Powered By Blogger

niedziela, 28 grudnia 2014

SŁOŃCE NAD MORZEM CZARNYM (10)



Morze Śródziemne -  36°N - 018°E

W przeciwieństwie do słonecznej pogody na Morzu Czarnym, Morze Śródziemne było cały czas rozkołysane i wietrzne, a pogoda paskudna. A przecież była dopiero połowa września, i jesienne sztormy nie powinny pojawiać się na tym akwenie. Najwidoczniej jednak przyroda postanowiła inaczej, a rozregulowana przez efekt cieplarniany pogoda zaczęła nam dawać się we znaki na wysokości Cypru, kiedy to wpadliśmy w pierwszy w tej podróży, paskudny sztorm. Dopiero po dwóch dniach żeglugi dopłynęliśmy do punktu opisanego współrzędnymi trzydzieści sześć stopni szerokości geograficznej północnej i osiemnaście stopni długości geograficznej wschodniej.

Wysłaliśmy radiosygnał na umówionej częstotliwości i po trzech godzinach na północnej stronie nieba pojawił się drobny punkt, który rychło rozrósł się do rozmiarów samolotu – hydroplanu, który okrążył Atlantis MMII i usiadł na wodzie. Spojrzałem na jego oznaczenia – G-RHYU. A zatem wszystko się zgadzało. Samolot podpłynął do naszego jachtu. Gemma przycumowała go do rufy i podała trap. Młodziutki pilot zręcznie przeskoczył z pływaka na pokład.
- Hallo! Jestem Bob Baxter – przedstawił się.
- Hallo! – powiedziałem i po kolei przedstawiłem nas wszystkich, poczym zaprosiłem go na obiad. Zjadł szybko to, co mu daliśmy i zaczął się spieszyć. Naïs podała mu pojemnik z płytami i innymi nośnikami, które zawierały dane. Bob zajął miejsce w kokpicie i odpalił silnik. Po paru chwilach samolot wzniósł się w powietrze i znikł na północy. Materiały leciały do Rzymu. Nasza misja była skończona…

Ruszyliśmy na zachód, ku brzegom Hiszpanii. Atis wykreśliła najkrótszy kurs do domu i robiąc trzydzieści węzłów mieliśmy nadzieję, że po trzech dobach znajdziemy się w Kadyksie, gdzie zostawimy Naïs i resztę materiałów, a sami dopłyniemy na zimowe leże do Atlanterra.
- Co będziecie robili, kiedy skończy się ten rejs – zapytała Naïs, kiedy zostaliśmy sami w sterówce.
- Gemma wróci do remontu domu w Atlanterra, a Kris i ja pojedziemy do Polski – też mamy to i owo do skończenia.
- Dla was ta przygoda się skończy i zaczniecie z całą pewnością coś nowego – powiedziała z zazdrością w głosie – a ja będę gadała do studentów, wymyślała teorie naukowe i wiodła życie przykładnego naukowca…
- Znajdź sobie kogoś – poradziłem jej – to wstyd, żeby taka młoda, atrakcyjna i utalentowana kobieta chodziła w samopas…
Na jej ogorzałe policzki wypłynął rumieniec.
- Łatwo ci powiedzieć, bo nie jesteś sam i masz takie wspaniałe kobiety wokół siebie…
- To fakt – powiedziałem zgodnie z prawdą.
- Pamiętasz wschodnią bajkę z tysiąca i jednej nocy o Bachtiarze? – zapytała.
- Mmm… nie – a możesz odświeżyć mi pamięć Szeherezado?
- Owszem – uśmiechnęła się – Once upon a time… żył sobie ubogi człowiek imieniem Bachtiar. Pewnej nocy śniło mu się, że siedzi wygodnie przed chatą przed zastawionym stołem. Po jego prawej ręce siedziało słońce złote, po lewej księżyc z najczystszego srebra, a nad jego głową migotała gwiazda brylantowa. Oczywiście ruszył w świat w poszukiwaniu przygód, bogactwa i sławy, aż wreszcie ktoś straszliwie ważny, chyba sam szach, wezwał go i zlecił mu przyniesienie czegoś z rajskiego ogrodu. Bachtiar udał się tam i przywiózł to, co satrapa mu zlecił, ale… To był rajski ogród i kiedy piękna peri[1] podawała mu to coś, jej dłoń dotknęła ręki śmiertelnika, więc musiała opuścić ogród i zamieszkać z Bachtiarem.
Taka historia powtórzyła się jeszcze dwukrotnie i za każdym razem Bachtiar wracał do szacha czy też sułtana z wypełnioną zleconą mu misją i piękną peri u boku. I wreszcie stało się tak, że pewnego wieczoru Bachtiar usiadł przed swym domem, po prawicy zasiadła pierwsza peri, po lewicy druga, a trzecia stanęła za nim, a wtedy Bachtiar zrozumiał i tak rzekł: Oto spełnił się mój sen – po prawej stronie mam słońce złote, po lewej mam księżyc srebrny, a nad moją głową brylantowa gwiazda migoce…

