Powered By Blogger

poniedziałek, 24 marca 2014

Zaginiony samolot malezyjski (2)



Co się stało z samolotem Boeing 777 o numerze bocznym 9M-MRO, z lotu MH370 malezyjskich linii lotniczych, lecący z Kuala Lumpur (KUL) do Pekinu (PEK). Na jego pokładzie znajdowało się 239 osób w tym 12 załogantów.

Samolot wystartował dnia 8.III.2014 o godzinie 00:41 MYT i wziął kurs na północ-północny wschód nad Zatokę Tajlandzką (Syjamską) w stronę wybrzeży Wietnamu. Lądowanie miało mieć miejsce o godzinie 06:30 CST. Jednakże do nich nie doleciał – o godzinie 01:22 MYT przestały działać systemy nawigacyjne i komunikacyjne – samolot znikł z ekranów radiolokatorów. Działały jedynie nadajniki wysyłające sygnały do satelitów – co godzinę i ostatni z nich został nadany przez silniki o godzinie 08:41 MYT. Oznacza to, że samolot mógł jeszcze znajdować się w powietrzu 51 minut po 08:41, czyli silniki musiały skończyć pracę o godzinie 09:30 MYT. Według niepotwierdzonych informacji malezyjskie radary wojskowe jeszcze ok. 2:40, czyli ponad godzinę po zniknięciu MH370 z radarów cywilnych, śledziły niezidentyfikowany obiekt mogący być zaginionym Boeingiem. Kierował się on na zachód, w stronę Oceanu Indyjskiego. Według źródeł „The New York Times” obiekt najpierw wzniósł się na 45.000 ft/~15.000 m, potem obniżył lot do 23.000 ft/~7667 m.

Władze Malezji wyznaczyły dwa pasy poszukiwań w oparciu o dane satelitarne, lecz również dzięki symulacji lotu MH370. W ciągu tygodnia, wykorzystując takiego samego Boeinga 777-200ER, ekipy poszukiwawcze wykonały lot zgodny ze znanymi informacjami o MH370.

Jak przypomina „The New York Times”, północna część pasa poszukiwań to obszar mocno zmilitaryzowany, obejmujący Chiny (w tym Tybet), Afganistan, Pakistan, republiki środkowoazjatyckie oraz Iran.
Analitycy danych z nowojorskiego medium WNYC wyliczyli, że w zasięgu samolotu były aż 634 lotniska w 26 państwach, na których samolot mógł teoretycznie wylądować.

Choć spalanie zależy m.in. od poziomu lotu i prędkości samolotu, analitycy oceniają, że w momencie wysyłania ostatniego pingu o 8:11 MYT w zbiornikach paliwa Boeinga 777 musiało być już bardzo niewiele kerozyny.

Wszystkie źródła są zgodne, że poszlaki wskazują na to, że zniknięcie samolotu jest skutkiem działań osoby wyszkolonej w pilotażu i znającej ten typ samolotu. Podejrzenia padły m.in. na kapitana MH370, Zaharie Ahmeda Shaha, którego dom został wczoraj przeszukany. Miał on w domu m.in. bardzo rozbudowany symulator lotniczy. Władze przeszukały również dom pierwszego oficera oraz ponownie sprawdzają wszystkich pasażerów.

Zgodnie z międzynarodowym prawem lotniczym śledztwo powinien prowadzić kraj, na terenie którego nastąpił wypadek. W przypadku rejsu MH370 wielostronne działania koordynuje Malezja, skąd samolot wystartował i gdzie był zarejestrowany. Międzynarodowa współpraca i brak danych utrudniają jednak sprawne poszukiwania. Malezja jest krytykowana za brak przejrzystości, a wczoraj ostrą oceną akcji poszukiwawczej opublikowała chińska agencja Xinhua. Dopiero wczoraj, po ponad tygodniu poszukiwań, premier Malezji po raz pierwszy podsumował informacje na konferencji prasowej. [Źródło – Dominik Sipiński - http://www.pasazer.com/in-16033-minal,tydzien,co,wiemy,o,mh370.php]   


Co się stało? W zasadzie istnieją trzy zasadnicze hipotezy:
1.       Samolot z nieznanych przyczyn runął do morza nie pozostawiając po sobie żadnych śladów katastrofy;
2.      Samolot został porwany przez dwóch terrorystów legitymujących się skradzionymi paszportami Włoch i Austrii;
3.      Samolot został uprowadzony przez załogę w nieznanym kierunku i z nieznanych przyczyn – być może politycznych.


Punkt 2 i 3 możemy już odrzucić – gdyby chodziło o okup czy polityczne żądania terrorystów, to byłyby one znane już w ciągu 72 godzin. Tymczasem niczego takiego nie było… Pozostała zatem katastrofa.

Oczywiście istnieją także egzotyczne hipotezy mówiące o porwaniu samolotu i ludzi przez Ufitów – podobnie jak to rzecz się miała z wieloma samolotami i statkami nad i na akwenami Trójkąta Bermudzkiego.

Ta możliwość jest o tyle uprawiona, że samolot leciał w korytarzu powietrznym przebiegającym nad Zatoką Tajlandzką (Syjamską), gdzie – jak podaje wielu autorów – pojawiały się tajemnicze świetliste kręgi na i w  wodzie, a także obserwowano UFO i USO. Pisze Aleksander Grobicki:

Pierwszą wiadomością, która tym świetlistym kołom nadała rozgłosu, były zeznania wiarygodnego światka opublikowane 30.VI.1870 roku w „Kölnische Zeitung”. Miały one wychodzić z głębi Oceanu Indyjskiego i otaczać statek świecącą mgłą, tworząca z nocy dzień.
Bardziej precyzyjny był raport kapitana Evansa, hydrografa i członka Królewskiego Towarzystwa, złożony w 1879 roku brytyjskiej Admiralicji, w przypomniany w 1977 roku przez francuski miesięcznik „Science et Vie” w artykule zatytułowanym „Dziwne zjawiska czekające na wytłumaczenie”:
Na pokładzie statku Vulture płynącego przez Zatokę Syjamską. Godzina 10 wieczorem. Noc ciemna. Niebo wygwieżdżone. Otaczają nas dziwne kręgi świetlne. Obserwator wdrapał się na maszt i stwierdził, ze promienie te wychodzą z morza. Maja charakter bardzo szybkich drgań. Z lewej burty przypomina to koło o szprychach z promieni świetlnych. Z prawej zaś wydaje się, że kręci się ono  w odwrotnym kierunku. Obserwator jako naukowiec wyciągnął stąd wniosek, że jest to tylko złudzenie, gdyż w rzeczywistości są to równoległe kręgi światła. Szerokość każdego wynosiła 8 m, przerwa między nimi 25 m, szybkość z jaką się poruszały, około 130 km/h… […]
24.VII.1908 roku, George A Turner, II oficer na SS Conseller był świadkiem, jak na Zatoce Syjamskiej jego statek znalazł się nagle w zasięgu promieni o niebywałej fosforencji i długości od 200 do 300 i szerokości ok. 30 m.[1]  
    
Inne fakty przytacza Arnold Mostowicz:

…tak było z brygiem portugalskim Santa Maria, na którym w 1884 roku znaleziono wszystkich marynarzy martwych. Tak było ze statkiem Abbey S. Hart, na pokładzie którego znaleziono trupy marynarzy i dogorywającego kapitana. Tam też – w Zatoce Syjamskiej zniknęła – tak zniknęła! – podczas konfliktu indyjsko-pakistańskiego w 1971 roku cała fregata wraz z załogą, a stwierdzono, że żaden okręt podwodny nie znajdował się w pobliżu. Tam wreszcie bez śladu zaginął SS Holchu.[2]

Drugim podejrzanym akwenem jest Cieśnina Malakka – obszar cieszący się równie paskudną sławą, gdzie poza kręgami świetlnymi w, na i nad wodą zaobserwowano UFO i USO, a także świetliste koła na i w wodzie. Aleksander Grobicki opisał to tak:

W czerwcu 1909 roku kapitan Gabe, szyper statku Bintang płynącego przez Cieśninę Malakka zaobserwował na powierzchni wody ruchome kręgi świetlne. Gabe stwierdził, że […] te koła świetlne nie mogły mieć innego, poza głębią morską, źródła.

