Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą artefakty Obcych. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą artefakty Obcych. Pokaż wszystkie posty

sobota, 16 sierpnia 2025

Miloš Jesenský - BOGOWIE ATOMOWYCH WOJEN (27)

 

DODATEK D – STATEK KOSMICZNY OBCYCH NA WOKÓŁZIEMSKIEJ ORBICIE?

 

18 grudnia 1955 roku, w przestrzeni kosmicznej, w bezpośredniej bliskości Ziemi zaszło pewne dziwne wydarzenie – jaskrawy błysk światła, wybuch. Ale co mogło eksplodować w próżni? A oto próba odpowiedzi zamieszczona w rosyjskim czasopiśmie „Kalejdoskop NLO” nr 51 (318)/2003 a dnia 15 grudnia 2003 roku.

 

Nieziemskie satelity na orbicie!

 

W lutym 1960 roku, Departament Obrony USA oświadczył, że na wokółziemskiej orbicie odkryto Nieznany Obiekt Orbitalny – NOO – o masie około 15 ton. Wojskowi zaczęli sobie łamać głowy nad tym, co to takiego i czy przedstawia ono zagrożenie dla bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych. W Pentagonie byli absolutnie przekonani, że nie był to radziecki sztuczny satelita Ziemi, a to dlatego, że śledzili oni starty radzieckich rakiet kosmicznych i znali trajektorie radzieckich sputników. Był to okres Zimnej Wojny i trwał pojedynek dwóch Supermocarstw w dziedzinie podboju Kosmosu.

Po sześciu latach, w dniu 2 listopada 1966 roku, dowództwo obrony przeciwlotniczej USA i NORAD wydały oświadczenie na temat odkrycia trzech kolejnych NOO nieznanego pochodzenia.

Po dalszych 13 latach, w dniu 20 sierpnia 1979 roku, Związek Radziecki podjął pałeczkę w badaniach satelitów Ziemi nieznanego pochodzenia.  Tego właśnie dnia, południowo-afrykańska gazeta „Rand Daily Mail” opublikowała wywiad z radzieckim uczonym, astrofizykiem dr Siergiejem Pietrowiczem Bożiczem, w którym przyznał on, że ZSRR od samego początku swego programu wystrzeliwania sputników na orbity wokółziemskie prowadzono dokładną radarową kontrolę przestrzeni kosmicznej wokół Ziemi. Dzięki temu odkryto NOO, które nie należały ani do ZSRR ani do USA. Inne kraje nie mogły wchodzić w rachubę, bowiem po prostu nie miały możliwości technicznych wystrzeliwania satelitów na orbitę wokół naszej planety.

 

Tajemniczy wybuch w Kosmosie...

 

Według słów dr Bożicza – radzieccy uczeni obliczyli orbity niektórych z tych NOO. Rezultaty tych obliczeń zaszokowały specjalistów: te obiekty stanowiły części jakiegoś większego ciała, które rozpadło się na orbicie. A to znaczyło, że w dniu 18 grudnia 1955 roku, w bezpośredniej bliskości planety Ziemia, eksplodowało i rozpadło się na fragmenty jakieś ciało kosmiczne o średnicy około 80 metrów. Radziecki astrofizyk wysunął przypuszczenie, że mowa tu o statku kosmicznym, który eksplodował na w czasie zbliżania się do Ziemi lub na wokółziemskiej orbicie.

 

... i nie widać rozwiązania zagadki!

 

Niewiarygodne? Oczywiście! Ale amerykańscy specjaliści, którzy także przeanalizowali dane z obserwacji tajemniczych NOO na wokółziemskich orbitach, doszli do identycznego wniosku. Amerykański astronom dr John P. Bagby opublikował w 1969 roku swe obliczenia orbit małych satelitów Ziemi. Według jego poglądów, 18 grudnia 1955 roku, na orbicie wokółziemskiej coś rzeczywiście wybuchło, ale dr Bagby nie miał na myśli statku kosmicznego.

I tak jedna z zagadek naszej najbliższej i tak ponoć dobrze zbadanej części przestrzeni kosmicznej pozostała niewyjaśniona do dnia dzisiejszego. Być może doszło tam do zderzenia się dwóch asteroidów? A może to jakiś asteroid rozpadł się pod wpływem sił ziemskiego ciążenia? A może – jak głosi jedna z najfantastyczniejszych hipotez – był to statek kosmiczny z innej planety, który latał po wokółziemskiej orbicie parkingowej i tam eksplodował z nieznanej przyczyny? Albo może przyleciała do nas kosmiczna sonda sterowana przez automaty. W każdym przypadku, udowodniono, że nie był to jakiś tajny satelita, wystrzelony w największej tajemnicy przez któreś z Supermocarstw.

Pozostało mieć nadzieję, że kiedyś tam ziemska nauka dobierze się wreszcie do tych odłamków orbitujących w Kosmosie, i ich pochodzenie zostanie ustalone bez żadnych wątpliwości.

 

 

Przyznaję, że przekładając ten tekst poczułem się, jak kot, który złapał wyjątkowo smakowitą mysz. Od kiedy przetłumaczyłem książkę Petera Krassy – „Największa zagadka stulecia” (Berlin – Frankfurt nad Menem 1996) i zredagowałem opracowanie pt. „Bolid Syberyjski” (CBUFOiZA, 2002 – na prawach rękopisu), to przez cały czas w materiałach przewijała się ta dziwna sprawa NOO zwanych w Rosji Czarnym Księciem (po rosyjsku: Чёрной Принц) czy na Zachodzie Czarnym Baronem (Black Baron). Obie te nazwy są używane wymiennie na nazwanie obiektu(ów), które obserwowano pod koniec lat 40. i na początku lat 50. w najbliższej nam przestrzeni kosmicznej. Obserwowano je także w Polsce – zainteresowanych odsyłam do mojego referatu na VII UFO Forum we Wrocławiu w dniu 13 kwietnia 2003 roku, który jest dostępny na stronie internetowej Centrum Badań UFO i Zjawisk Anomalnych: http://ufo.internauci.pl.