W lot pojąłem aluzję.
- I jaki z tego wniosek? – zapytałem.
- Że brakuje wam kogoś, a że – jak mawiają Rosjanie – Boh trojcu ljubit… - uśmiechnęła się i jej policzki znów pociemniały.
- No tak, tylko że ty możesz wyglądać jak peri ze wschodnich baśni, ale ja nie jestem Bachtiarem – powiedziałem stanowczo – a poza tym Krystyna i Gemma też tu decydują i to na równych prawach.
Westchnęła.
- Pogadaj z nimi – poradziłem. – Myślę, że się zgodzą i dokooptują do naszego zespołu.
- A ty? – zapytała cichutko.
- A ja zaakceptuję ich decyzję – powiedziałem – i tak jestem w mniejszości. Idź zatem do nich…

Naïs najpierw spojrzała na mnie, potem szybko pocałowała w policzek i znikła pod pokładem. Uśmiechnąłem się.
- Atis! – powiedziałem głośno – proszę, dopisz jeszcze jedną osobę do listy załogi i przypomnij o wpisaniu do musteroli.
- Aye, aye skipper – odpowiedziała Atis. – Przed nami wybrzeża Sycylii.
- Opływamy ją od południa - zadysponowałem.
Widoczny na horyzoncie siny skrawek lądu z górującym nad nim stożkiem dymiącej Etny zaczął odpływać w prawo, a dziób jachtu wykręcił wprost w słońce południa.

Z dołu dobiegł mnie ciepły, kobiecy śmiech.


KONIEC



[1] Wróżka ze wschodnich, głównie arabskich baśni. 

sobota, 27 grudnia 2014

SŁOŃCE NAD MORZEM CZARNYM (9)



Odessa


Wyciągnęliśmy ROV na pokład i od razu ruszyliśmy, z miejsca biorąc kurs na Odessę. Umówiliśmy się z profesorem na dzień jutrzejszy na plaży w pododesskiej Fontance. Nie wiedzieliśmy, czym profesor się kierował wyznaczając nam to randez-vous w tym akurat miejscu, ale się zgodziliśmy. Ostatecznie materiał filmowy o rekinie musiał być przekazany – inne materiały miały polecieć… - nawet nie wiedzieliśmy prawdę mówiąc, gdzie. Zresztą mało mnie to obchodziło. Moje załogantki też jakoś się tym nie mogły przejąć, może poza Naïs – wszak to w końcu była jej działka. Wzięliśmy kurs na Odessę, co też było w trybie alarmowym, boż nie mieliśmy w ogóle zawijać do jakiegokolwiek portu. Ale potwierdziło się podejrzenie, że mamy do czynienia z czymś nietypowym i trzeba było coś z tym fantem zrobić…
- Jak myślisz – zagadnąłem Naïs – skąd ta bestia znalazła się w Morzu Czarnym?
- Prawdę powiedziawszy, to nie mam zielonego pojęcia – odparła obserwując ekrany przyrządów. – Nie wyobrażam sobie, by przybyła tutaj poprzez Morze Śródziemne i cieśniny tureckie.
- Czyli wykluczasz to, że ten rekin przypłynął tutaj sam – zapytałem.
- Stuprocentowo! – odparła.
Westchnąłem.
- No to mamy problem – rzekłem.
Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy nawet, jaki…

Mimo pesymistycznych zapowiedzi, noc upłynęła spokojnie. Wielki Biały Rekin nie pokazał się w zasięgu naszej aparatury. Tym niemniej wolałem trzymać się na baczności. Nie wychodziłem ze sterówki, a Naïs towarzyszyła mi przez całą noc – chciała mieć oko na wszystko, co miało związek z Wielką Rybą – czy jak to ona nazywała – Megarybą. Wyrabialiśmy trzydzieści węzłów i odległość trzystu kilometrów dzielącą nas od Odessy pokonaliśmy prawie w pięć godzin, i teraz kołysaliśmy się na redzie czekając na wschód słońca.
- Nie wydaje ci się – powiedziałem do Naïs – że ten rekin trzyma się głębokich wód?
- Tak, i to mnie właśnie dziwi – odrzekła – przecież rekiny zazwyczaj żerują na płytkich wodach, na szelfie. Oczywiście są i oceaniczne rekiny, ale tak na dobrą sprawę nikt nie wie, jak żyły Megaryby…
- Ale zagadką pozostaje, skąd on się tu wziął? – to mnie niepokoiło. – No bo skoro pokazał się jeden, to co stoi ba przeszkodzie, by nie było tutaj całej rodzinki?
- Coś ci powiem – Naïs miała taką minę, jakby wpadła jej do głowy jakaś rewolucyjna myśl. – Ten rekin jest rekinem głębinowym. Nie może wypłynąć na głębinę, bo tam jest siarkowodór i metan. I on o tym wie. Ale poluje z dala od brzegu. Jego ofiarami są delfiny. I tylko delfiny, co też jest oczywiste, bo to największe zwierzęta wodne tego akwenu.
- Wielkie nieba! – wykrzyknąłem – już kapuję! Przecież delfiny czarnomorskie były używane przez Rosjan do walki z okrętami podwodnymi i nawodnymi a także z płetwonurkami!
- Zrozumiałeś! – wykrzyknęła Naïs z tryumfem w głosie. – I to jest właśnie powód, dla którego ta Megaryba się tutaj zjawiła! Chodzi o zatarcie śladu po eksperymentach, które wymknęły się spod kontroli!!!

