejszy wtedy, kiedy ma ludzkie oblicze...

 

a



[1] Lub NOL (czy nawet kilka NOL-i) unosił(o) się nad takim stworzeniem, jak to miało miejsce w Dobrej k./Szczecina w 1978 roku – uwaga tłum.

[2] Środkowo-azjatycka odmiana Yeti nazywa się Ałmas lub Ałmasny. Radziecka i rosyjska literatura ufologiczna także wiąże obecność NOL-i z tymi istotami – przyp. tłum.

[3] W światowej literaturze ufologicznej takie urządzenie określa się jako urządzenie typu „bell-jar” – przyp. tłum.

[4] „Canadian UFO Report”, vol. 3, nr 4/1975 – przyp. aut.

[5] Istnieje możliwość, że zrzucane są przez nich nie tylko istoty opisane w rozdziale, ale również inne tzw. zwierzęta reliktowe, które mogą pochodzić nie tyle z innej planety, ile w dalekiej Przeszłości lub Przyszłości geologicznej naszej planety i dostawać się w naszą Rzeczywistość wskutek chronoklazmu, a nie celowego działania – uwaga tłum.

[6] „Skylook” nr 12/1973 – przyp. aut.

[7] J. Whitenour i B. Steiger – „Saga”, luty 1968 – przyp. aut.

[8] Ch. Carter wykorzystał ten motyw w jednym z odcinków swego serialu „Z Archiwum X” – przyp. tłum.

[9] Zajmujący się humanoidalnymi istotami z UFO i tematami pokrewnymi amerykański ufolog Albert Rosales z Miami (FL) potwierdził wszystkie tutaj wymienione i opisane relacje o spotkaniu z „Abominable Sandmanem”, które miały miejsce na Florydzie w opisywanym czasie. Faktycznie istnieje tam nieznany nauce, bardzo ostro śmierdzący gatunek małpy zwany przez miejscowych „skunk monkey” – skunksią małpą, którą obserwowano niejednokrotnie na półwyspie Floryda – przyp. tłum.

[10] To właśnie m.in. o takich istotach pisał w swych opowiadaniach słynny „Cień z Providence” amerykański pisarz horrorów H. Ph. Lovecraft. Jak widać, nie pisał on z głowy, ale w oparciu o relacje z realnych zdarzeń, które miały miejsce w USA – uwaga tłum.

[11] Zob. „Canadian UFO Report”, vol. 2, nr 4/1975 – przyp. aut.

[12] S. Gordon – „UFO and Creature Observed in Same Area in Pennsylvania” w „Skylook” nr 11/1975 – przyp. aut.

[13] Czyli ok. 400 m – przyp. tłum.

[14] Jest to teren parku narodowego, którego część znajduje się na półwyspie Presque – przyp. tłum.

[15] T. Bloecher – „Occupant Case Detailed” w „Skylook” nr 11/1974 – przyp. aut.

niedziela, 20 sierpnia 2023

Syrena z Peru

 


Albert Rosales

 

Lokalizacja: Venecia, Peru (S 12°14’39” – W 076°57’39”)

Data: 2000 r.; czas: popołudnie

Opis wydarzenia:

Grupa drwali podróżowała łodzią motorową po jednej z lokalnych rzek, kiedy dwóch mężczyzn zauważyło coś w rzece i powiadomiło resztę znajdujących się na pokładzie. Zaskoczeni, zobaczyli kobietę płynącą tuż przed łodzią. Wydawała się bardzo zwinna w swoich ruchach; była piękna, z długimi blond włosami i wyjątkowo bladą skórą. Widząc piękną kobietę, „kierowca” przyspieszył start, próbując dogonić tajemniczą kobietę. Mimo jego usilnych starań nigdy nie udało im się dogonić kobiety, gdyż pływała z niesamowitą prędkością i bez widocznego wysiłku, momentami pojawiała się na około dwa metry od łodzi, ale potem zanurzała się, i wypływał znacznie dalej, cały czas oddalając się od łodzi. Zaskoczeni wytrzymałością kobiety mężczyźni zrezygnowali z pościgu. Najwyraźniej zauważając, że mężczyźni zaprzestali pościgu, kobieta odwróciła się, spojrzała na nich przelotnie, po czym zanurzyła się i zniknęła z pola widzenia.

Kiedy zanurzyła się, oszołomieni świadkowie zauważyli, że zamiast nóg kobieta miała długi, przypominający rybi ogon, wyrostek. Po spotkaniu mężczyźni odmówili podróży tą samą rzeką, bojąc się, że „syrena” zatopi ich łódź i zabierze ich ze sobą.