Ciekawa jest tutaj jeszcze jedna sprawa, a mianowicie: data 20 sierpnia 1979 roku. Fani polskiej ufologii wiedzą, o co chodzi – to data spadku (a raczej przelotu) Wielkiego Bolidu Polskiego – tajemniczego ciała kosmicznego, które wieczorem tego dnia albo przeleciało nad Skandynawią, Polską, Ukrainą i wpadło do Morza Czarnego gdzieś na wysokości Konstancy w Rumunii, albo odleciało z powrotem w przestrzeń kosmiczną gdzieś nad Morzem Czarnym i Turcją... Pytałem o to w czasie II Miedzynarodowej Konferencji Ufologicznej w Debreczynie we wrześniu 1996 roku Węgrów – m.in. Gabora Tarcali’ego i znanego także w Polsce pisarza Istvána Nemerego, Rumunów – pisarza prof. dr Calina N. Turcu, red. Petera Leba i innego pisarza Gyorgy’ego Mandicsa; Bułgarów – Kiriła Kaneva i Turków – dr Akdogana Haktana (szefa istambułskiego „Siriusa”, znanego już polskim Czytelnikom z artykułu na temat Wielkiego Bolidu Tureckiego z dnia 1 listopada 2002 roku, opublikowanego na łamach „Nieznanego Świata” w 2003 roku) – odpowiedź była zawsze negatywna. Tak już mówiąc nawiasem, to być może dowiedziałbym się czegoś więcej rozpytując wśród byłych pracowników rumuńskiej Securitate, bułgarskiej Drżavnej Sigurnosti czy radzieckiego KGB i GRU, którzy stacjonowali w tych krajach...

A swoją drogą, to zaiste dziwny to zbieg okoliczności: ponad połową Europy przelatuje dziwny bolid – nie-bolid, a na drugim końcu świata południowoafrykańska publikuje wywiad z radzieckim astrofizykiem na temat NOO. Przypadek? Nie ma takich przypadków. Teraz to rozumiem. Po prostu on wiedział, że w każdej chwili może dojść do spadku takiego obiektu w każdym punkcie naszej planety. No i Norwegowie, Szwedzi, Duńczycy, Polacy, Słowacy i Ukraińcy wyciągnęli Czarnego Piotrusia. 20 sierpnia 1979 roku podziwiali przelot Wielkiego Bolidu Polskiego, który mógł być jednym z fragmentów tajemniczego Czarnego Barona czy jak kto woli – Czarnego Księcia...

Nie podzielam optymizmu Autorki i uważam, że już nie ma się do czego śpieszyć. To, co latało na tych orbitach albo spadło w atmosferę ziemską i spłonęło, albo oddaliło się poza pole grawitacyjne naszej planety i poleciało w Kosmos. Ale jeżeli jest na orbicie choć jeden odłamek Czarnego Księcia, to sądzę, że warto będzie go poszukać już to w Kosmosie, już to na dnie Morza Czarnego, i zbadać.

Tylko co nam przyniesie ta wiedza???...

 

Galina Sidniewa

 

Przekład z j. rosyjskiego –

 Robert Leśniakiewicz

 

czwartek, 2 czerwca 2022

Baza humanoidów pod lodami Antarktydy

 


Linda Moulton Howe publicznie oznajmiła że „Jacyś humanoidzi przebywali w bazie liczącej 34 mln lat 3,2 km pod Antarktydą”.

Linda Moulton Howe od ponad dwóch lat pracuje w towarzystwie świadka, który widział, co się tam robi. Według świadka na Antarktydzie jest coś prawie niewiarygodnego, na przykład humanoidy w masywnych strukturach zbudowanych głęboko pod powierzchnią.

Ponadto archeolodzy podjęli próbę odkrycia jedynie niewielkiej części konstrukcji. Reszta z niej jest teraz zakopana pod lodem.

Konstrukcja, według radaru, ma zarys ośmiokąta, który zajmuje ponad 62 akry, czyli 25,09 ha.

Obejrzyj poniższy film, aby uzyskać więcej informacji, i nie zapomnij dać nam znać, co myślisz. Przekaż ten post wszystkim znajomym, którzy mogą go uznać za interesujący.

Zob. film: https://youtu.be/ZlOPsidcBfo

 


Moje 3 grosze

 

Informacja ta jest bardzo ciekawa, jako że o Szóstym Kontynencie wiemy niewiele i na dobrą sprawę możemy się tam spodziewać wszystkiego – od ruin miast Dinozauroidów i atlantydzkich kolonii aż do baz Kosmitów. Niestety – wiele wskazuje na to, że ktoś się naoglądał „Predatora i Obcego” albo naczytał prozy E.A. Poëgo, R.E. Howarda, adm. R. Byrda czy W. Reeda… Problem polega na tym, że jest niezwykle trudno ją zweryfikować – nie ma podanej żadnej wskazówki, co do lokalizacji tego miejsca. A bez tego informacja ta jest niewiele warta.

Pozostaje mieć nadzieję, że kiedyś być może rzeczywiście znajdziemy coś ciekawego na Antarktydzie, a jak na razie, to pocieszajmy się meteorytami, które tam się znajdują w dużych ilościach…    

 

Źródło - https://news156media.com/archives/49199?fbclid=IwAR1z3NKbiy-2LZPFprBNKwZhdGjWPFXrCntgdlYnsU_4O9nDcRO-vNUvd0E

Przekład z angielskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz

sobota, 23 kwietnia 2022

Goście z Kosmosu: meteoryty

 


Od czasu do czasu spadają na Ziemię i budzą ogromne zainteresowanie – nie tylko badaczy. Ładny czy rzadki meteoryt na rynku minerałów i skamielin kosztuje kilka tysięcy euro czy dolarów. Ale jest jeszcze jeden powód, dla którego warto szukać meteorytów nawet na dnie Wszechoceanu – jest nim ich pochodzenie.

 

Avi Loeb chce poszukiwać obcych cywilizacji na dnie oceanu. To nie jest głupi pomysł

 

W październiku 2017 r. astronomowie po raz pierwszy w historii odkryli w Układzie Słonecznym obiekt, który przyleciał w naszą okolicę z innego układu planetarnego. Ten międzygwiezdny podróżnik nazwany ‘Oumuamua wylatywał już wtedy z Układu Słonecznego i nie było już większej możliwości dotarcia do niego i pobrania próbek. Takich obiektów musi być jednak więcej. Prof. Avi Loeb z Uniwersytetu Harvarda ma pomysł na ich poszukiwanie. Dość oryginalny.

W momencie odkrycia ‘Oumuamua obiekt znajdował się „zaledwie” 30 mln km od Ziemi. Trajektoria jego lotu wskazywała, że mógłby on do nas przylecieć z okolic Wegi, najjaśniejszej gwiazdy w gwiazdozbiorze Lutni. Jeżeli faktycznie tak było, to dzielące Wegę i Słońce 25 lat świetlnych, obiekt ten mógł pokonać w ciągu ostatnich 300.000 lat.