Na tym akwenie zdarzały się także przypadki tajemniczych katastrof morskich. Pisze o nich Arnold Mostowicz:

…mogło to mieć miejsce w przypadku holenderskiego parowca SS Urang Medan (wg Innych źródeł SS Orang Medan – przyp. R.K.L.), którego cała załoga w roku 1948 poniosła z nieznanych przyczyn śmierć. Statek przepływał wówczas Cieśninę Malakka w czasie zupełnie spokojnego morza. […]

I wreszcie trzeci akwen – Morze Andamańskie, gdzie również obserwowano światła w wodzie i pod wodą:

Dnia 7.II.1953 roku, handlowy statek angielski MS Rance zauważył między wyspami Nicobar Andeman (Andamanami i Nikobarami – przyp. R.K.L.) błąkający się motorowiec MS Holchu. I w tym przypadku okazało się, że załoga zniknęła.  

Jak widać istnieje rozbieżność pomiędzy opisami wydarzenia odnalezienia SS Holchu, tym niemniej wszyscy autorzy zgadzają się co do jednego – ta tajemnica nie została w ogóle wyjaśniona…

I jeszcze jedna sprawa – poszukiwania z satelitów na akwenie południowo-wschodniego Oceanu Indyjskiego są utrudnione i to znacznie, bowiem znajduje się tam trash vortex podobny do tego, który znajduje się na Pacyfiku pomiędzy Hawajami, Alaską i Kalifornią. (Sprawa ta została opisana na stronach: http://wszechocean.blogspot.com/2012/03/wszechocean-stan-kleski-rozumu-1.html
http://wszechocean.blogspot.com/2012/03/wszechocean-stan-kleski-rozumu-3.html oraz  http://wszechocean.blogspot.com/2012/03/wszechocean-kleska-rozumu-4.htmlhttp://wszechocean.blogspot.com/2013/03/negatywne-efekty-fukushimy.html a także http://wszechocean.blogspot.com/2012/10/podroz-uczona-na-hel.html) Ta problematyka jest rozwojowa i dopiero teraz widzimy, jak bardzo. Jak na razie, to nie odnaleziono szczątków tego nieszczęsnego samolotu wśród pływającego tam śmiecia. Rzeczywiście przypomina to szukanie igły w stogu siana…

Piszą moi znajomi:

Kiyoshi Amamiya (Japonia) – to jest bardzo interesujące wydarzenie.  Istnieje wiele punktów widzenia reprezentowanych przez intelektualistów z różnych krajów. Z tych na pierwsze miejsce wybija się pogląd o tajemnicy tych ludzi. Wygląda na to, że teraz będą badane szczątki namierzone ostatnio na Oceanie Indyjskim, jednak nie wiadomo czy są to szczątki tego malezyjskiego samolotu. Przeszukano dom pilota z dziwnym rezultatem (znaleziono m.in. symulator lotu). To jest rzeczywiście głęboka tajemnica.

Patrick Moncelet (Singapur) – Moja opinia? No cóż – samolot zaczął się palić w powietrzu od kokpitu pilotów, a ogień błyskawicznie przerzucił się do kabiny pasażerskiej, zanim zdołano go opanować. Cały samolot się zapalił i rozpadł (tlen, aluminium, tlenek żelaza) – jak stary sterowiec Hindenburg. Jego odłamki spadły do Morza Chińskiego, nie pozostawiając śladów. Są świadkowie, którzy widzieli samolot w płomieniach w tym samym czasie na dużej wysokości. Jedno co mnie zdumiewa, to brak reakcji władz na doniesienia tych właśnie świadków.

Rzeczywiście – to jest bardzo dziwne…   

I jeszcze jeden aspekt tej tajemniczej sprawy, a mianowicie – kilkoro moich znajomych widzi w tym wydarzeniu działania służb specjalnych, które jakoby porwały samolot, bo na ich pokładzie znajdowali się specjaliści w zakresie maskowania taktycznego statków powietrznych.

Dorota Dybała (Polska) - Zabrakło mi tutaj składu pasażerskiego (w dzisiejszej dobie to istotna kwestia), o którym wspomniał cząstkowo IvIartyn Pe....a swoją drogą - jeśli jest tak jak sugeruje wspomniany wcześniej, to podobny zabieg miał miejsce podobno na Titanicu... ktoś wytrzepie trochę kasy takim sposobem a na pewno coś ugra... - a i jeszce jedno---skoro często zdarzają sie różnorakie dziwne wydarzenia nad tym rejonem, to z jakich względów/powodów nikt nie chce zmienić tras przelotów ?.........czyżby komuś było to na rękę ?

Zofia Eleonora Piepiórka (Polska) -  Do tej pory tylko UFO miało własciwości znikania z radarów czyli niewidzialności... Odkrycie i opatentowanie "niewidzialności" to wielki postęp techniczny, który ma przyszłość w najnowszych technologiach kosmicznych... Więc to zniknięcie najnowocześniejszego samolotu pasażerskiego może być porwaniem przez UFO, jak również testowaniem najnowszej technologii ... Przypomina to słynny "eksperyment filadelfijski" o którym pisał kiedyś Robert... Podobne eksperymenty robili hitlerowcy w porcie gdyńskim już podczas II WŚ ... https://www.facebook.com/photo.php?fbid=481082208681948&set=a.227800907343414.48977.227797157343789&type=1&theater

Powołane przez Eleonorę zdjęcie jest ordynarnym fotomontażem, zresztą samolot ten z tym zapasem paliwa nie byłby w stanie przelecieć całego Pacyfiku i wylądować w brazylijskiej selvie. Podobnie lecąc w drugą stronę musiałby przelecieć cały Ocean Indyjski, kontynent afrykański i Atlantyk…

Jednakże porwanie dla pozyskania nowych technologii – to też może być motyw, szczególnie że wskutek wydarzeń na Ukrainie w Europie znów zapachniało prochem… Jeżeli prawdą jest to, co pisze Eleonora i IvIartyn Pe, to faktycznie – ich wersja może być prawdziwa lub zbliżona do prawdy. Komuś bardzo chce się powrotu do Zimnej Wojny i dwubiegunowego świata…

A zatem czekamy dalej na wyniki poszukiwań.



CDN?