Te słowa powtórzyliśmy profesorowi, który leżał obok nas na swoim kocyku, w parę godzin później na plaży w Fontance. Leżeliśmy obok siebie na słońcu mając profesora w środku. Gdyby nie okoliczności, to można by było pomyśleć, że to jacyś studenci omawiają wyniki dotychczasowej praktyki ze swym profesorem. Smażyliśmy się na czarnomorskim słońcu rozebrani do rosołu. Krystyna, Gemma i Naïs  w swych bikini przyciągały zainteresowane spojrzenia mężczyzn i nienawistnie-zawistne niektórych kobiet. I tak to powinno wyglądać dla postronnych oczu. Ale tak nie było, bo profesor Milczarek słuchał nas uważnie z drobnym uśmieszkiem przyklejonym do warg i popijał ciepławą colę z puszki. Kiedy skończyliśmy pokręcił przecząco głową.
- Myślenie i wnioski końcowe są w zasadzie prawidłowe, ale sprawy wyglądają trochę inaczej - rzekł.
- Czyli Megaryba i delfiny tresowane do walki z ludźmi należą do tego samego eksperymentu? – zapytałem.
- Nie, panie Laskowski – odrzekł profesor. – Tu było jeszcze coś innego.
- No niechże nas pan oświeci, profesorze! – Krystyna i Gemma były natarczywe, jak małe dziewczynki. – Proooosiiiimy! Przecież to nam się należy! Nadstawialiśmy wszyscy karku dla pana, więc powinien pan nam powiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi! Tak nie można! – zakrzyczały go.
- No dobrze – rzekł wreszcie i machnął ręką – powiem wam, o co tutaj chodzi i co jest grane…
Zamieniliśmy się w słuch.
- W połowie lat siedemdziesiątych grupa radzieckich uczonych pod kierownictwem generała KGB zaczęła prace nad projektem, stworzenia jednostki odpowiednio przeszkolonych i wytresowanych delfinów, które można by było wykorzystać do walki w amerykańskimi i natowskimi jednostkami nawodnymi i podwodnymi oraz komandosami z morskich oddziałów desantowych, rozpoznawczych i dywersyjnych. Tak, tak – pani Krysiu – przeciwko pani i pani kolegom! To wiedzą wszyscy…
- …czyli plebs – nie wytrzymała Krystyna. – A co wie elita?
- Elita wie to, że delfiny te długo były posłuszne ludziom i rzeczywiście doskonale nadawały się do walki z okrętami i innymi ludźmi. Problem powstał, kiedy okazało się, że delfiny były w stanie topić zarówno wrogie jak i swoje jednostki… W ten sposób na Morzu Czarnym poszło na dno kilka statków Morfłota i okrętów Floty Czarnomorskiej ZSRR. Po prostu delfiny atakowały wszystko bez wyjątku i jakiejkolwiek selekcji, cokolwiek pływało w ich promieniu działania. Podobnie było z ludźmi – delfiny atakowały zarówno żołnierzy, jak i Bogu ducha winnych plażowiczów. No i trzeba było coś z tym zrobić…
- I wtedy pojawił się Wielki Biały Rekin-zabójca? – poddała domyślnie Gemma.
- Po rozpadzie Związku Radzieckiego zabrakło kasy na eksperymenty i nawet utrzymanie delfinów w wojskowym delfinarium, więc je po prostu wypuszczono. To było w roku tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym pierwszym. Wielki Biały Rekin pojawił się dopiero w dwa tysiące szóstym i nikt nie wie, skąd. Oficjalnie nie wie. Bo nieoficjalnie mówi się o tym, że okaz megalodona został schwytany w Rowie Mariańskim czy Filipińskim i przewieziono go, a potem wypuszczono w morze, w celu wytępienia agresywnych delfinów. Bo jest jeszcze jeden fakt, o którym nie wiecie – a mianowicie taki, że te delfiny, które  przystosowano do walki z ludźmi są GMO…[1]
- Genetycznie zmutowane? – powiedziałem. – Aaa…, no to teraz rozumiem, dlaczego one atakowały ludzi, a nie traktowały ich, jak osobników swojego gatunku.
- Wybitne skurwysyństwo – powiedziała Krystyna z niesmakiem.
- Całkowicie się z panią zgadzam – grzecznie powiedział profesor. – Zważcie jednak państwo i na to, że tego nie zrobili Rosjanie. To nie oni przywieźli i wpuścili tu megalodona.
- No to kto? – zapytała Krystyna.
- Tego właśnie nie wiemy – zafrasował się profesor. – Nikt jak dotąd nie przyznał się do tego, choć tylko jedno państwo – no dwa kraje na świecie dysponują taką techniką, by dokonać tajnie operacji schwytania i przerzucenia megalodona z Pacyfiku do Morza Czarnego.
- Ameryka i Japonia – odpowiedziała Naïs na nieme pytanie Gemmy.
- Hmmm… - jest jeszcze trzecia możliwość – wtrąciłem niespodziewanie.
- Kto? – wszyscy spojrzeli na mnie, jak na wariata. Wymieniłem szybkie spojrzenia z Krystyną i Gemmą.
- Profesorze, co Komitet Dziewiętnastu wie na temat chronomocji? – zapytałem Milczarka. Ten spojrzał na mnie ze zdumieniem.
- Nic – odrzekł.
- No to niech pan rozważy następującą możliwość – powiedziałem ważąc każde słowo – a mianowicie taką, że ktoś mógł opanować technikę przemieszczania materii ożywionej i nieożywionej w czasie i przestrzeni. Ktoś z dalekiej Przyszłości, kto postanowił naprawić genotypy wszystkich istot z naszej planety. Genotypy te zostały zwichrowane przez nieodpowiedzialne grzebanie w genach i zabawy z mutagennymi czynnikami, takimi jak niektóre środki chemiczne czy radioaktywne. Bo w Przyszłości doszło już do tego, że ludzi trzeba było produkować, a nie rodzić w sposób naturalny.
- To jakaś powieść science-fiction? – zapytał profesor.
- No, dajmy na to… - odrzekłem – ale pasująca do znanych faktów i ich ekstrapolacji. Ci ludzie zorientowali się, że trzeba wyeliminować niektóre GMO z biosfery naszej planety i dokonują tego w sposób, który nie wymaga angażowania technicznych eliminatorów GMO – w tym przypadku wystarczy jeden megalodon… - dokończyłem i pociągnąłem potężny łyk ciepławej coli, bo zaschło mi w ustach.