 

Dodatek HC:

Źródło: Victor Hugo Velasquez Zea, „Sirenas y Yakurunas: Mito y realidad de los Espiritus agua en Peru” (Syreny i Yakurunas: mit i rzeczywistość peruwiańskich duchów wodnych). (wydanie hiszpańskie) (s. 105).

Wersja Kindle.

Typ: E

 

Przekład z angielskiego - ©R.K.F. Sas – Leśniakiewicz

sobota, 29 października 2022

Potwór z Exmoor

 

Panthera pardus - czy to ona jest potworem z Exmoor?

Sprawa potwora z Exmoor stanowi kolejną zagadkę kryptozoologii i stanowi news z cyklu „Puma na wolności”, „Znów widziano Megalodona” czy „Chupachabra morduje”, etc. etc. Jak dotąd nie złapano żadnej z tych UMA[1] i zagadka – w tym potwora z Exmoor – jest nadal nierozwiązana. Słowacki dziennik „EX PRESS” w numerze 21 z dn. 26.V.1990 roku donosił na ten temat:

 

Już w trakcie pierwszych oględzin martwej owcy, angielski farmer Mike Williams uświadomił sobie, że padła ona ofiarą napaści niezwykłego stwora. Owca miała rozdarty kark, odgryzione lewe ucho, a to co z niej zostało przypominało resztki rozdeptanego motyla. Poza tym drapieżnik wyssał z niej wszystką krew.

- Zawołałem ojca i innych farmerów. Nikt przedtem nie widział, by ktoś zabijał owce w ten sposób – powiedział Mike Williams reporterowi z agencji Reuters. Tajemniczy napastnik rozerwał owcę tak szybko, że zwierzę nawet nie zdawało sobie sprawy z napaści.

Ta ofiara jednak nie była pierwszą. W Exmoor, rzadko odwiedzanym regionie zachodniej Anglii, leżącym 320 km na zachód od Londynu, od 1983 roku wydarzyło się ponad 100 tego rodzaju przypadków. Istnieje tutaj kilkanaście gospodarstw farmerskich oddalonych znacznie jedno od drugiego.

Pierwsza fala tych wydarzeń panikę. Ani myśliwym, ani wypróbowanym tropicielom, ba! – nawet jednostkom piechoty morskiej, które przeczesywały teren o powierzchni 670 km kw. – nie udało się natrafić na „potwora z Exmoor”. Mieszkaniec – Nigel Breely, który niedawno napisał książkę „Nocny łowca” wspomina:

- …Nikt z nas nie wiedział, jak się mamy do tego zabrać. Jeden zabrał ze sobą siatkę na motyle, inny – znany specjalista od chwytania dzikich psów – zabrał ze sobą potężny połeć mięsa…

Wszyscy mieszkańcy Exmoor przypomnieli sobie psa Baskerville’ów i doszli do wniosku, że mają do czynienia z anormalnie wielkim psem, który zadomowił się w ich krainie. Jednakże pozostawione przezeń ślady, sposób atakowania ofiary z góry i groźny ryk, który słyszeli Breerly’owie i ich towarzysze nasunęły im przypuszczenie, że mają do czynienia z pumą.

- Słyszałem ten ryk dwa razy – mówi Mike Williams, który mieszka w tych stronach od końca lat 50. – od którego włosy stają dęba na głowie ze strachu. To słyszeli także inni farmerzy – a niektórzy twierdzą, że widzieli go i nawet szli po jego tropach.

Jeden z nich - Roy Brummer, kierownik szkółki strzeleckiej zobaczył pewnego ranka, jak niedaleko jego domu niezwykły stwór zeskoczył ze skarpy na drogę i skrył się w gęstwinie.

- Był wielkie jak wschodnioeuropejski owczarek, tyle że miał cienkie nogi, wydawało mi się, że jest silny i zwrotny. Umaszczenie miał żółtobrązowe, ale w mroku to było trudno ustalić – powiedział Brummer.[2]

Według jego rozeznania była to puma. Strefa występowania tych drapieżników rozciąga się od NW Kanady aż do Ameryki Południowej. I chociaż pumy nie występują w Wielkiej Brytanii, Breely twierdzi, że jakaś puma uciekła z prywatnego rezerwatu i od paru lat tuła się po kraju.[3]

Oczywiście istnieją przeciwstawne hipotezy. Dug Richardson – główny specjalista ds. kotowatych w londyńskim ZOO – podchodzi sceptycznie do relacji świadków. Twierdzi, że pumy ryczą bardziej specyficznie, podobnie jak lisy i koty domowe. Poza tym nie stwierdzono przypadku, aby pumy wysysały krew ze swych ofiar. Drapieżniki z rodziny kotowatych w czasie chodzenia nie wysuwają pazurów, natomiast „exmoorski potwór” w czasie chodu wysuwa je, co widać po jego śladach…

 

Źródło – „Sfinks” nr 2/1991, s. 32.