[1] Tu i dalej Aleksander Grobicki – „Nie tylko Trójkąt Bermudzki”, Gdańsk 1980.
[2] Arnold Mostowicz – „My z Kosmosu”, Warszawa 1978.

niedziela, 23 marca 2014

Galaktyczne sprostowanie

Najbliższe sąsiedztwo Galaktyki Drogi Mlecznej

Ostatnio jeden z moich Czytelników miał pretensję o to, że w artykule, którego przekład opublikowałem na łamach „Nieznanego Świata” popełniłem błąd, a który polegał na tym, że:

W zakończeniu artykułu „Raj asteroidów”, który przetłumaczony został przez Roberta Leśniakiewicza dowiadujemy się iż najbliższą nam galaktyką jest Mgławica Andromedy. Nie jest to prawdą – mgławica ta jest najbliższą nam galaktyką spiralną. O wiele bliżej znajdują się m.in. Wielki i Mały obłok Magellana oraz Galaktyka Barnarda.

No rzeczywiście. Wyjaśniam zatem dla niezorientowanych - Mgławica Andromedy czyli galaktyka M-31 albo NGC-224 jest galaktyką oddaloną od Ziemi o 2,52 mln lat świetlnych. Natomiast galaktyki o których pisze p. Siedlarz są satelitarnymi galaktykami karłowatymi i tak właśnie jest z Wielkim i Małym Obłokiem Magellana, SagDEG, galaktyką Karzeł Psów Gończych, Karzeł Wielkiego Psa,  galaktykami w Rzeźbiarzu, Piecu, Lwie (Leo I i Leo II) w Wielkiej Niedźwiedzicy i Smoku. Wszystkie one leżą w odległości <250 kpc od naszej Galaktyki.

Lokalna gromada galaktyk

Natomiast Galaktyka Barnarda (NGC6822, IC4895) jest małą galaktyką nieregularną i znajduje się w odległości 1,6 mln lat świetlnych. Ma ona ok. 10 mln gwiazd i jest galaktyką karłowatą we wczesnym stadium rozwojowym - jej gwiazdy dopiero sie tworzą i choćby dlatego nie można jej traktować jako „pełnoprawnej” galaktyki. Podobnie jak tu wymienione jest ona taką prawdziwą galaktyką, jak Pluton jest prawdziwą planetą. 

Nawiasem mówiąc w otoczeniu galaktyki M31 znajduje się również gromada 14 galaktyk satelitarnych.


Dziękuję Czytelnikom za uwagi!    

Zaginiony samolot malezyjski (1)



George A. Filer III (MUFON)


To wydarzenie oczywiście przyciągnęło uwagę całego świata. Dane uzyskane przez satelitę i radar wskazują na to, że samolot leciał wspinając się na wysokość 45.000 ft/15.000 m, skręcił na zachód i leciał przez kilka godzin. Słyszałem byłych dyrektorów NTSB i śledczych , którzy powiedzieli, że to się nie mogło wydarzyć naprawdę – i że to wygląda na wydarzenie, które mogło się wydarzyć tylko na obszarze Trójkąta Bermudzkiego. Pewien były dyrektor DOT i dyrektor z NTSB powiedzieli, że jedyną przyczyną, która mogła spowodować tego rodzaju strącenie samolotu mogłaby być totalna dezintegracja maszyny, które nie mogłoby się zdarzyć bez pozostawienia śladów, które mogłyby być wychwycone przez mnogie satelity.

Oni także oświadczyli, że wszystkie systemy monitorowania lotu samolotu nie mogły być zniszczone jednocześnie  i natychmiastowo. Ten model Boeinga 777 jest jednym, z najnowocześniejszych samolotów pasażerskich, on nie mógłby spaść bez śladu z nieba, a jego zasięg wynosi 7250 mi/11.600 km. Jeżeli mieliśmy przypadek FF (friedly fire – zestrzelenie samolotu przez własne lub sojusznicze jednostki OPLot, takie przypadki się zdarzały i to niejednokrotnie, jak np. zestrzelenie irańskiego Airbusa A300B2-203 nr boczny EP-IBU, z lotu IR655 przez amerykański krążownik przeciwlotniczy USS Vincennes w Zatoce Perskiej w dniu 3.VII.1988 roku, o godzinie 10:17 IRST – przyp. tłum.) to musiałby on zostać wykryty i zauważony przez satelity nieustannie obserwujące Ziemię. (To nie jest takie oczywiste, bowiem przelatując nad wieloma rejonami Ziemi satelity zwiadowcze są po prostu wyłączane ze względu na oszczędność akumulatorów i aparatury obserwacyjnej – uwaga tłum.) 

Niektórzy spekulują, że samolot i pasażerowie byli bezpieczni i nie ponieśli żadnych szkód ale znajdowali się gdzieś indziej i będziemy wkrótce wiedzieć, gdzie.  Możemy tutaj mieć do czynienia z zaawansowanymi możliwościami jakie mają Obcy czy z wojskowym super-sprzętem technicznym – o istnieniu którego może nikt nie wiedzieć, a które są niewykrywalne przez konwencjonalne metody obserwacji technicznej. 

Porwanie samolotu dokonane przez pilotów lub pasażerów tego samolotu jest bardzo prawdopodobne. Dowódca tego samolotu jest znany ze swego negatywnego nastawienia do malezyjskiego rządu i być może wprowadził swój plan porwania tej maszyny w ramach protestu.

Tymczasem dr Ibrahim Wahid pisze:
- Ponad 50 UFO widziano nad wyspą Phuket w Tajlandii, po tym, jak ujawniono zaginięcie lotu MH370 – UFO było widoczne na radarze, jak w trakcie mijania malezyjskiego samolotu potroiło swoja prędkość. (Dzięki dr Ibrahimowi Wahidowi z Kairu) 
  

Zasięg lotu zaginionego Boeinga 777 od punktu ostatniego kontaktu radarowego


Moje 3 grosze


Tyle podaje George Filer. Rzeczywiście, sprawa jest bardzo tajemnicza i poszukiwania zaginionego już od dwóch tygodni samolotu nie schodzą z pola zainteresowania mediów. Przecież tak potężna maszyna jak Boeing 777 to nie igła i gdzieś musiała się podziać. Problem w tym, że Ocean Indyjski to jednak ogromna przestrzeń wodna i przeszukać ją nawet przy pomocy najbardziej nowoczesnych i wyrafinowanych technik nie jest tak łatwo, jak to się wydaje.

Tydzień temu zwróciłem się do paru znajomych ufologów, dziennikarzy i pisarzy prosząc ich o opinię na ten temat, a oto, co mi odpowiedzieli:

Albert Rosales (USA) – Sądzę, że coś powinno się znaleźć, jakieś szczątki wraku, cokolwiek, ale dziwne jest to, że nie. I jeżeli nie został on porwany do Korei Północnej lub innego wrogiego kraju, to może znajduje się na daczy u Putina? Czy z powodów politycznych – trudno powiedzieć. Teraz mówi się, że radary wychwyciły trzy unoszące się na wodzie obiekty na obszarze nad którym nastąpiło zniknięcie samolotu (W Zatoce Tajlandzkiej – przyp. tłum.)