Profesor przyjrzał mi się uważnie.
- Czy pan wie coś, o czym ja nie wiem? – zapytał poważnym tonem.
- Zgaduję – powiedziałem zgodnie z prawdą.
- No cóż, nikt z Komitetu nie bierze na serio takiej możliwości – powiedział to powoli sondując nasze twarze uważnym spojrzeniem.
- Ale zasadniczo rzecz taka jest możliwa? – powiedziałem.
- Być może – odrzekł. – Nie jestem fizykiem, ale mogę zapytać fizyków. OK., a co państwo powiecie na temat tego, co się przydarzyło wam na pokładzie Admirała Masorina? – zmienił temat rozmowy.
Pokrótce opowiedzieliśmy mu także o tym, co tam się zdarzyło.
- Moim zdaniem – zakończyła Krystyna – to miało na celu pozbawienia nas możliwości wykrycia czegoś, co może zagrażać nam bezpośrednio z kosmosu: jakiegoś asteroidu, komety czy jeszcze czegoś innego, co byłoby możliwe do wykrycia tylko przy pomocy EST
- Być może ma pani rację – profesor sposępniał jeszcze bardziej upodabniając się do Davida Nivena – a to oznacza, że czekają nas kłopoty...

Resztę dnia przeleżeliśmy na plaży, a pod wieczór zabraliśmy się na pokład Atlantis MMII. Równo o ósmej wieczorem podnieśliśmy kotwicę i ruszyliśmy wzdłuż brzegów Ukrainy na południe ku Bosforowi.


CDN.




[1] GMO – Genetycznie Modyfikowany Organizm.

piątek, 26 grudnia 2014

SŁOŃCE NAD MORZEM CZARNYM (8)



Morze Czarne – 30 mil na południe od Jałty


Na wysokości przylądka Foros zrobiliśmy zwrot ku wschodowi i znów zaczęliśmy penetrować morze, które tutaj było już głębokie. Sonar sygnalizował głębokość ponad tysiąca metrów. Zupełnie inaczej było w pobliżu Cieśniny Kerczeńskiej, gdzie znajdowaliśmy się na szelfie kontynentalnym.
- Właściwie nie ma sensu penetrować tych głębin, przecież one są abiotyczne – powiedziałem.
- Ba! – ale nie wiadomo, co właściwie się w nich może kryć – powiedziała Gemma.
- Na pewno nie stworzenie oddychające powietrzem rozpuszczonym w wodzie – roześmiała się Naïs. – A w chemiaki Daniela i japońskie Hedory jakoś nie wierzę…
- A co! Posłuchajcie: Chemiacus danielensis L. – jakże to brzmi! – powiedziałem z szyderczą powagą.
Roześmialiśmy się wszyscy.
- Co oznacza to L.? Chyba nie Linneusz? – zapytała Gemma.
- Laskowski, bo to ja je odkryję – odparłem.

Słońce powoli staczało się z szczytu nieba. Morze było niemal gładkie i nie widać było żadnych odznak jakiegoś krótkiego, ale paskudnego sztormu, z którego słynne są te wody. Kobiety wylegiwały się na słońcu, jak foczki – jedna obok drugiej. Miło było popatrzeć na nie pogrążone w błogim odpoczynku. Krystyna spała, Gemma rozmawiała z Naïs, która leżąc na brzuchu klepała w klawiaturę swego laptopa.

Atis prowadziła jacht w kierunku wschodnim. Wyglądało to na zwyczajny, wakacyjny rejs. A ja czuwałem przy sonarach. Do końca wachty pozostały dwie godziny, potem zmieniała mnie Krystyna.
- Gdzie jesteśmy? – zapytałem Atis.
- Trzydzieści mil na południe od Jałty – usłyszałem odpowiedź – czterdzieści…
- Nie trzeba – odpowiedziałem.
- Uwaga! Sonar sygnalizuje obiekt odpowiadający parametrom poszukiwanemu zwierzęciu – odezwała się nagle Atis. – Położenie: prawo sto sześćdziesiąt, odległość trzy mile, głębokość siedemdziesiąt metrów i idzie kursem na nas z prędkością dwudziestu węzłów. Rozmiary: długość około dwadzieścia dwa metry, szerokość trzy i pół metra.
- Cholera, to rzeczywiście jest potwór – pomyślałem.
Rzuciłem okiem na ekran – podłużny obiekt szybko zbliżał się do środka ekranu, gdzie znajdował się Atlantis MMII. Chyba zwabił go nasz sonar.
- Odnotuj pierwszy kontakt i ogłoś alarm! – poleciłem Atis.
- Aye, aye sir! – i po chwili rozległ się buczek alarmowy.