 

Po przelocie przez punkt najbliższy Słońcu we wrześniu 2017 r. obiekt rozpoczął podróż na zewnątrz Układu Słonecznego. Choć jego prędkość spadała, to naukowcy dostrzegli, że nie spada ona w taki sposób, w jaki powinna, zupełnie tak jakby posiadała własne źródło energii. Niegrawitacyjne przyspieszenie planetoidy ‘Oumuamua sprawiło, że część naukowców – w tym prof. Avi Loeb – zaczęło podejrzewać czy niepozorna planetoida nie jest jakimś artefaktem wysłanym w przestrzeń kosmiczną przez przedstawicieli obcej cywilizacji. Pomysł ten na pierwszy rzut oka wydaje się szalony i całkowicie niepoważny. Wystarczy jednak chwilę pomyśleć, aby uświadomić sobie, że nie jest to nierealne, wszak sami jesteśmy cywilizacją, która w ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat wysłała w przestrzeń międzygwiezdną sondy kosmiczne, które także będą przez miliardy lat przemierzały kosmos i być może kiedyś wlecą przypadkiem w jakiś układ planetarny. Takimi sondami są chociażby sondy Pioneer 10 i 11, Voyager 1 i 2, czy w końcu sonda New Horizons. Skoro my mogliśmy takie sondy wysłać, to mogła też jakaś inna cywilizacja.

Od czasu odkrycia ‘Oumuamua naukowcy odkryli jeszcze jeden obiekt międzygwiezdny – kometę 2I/Borisov, a ostatnio także odkryli jeszcze jeden obiekt tego typu w danych archiwalnych.

 

8 stycznia 2014 r. w atmosferę Ziemi wszedł meteoroid (oznaczony później CNEOS-2014-01-08), którego prędkość wskazuje, że pochodził on spoza Układu Słonecznego. Szacunki wskazują, że obiekt ten wchodząc w ziemską atmosferę miał około metra średnicy i masę rzędu 500 kg. Możliwe także, że część tego obiektu przetrwała lot przez atmosferę i spadła do oceanu.

 

Wyprawa po międzygwiezdną rybkę

 

Avi Loeb szacuje, że na każdy obiekt wielkości ‘Oumuamua (rzędu kilkuset metrów średnicy) w Układzie Słonecznym może znajdować się milion obiektów takich jak ów meteoroid z 2014 roku. Część z takich obiektów może wpadać w ziemską atmosferę. Część z nich z kolei może przetrwać lot przez atmosferę i lądować na lądzie lub w oceanach. Obiekt zarejestrowany w 2014 roku wylądował na dnie oceanicznym w pobliżu Papui-Nowej Gwinei.

Naukowiec stawia zatem pytanie, czy powinniśmy jednak zająć się przygotowaniem misji, która dogoni ‘Oumuamua, zbada jej naturę i przywiezie próbki gruntu na Ziemię, czy też może lepiej byłoby przygotować ekspedycję, która poszukiwałaby szczątków meteorytu międzygwiezdnego na dnie oceanu? Ta pierwsza misja kosztowałaby około miliarda dolarów, druga – jakieś dziesięć tysięcy razy mniej.

 

W miejscu, w którym wylądował CNEOS-2014-01-8 ocean ma kilka kilometrów głębokości, a niepewność miejsca lądowania wynosi ok. 10 km. Z pewnością poszukiwanie szczątków do łatwych nie będzie należało, ale teoretycznie można byłoby zlokalizować obiekt za pomocą potężnego magnesu, wydobyć go z dna oceanicznego i przewieźć do laboratoriów na lądzie. Po raz pierwszy w historii ludzkość miałaby okazję dotknąć – dosłownie – skały z innego układu planetarnego niż Układ Słoneczny. Przy okazji można by było sprawdzić, czy aby na pewno była to jedynie skała, czy też może wytwór obcej technologii, swego rodzaju Voyager z innej gwiazdy.

 

Aktualnie zespół pracujący pod kierownictwem prof. Loeba na Harvardzie zajmuje się przygotowaniem projektu takiej misji poszukiwawczej. Zważając na upór i determinację prof. Loeba możemy się spodziewać, że już wkrótce w okolicach Papui-Nowej Gwinei pojawi się jakaś jednostka badawcza, która będzie poszukiwała międzygwiezdnego podróżnika na dnie oceanu.

I jeszcze jedna ciekawostka związana z meteorytami i Wszechoceanem.

 


Asteroida wpadła bo Oceanu Arktycznego – w 2 godziny po odkryciu!

 

Kratery impaktowe, odkrycia meteorytów itp. Wybuch Tunguski… Jesteśmy świadkami, że nasz ląd jest bombardowany przez kosmiczne pociski. Mówi się: raz po raz asteroidy zbliżają się do Ziemi lub ją uderzają. Podczas gdy większe obiekty są pod obserwacją astronomiczną, a ich orbity są zwykle dobrze znane, nie dotyczy to mniejszych obiektów. Są tak słabe, że często są wykrywane późno lub wcale. Problemem jest jedna 100-metrowa asteroida, która została już zignorowana – ale na szczęście nie trafiła.

 

Mały i szybki świetlisty punkt

 

To jest tak rzadkie wydarzenie, bo 11.III.2022 roku astronomowie wykryli kawałek o wielkości co najmniej dwóch metrów tuż przed zderzeniem. Według NASA i Europejskiej Agencji Kosmicznej (ESA) jest to piąta asteroida, jaką kiedykolwiek „złapano” przed ponownym wejściem w atmosferę i pierwszym impaktorem (obiektem, który uderza w Ziemię) odkrytym przez europejskiego astronoma.

Jest to odkrycia dokonane przez Krisztiána Sárneczky’ego z Piszkéstető Observatory na Węgrzech, kiedy przeszukiwał niebo przy pomocy 60-centymetrowego teleskopu w godzinach wieczornych tegoż dnia. O godzinie 20:24 CET zauważył on mały, szybko poruszający się świetlny punkt. Wykonał on cztery następujące po sobie zdjęcia obiektu i stało się jasnym, że jest to szybki i bliski obiekt – NEO – obiekt bliski Ziemi.

 

Ogłoszono alarm

 

Około 14 minut później, astronom powiadomił o obserwacji nowego obiektu NASA Minor Planet Center, które powiadomiło astronomów i inne obserwatoria. W tym samym czasie specjalny system kalkulacji ryzyka NASA Scout wyliczył trajektorię obiektu nazwanego prowizorycznie 2022 EB5 w oparciu o posiadane dane. Scout początkowo miał tylko dane z 14 obserwacji, które obejmowały 40 minut i zidentyfikował ten obiekt jako impaktor – wyjaśnia David Farnocchia z Laboratorium Napędu Odrzutowego - JPL NASA.

Zaledwie godzinę po odkryciu przedmiotu, którego rozmiar szacuje się na dwa metry, Centrum Koordynacji Obiektów Bliskiego Ziemi (NEOCC) ESA i Biuro Koordynacji Obrony Planetarnej NASA zostały powiadomione w zautomatyzowanej serii alarmów. W tym momencie obliczenia przewidywały już, że asteroida uderzy w Ocean Arktyczny zaledwie godzinę później, między 22:21 a 22:25 UTC. 