Dr Jiři Kult (Republika Czeska) – Przypadek jest bardzo interesujący, nie ma dowodów na katastrofę lotniczą, a hipoteza o porwaniu samolotu przez jakichś terrorystów jest bardzo możliwa. Uważam jednak, że uprowadzenie przez ET może być bardziej prawdopodobne. Zobaczymy!

Dr Michaił Gersztejn (Rosja) – Jestem zdania, że to była zwyczajna katastrofa. Proszę sobie obejrzeć zdjęcia satelitarne na stronie - http://www.extremetech.com/extreme/178156-the-mystery-of-flight-mh370-how-can-we-track-a-smartphone-anywhere-on-earth-but-a-giant-plane-can-go-missing - wszystkie szczątki zostały rozproszone na morzu i zatonęły. Morze jest w stanie ukryć jeszcze większe obiekty, niż takiego zwykłego Boeinga i to bez śladu.

Moja opinia: Osobiście jestem zdania, że to jednak było uprowadzenie. Lot wielotonową maszyną na wysokości 100-200 m nad oceanem jest bardzo ryzykowny - samolot to nie ekranoplan. Boeing jest na pewno gdzieś na dnie oceanu, a ludzie? No cóż - rekiny miały otwarty bufet...

No i oczywiście Teoria Wielkiego Spisku:

IvIartyn Pe (Polska) - 777 na razie zaparkował gdzieś po ciemnej stronie księżyca i czeka jak przyczajony tygrys i ukryty smok.. Nie ma cudów, aby sygnał tak dużego aluminiowego samolotu znikł z ekranów radarów cywilnych i wojskowych w różnych odstępach czasu z jednoczesnym wyłączeniem transpondera.. nie ma..! Otóż, skłaniam się ku wersji, iż samolot lotu MH370 z 239 pasażerami na pokładzie został przejęty przez samolot z systemem AWACS amerykańskiego lotnictwa i w niedalekiej przyszłości może być użyty do kolejnego zamachu samolotowego z użyciem broni nuklearnej w nowej operacji fałszywej flagi..
Uprowadzenie.. a i owszem i tak jest..! ale bez rekinów i nie zamiatajmy wszystkiego pod dywan […] filmowa ucieczka na wysokości 100-200 m nad oceanem w celu uniknięcia namierzenia przez wiązkę radarową to archaizm z epoki kamienia łupanego… To zniknięcie nastąpiło na wysokości 29,500 ft/~9830 m, a więc na nic tłumaczenie, że było zbyt nisko dla detekcji radarowej… AWACS mógł zakłócić lub całkowicie przejąć na tyle słaby sygnał odbicia z radarów cywilnych i wojskowych, że samolot dla nich znikł… Poza tym nie zapominajmy, że na pokładzie znajdowali się właściciele patentów wartych miliardy dolarów… Jeżeli wierzyć takiej osobie jak Jim Stone przypadkowym przypadkiem spowodowanym przypadkiem na kilka dni przed feralnym lotem z Kuala Lumpur, do amerykańskiego Urzędu Patentowego wpłynął wniosek o ochronę patentową technologii pozwalającej na osiągnięcie "niewidzialności"… to jest tylko nieistotna odnoga tego tematu… w moim mniemaniu jest to początek łańcucha wielowątkowego przypadku w historii awiacji z niepokojąco dużą ilością symboli wywołujących chaos…

Czy tak być mogło? Póki nie znajdzie się samolot lub jego wrak możemy sobie gdybać i wymyślać różne teorie i hipotezy. Mogę z czystym sumieniem powiedzieć – „wiem że nic nie wiem”. Mam nadzieję, że dowiemy się prawdy o ostatnim locie Boeinga 777 z lotu MH370. Tylko kiedy…?


Opracowanie – Robert K. Leśniakiewicz ©

CDN.

sobota, 22 marca 2014

Tajemnica Eilean Mor

Hebrydy Zewnętrzne


Mark Altszulew


Jeden z Siedmiu Cudów Świata – aleksandryjska latarnia morska została zbudowana na wyspie Faros/Pharos w 283 r. p.n.e., w Delcie Nilu. Jej wysokość wynosiła 120 m. W XIV wieku latarnia została zburzona przez silne trzęsienie ziemi.

Północny Atlantyk – to najgorszy z możliwych zakątków surowej ziemi zamieszkałej przez ludzi. Nagłe sztormy, zmienne prądy, szkiery… Kraj ostrego klimatu, zimnych wód i surowych ludzi. A Hebrydy Zewnętrzne są wizytówką Północnego Atlantyku…


Szumią zimne wody


Regularne linie żeglugowe są tutaj niemożliwe ze względu na kaprysy pogody i nieprzewidywalności morza. Praktycznie rzecz biorąc nie da się nigdzie dobić do brzegu – rafy, skały, szkiery, odmęty wodne i fale o wysokości dziesiątków metrów. Na Hebrydach Zewnętrznych z trudem udaje się odnotować 60 dni słonecznych. Pozostałe są pochmurne z deszczem, śniegiem i mgłami.

Siedem wysp Flannana  zalicza się często do Zewnętrznych Hebrydów, choć w rzeczy samej, stanowią one osobny archipelag. Jego powierzchnia liczy sobie około 80 ha niezamieszkałych skał. Na kilku wysepkach rośnie szorstka trawa i od czasu do czasu jakieś drzewka. Dzisiaj nikomu nawet do głowy nie przyjdzie, by się tam osiedlać – ostatni mieszkańcy opuścili wyspy w 1971 roku, kiedy miejscowa latarnia morska została całkowicie zautomatyzowana.

Znajdowała się ona na największej wyspie archipelagu – Eilean Mor – skrawku ziemi o rozmiarach 720 x 450 m . Jej nazwa w języku gaelickim oznacza „wielka wyspa” – i leży na: 58°17’ N - 007°35’ W.

Prawdę powiedziawszy, w Średniowieczu ludzie osiedlali się na Eilean Mor. Już to pasterze wypasali tam stada owiec, już to ludzie z innych wysp kryli się tam przed napadami Wikingów i piratów. No ale ta wyspa cieszyła się złą sławą. Uważano, że służy ona za przystań ostatnią dla widm i to nie zwykłym, ale elfickim. A otaczające ją wody dawni Iroszkoci nazywali „morzem duchów”. Nawet groźni Normanowie władający tymi ziemiami do połowy XIII wieku, nie ryzykowali spędzenia nocy na Eilean Mor.

W końcu XIX wieku ilość transatlantyckich rejsów wzrosła tak znacznie, że Brytyjczycy musieli sobie przypomnieć o Wyspach Flannana. Wiele statków schodziło z kursu na tych burzliwych i niespokojnych wodach i rozpruwało się na ich skalistych rafach. W 1899 roku, na Eilean Mor zbudowano latarnię morską o mocy 140.000 świec. Zakładano przy tym, że jej światło będzie widoczne z odległości co najmniej 30 mn/~55,6 km, co według wyliczeń specjalistów zapewniłoby bezpieczeństwo żeglugi.
[Aktualnie zasięg światła tej latarni, jak podaje brytyjska Wikipedia,  wynosi 20 mn/~32 km – przyp. tłum.]

Latarnia morska na Eilean Mor w XX wieku...