Pierwsza do sterówki wpadła Naïs.
- I co!? Jest!!!??? – zawołała.
- Quod erat demonstrandum – powiedziałem wskazując na ekran.
- Ale wielki! Co to może być? – powiedziała patrząc w jego zielonkawą głębię.
- Na pewno nie waleń – powiedziałem. – Za chudy nawet na najmniejszego wieloryba. Poza tym Turcy widzieliby go przepływającego przez Dardanele i Bosfor.
- A więc rekin? – Naïs zrobiła zdumioną minę. – Ale jaki? Chyba nie Rhincodon typus czy Megachasma pelagios, albo Cetorhinus maximus… One są planktonożerne, a ten…
- Ale one mierzą do dwunastu metrów, a to ma dwadzieścia dwa… - dodałem.
- Chyba, że to jest… - Naïs naraz zbladła. Zrozumiałem ją w lot.
- … Carcharodon megalodon… - dokończyłem za nią. Spojrzeliśmy na siebie. W jej oczach czaił się autentyczny strach.
- Nie do wiary – powiedziała cicho – to niemożliwe…
- Nie mówicie tego serio? – usłyszałem za sobą głos Gemmy. 
- Przecież megalodony wyginęły szesnaście milionów lat temu – dodała Krystyna. Obie ubrały się w jednoczęściowe stroje pływackie i były gotowe do działania. 
- Taaak? No to co tam pływa? – zapytałem wskazując kciukiem na ekran sonaru, na którym biała plama ogromnej ryby rozrastała się i zbliżała z każdą sekundą.
- Eeee, tam – bąknęła Krystyna.
- Krysiu, no kto jak kto, ale ty powinnaś w to uwierzyć… - powiedziałem nawiązując do naszej afrykańskiej odysei. – Atis, proszę daj STOP – poleciłem
- Jest STOP – jacht poruszał się już tylko siłą bezwładu.
- Co robimy? – zapytała Naïs.
- To, po co tutaj przyjechaliśmy – odparłem – wyrzucimy ROV i obejrzymy to coś, cokolwiek to jest.
- Patrzcie! – krzyknęła Gemma wskazując palcem na morze po lewej burcie.
Spojrzeliśmy w tamtym kierunku. W kierunku lądu płynęło bardzo szybko stadko delfinów, a za nim drugie.
- Delfiny wyczuły niebezpieczeństwo – rzekła Naïs. – Tam jest za mocna dla nich konkurencja…
- Atis! Proszę przygotować ROV do zanurzenia – poleciłem.
- Jest przygotować ROV – odpowiedziała Atis.
Z tylnego pokładu wyrósł nagle niewielki dźwig przy którym kołysał się nieduży obły aparat do podwodnych prac, fotografowania i filmowania.
- ROV gotowy – zameldowała Atis.
- Puszczamy – wydałem polecenie – i daj od razu obraz na główny ekran, OK.?
- OK. Puszczam ROV – padła odpowiedź.
Jednocześnie postać Atis znikła z głównego ekranu, a na jej miejsce pojawił się obraz przekazywany przez kamerę ROV. Widać było nasz jacht, a potem już tylko błękitną toń wodną, w którą robot zanurzał się coraz głębiej z każdą chwilą. Ciemniała w miarę schodzenia ROV coraz niżej i niżej.
- Siedemdziesiąt metrów – zameldowała Atis.
W niebieskawej toni widoczność była doskonała.
- Gdzie jest nasz cel? – zapytała Naïs.
- Dwa kable od ROV na południe – usłyszeliśmy w odpowiedzi. – Trzysta siedemdziesiąt metrów…
Obróciłem ROV by spojrzeć temu czemuś w ślepia.
- Jest! – usłyszałem napięty szept Krystyny. – Boże, ależ to kolos!

Ogromny rekin miał biało-szarą skórę, która emanowała zielonkawą poświatą. Zbliżał się bardzo szybko do ROV. Z tej odległości widać było jego duże, szaro-niebieskie oczy. Poza tym nie było żadnych innych znaków szczególnych.
- Mam nadzieję, że to ktoś filmuje – zapytałem.
- Oczywiście – odpowiedziała Atis.
Nie dziwiłem się, że Krystyna wzywała Najmądrzejszego. To była największa ryba, jaką kiedykolwiek widziałem w życiu. I najbardziej drapieżna. Nie było przy niej ryb-pilotów i podnawek. To zły znak…