 

Upadek do Oceanu Arktycznego

 

A oto jak to się stało: o godzinie 22:22 UTC asteroida weszła w atmosferę Ziemi ok. 140 km na północ od wyspy Jan Mayen – nieco mniej niż dwie godziny po jej odkryciu.[1] Spadek nie był obserwowany na tych odludnych terenach. Ale globalna sieć czujników ultradźwiękowych odnotowała falę uderzeniową. Wydzielona energia impaktu stanowiła ekwiwalent trzęsienia ziemi o silne M4,0. Astronomowie szacują, że Ziemia zderza się z takimi obiektami kosmicznymi 10 razy na rok – ale takie asteroidy są odkrywane już post factum… po kolizji.

- Tak małe ciała kosmiczne jak 2022 EB5 wpadają w atmosferę Ziemi dość często – powiedział Paul Chodas, dyrektor Centrum Badań Obiektów Bliskich Ziemi - CNEOS NASA. – Ale dlatego, że są one takie małe, są bardzo rzadko wykrywane w kosmosie na kilka godzin przed ich upadkiem. A na dodatek, odpowiednia część nieba powinna być widoczna dla teleskopu obserwacyjnego w odpowiednim czasie.

 

Nowe teleskopy dla lepszych obserwacji

 

Przecież asteroidy, które są znacznie większe i mogą spowodować poważne uszkodzenia, zwykle odkrywa się wcześniej. Jednak astronomowie pracują nad dalszą poprawą obserwacji NEO. Teleskop Flyeye, znajdujący się obecnie w Monte Mufara, powinien przyczynić się do tego w przyszłości In Italy Building. Jego optyka działa w podobny sposób jak złożone oczy owada, generując obrazy z 16 częściowych ekspozycji. (NB, podobnie działa najnowszy JWST - Teleskop Kosmiczny Jamesa Webba.)

- Niezwykle szerokie pole widzenia tych nowych teleskopów pozwoli nam zbadać duże obszary nieba w ciągu zaledwie jednej nocy - wyjaśnia Detlev Koschny, szef Departamentu Obrony Planetarnej w Europejskiej Agencji Kosmicznej. - Zmniejsza ryzyko utraty potencjalnie ważnego obiektu.

 

Moje 3 grosze

 

Dlaczego uważam pomysł dr. Loeba za słuszny? To powinno być oczywiste. Wszechocean naszej planety pokrywa niemalże ¾ Ziemi, a zatem większość wszystkich spadłych na Ziemię meteorytów spada właśnie w jego wody. Meteoryty trafiają od czasu do czasu w ziemskie statki pływające powodując ich uszkodzenia. Poszukiwania kosmicznych „gości” na dnie Wszechoceanu mają wielki sens – jeżeli je gdzieś znajdziemy, to tylko tam. Kto wie, czy tajemnicy 1I/’Oumuamua jest taką bezludną, automatyczną sondą Bracewella, która przeleciała przez Układ słoneczny, zebrała dane i poleciała dalej?

Kilka lat temu zaproponowałem ze swej strony spenetrowanie wszelkich hałd kopalnianych w poszukiwaniu meteorytów kopalnych. Wszak w odległych epokach geologicznych na pewno spadały one częściej na Ziemię i zalegały jako bezużyteczne w pokładach minerałów – a dzisiaj są wydobywane i nikt się nimi nie zajmuje. A szkoda, bo wśród nich zapewne znajduje się niejeden „gość z gwiazd”.

I jeszcze jedna ciekawostka. Zwrócił mi na nią uwagę słynny Kazimierz Bzowski pisząc do mnie o Meteorycie Grenlandzkim, który spadł na Ziemię w dniu 7 lub 9 grudnia 1997 roku na Grenlandię. Nie byłoby w tym niczego dziwnego, gdyby nie fakt, że energia tego impaktu wyniosła około 20-25 kt TNT - czyli nieco więcej, niż energia wybuchu bomby atomowej Little Boy, która zamieniła w perzynę Hiroszimę. Najciekawszym jest jednak to, że informacje tą zdjęto ze światowego serwisu informacyjnego PAP w ciągu 2 godzin! - tak, że podał ją jedynie nasz „Super Express” piórem red. Ewy Jabłońskiej. Potem w jednym z pism ukazał się artykuł na temat poszukiwań tego właśnie meteorytu na Grenlandii, ale którego - ponoć - nie znaleziono. To dziwne, ale powinien pozostać jakiś ślad impaktu na lodowym pancerzu Grenlandii - jednak go nie było, ergo albo meteoryt eksplodował w powietrzu, jak TCK, albo nie był to żaden meteoryt, albo był to jakiś satelita wojskowy Rosjan, Amerykanów czy Chińczyków, a może Atlantydów?... na razie to sprawa z „Archiwum X” i nie widać rozwiązania.

Pan Roman Rzepka jest zdania, że 9 grudnia 1997 roku na Grenlandię w okolicy miejscowości Nuuk (Godthåb), na N 64°20’ – W 054°30’, spadł meteoryt, który poruszał się z niezwykłą prędkością w atmosferze Ziemi - aż 56 km/s. wychodzi więc na to, że meteoryt ten   p o c h o d z i   z   g ł ę b i   Galaktyki! Szczątków meteorytu nie znaleziono - podobno... i to właśnie było argumentem „pro” dla ortodoksyjnych uczonych, twierdzących, że takich meteorytów po prostu nie ma... - bo nie mają one prawa przedostać się w głąb Układu Słonecznego. Uczonego, który pracował w renomowanym Instytucie im. Nielsa Bohra w Kopenhadze - dr Larsa Lindberga Christiansena za wygłoszenie poglądu o tym, że to był meteoryt pozaukładowy, po prostu zwolniono z pracy w trybie natychmiastowym... Ja sam pamiętam dyskusję w pamiętnym lipcu 1994 roku z pewnym luminarzem astronomii, który twierdził, że meteoryty pozaukładowe to mrzonka, podobnie jak bzdurną jest idea przepływu materii pomiędzy układami planetarnymi sąsiadujących ze sobą gwiazd. Traf chciał, że właśnie wtedy atmosfera Jowisza dygotała trafiana odłamkami komety D/1993 F2 albo S-L 9!

Jak dotąd, to sprawa Meteorytu Grenlandzkiego jest otwarta. Podejrzewam, że został on jednak znaleziony i podzielił los wszystkich niewygodnych ortodoksyjnej nauce artefaktów w rodzaju „sześcianu Gurtla” czy „kuli z Żabna” - został zniszczony lub kiśnie gdzieś na dnie piwnicy Instytutu Nielsa Bohra albo jakiejś amerykańskiej bazy lotniczej...