...i dzisiaj



Dziwne zniknięcie


Przez jakiś rok wszystko było w najlepszym porządku. Jednakże 15.XII.1900 roku kapitan statku SS Arctur [Wikipedia podaje nazwę SS Archtor – przyp. tłum.] o nazwisku Holmen zatelegrafował na ląd, że latarnia morska Eilean Mor nie pracuje. Informację tą potwierdzili kapitanowie innych statków, którym tej nocy udało się szczęśliwie przepłynąć koło Wysp Flannana.

Zbliżał się okres wymiany brygady latarników i zmiennik Joseph Moore  przygotowywał się do wyjazdu na to miejsce. Ale zanim zaokrętował się na statek, zaczął się sztorm. Z tego powodu odpłynął on dopiero po 10 dniach.

Dnia 26 grudnia, kliper Hesperous z Moorem na pokładzie dobił do przystani na Eilean Mor. Latarnik zaczął się zastanawiać: co też wydarzyło się na latarni? Znał doskonale wszystkich trzech członków tej brygady. Byli to: Thomas Marshall, Donald Mac Arthur i James Ducat  - byli oni doświadczonymi pracownikami. Praca na Eilean Mor była nie pierwszą ich pracą i nie najtrudniejszą. Jeżeli już oni nie byli w stanie wypełnić swoje obowiązki i zaświecić latarnię, oznaczało to, ze stało się tam coś poważnego.

Na wyspie były dwie przystanie – wschodnia i zachodnia. Zazwyczaj statki dobijały do zachodniej. Tak też postąpił i Moore. To, co tam zobaczył nie podobało mu się od razu. Nikt nie wyszedł powitać przybyłych. Na kei nie było żelaznych skrzyń na prowiant i zapasy. Latarnia się nie świeciła. Najpierw wołano, potem strzelano, ale nikt się nie pojawił.

Moore poszedł na górę samotnie – marynarze z Hesperousa przestępowali z nogi na nogę i widać było, że nie mają ochoty tam iść. Podszedłszy do latarni, Moore zobaczył, ze drzwi i okna są zamknięte, ale flagsztok przed drzwiami był pusty – flagę literalnie gdzieś zwiało. Z obawą w sercu latarnik przestąpił próg.

Wewnątrz wszystko było w największym porządku za wyjątkiem przewróconego stołu kuchennego. Ale był on tak przewrócony, jakby mieli go czyścić. Na miejscu wisiały sztormiaki załogantów latarni, naczynia po obiedzie były umyte i umieszczone na swych miejscach. Na miejscu znajdował się dziennik latarni. Ostatni zapis poczyniono w nim w dniu 15 grudnia o godzinie 19:00 ręką Marshalla: „Sztorm się skończył, Bóg jest znów z nami.” Na widok nikogo tu nie było co najmniej od tygodnia.

Pojąwszy, że stało się coś jeszcze bardziej zagadkowego, niż przypuszczał Moore wrócił do statku. Tam dostał do pomocy trzech marynarzy i pozostawiono ich na Eilean Mor w celu rozpatrzenia się w sytuacji.

Hebrydy Zewnętrzne to także megalityczne budowle - czyzby wspomnienie dawnej Atlantydy?...


Zagadkowy sztorm


Przez następne trzy dni Moore i jego ludzie przeszukiwali budynki latarni morskiej i cała wyspę. Nie znaleźli oni żadnych śladów załogi, ale niektórych swoich odkryć nie potrafili objaśnić w żaden sposób.

Oni ustalili, że lampy na latarni morskiej były zalane oliwą a knoty były podcięte, co oznaczało, że miano zamiar je podpalić, ale nie wiedzieć czemu przerwano te czynności. Stalowy reling był wgięty i urządzenia cumownicze przygotowane do pracy, chociaż używano zachodniej przystani. Sama przystań znajdował się w strasznym stanie.

Metalowe poręce były pogięte i częściowo wyrwane z betonowych obsad. Skrzynia dla zapasów wyglądała tak, jakby ktoś obkuwał ja kowalskim młotem. Leżała ona na boku, a wszystkie rzeczy były rozrzucone wokół niej. A znajdowała się ona na wysokości 33 m nad poziomem morza, ale ślady wskazywały na to, że znajdowała się ona jeszcze wyżej – zaś na szczycie wzgórza – a to już 60 m n.p.m. – znajdował się przeniesiony ze swego miejsca ogromny kawał granitowej skały.

Nasuwał się automatycznie wniosek, że trzech latarników zmyła do morza ogromna fala. Ale Moore odrzucił tą hipotezę. Po pierwsze dlatego, że przebywanie jednocześnie trzech latarników na przystani w czasie sztormu było kategorycznie zabronione. Po drugie, nawet gdyby byli zmuszeni naruszyć instrukcję, to musieliby włożyć sztormiaki – a przecież te pozostały w domu. I na koniec – Moore był przeświadczony, że ani 14, ani 15 grudnia w rejonie Wysp Flannana nie było żadnego sztormu. Morze w te dni było ciche i spokojne.

W domu także nie brakowało zagadek – np. nie były pościelone koje. Wychodzi na to, że latarnicy zjedli kolację, umyli naczynia i położyli się spać, ale nie wiadomo dlaczego nie zapalili latarni. A potem wszyscy trzej rzucili się do wschodniej przystani, gdzie zmyła ich fala. A przecież Marshall zdołał zapisać jeszcze, że sztorm się skończył.

Moore powrócił do badania dziennika, o którym w czasie poszukiwań zapomniano. Tam znalazł on wielce zdumiewające zapisy. I tak np. 12 grudnia Marshall napisał: „Ducat jest rozdrażniony”, 13 grudnia zapisał: „Ducat jest spokojny”, a 14 odnotował: „Ducat, Mac Artur i ja modlimy się”. Rankiem 15 grudnia pojawiła się jeszcze jedna dziwna notatka: „Bóg jest najwyższym ze wszystkiego”. To wskazywałoby na to, że latarnicy przez kilka dni nie zachowywali się całkiem normalnie.

Poza tym, że prowadzili dziennik, musieli oni prowadzić także notatki o stanie pogody. Takie informacje pisano na kredą tablicy u wejścia. Ostatni zapis pochodził z 12 grudnia, ale poprzednie trzy zapisy ktoś starł.

29 grudnia na Eilean Mor przybył dyrektor [według innych źródeł inspektor – przyp. tłum.] Administracji Latarni Morskich Szkocji Robert Muirhead. To on właśnie powinien ogłosić oficjalne wyniki śledztwa. Moore potem wspominał, że Muirheada bardziej niż wyniki śledztwa denerwowało to, że nie mógł się dopatrzyć naruszenia przepisów bezpieczeństwa przez latarników, bo nie miał zamiaru wypłacać rodzinom latarników zaległych pensji.

W rezultacie oficjalna wersja wydarzeń mówi, co następuje:
Marshall, Mac Arthur i Ducat byli na służbie do obiadu 15 grudnia. Zobaczywszy, że zaczyna się sztorm, pozostawili latarnię morska bez dozoru, żeby mocniej przymocować skrzynię z zapasami. Oni naruszyli instrukcję, w rezultacie czego zostali zmyci w morze przez falę.


Hipotezy i domysły


Oficjalne dochodzenie mało kogo zadowoliło. Moore przez miesiąc przebywał samotnie na latarni, a tymczasem Eilean Mor nabierał złej sławy. Być może na podstawie opowieści głównego latarnika ktoś doszedł do wniosku, że i on zetknął się z czymś nadprzyrodzonym.