W jej wyglądzie było coś złowrogiego i pierwotnego. Rekin z filmu Spielberga wyglądał przy tym potworze, jak niewinna szprotka. Prawie na jeden kęsek dla tego potwora, o ile żywiłby się plastikiem… Potwór powoli, jakby od niechcenia ruszając ogonem zaczął opływać ROV. Najwidoczniej sprowokowały go odgłosy pracy śrub napędzających robota.
- Szykuje się do ataku – szepnęła  Naïs.
- Atis? Ile możesz zrobić hałasu swoim hydrolokatorem? – zapytałem tknięty nową myślą.
- Ponad trzysta decybeli – odpowiedziała natychmiast.
- Walnij go wiązką kierunkową i pełną mocą, gdyby był zbyt natarczywy, OK.? – poprosiłem.
- Aye, aye sir! – odpowiedziała.
A potem stało się kilka rzeczy naraz, bo wielki rekin zaszarżował na ROV. Zanim zdążyłem zareagować, Atis puściła serię impulsów w kierunku olbrzyma, który zwinął się i zawrócił.
- Ucieka na południe – powiedziała Gemma obserwująca ekran sytuacyjny.
- Wyciągamy ROV, starczy emocji na dzisiaj. Mamy to, o co nam chodziło. Zaraz nadamy sygnał do profesora i zabieramy się stąd.
- Taki agresywny? – Krystyna wzruszyła ramionami – chyba raczej wściekle głodny, skoro nie pogardził taką nędzną przekąską, jak ROV…
- Aha, tylko nie zapominaj, że zlokalizował już coś, co może zinterpretować jako dużego wieloryba, którego warto zaatakować… - powiedziałem z nutką groźby w głosie. – Na razie się obroniliśmy, ale utraciliśmy efekt zaskoczenia, a nie mamy żadnej broni na pokładzie!
- No nie! – krzyknęła Gemma. – Nie myślisz chyba…
- Nic nie myślę – powiedziałem twardym tonem – ja wiem. Jego następnym celem staliśmy się my…



CDN.

czwartek, 25 grudnia 2014

SŁOŃCE NAD MORZEM CZARNYM (7)



Morze Czarne – 43°00’00”N - 038°00’00”E


- Słyszeliście najnowszą wiadomość? – Gemma wpadła jak burza do mesy. – Rosjanie przyznali się do tego, że to z ich krążownika ostrzelano i zniszczono Eddingtona! I przy okazji prawie setkę innych satelitów! Raził je puls magnetyczny tych eksplozji!
- Kto tak powiedział? – zdumiałem się.
- Radio Moskwa i Radio Tbilisi – odpowiedziała.
- Nieprawdopodobne – Krystyna zrobiła sceptyczną minę. – To nie w ich stylu.
- A właśnie, że tak – Gemma roześmiała się radośnie – a wiecie, co jest najlepsze w tym wszystkim?
- ???
- To, że znalazła się cała załoga! Została dostarczona na pokład krążownika z powrotem!!! Tuż przed wschodem słońca.
- Nawet wiem, kiedy – powiedziałem.
- Tuż przed wybuchem – powiedziała Krystyna – te dwa obiekty zmierzające do Admirała… Cholera, że też nie zaobserwowaliśmy, co się z nimi stało!
- Nie uwierzycie – odezwała się milcząca dotąd Naïs – po prostu rozpłynęły się, rozpuściły w wodzie…
- ??? – ze zdumienia zaparło nam dech na moment.
- Naprawdę! – krzyknęła – Atis nagrała to wszystko!

Rzuciliśmy się do nawigacyjnej i przejrzeliśmy rejestraty. Nie było wątpliwości. Obiekty dotarły do miejsca, w którym znajdował się Admirał Masorin, wynurzyły się i po kilku sekundach znikły…
- Może wyleciały w powietrze jak UFO? – zapytała Naïs.
- Nie, bo byśmy je zobaczyli – odpowiedziałem. – Obserwowałem Admirała do chwili eksplozji. Nic obok niego nie wystartowało w powietrze…
- Czyli znów USO – Gemma westchnęła. – Nasz profesor się ucieszy…
- Ciekawy jestem, co na to kumple komandora Byczewskiego? – mruknąłem. – To mi nie wygląda na ich robotę.
- To w ogóle wygląda na robotę kogoś, komu ten teleskop… - zaczęła Krystyna i zszarzała na twarzy.
- Oż courd’elebele fix! – zakląłem – Kris ma rację. To zrobił ktoś, komu zależało na tym, by ten teleskop czegoś (a może kogoś) nie zobaczył! By nas przed czymś nie ostrzegł…
Twarze kobiet pobladły. Spojrzeliśmy sobie w oczy.
- OK., tylko kto??? – zapytała Krystyna nieswoim głosem.
- Ktoś, kto ma już dość gatunku Homo sapiens sapiens… - odpowiedziałem.
Zapadła martwa cisza przerywana jedynie pluskiem fal. Doszedłem do wniosku, że o wszystkim powiemy profesorowi, kiedy wrócimy na ląd. Nie mogliśmy zrobić nic więcej. Bo i kto by nam uwierzył?
- Jesteśmy na czterdziestym trzecim stopniu szerokości geograficznej północnej i trzydziestym ósmym stopniu długości geograficznej wschodniej – oznajmiła Atis.
- No to kurs zero-zero, idziemy na Noworosyjsk -  powiedziałem.