Kolejna sprawa – prędkość lotu meteorytów. Te 40-45 km/s, z którą poruszały się te obiekty wcale nie jest aż czymś tak zdumiewającym. Istnieje wiele rojów meteorytowych, które poruszają się z v = 45-71 km/s, tylko że jest to prędkość ruchu względem Ziemi, a w opisywanych przypadkach chodzi nie tyle o ich prędkości, ale o trajektorie. Obiekty te poruszają się nie po orbitach eliptycznych - zamkniętych, ale po trajektoriach hiperbolicznych - otwartych. I to jest to kryterium.

A zatem mamy tutaj coś – nie coś do szukania. A poszukać warto! 

 

Źródła:

·        Radek Kosarzycki  - https://www.msn.com/pl-pl/wiadomosci/nauka-i-technika/avi-loeb-chce-poszukiwa%C4%87-obcych-cywilizacji-na-dnie-oceanu-to-nie-jest-g%C5%82upi-pomys%C5%82/ar-AAWkhxc?ocid=winp1taskbar&cvid=2c4589e1531d4be08a741cbd17224f31&fbclid=IwAR0YIbHi5JgrUnbCpTPnLTDokr36S75zVdWYEdg4s93_EKLt9nLHNt9ODcs

·        Abigail Anderson - https://www.socialpost.news/an-asteroid-hit-the-arctic-ocean-just-two-hours-before-it-was-discovered/

Opracował - ©R.K.F. Sas-Leśniakiewicz



[1] Ocean Arktyczny jest w tym miejscu głęboki do 1000 m, więc w granicach naszych możliwości technicznych. Ten meteoryt jest do znalezienia i  wydobycia.

czwartek, 29 lipca 2021

Projekt Galileo: polowanie na pozaukładowce

 


Daniel Clery

 

Projekt rozpoczęty w celu poszukiwania pozaziemskich gości naszego Układu Słonecznego.

Dziwnie ukształtowany obiekt, który przeleciał obok Słońca i Ziemi w 2017 roku na trajektorii spoza naszego Układu Słonecznego, wywołał dzikie spekulacje. Większość naukowców uważa, że gość w kształcie cygara, o długości poniżej 1 kilometra, był kometą lub asteroidą z pobliskiej gwiazdy lub jakiegoś innego kosmicznego szczątku. Ale astrofizyk teoretyczny Avi Loeb z Uniwersytetu Harvarda twierdził, że:

- ’Oumuamua, po hawajsku „zwiadowca”, był obcym tworem – lekkim żaglem, anteną, a nawet statkiem kosmicznym.

Dziś ogłosił plan poszukiwania kolejnych takich obiektów: wspierany przez filantropię projekt Galileo Project.

Wysiłek ten będzie wykorzystywał istniejące stare i nowe teleskopy do systematycznego poszukiwania tajemniczych artefaktów, którymi mogą być satelity ukrywające się na orbicie Ziemi, obiekty międzygwiezdne – naturalne lub wyprodukowane – a nawet nieznane obiekty w ziemskiej atmosferze.

- Nie ma znaczenia, czy to naturalny artefakt, czy relikt. Jeśli spojrzymy, znajdziemy coś nowego – mówi Loeb.

Po tym, jak Loeb opublikował książkę „Extraterrestrial: The First Sign of Intelligent Life Beyond Earth”, w której twierdził, że ’Oumuamua jest jakąś obcą technologią, jak mówi, kilka bogatych osób skontaktowało się – nieproszone – oferując fundusze na takie badania. Czterech z nich ostatecznie przekazało 1,75 miliona dolarów, co wystarczyło, aby mógł zrealizować swoje plany. Zebrał zespół badawczy składający się z kilku znanych astronomów i badaczy z innych dziedzin, choć przyznaje, że nie wszyscy, do których się zbliżył, byli otwarci. Społeczność naukowa powinna być otwarta. W ten sposób robimy postępy – mówi Loeb.

Projekt proponuje wykorzystanie danych z istniejących i przyszłych teleskopów przeglądowych, takich jak 8-metrowe obserwatorium Vera C. Rubin budowane w Chile, do poszukiwania kolejnych obiektów, takich jak ‘Oumuamua. Wczesne wykrywanie nadlatujących obiektów da naukowcom więcej czasu na ich zbadanie niż 2 miesiące, które zajęły, zanim ‘Oumuamua wyszedł poza zasięg teleskopów. Loeb ma również nadzieję zaprojektować – we współpracy z agencjami lub firmami kosmicznymi – gotową do startu misję kosmiczną, aby zbadać przybysza z bliskiej odległości.

Niektórzy badacze zaangażowani w poszukiwanie inteligencji pozaziemskiej (SETI) z zadowoleniem przyjmują takie badania.

- Wszyscy byliby zachwyceni, gdyby przyjrzeli się z bliska czegoś takiego jak ‘Oumuamua - mówi astronom Jason Wright, dyrektor Centrum Wywiadu Pozaziemskiego w Penn State.

- Zdecydowanie powinniśmy być gotowi na następną ‘Oumuamua - mówi astrofizyk Adam Frank z University of Rochester. - Dowiemy się wiele o tych rzeczach, czymkolwiek one są.

Inni zastanawiają się, co Projekt Galileo wniesie do trwających poszukiwań obiektów międzygwiezdnych. Alan Fitzsimmons z Queen’s University Belfast, współkierownik zespołu badawczego ‘Oumuamua zorganizowanego przez Międzynarodowy Instytut Nauk Kosmicznych, zauważa, że istniejące sieci alarmowe już co godzinę przeszukują dane teleskopu w poszukiwaniu nadchodzących obiektów międzygwiezdnych. Fitzsimmons dodaje, że Europejska Agencja Kosmiczna pracuje nad misją Comet Interceptor, która ma wystartować w 2028 roku, która będzie wisieć na orbicie, czekając na odpowiedni cel, czy to kometę, czy obiekt międzygwiezdny, zanim ruszy na jego spotkanie.

- Społeczność nie może się doczekać uruchomienia obserwatorium Vera Rubin – mówi.

Wykrycie w 2017 r. dziwnego obiektu międzygwiezdnego nazwanego ‘Oumuamua (wizja artysty powyżej) skłoniło do uruchomienia w tym tygodniu projektu poszukiwania obcej technologii na Ziemi lub w jej pobliżu.

 

Rozpoczęto Projekt w celu poszukiwania pozaziemskich gości naszego Układu Słonecznego

 

Dziwnie ukształtowany obiekt, który przeleciał obok Słońca i Ziemi w 2017 roku na trajektorii spoza naszego Układu Słonecznego, wywołał dzikie spekulacje. Większość naukowców uważa, że gość w kształcie cygara, o długości poniżej 1 kilometra, był kometą lub asteroidą z pobliskiej gwiazdy lub jakiegoś innego kosmicznego układu. Ale astrofizyk teoretyczny Avi Loeb z Uniwersytetu Harvarda twierdził, że ‘Oumuamua, po hawajsku „zwiadowca”, był obcym tworem – lekkim żaglem, anteną, a nawet statkiem kosmicznym. Dziś ogłosił plan poszukiwania kolejnych takich obiektów: wspierany przez filantropię projekt Galileo Project.