Moore bowiem niejednokrotnie opowiadał, jakoby słyszał wołania o pomoc swych zaginionych towarzyszy. Miało to miejsce szczególnie pod wieczór, na początku sztormu. Pewnego razu burza rozpętała się szczególnie silnie, Moore’owi znów się przywidziało, że ktoś go woła. Wyszedł on na zewnątrz i zaczął wołać wszystkich trzech po kolei. I wydawało mu się, że wszyscy trzej się odezwali i odpowiedzieli.

Moore twierdził, że w czasie pobytu na wyspie czuł on przeraźliwie gniotącą atmosferę. Wydawało mu się, że przez cały czas ktoś go obserwuje. A kiedy przypłynął po niego statek, żeby go odwieźć na stały ląd, to on po raz ostatni wykrzyknął nazwiska swoich przyjaciół, a wtedy z wieży latarni morskiej wyleciały trzy ogromne czarne ptaki nieznanego gatunku i odleciały w stronę oceanu.

Nieco bardziej prozaiczną wersję wydarzeń przedstawił Walter Aldebert, który pracował przy budowie latarni morskiej w latach 1953-57. Pewnego razu zaobserwował on ogromną falę, która w biały dzień i doskonałej pogodzie poruszała się dokładnie na Eilean Mor, stosunkowo wąskim frontem. Na całe szczęście znajdował się on w wieży, a woda po uderzeniu tej fali dostała się niemal do jej progu. Zasadniczo takie zjawiska na oceanie są całkiem i w pełni możliwe.
[Być może była to fala tsunami pochodząca ze Grzbietu Środkowoatlantyckiego spowodowana przesunięciami się magmy, jednakże w takim przypadku musiałaby ona być także odnotowana w Szkocji i Irlandii… Najprawdopodobniej była to albo tzw. „dziewiąta fala”, którą obserwuje się w czasie sztormu, albo „kapryśna fala” (freak wave) która pojawia się przy dobrej pogodzie. Mechanizm jej powstawania nie jest jeszcze w pełni poznany - uwaga tłum.]

Tak więc Aldebert założył, że dwóch latarników pracowało na przystani, kiedy trzeci zalewający oliwą lampy zauważył nadchodzącą falę. On pobiegł na dół, by ostrzec swych towarzyszy, ale nie docenił skali zagrożenia i tak wszyscy trzej zostali zmyci do morza. Jednakże ta hipoteza nie wyjaśnia dziwnych zapisów w dzienniku, a poza tym człowiek biegnący komuś na pomoc nie bawiłby się w dokładne zamykanie drzwi. Ale trzeba przyznać, że pozostałe hipotezy są jeszcze mniej wiarygodne, no bo czy Elfy mogłyby porwać latarników z Eilean Mor?


Moje 3 grosze


Ten artykuł przywodzi na myśl różne opowieści dotyczące dziwnych zdarzeń, jakie miały miejsce na Islandii, gdzie ludzie święcie wierzą w istnienie Elfów zwanych tam Alfurami i Ukrytych Ludzi – Huldefolków, którzy nie dość, że koegzystują z ludźmi, to jeszcze na dodatek mogą krzyżować się z nimi, a ich potomstwo odznacza się tajemniczymi właściwościami i nie pokazuje się ludziom, żyjąc w islandzkim pozawymiarowym podziemiu. Ale to już jest temat z innej ballady.

Co do wydarzeń na Eilean Mor, to do hipotez należy dodać także porwanie latarników przez załogantów UFO lub USO. Oczywiście wylansowana ona została przez ufologów, którzy na dodatek upatrują w tych skrawkach lądów ostatnich resztek mitycznej Poseidii – fragmentu wielkiego lądu Atlantydy. I faktycznie, coś w tym jest, bowiem wystarczy spojrzeć na mapę batymetryczną tej części Atlantyku, na której widać dziwną formację zwaną Ławicą Rockall czy Płaskowyżem Rockall, którego głębokość dochodzi jedynie do 200 m. Jest ona oddzielona od szelfu Wysp Brytyjskich głębszym kanałem, w którym znajdują się cztery podwodne góry (tzw. seamounts) i gdyby ocean miał trochę niższy poziom, to szczyty te wystawałyby ponad wodę jak wyspy – podobnie jak i Płaskowyż Rockall… Tak właśnie było ok. 10-12 tys. lat temu, kiedy lodowiec w Europie więził ogromne ilości wody, a poziom wód Wszechoceanu był o wiele niższym.

Rockall Plateau i okoliczne góry podmorskie

Swoją cegiełkę do problemu dorzucają także kryptozoolodzy, którzy w tym wydarzeniu widzą udział jakiegoś morskiego potwora, który po prostu tych ludzi pożarł. Nie zapominajmy, że Szkocja słynie z potwora z Loch Ness, ale także kilku innych potworów żyjących w tamecznych jeziorach czy morzach. Także Islandia ma swego Nessie, a zatem upotworowienie północnych Wysp Brytyjskich i Skandynawii jest wysokie, a wikińskie sagi i opowieści Iroszkotów wielokrotnie wspominają o smokach – w tym morskich…  

Jeden z polskich autorów piszący na temat Trójkąta Bermudzkiego – Aleksander Grobicki w swej kultowej książce „Nie tylko Trójkąt Bermudzki” (Gdańsk 1980) – zwrócił uwagę na to, że dziwne zjawiska mają miejsce właśnie tutaj na lądach i morzach tajemniczej Północy, a nie tylko pod słońcem tropików. Co więcej – zwraca on uwagę także na to, że te właśnie rejony noszą ślady straszliwego kataklizmu, który w przeszłości nawiedził te okolice naszej planety. Czy są to ślady katastrofy Atlantydy, czy atomowej wojny bogów-astronautów? Jak na razie na żadne z tych pytań nie ma odpowiedzi. I wielka szkoda, że ta jakże cenna pozycja nie została wznowiona po 1989 roku, a wydawnictwa tłuką o wiele gorsze produkcje zagranicznych autorów, w których niewiele jest faktów, ale za to dużo sensacji.

Nie tak dawno jeden z kanałów TV przypomniał to wydarzenie prezentując film z serii „Tajemnicze zniknięcia” mówiący o tajemnicy Eilean Mor, gdzie przedstawiono znane fakty i hipotezy. Niestety – także realizatorzy tego filmu nie byli w stanie przedstawić konkretnego wyjaśnienia tego, co zaszło tam w grudniu 1900 roku.

Źródło – „Tajny XX wieka” nr 45/2013, ss. 36-37
Przekład z j. rosyjskiego – Robert K. Leśniakiewicz ©               
       


    

czwartek, 20 marca 2014

Widma w samolotach



Borys Szarow


Dnia 11.VIII.1979 roku w rejonie Dnieprodzierżyńska w powietrzu zderzyły się dwa samoloty Tu-134A. Na ich pokładach znajdowało się 178 ludzi (w tym drużyna piłkarska „Pachtakor”). Zginęli wszyscy…

Ci, którzy dopuszczają istnienie widm – choćby teoretycznie – uważają je za dusze zmarłych ludzi. Ludzi, którzy nie umarli śmiercią naturalną i którzy nie zaznali spokoju. Od takich można tylko oczekiwać, że postraszą tylko przypadkowego przechodnia, czy to jeszcze się inaczej zabawią – a to wrzucą grzybiarza w błoto, a to samolotowi wskażą fałszywy pas do lądowania. Ale okazuje się, że nie wszystkie widma chcą szkodzić ludziom.