Przekład ze słowackiego - ©R.K.F. Sas - Leśniakiewicz

 

 



[1] Unknown Mysterious Animal – nieznane tajemnicze zwierzę, kryptyda.

[2] Opis potwora jest nader podobny do opisu afrykańskiego UMA zwanego przez Somalijczyków „mngwa” lub „nunda” (por. Bernard Huevelmans - „Na tropie nieznanych zwierząt”).

[3] Temat „pumy na wolności” jest w lokalnej prasie brytyjskiej wymienny z tematem „Nessie na wolności” – zwłaszcza w sezonie ogórkowym!

środa, 27 czerwca 2018

Zagadki jeziora Turgojak




Swietłana Sawicz


Według legendy, jezioro zostało tak nazwane od imienia młodzieńca Tura i dziewczyny Gojak, dla której Tur przyniósł wodę z Bajkału. Ale lingwiści uważają, że słowo Turgojak pochodziło od baszkirskiego turgie jak kul – czyli jezioro na wierzchu.  

To duże, słodkowodne jezioro w Czelabińskiej Obłasti – N 55°09’34” – E 060°04’17”; 315 m n.p.m. – dzięki czystości wody nazywają młodszym bratem Bajkału. Miejscowo wierzą w to, że kąpiel w nim odmładza. Ale jezioro Turgojak słynne jest nie tylko ze swych leczniczych właściwości, ale z całego szeregu osobliwości. Tutaj na wyspach znajdują się kamienne pomniki megalityczne. W wodach jeziora pluska się jakieś gigantyczne stworzenie, a na brzegach jakoby można było spotkać Pozaziemian.


Starożytne budowle


Maksymalna głębokość tego zbiornika wodnego wynosi 34 m. W zależności od poziomu wody na jeziorze można doliczyć się 10-12 wysp. Największą z nich jest wyspa Wiery. Wedle podania, to tutaj w jaskini w XIX wieku zamieszkiwała pustelnica Wiera, która nie poddała się woli rodziców i nie wyszła za mąż za kogoś, kogo nie kochała. Ona przywdziała szatę mniszki i leczyła połamańców z wielu chorób.

Do tego czasu wyspa nazywała się Pinajewskim Ostrowem – na cześć towarzysza broni Jemieliana Pugaczowa o nazwisku Pinajew, który ukrywał się w tamtej okolicy. Potem Wiera Pustelnica przyszła na jego miejsce.
Ale jaskinie na wyspie są starsze od Pinajewa i pustelnicy. Archeolodzy ustalili, że były one zamieszkałe przez ludzi już kilka tysięcy lat temu. Waga największej płyty przykrywającej wejście wynosi 17 ton. Jak ludzie nie znający jakichkolwiek mechanizmów mogli podnieść i zamocować ją w ciasnym, kamiennym pomieszczeniu? Ta zagadka pozostaje bez odpowiedzi.

Uczeni przypuszczają, że megalityczne (tj. zbudowane z ogromnych kamiennych bloków) budowle na wyspie to są pozostałości po wielkiej świątyni i komór grzebalnych. Wedle poglądów badaczy, takie budowy były ponad siły nielicznych grup koczowniczych, a zatem Wyspa Wiery była najwidoczniej centrum silnego państwa.

Budowniczowie megalitów byli ludźmi inteligentnymi: wszystkie budowle na wyspie są dokładnie zorientowane wedle stron świata. Wedle poglądów dawnych zachód kojarzył się z zachodem słońca i śmiercią, dlatego po zachodniej stronie rozmieszczono megality związane z pogrzebami. Wschód dla naszych dalekich przodków oznaczał wschód Słońca i zakwitanie życia, tak więc na wschodniej stronie wyspy znajdują się pionowe monolity symbolizujące męskie i żeńskie początki.

Każda konstrukcja została wzniesiona z uwzględnieniem dnia równonocy i przesilenia letniego oraz zimowego i w te dni promienie słoneczne padają na określone miejsca.

Ale i ci budowniczowie megalitów nie byli pierwszymi, którzy zamieszkiwali wyspy na jeziorze Turgojak, bowiem uczeni odkryli, że ludzie mieszkali tam od 60 do 100 tysięcy lat temu. Pozostały po nich ślady ich zamieszkania i wskazujące na to, że to miejsce dla nich też było świętym.