Wysiłek ten będzie wykorzystywał istniejące i nowe teleskopy do systematycznego poszukiwania tajemniczych artefaktów, którymi mogą być satelity ukrywające się na orbicie Ziemi, obiekty międzygwiezdne – naturalne lub wyprodukowane – a nawet niewyjaśnione statki latające w ziemskiej atmosferze.

- Nie ma znaczenia, czy to naturalny artefakt, czy relikt. Jeśli spojrzymy, znajdziemy coś nowego – mówi Loeb.

Projekt proponuje wykorzystanie danych z istniejących i przyszłych teleskopów astronomicznych, takich jak 8-metrowy w obserwatorium Vera C. Rubin budowane w Chile, do poszukiwania kolejnych obiektów, takich jak ‘Oumuamua. Wczesne wykrywanie nadlatujących obiektów da naukowcom więcej czasu na ich zbadanie niż 2 miesiące, które zajęły, zanim ‘Oumuamua wyszedł poza zasięg teleskopów. Loeb ma również nadzieję zaprojektować – we współpracy z agencjami lub firmami kosmicznymi – gotową do startu misję kosmiczną, aby zbadać przybysza z bliskiej odległości...

Niektórzy badacze zaangażowani w poszukiwanie cywilizacji pozaziemskiej (SETI) z zadowoleniem przyjmują takie badania.

- Wszyscy byliby zachwyceni, gdyby przyjrzeli się z bliska czemuś takiemu jak ‘Oumuamua - mówi astronom Jason Wright, dyrektor Centrum Wywiadu Pozaziemskiego w Penn State.

- Zdecydowanie powinniśmy być gotowi na następną ‘Oumuamua - mówi astrofizyk Adam Frank z University of Rochester. - Dowiemy się wiele o tych rzeczach, czymkolwiek one są.

Inni zastanawiają się, co Projekt Galileo wniesie do trwających poszukiwań obiektów międzygwiezdnych. Alan Fitzsimmons z Queen’s University Belfast, współkierownik zespołu badawczego ‘Oumuamua zorganizowanego przez Międzynarodowy Instytut Nauk Kosmicznych, zauważa, że istniejące sieci alarmowe już co godzinę przeszukują dane teleskopu w poszukiwaniu nadchodzących obiektów międzygwiezdnych. Fitzsimmons dodaje, że Europejska Agencja Kosmiczna pracuje nad misją Comet Interceptor, która ma wystartować w 2028 roku, która będzie siedzieć na orbicie, czekając na odpowiedni cel, czy to kometę, czy obiekt międzygwiezdny, zanim ruszy na jego spotkanie.

- Społeczność nie może się doczekać odkrycia obserwatorium Vera Rubin – mówi.

Projekt Galileo planuje również poszukiwanie obcych artefaktów bliżej domu. Amerykański dyrektor CIA opublikował raport dla Kongresu w zeszłym miesiącu, w którym przedstawił informacje o 144 raportach ze źródeł wojskowych i wywiadowczych o niezidentyfikowanych zjawiskach lotniczych (UAP), czyli niezidentyfikowanych obiektach latających - UFO. W raporcie stwierdzono, że większość UAP to prawdopodobnie obiekty fizyczne – w przeciwieństwie do zjawisk optycznych lub atmosferycznych – ale dane były tak ubogie, że nie można było określić, czy stanowią one „bałagan”, taki jak balony pogodowe i drony, wciąż tajne programy amerykańskie lub zagraniczne. agencje lub coś innego.

- Rząd jest najbardziej konserwatywną organizacją, o jakiej można pomyśleć – mówi Loeb. Przyznanie, że nie wie, czym są UAP, jest - bardzo ważnym stwierdzeniem.

Celem Projektu Galileo będzie uzyskanie wysokiej jakości obrazów UAP, aby odkryć ich naturę. Jak mówi Loeb, 1-metrowy teleskop z nowoczesnym czujnikiem może zobaczyć detale o wielkości zaledwie 1 milimetra na obiekcie oddalonym o 1 kilometr, a taki przyrząd można zamówić z półki za 500.000 dolarów. Jeśli pozwolą na to fundusze, umieściłby dziesiątki teleskopów w strategicznych pozycjach na całym świecie, skanując niebo w poszukiwaniu UAP, być może z pomocą czujników radarowych i podczerwieni.

- To rozsądne pytanie, czy Ziemia była odwiedzana w swojej 4,5-miliardowej historii – mówi Frank. - Gdybyśmy odkryli oczywiste oznaki życia na pobliskich egzoplanetach, wysłalibyśmy sondy – mówi on. -Poszukiwanie artefaktów [blisko domu] to rozsądne podejście. Ale inni badacze sprzeciwiają się pomysłowi, że UAP mają coś wspólnego z SETI. - Wydaje się, że nie mają żadnego oczywistego związku – mówi Wright. Fitzsimmons był mniej dyplomatyczny. – OK., to bzdury - mówi on.

Trzecia część projektu obejmowałaby poszukiwanie satelitów pozaziemskich na orbicie okołoziemskiej przy użyciu technik sztucznej inteligencji do przetwarzania danych z istniejących teleskopów badawczych. Ponownie naukowcy podkreślają, że agencje rządowe już mają wyrafinowany nadzór nad wszystkim na orbicie wokół Ziemi o wielkości większej niż 10 centymetrów.

- Wojsko jest w tym bardzo dobre — mówi Wright.

Podczas promocji swojej książki Loeb scharakteryzował swoich współpracowników jako mających oczy na swoim miejscu i nie uprzedzonych wobec poszukiwań obcych reliktów i sygnałów, znanych jako technosygnatury. Nie pozyskał też fanów za złośliwą wymianę zdań w lutym z pionierką SETI, Jill Tarter. Ale teraz jest bardziej dyplomatyczny, przyznając, że jego poszukiwanie „wyprowadza ludzi z ich strefy komfortu”.

- Ale to jest „ekscytująca okazja” - mówi. - Znajdziemy wszystko, co znajdziemy i przyjrzymy się dowodom.

 

Moje 3 grosze

 

No, nareszcie ktoś powiedział coś mądrego i przedstawił zarys planu poszukiwań Obcych w Układzie Słonecznym. Rzecz jest kosztowna, ale myślę, że gra jest warta świeczki. Przebadanie wszystkich anomalii znalezionych na Księżycu i Marsie (sławetne głowy i piramidy) przynajmniej dadzą nam odpowiedzi na pytania: kto, kiedy i po co je zbudował.