Wlekliśmy się z prędkością pięciu węzłów w stronę Noworosyjska. Zgodnie z moimi prognozami, nie było tam niczego ciekawego, poza kilkoma ławicami ryb i okrętami podwodnymi, które akurat odbywały rutynowe ćwiczenia. Szliśmy powolutku w kierunku Cieśniny Kerczeńskiej, a ja miałem straszliwą ochotę wpłynąć na Morze Azowskie i w zatokę Siwasz, zwaną „zgniłym morzem” przez Ukraińców. Niestety, musieliśmy się trzymać zaplanowanej trasy i czesać morze w poszukiwaniu jakiegoś mitycznego potwora, w którego istnienie jakoś nie chciało mi się wierzyć…

W nocy dopłynęliśmy do Cieśniny Kerczeńskiej i przez nikogo nie niepokojeni wzięliśmy kurs na zachód – wzdłuż wybrzeży Krymu. Włączyliśmy sonar i czekaliśmy na potwora. Siedzieliśmy tedy z Naïs w fotelach sterówki patrząc na ekrany przyrządów. Nie liczyliśmy na to, że potwór się pojawi na nasze żądanie. Noc wisiała nad morzem i niedalekim lądem. Gdzieś na północy świeciły łuny świateł nadmorskich kąpielisk i kurortów. A w wodnej toni poza ławicami ryb na razie niczego nie można było zobaczyć. Woda poniżej dwustu metrów była martwa – skażenie siarkowodorem i metanem robiło swoje. Ta strefa była abiotyczna i chyba tylko japońska Hedora mogłaby w niej żyć.
- Co tak się uparłeś na tą Hedorę – zaśmiała się Naïs.
- Jak ci nie pasuje, to mogą być chemiaki… - zaproponowałem jej uprzejmie.
Roześmiała się.
- Powiedz mi – poprosiła – jak to się stało, że interesujecie się takimi zabawkami, jak ten krążownik? Nie jesteście ludźmi morza?
- Krystyna jest byłym komandosem marynarki, coś takiego, jak SEAL – powiedziałem. – Gemma miała rybaków w rodzinie i jest członkinią Greenpeace.
- No, a ty? – Naïs nie ustępowała.
- Jak ci opowiem, to i tak nie uwierzysz – powiedziałem.
- A zatem słucham – powiedziała oczekująco.
- No dobrze – rzekłem – to wydarzyło się pod koniec lat osiemdziesiątych, kiedy jeszcze pracowałem w Firmie. W sierpniu wracałem z jakiejś nasiadówki w Nowym Sączu do Zakopanego, gdzie mieszkałem. Autobus nie był nawet przepełniony, więc znalazłem miejsce, a miejsce obok mnie było wolne. Miałem ze sobą kilka zakupionych książek, więc wyjąłem pierwszą lepszą i zabrałem się do czytania. Była to „Zagłada z Kosmosu” profesora Schneigerta, rzecz traktująca o technicznych aspektach reaganowskiego programu Gwiezdnych Wojen.
- Aha, i to było inspiracją? – zapytała Naïs.
- I tak i nie. Nie, bo lotami kosmicznymi interesowałem się od zawsze. A przynajmniej od piątego roku życia, kiedy dostałem na gwiazdkę taką hydropneumatyczną rakietę i książkę o podróży na Księżyc. No i mnie wzięło. Tak, bo stało się to, o czym chcę tobie opowiedzieć.
- A co się stało? – Naïs nie ukrywała zaciekawienia.
- Na następnym przystanku dosiadło się parę osób. W tym także… ona. Nie zwróciłbym na nią uwagi, gdyby nie to, że to ona zapytała mnie o wolne miejsce. Skinąłem głową. Dziewczyna o wyglądzie studentki na szlaku. Ubrana w jakąś kolorową bluzeczkę, dżinsową spódniczkę do połowy uda i jakieś sandałki. Ciekawe, bo jej uczesanie pasowało właśnie do tych sandałków na jej delikatnych stopach, których palce były wypedikirowane i paznokcie pociągnięte przeźroczystym lakierem. Uczesanie – ciekawe, jakieś takie niemodne, ciemnoblond włosy krótko przystrzyżone do ramion w jakiś dziwny sposób. Szare oczy były nieco nieobecne. Ładniutka, ale bez przesady. No i ten zapach – delikatny i nie do podrobienia zapach Chanel nr 5… 