Na krok od katastrofy


Aktualnie komisja Narodowego Urzędu Lotnictwa Tajlandii bada incydent w czasie jednego z rejsów Tajlandzkich Międzynarodowych Linii Lotniczych (Thai Airways International). W dniu 8 września (2013 roku) Airbus A330-300 numer boczny HS-TEF, lecący regularnym lotem THA679 z chińskiego Guanzhou (CAN) zaliczył twarde lądowanie na lotnisku w Bangkoku (BKK). W czasie lądowania złamało się przednie podwozie i samolot uderzył dziobem w pas. Na pokładzie znajdowało się 287 pasażerów i 14 załogantów.

Często zdarza się, że takie awarie kończą się bardzo poważnymi następstwami. Współczesne pasażerskie stratolinery – bez względu na moc silników – to maszyny delikatne. Lądowania nosem na pasie niejednokrotnie powodowały pożary i całkowitego zniszczenia samolotu. Ilość ofiar w czasie takiej katastrofy może sięgnąć i 100%.

Ale tym razem wszystko poszło inaczej. Załoga jak tylko mogła złagodziła lądowanie, mimo tego od ostrego hamowania podwozie się zapaliło. Na widok snopa iskier pasażerowie wpadli w panikę. Samolot jeszcze nie stanął, jak ludzie zerwali się z miejsc. Powstała kotłowanina w przejściach. Na wezwania stewardess i personelu nikt nie zwracał uwagi. W rezultacie tego kilkoro pasażerów odniosło obrażenia.

I naraz, ku zdumieniu załogi panika sama się skończyła równie szybko, jak się zaczęła. Ludzie biegnący do awaryjnych włazów po głowach innych usiedli z powrotem na fotele i zaczęli spokojnie czekać. Dla pracowników tej linii lotniczej takie zachowanie było zagadką. Oni unisono zeznali, że utracili kontrolę nad sytuacją.


Tajemnicza stewardessa


A oto pasażerowie zeznający przed komisja stwierdzali coś odwrotnego, chwaląc sobie załogę! Jak tylko w kabinie pasażerskiej rozległo się złowrogie słowo „pożar” i ludzie rzucili się, gdzie oczy poniosą, naraz pojawiła się stewardessa w tajskim stroju narodowym. Ona bardzo spokojnie zwróciła się do tłuszczy i natychmiast przywróciła porządek. Naoczni świadkowie wspominają, że pierwsze dźwięki jej głosu myśli o pożarze się gdzieś ulotniły.

Oczywiście, postanowiono tą że stewardessę wyróżnić i tu zdarzyła się rzecz przeciekawa – żaden z pasażerów nie zapamiętał imienia tej kobiety, chociaż widziało ją wielu pasażerów w różnych kabinach. Ale tylko w czasie paniki, a nie w czasie normalnego lotu i po ewakuacji…

W czasie śledztwa nie przyznała się do tego żadna ze stewardess obsługujących rejs. Podobnie żaden z pasażerów nie rozpoznał jej w czasie konfrontacji. Na dodatek żadna z kamer obserwacyjnych ochrony portu lotniczego (a także ratowników i strażaków) nie zarejestrowała stewardessy w stroju narodowym – cała załoga była odziana w mundury kompanii lotniczej…

Oficjalne poszukiwania zabrnęły w ślepy zaułek, a wtedy do rzeczy wzięli się znawcy nieznanego. Oni uważają, że tajemnicza kobieta to duch stewardessy, która zginęła dnia 11.XII.1998 roku w katastrofie lotniczej samolotu Airbus A310-200 nr boczny HS-TIA, z lotu THA261, tejże samej kompanii lotniczej, w locie z Bangkoku. Ten samolot spadł na ryżowe pole w czasie podejścia do lądowania na lotnisko w Surat Thani (URT).

W tym czasie na pokładzie tego Airbusa A310-200 znajdowało się 146 osób i nie udało się wypuścić podwozia. Naraz maszyna pochyliła się i zaryła dziobem w ziemi. Natychmiast powstał pożar i samolot został rozerwany. Uratowało się 3 członków załogi i 42 pasażerów. Ofiar mogłoby być mniej, ale pasażerowie spanikowali i wielu zginęło w jej skutek. Wedle oświadczeniu kilku świadków, jedna ze stewardess wyciągnęła z ognia sześcioro ludzi, wróciła po następnego, ale już nie powróciła z płonącego wraka samolotu… 


Start na słowo honoru


W niedzielę, dnia 22.VII.1973 roku, u wybrzeży Tahiti miała miejsce katastrofa samolotu Boeing 707-321B nr boczny N417PA, lecącego z Auckland (AKL) i Papeete (PPT) do Los Angeles (LAX). Na pokładzie samolotu kompanii Pan American znajdowało się 79 pasażerów i załogantów.

Dowódca załogi kpt. Robert Evarts stwierdził, że jedno ze szkieł okna kokpitu miało szczeliny. Zgodnie z instrukcją powiadomił o tym centralę firmy w Nowym Jorku, i wkrótce otrzymał odpowiedź, z której wynikało, że może on albo przerwać albo kontynuować lot wedle własnego uznania.

Ponadto w tej odpowiedzi mówiło się, że przy podejmowaniu decyzji centrum polega na doświadczeniu kapitana i I pilota Lyle’a Heavensa. Evarts miał 59 lat i kiedyś służył jako lotnik w USAF, podobnie jak Heavens i nie ustępował on doświadczeniem kapitanowi. Evarts zdecydował się lecieć dalej.

Potem świadkowie wspominali, że stratoliner oderwał się od pasa ciężko i leciał niżej, niż samoloty tego typu. Po dwóch minutach dyspeczer lotniska usłyszał w eterze jakiś silny trzask, a kiedy spojrzał w kierunku morza, to zobaczył na wodzie pomarańczowe plamki. To był Boeing, który po starcie wzniósł się na wysokość 100 m, a potem nieoczekiwanie runął do wody.


Pułapka na Boeinga


O godzinie 22:13 TAHT na miejscu katastrofy znalazły się kutry i łodzie z ekipami ratowniczymi. One podniosły z wody 10 zwłok ludzkich i ku ich wielkiemu zdziwieniu jednego ciężko rannego pasażera. Samolot zatonął na głębinie 700 m, tak że nie udało się wydobyć „czarnych skrzynek”. Nie było ani wybuchu, ani pożaru na pokładzie samolotu do jego upadku w wodę. Meteorolodzy wykluczyli jakieś nagłe i silne podmuchy wiatru w czasie startu. Podstawową wersją przyczyn katastrofy stała się pęknięta szyba kokpicie maszyny.

I tutaj się okazało, że dyspozytor firmy w Nowym Jorku wysłał do Papeete polecenie przerwania lotu.

Wielbiciele mistyki przy tej okazji wspominali jeszcze kilka dziwnych katastrof samolotów amerykańskich w Polinezji, Indonezji i na Filipinach. W każdym przypadku załoga otrzymywała niewłaściwe dane do lądowania, albo w tajemniczy sposób popełniała omyłki w ocenie odległości do jakiejś góry w czasie startu.