Badanie wszelkich UOO też może dać finalną odpowiedź na pytania o Czarnego/Ciemnego Księcia/Barona/Rycerza orbitującego od lat 50-tych wokół Ziemi. Obiektów krążących od 1908 roku i związanych z Tunguskim Ciałem Kosmicznym vel Meteorytem Tunguskim czy tajemniczej sondy z gwiazdy al-Izar (ε-Wolarza, ε-Boo), która lata nad nami już 13.000 lat!

Czy wreszcie objęcie nadzorem przestrzeni Układu Słonecznego i stworzenie centralnego obserwatorium obiektów się w nim poruszających w celu odkrywania obiektów interstelarnych. Onegdaj tak pisał o tym Daniel Laskowski w swym opowiadaniu „Biała ciemność”:

Faktycznie, kiedy wyleciałem z Reykjaviku było nawet całkiem ładnie i mroźno. Grenlandzka lodówka wionęła chłodem, więc do Sztokholmu leciałem w słońcu i mrozie. Dolatując do Krakowa widziałem zbierające się na południu chmury, a siadając na Jana Pawła II, samolot przeganiał się z białymi płatkami. A potem im dalej na południe, tym gorzej. Rozejrzałem się po rynku i miejskim parku. Znów ubyło kilka drzew. Miejscowy burmistrz z proboszczem znowu potrzebowali drewna do kominków, więc cięli kolejne drzewa z zieleni miejskiej. Nie było już żadnych hamulców, a głosy opozycji były zagłuszane i to skutecznie. Polska niepowstrzymanie cofała się w mroki Średniowiecza, krajem rządziły sitwy lokalnych kacyków wspieranych przez kler. Aż się dziwiłem, że Polska przystąpiła do międzynarodowego projektu WAEWACS.

No właśnie – WAEWACS. Po angielsku brzmiało to: World Asteroids Early Warning and Control System – Światowy System Kontroli i Wczesnego Ostrzegania przed Asteroidami, a przy okazji kometami i meteorytami. To było coś, w co ONZ wpakowały kilkaset miliardów dolarów, jenów, juanów i euro. Był to ogromny system stacji i anten radarowych, których ogromny zasięg pozwalał na penetrowanie przestrzeni kosmicznej w promieniu dziesięciu sekund biegu światła. Było to wystarczające by ostrzec Ziemian przed grożącym im niebezpieczeństwem z Kosmosu. Trzydzieści z nich znajdowało się na Ziemi i statkach pływających po Wszechoceanie naszej planety, sześć pozostałych znajdowały się na stacjonarnej orbicie odległe o czterdzieści tysięcy kilometrów od równika. Jedna z naziemnych stacji znajdowała się na szczycie Koskowej Góry w Beskidzie Makowskim. Wybrano ją ze względu na wysokość, ponad ośmiuset metrów nad poziomem morza, i łatwy dojazd od strony „zakopianki”. W okolicznych miejscowościach ulokowano całą infrastrukturę Osiemnastej Stacji WAEWACS.[1]

Pomysł uroczy i wzięty z „Obłoku Magellana” Stanisława Lema, ale czy taki trudny w realizacji? Nie sądzę – przy udziale całej Ludzkości jest do zrobienia w ciągu – maksymalnie - 20 lat. Problem w tym, czy Ludzkość będzie chciała realizować ten projekt. Już widzę, jak palą się do tego talibowie i inni wariaci, którzy nie widzą niczego poza swymi nosami. Może to kiedyś przejdzie, ale nie wcześniej nim Ludzkość zintegruje się politycznie i technicznie – a do tego mamy lata świetlne. No chyba że Ludzkość poczuje mrożący oddech kosmicznej śmierci na karku i uruchomi się jej instynkt samozachowawczy, ale oby nie za późno…  

 

Opinie z KKK

 

Zawsze żałuję, kiedy mówi się o tym przybyszu, że nie spróbowano namierzyć go z jakiegoś satelity i dobrze sfotografować. Przecież nikt nie widział, że była to skała, nikt nie widział żadnych szczegółów mogących świadczyć o technologii - to wszystko są wyobrażenia plastyków a jak naprawdę to wyglądało nawet pojęcia nie mamy. A może, sądząc po pewnym zwrocie w ocenie zjawisk UFO, są tacy, którzy pojęcie mają... (Avicenna)

 

Źródło: https://www.sciencemag.org/news/2021/07/project-launched-look-extraterrestrial-visitors-our-solar-system?utm_campaign=ScienceNow&utm_source=Social&utm_medium=Facebook

Przekład z angielskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz

czwartek, 3 stycznia 2019

Pwdre ser w Sławnie?




Jakiś czas temu na tym blogu i w książce „Projekt Tatry” pisałem na temat tzw. pwdre ser – galarety czy dosadniej odchodów gwiazd. Chodzi tutaj o znajdywane w lasach czy na polach kawałki substancji przypominającej galaretę, bez zapachu, bez wyraźnego zabarwienia, które po paru dniach znikają bez śladów.

Znany jest mi przypadek pwdre ser, który wypalił roślinność wokół niego zanim się nie rozpuścił – ale to było w Australii pod palącym słońcem. U nas nie było to tak drastyczne.

Kilka dni temu otrzymałem email od Pani Krystyna ze Sławna w woj. zachodniopomorskim, w którym znajdowały się trzy zdjęcia i następujący opis:


Witam
- znalazłam tą galaretowatą substancję w ogródku również dwa dni temu. I dziś rano było już tego więcej, ta pierwsza zmieniła formę na coś przypominające mózg. Zauważałam tą galaretę w ogrodzie od mniej więcej dwóch lat, z tym że to nie przypomina ikrę rybią lub żabiego skrzeku, mam w ogrodzie staw. Dziś postanowiłam poszukać coś o tej galarecie w Internecie. I trafiłam na Wasz artykuł. Zawsze znajduję to w pobliżu stawu. I repliki piramidy egipskiej. Załączam zdjęcia. I proszę o odpowiedź czy już wiadomo co to takiego.
Pozdrawiam Krystyna ze Sławna.




No niestety, nie wiadomo, co to takiego. Jedni twierdzą, że jest to po prostu jelenia sperma, grzyby czy śluzowce, zaś inni widzą w tym alotropową odmianę wody…

 Znam takich, którzy widzą w tym po prostu… odchody Kosmitów! – i mają w tym jakąś rację. Przypomnijmy sobie relację Jana Wolskiego o spotkaniu z „potworakami”, którzy w czasie sławetnego CE4 w dniu 10.V.1978 r. w Emilcinie, jedli coś, co przypominało właśnie półprzeźroczystą twardą galaretę lub ciasto. A skoro jedli, to i musieli to wydalać… Zresztą celtycka nazwa pwdre ser też sugeruje określone skojarzenie! Swoją drogą jeżeli są to odchody, to Ci, co je zostawili musieli jeść coś, co zostało wysoko przetworzone – o wiele bardziej niż u nas. A to oznacza, że Ich metabolizm musiał ulec daleko idącym zmianom i nie jest już podobny do naszego.