Rysunek na namiocie


Kolejny raz jezioro Turgojak przyciągnęło uwagę w 2005 roku. Pod koniec sierpnia, mieszkaniec miejscowości Złatoust – Dimitri N. przyjechał tutaj na wypoczynek. Pogoda była piękna, i tylko ostatniego dnia przebywania mężczyzny nad jeziorem spadł deszcz.

Nad ranem, około godziny czwartej, Dimitri się przebudził. W namiocie było bardzo jasno. Mężczyzna wyjrzał na zewnątrz i zauważył, że światło pochodziło od wiszącego w powietrzu nieopodal namiotu obiektu kulistego kształtu. Dimitri doszedł do wniosku, że to piorun kulisty i zamarł w bezruchu bojąc się poruszyć, aby nie ściągnąć na siebie świecącego obiektu.

Po kilku minutach światło zgasło – szybko, jakby ktoś je wyłączył. Mężczyzna poczekał czas jakiś, a potem wrócił do namiotu, ale zasnąć już nie mógł. Tak więc zdecydował się na sporządzenie sobie śniadania i zapalił kocher. Płomienie oświetliły dach namiotu. Na nim została wyrysowana dziwna sylwetka, przypominająca klasycznego Ufiastego humanoida z książek czy filmów: dwoje wielkich oczu, wyciągnięta twarz, nos przypominający niewielką trąbkę słonia.

Tymczasem przestało padać. Do rana namiot wysechł i dziwny rysunek znikł. Za Dimitrim przyjechał jego przyjaciel Siergiej aby zabrać go do domu. W czasie zwijania obozowiska znów zaczęło padać i obaj mężczyźni zobaczyli, jak na płótnie namiotowym znów pojawia się sylwetka Ufiastego.

Dimitri opowiedział o tym, co mu się przydarzyło nocą. Przyjaciele postanowili sprawdzić czy zagadkowy rysunek powstaje w momencie kontaktu brezentu z wodą. Namiot dokładnie wysuszyli przy ognisku – i sylwetka znikła. A potem brezent namoczyli i „twarz” humanoida pojawiła się ponownie. Wobec tego spakowali się i odjechali zabierając namiot ze sobą.

Dimitri opowiedział o incydencie uralskim badaczom zjawisk anomalnych. Oni obejrzeli namiot i przekonali się, że pod wpływem wody pojawia się na nim rysunek przypominający „twarz” humanoida.

Niestety, Dimitri nie chciał oddać bezpłatnie namiot do dalszych badań i eksperymentów, a podanej przez niego sumy badaczom nie udało się zebrać, tak więc tajemnica „turgojakskiego Obcego” do dziś dnia pozostaje tajemnicą.[1] 


Sztuczki błyskawicy


Niektórzy specjaliści od zjawisk anomalnych sądzą, że w takim przypadku miało miejsce coś związanego z ceranografią. To ma miejsce w czasie uderzenia pioruna, kiedy to na skórze człowieka naraz pokazuje się obraz otaczającego pejzażu czy znajdujących się obok innych ludzi. podobne historie znane są z dawniejszych czasów. Arabski geograf i podróżnik  z X wieku – Al-Masudi w jednej ze swych książek opisuje, jak u wojownika uderzonego przez piorun w czasie walki, na głowie pojawił się rysunek: skrzywiona z bólu twarz wroga, którego w tym momencie on przebił mieczem.

W Pensylwanii pod koniec XX wieku, na piersi zabitego przez piorun mężczyzny, który szukał schronienia przed burzą pod drzewem, ukazał się obraz tego kącika Natury: wyobrażenie zagajnika i liście paprotnika.

Być może ten obiekt, który widział Dimitri był faktycznie piorunem kulistym, a na brezencie namiotu powstał obraz kogoś, kto stanął tam wtedy? Czy ten rysunek ma coś wspólnego z właściwościami fizycznymi i chemicznymi brezentu? Większość hipotez zmierza do jednego: obok namiotu miało miejsce silne wyładowanie elektryczne – albo od pioruna kulistego albo od tellurycznej energii elektrycznej, w rezultacie którego doszło do zjawiska ceramografii – tylko że zdjęcie ukazało się nie na ludzkiej skórze, a tylko na brezencie namiotu.
Ale co konkretnie pojawiło się na tym namiocie? Tutaj poglądy badaczy się rozchodzą: jedni mówią, że to była jakaś powiększona projekcja jakiegoś owada, inni uważają, że było to zdjęcie jakiegoś przypadkowego nagromadzenia gałązek, a wielu jest przekonanych o tym, że jest to zdjęcie jakiegoś pozaziemskiego stworzenia, które w tym momencie prawie znajdowało się koło namiotu.