Prawdę powiedziawszy, to Amerykanie w czasie wojny z Japończykami na Pacyfiku nieraz posługiwali się swego rodzaju pułapkami radiowymi, powodując błędy w ocenie sytuacji u swych przeciwników. Ci ostatni lądowali na wrogich lotniskach, tracili swe lotniskowce, atakowali fałszywe cele, itd. itp. Także w tym przypadku ktoś zagnał Boeinga w pułapkę oszukując amerykańskich lotników.

Ale najbardziej interesujące są zeznania jedynego pasażera, który to przeżył. Neill Campbell opowiedział, że czekając na start drzemał w fotelu. Obudził się od nacisku na bok, kiedy samolot nabierał wysokości. Sąsiad – niemłody mężczyzna o azjatyckiej urodzie – rzekł do niego: „To koniec Jankesie”. W tej samej chwili Campbell poczuł, że samolot spada, więc przybrał „awaryjną” pozycję, co go uratowało.

Ale najciekawsze jest to, że na fotel obok szczęśliwca nie był wykupiony bilet i był on wolny. A zatem nie mógł on mieć sąsiada. Kiedy śledczy powiedzieli mu o tym, Campbell obawiając się, że wyląduje w psychiatryku zwyczajnie odwołał zeznanie i zaczął opowiadać, że po prostu poczuł, że samolot traci wysokość i przyjął taką pozycję jak do awaryjnego lądowania, a jaką pokazała mu stewardessa przed startem.


Przekleństwo lotu 401


Dnia 10.XII.1972 roku, samolot Lockheed L-1011 Tristar nr boczny N310EA, lot EA401, kompanii lotniczej Eastern Air Lines podchodził do lądowania na lotnisko w Miami (MIA). Na pokładzie znajdowało się 176 ludzi. Wszystko szło dobrze, póki kapitan nie zdecydował się wypuścić podwozia – lampka indykatora nie zapaliła się. Załoga zameldowała o tym dyspeczerowi lotniska i na jego polecenie miała przerwać podchodzenie do lądowania i wyjść na 660 m w strefie oczekiwania.

Wiadomo było, że z układami elektrycznymi tych samolotów zdarzały się wcześniejsze problemy, dlatego kapitan postanowił wymontować lampkę i zobaczyć, czy nie jest spalona. Miał rację – podwozie było wypuszczone normalnie. Niestety, w czasie szamotaniny z indykatorem kapitan omyłkowo wyłączył autopilota, samolot zaczął powoli tracić wysokość i tego nikt nie zauważył…

W ostatniej chwili kopilot zdążył krzyknąć, że samolot znajduje się poniżej zadanej wysokości, ale podnieść go już nie byli w stanie. Maszyna z pełną prędkością werżnęła się w bagna Everglades N.P. o godzinie 23:42 AST. Zginęło 99 osób (Wikipedia podaje 101 osób), w tej liczbie I pilot Bob Lofta i inżynier pokładowy Don Repo.

Kompania lotnicza postanowiła powetować sobie choć częściowo straty i w jakiś sposób otrzymała zezwolenie na zabranie nadających się do użytku części na części zamienne.  Zostały one wmontowane do maszyny tego samego typu i wtedy zaczęły się problemy. Widma Repo i Lofty zaczęli pojawiać się członkom załogi swojej byłej kompanii w najbardziej nieoczekiwanych momentach, uprzedzając ich już to o pożarze silnika, który potem wybuchł, już to przestrzegając przed p[problemami ze sterem wysokości.

Innym razem włączali się do wewnętrznej sieci łączności załogi. Pewnego razu Repo tak przestraszył inżyniera pokładowego, że ten przestał latać. Widmo ni stąd ni zowąd powiedział swemu koledze, że już zrobił za niego przygotowania przedstartowe. (!!!)

Innym razem Lofta przed startem zaszokował całą załogę prośbą o sprawdzenie panelu sterowania i wymienić wadliwy wskaźnik. Z lotu zrezygnowała cała załoga…

Oczywistą rzeczą jest, że urządzenia „czarnych skrzynek” nie odnotowywały takich incydentów, ale w samej kompanii widma tych lotników są oficjalną legendą. Natomiast szefostwo firmy oświadczyło w swoim czasie, że wycofano z eksploatacji wszystkie „przeklęte” części. Rzecz jasna, że po 40 latach już żadna z tych części nie pozostała, ale historia przekazywana z ust do ust krąży po dziś dzień…


Moje 3 grosze


Przekładając ten artykuł zastanowiłem się nad tragedią jaka miała miejsce na lotnisku Siewiernyj pod Smoleńskiem, w dniu 10.IV.2010 roku, w której zginęło 96 osób wraz z ówczesnym prezydentem RP Lechem Kaczyńskim i prezydentem RP na wychodźstwie Ryszardem Kaczorowskim. I choć jestem racjonalistą i materialistą dialektycznym, to dopuszczam możliwość istnienia ciał energetycznych osób zmarłych manifestujących się ludziom o wyostrzonych zmysłach i niektórym zwierzętom. Bo świadectw na to jest dosyć.

Dlatego też zastanowiłem się właśnie nad tą katastrofą, bo jest w niej coś bardzo dziwnego, coś – rzekłbym - mistycznego. Oto samolot Tu-154M o bocznym numerze 101 rozbija się pomimo tego, że polscy piloci doskonale wiedzą o tym, że samolot zszedł z prawidłowej ścieżki podejścia do pasa. Ostrzega ich o tym cała pokładowa automatyka. Ostrzega ich wieża i załoga samolotu, który siadał tam wcześniej. A mimo tego decydują się na manewr lądowania na lotnisku nieprzystosowanym do przyjmowania takich maszyn, w warunkach pogodowych tez urągających wszelkim przepisom bezpieczeństwa…

Ktoś powie – błąd pilotów i będzie miał rację. Ktoś powie – nacisk psychiczny na pilotów – i też będzie miał rację. A może to była jakaś przyczyna nie z tego świata? Może to dusze Katyńczyków już miały dosyć ciągłego wywoływania ich z zaświatów i uczestnictwa w politycznych i partyjnych rozgrywkach? Wszak ci ludzie zmarli straszną śmiercią, zapomniani przez Boga i ludzi, bez mogiły i krzyża, wskutek ohydnej zdrady. A teraz pamięć o Nich stała się przedmiotem obrzydliwych przetargów politycznych i partyjniackiej hucpy. Czy nie mogli Oni mieć już tego po prostu dosyć i Ich niechęć wyładowała się właśnie na tych, którzy lecieli zakłócać Ich spokój? Wszak nie bez kozery w wielu kulturach świata mówi się o tym, by nie zakłócać spokoju zmarłych, bo to sprowadza tylko nieszczęścia. Może dlatego właśnie nasz kraj jest tak nieszczęśliwy? Tak też stać się mogło owego fatalnego dnia 10.IV.2010 roku o godzinie 08:41.06 CEST, w Smoleńsku.

Dajmy już spokój umarłym, niech spoczywają w spokoju. In pace requiescat…




Źródło – „Tajny XX wieka” nr 46/2013, ss. 36-37
Przekład i opracowanie – Robert K. Leśniakiewicz ©