Ale to już jest wniosek idący zbyt daleko i otwierający przed nami pole domysłów, które zawarłem w opracowaniu „UFO i Czas”, do którego odsyłam Czytelnika. Szkoda, że Pani Krystyna się już nie odezwała – chyba przestraszyła się konsekwencji ze strony lokalnej społeczności? Postawa bardzo częsta wśród Polaków – obśmiać, wyszydzić, wdeptać w glebę kogoś, kto się wychylił. Szkoda, bo moglibyśmy tą galaretę obejrzeć dokładnie i z bliska, a tak pozostaje niedosyt wiedzy i trzeba będzie szukać w lasach i na polach, a nuż się coś takiego znajdzie?  



Opinie z KKK


 To wygląda dokładnie jak Agrohydrożel, Agrożell np. polimery kwasu akrylowego (można już kupić w sklepie ogrodniczym). Trzeba by umieścić w jakimś otwartym naczyniu to coś, poczekać aż odparuje, i jeśli to jest tego typu substancja, to po zalaniu tego co zostało (przezroczyste kryształki - niewiele) galareta powinna się odtworzyć. Jeśli ta Pani nawoziła trawnik nawozami kompleksowymi, to mogły one zawierać taką substancję i przez wiele lat będą się "odzywać". Dodaje się taki żel np. do nawozów, które po wmieszaniu w glebę, akumulują i przytrzymują wodę np. podczas deszczu, by ją później, w okresie deficytu wilgoci oddawać systemowi korzeniowemu. (Avicenna)

OK., to jest bardzo możliwe – szczególnie na polach, gdzie sypie się chemię. Ale co w lesie? Osobiście spotkałem się z czymś takim właśnie w lesie, a wiem, że na pewno nie sypano tam żadnymi nawozami… Może jakiś smar albo wydzielina drzew, ale to akurat byłbym w stanie ustalić. (Platon)


Nie będę ukrywał, że to ciekawe zjawisko, które widziałem i być może świadczy o tym, jak zaawansowaną mamy chemię (śmiech). W przypadku opisanym przez Czytelniczkę trudno wyrokować, że nie ma Ona pojęcia o tym, co zawiera gleba na jej terenie, ale rzeczywiście skojarzenia są jednoznaczne i dotyczą substancji popularnie zwanej hydrożelem w dodatku ogrodniczym i tutaj pełna zgoda z opinią czcigodnego areopagu KKK.
Sfotografowana substancja stanowi "magazyn wody" dla korzeni rośliny tak ważny teraz, kiedy susze stały się czymś naturalnym zwłaszcza w województwie w którym mieszka wspomniana osoba. Tak się składa, że mieszkam "tuż obok" i zajmuję się często jej skutkami. Uściślając, działanie hydrożelu polega na zatrzymaniu wody dostępnej dla systemów korzeniowych, woda jest wiązana w polimerowej strukturze tworząc trwałe krople, uwalniana jednak dzięki podsiąkaniu kapilarnemu.
Powoli oddając wodę pozostawia wolne przestrzenie zwiększając przez to pulchność gleby. Zmniejsza potrzebę częstego podlewania zabezpieczając roślinę w czasie suszy lub np. urlopu. Stymuluje rozwój systemu korzeniowego oraz korzeni włośnikowych rośliny, nadaje się do każdego rodzaju gleb ale szczególnie przydatny jest na glebach lekkich, przepuszczalnych. Hydrożel jest bezpieczny dla środowiska, działa przez około 5 lat jest bezpieczny dla środowiska i ulega rozkładowi.


Jest w tych dywagacjach jeden kłopot,problem,który nie pasuje do tej układanki, zjawisko jest starsze od substancji, o której mówimy,dlatego skłaniam się ku teorii,że hydrożele mogą być zjawiskiem naturalnym, ale na to pytanie może odpowiedzieć tylko specjalista.
Pozdrawiam serdecznie. (Arystoteles)

Meldowałem Ci o tym kilka lat temu. Do siego! (Pitagoras)

Następną razą trzeba toto zebrać i do analizy!? Mi to wygląda na śnieg zmieszany z jakąś substancją, no tak na oko na podstawie fotek. (K A ZE K)

Natknęliśmy się na tą galaretkę 29 grudnia 2018 r. w naszym pobliskim lasku (granica Krakowa i Wieliczki), gdzie czasem na jesień zbieramy boczniaki. Owa tajemnicza substancja leżała w różnych miejscach lasu, ale przeważnie w miejscach wilgotnych i w pobliżu strumyków.
Zawsze w bliskim sąsiedztwie tej galaretowatej struktury, a także wewnątrz niej, znajdowała się zbita masa małych ciemnych lub jasno-ciemnych kuleczek, które przypominały wysychający żabi skrzek.
Moim zdaniem, może mieć to wiele wspólnego z żabami. W poprzednich latach, przeważnie w marcu, w tych miejscach znajdowaliśmy czasem typowy żabi skrzek, czyli skupisko zarodków znajdujące się w bąblowatej osłonce, ale umieszczone bezpośrednio w wodzie.
Tak więc żab tam nie brakuje.
Na wielu fotkach w internecie, też widać te "galarety" w bezpośrednim sąsiedztwie małych, czarnych kuleczek.
Doszukałam się więc w tych poniższych linkach takiego wyjaśnienia, które wydaje mi się sensowne:
Tajemnicze galarety pwdre ser…
W załączniku moje zdjęcia.





Pozdrawiam (Proxima)


Kilka lat temu w maju byłam na Babiej Górze ze znajomymi - byliśmy również u Roberta. Pierwszego dnia wspięliśmy się na szczyt Babiej Góry, a drugiego dnia penetrowaliśmy okolicę. Doszliśmy do Mokrego Stawu i tam zobaczyliśmy galaretowate grudy. Leżały tuż nad wodą i trochę dalej. Jeden z uczestników wrzucił je do stawu. Dyskutowaliśmy o tym długo.  Jedni twierdzili, że to skrzek, a mi się wydaje, że ma to związek  z bazami kosmicznymi.... O wejściu do bazy kosmicznej OBCYCH w Mokrym Stawie pisał również prof. J. Pająk. Działy się tam dziwne rzeczy... Czyżby to była wskazówka? Jak się czuliście w tych miejscach? Pozdrawiam (Eleonora)

"Zawsze znajduję to w pobliżu stawu." - I to świadczyć może, że to ma faktycznie związek z żabami, a konkretniej z tym co im się przytrafia.
https://nagrzyby.pl/spotkania-z-przyrod ... -pwdre-ser




Niecały miesiąc temu, 9 grudnia, w pobliżu tej rzeczki znalazłem owe "tajemniczości", w innej postaci, bo tym razem były to jajowody płazów wypatroszonych przez drapieżnika. (Gonzo)