Sensacje archeologiczne


W 2015 roku, nad jeziorem Turgojak pracowała ekspedycja archeologów-płetwonurków. Badania przy pomocy najnowocześniejszej aparatury doprowadziły do najdziwniejszych i najbardziej sensacyjnych odkryć.

Po pierwsze – okazało się, że do Wyspy Wiery od brzegu ciągnie się grobla z kamieni o prawidłowej, geometrycznej formie.

Po drugie – na głębokości 2 m udało się odkryć dolmen[2] – niezwykłą kamienną budowlę o kształcie pieczary, którą jakieś 5000 lat temu wyciosano w skalnym gruncie. Ponadto pod wodą znaleziono ślady dawnego warsztatu kamieniarskiego – ociosane bloki skalne i ich odłamki.

Także na dnie jeziora odkryto zasilające je źródło. Kształtem przypomina ono mały krater wulkaniczny – stożek o średnicy ok. 1 m, z którego wydobywa się silna struga zimnej wody.[3] 

Na dnie znaleziono także wielkie kamienne czasze, także sztucznego pochodzenia. Uczeni doszli do wniosku, że ongi palono tam ogień i one służyły za sygnały nawigacyjne. Tym bardziej, że na dnie jeziora znaleziono wraki dawnych statków, drewnianych części, które nie mają żadnych metalowych złączy czy gwoździ – być może statki te budowali ludzie nie znający zastosowania metali.

Kierownik ekspedycji – starszy pracownik naukowy Uralskiego Oddziału RAN – Stanisław Grigoriew objaśnił te wszystkie znaleziska tym, że dawniej poziom wody w jeziorze był o 3 m niższy, a pomiędzy brzegiem a Wyspą Wiery istniał pomost. Tym sposobem megalityczne budowle na wyspie mogły być zbudowane przez dawnych ludzi zamieszkujących brzegi jeziora.


Czarny wąż wodny


W sierpniu 2016 roku media opowiedziały o jeszcze jednej zagadce jeziora Turgojak. Mieszkaniec Miassy – Michaił Nienarokow płynął kajakiem nieopodal miejsca, które miejscowi nazywają Krutiki (oficjalna nazwa Krutaja Skała, która znajduje się niedaleko od publicznej plaży). Naraz przed nim na wodzie pokazały się dziwne koła czarnego koloru, a które przypominały sploty wielkiego węża.

Michaił przyznaje, że się bardzo przestraszył, ale nie bacząc na to filmował zwierzę na video przez 20 minut. Zapis ten Nienarokow wrzucił na trzy strony do Internetu.

Komentując je, użytkownicy ogólnoświatowej Sieci wysnuli dwie podstawowe hipotezy: 
1 – to mogły być kawały nurków, którzy z własnej inicjatywy lub też na życzenie miejscowych z brzegowych osiedli wykonali makietę gigantycznego zwierzęcia i kierowali nim spod wody, w celu napędzenia nad jezioro żądnych sensacji turystów. 
2 – sam Michaił Nienarokow przekonany co do tego, że widział wielkiego węża wodnego, a także wideo udostępnione w Internecie ukazuje rzeczywiście jakiegoś zwierzaka, a nie makietę. Przez analogię z potworem ze szkockiego jeziora Loch Ness czarnemu wężowi wodnemu z Turgojaku już nadano nazwę Miassnessie…  


Źródło – „Tajny XX wieka”, nr 8/2017, ss.32-33
Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz  

   


[1] Nie jest to wypadek odosobniony.  Takich przypadków chęci zarobienia na artefaktach jest wiele i zawsze kończyły się utratą już to przez zgubienie już to przez zniszczenie. Niestety winę za to ponoszą przede wszystkim media, które usiłują zrobić z nich medialne hity i płacą czasami za nie bajońskie sumy. Praktyka ta przynosi więcej szkód niż pożytku – q.e.d. Jest ona bardzo na rękę siłom pragnącym przejąć lub zniszczyć wszelkie artefakty pozostawione przez Obcych na Ziemi.
[2] Zazwyczaj dolmeny składają się z jednego dużego bloku kamiennego podpartego kilkoma mniejszymi blokami. Według poglądów niektórych uczonych, były to grobowce ludzi w Starożytności, co nie jest jednak całkowicie pewne.
[3] Stąd właśnie najprawdopodobniej poszła legenda o tym, że pod jeziorem znajduje się drugie jezioro – stąd właśnie pochodzi jego baszkirska nazwa – „Jezioro Na Wierzchu”.