Usiadła przy mnie i po chwili poczułem, że jej wzrok błądzi po stronach książki, którą czytałem. Poczułem, jak nasze ramiona dotykają się, i w końcu przytuliła się do mnie. Zdziwiony spojrzałem na nią. Uśmiechnęła się przepraszająco.
- To jest bardzo ciekawe, co pan czyta – powiedziała. Miała miły głos. – Przepraszam, można?
Ujęła mnie za rękę i przesunęła książkę tak, by znajdowała się pomiędzy nami. Tym sposobem przeczytaliśmy dwa rozdziały. Dojeżdżaliśmy do Nowego Targu.
- Interesują pana Wojny Gwiezdne? – zapytała.
- Owszem, to poniekąd zawodowe u mnie… - odrzekłem – w końcu jestem żołnierzem.
- No tak – uśmiechnęła się patrząc na moje krótko ostrzyżone włosy – to widać. I co pan o tym sądzi?
- Wolę nie wypowiadać swej opinii w towarzystwie kobiet i dzieci – odrzekłem – bo musiałbym rzucić mięsem tu i ówdzie…
- A tak łagodniej? – zaśmiała się i zaraz spoważniała. – Pytam serio, bo to mnie też interesuje.
- To jest jakieś pogięte. Pomysł rodem z filmu, ale jakiś kretyn może go zrealizować, a wtedy… - wykonałem ręką wymowny gest.
- A jak pan sądzi, czy to może być wymierzone w jakieś istoty… pozaziemskie? – zapytała.
- Tych z UFO? Raczej chyba nie, chociaż… - wzruszyłem ramionami – nie sądzę, by Oni dali się takiej prymitywnej w końcu technice.
- Zapewniam pana, że to nie jest do końca tak, jak pan myśli… - powiedziała i nagle urwała, jakby zorientowała się, że powiedziała za dużo.
- Chciała pani powiedzieć, że Ufiaści mają się czego obawiać? – zapytałem – mimo swej przeważającej techniki?
- Każda żywa i myśląca istota powinna się tego obawiać – powiedziała powoli i dobitnie – a poza tym kto wie, czy Oni nie podejmą jakichś kroków odwetowych w stosunku do Ludzkości!
Spojrzałem na nią zdumiony. W oczach czaił się twardy niebezpieczny błysk, a w głosie tej miłej i łagodnej dziewczyny naraz stalowo zazgrzytała broń.
- Nie powie pani, że grozi nam wojna kosmiczna z Obcymi? – powiedziałem kpiącym tonem. – Przecież Ich wcale nie ma!?
- Taki jest pan pewny? – tym razem ona odezwała się drwiąco – bo ja nie byłabym taka pewna. Niech pan to sobie przemyśli, OK.? – powiedziała wstając z miejsca i biorąc plecak.
Wysiadła w Ostrowsku przed Nowym Targiem i znikła z mojego życia. Ale pozostało wspomnienie tej dziwnej rozmowy i dziwnej dziewczyny, która rozpłynęła się gdzieś w podhalańskich przestrzeniach.

Przez moment milczeliśmy.
- No, to rzeczywiście ciekawe – Naïs uniosła brwi. – I to ciebie zainspirowało?
- Owszem, bo pomyślałem wtedy, że miałem randez-vous z kimś z nie bardzo z tego świata…
Spojrzałem za okno. Po północnej stronie, hen nad horyzontem piętrzył się ciemny masyw Kara Dag.



CDN.

środa, 24 grudnia 2014

SŁOŃCE NAD MORZEM CZARNYM (6)


Morze Czarne – Atlantis MMII  


- Co robimy? – Krystyna pierwsza otrząsnęła się ze stuporu, jaki nas ogarnął na chwilę, kiedy uświadomiliśmy sobie, co jest celem ataku.
- Zwiewamy stąd – powiedziałem – tylko szybko!
- Czemu? – zapytała Naïs.
- Nie mam ochoty na tłumaczenie się nie za swoje winy – odparłem. – Zjeżdżamy stąd! I tak tutaj nic nie zrobimy. Żeby to zatrzymać, trzeba wyłączyć centralny komputer, który kieruje strzelaniem. Wiesz, gdzie on się znajduje?
Naïs pokręciła przecząco głową.
- Ja też nie – odparłem.
- Wydaje mi się, że zagłada nowej części Atlanterra też była spowodowana przez te same siły, które działają tutaj i teraz – rzekła niespodziewanie Gemma.
- Jasne, tylko trzeba odpowiedzieć na pytanie: kto lub co tam takiego było, co mogło komuś przeszkadzać tak bardzo, że bez wahania zamordował trzy i pół tysiąca ludzi? – odparłem.
Kolejne potężne „uuufff!!!” wstrząsnęło krążownikiem, i w sekundę później ryk silnika rakietowego rozdarł ciszę.
- Druga poszła – skomentowała Naïs. Spojrzeliśmy w kierunku dziobu. Pocisk wznosił się coraz wyżej do góry, świecą w zenit.
- Trzecia się uzbraja – usłyszałem głos Krystyny. Spojrzałem na nią, była blada.
- Uciekamy stąd – powtórzyłem i ruszyłem do pancernego włazu.

Biegliśmy do bakburty, przy której przycumowany stał Atlantis MMII. Szybko skoczyliśmy na pokład naszego jachtu. Gemma odcumowała i powoli odeszliśmy od potężnego kadłuba krążownika. Dałem gaz do dechy i po paru minutach oddaliliśmy się na dwie mile od niego. Morze i niebo pojaśniało, kiedy kolejna rakieta wystartowała z jego pokładu. Gromowy odgłos pracy jej silnika dobiegł do nas po kilku sekundach.
- Ile upłynęło czasu od startu pierwszego pocisku? – zapytałem.
- Szesnaście minut i trzydzieści osiem sekund – odpowiedziała Atis. – Czternaście minut do impaktu…
Po wystrzeleniu czwartego pocisku wszystko się uspokoiło, krążownik znów martwo kołysał się na fali. Pogasły światła i widzieliśmy znów jego ciemną sylwetkę na tle jaśniejącego już nieba.
- Trzynaście minut – rozległ się głos Atis.
- Płyniemy dalej, kładziemy się na kurs zero cztery pięć – powiedziałem.
- Tak jest, kurs zero cztery pięć – potwierdziła Atis.
- Prędkość osiem węzłów.
- Jest osiem węzłów.
- Tak trzymać.
- No i masz romantyczną przygodę – zwróciłem się do Naïs. – Czegoś takiego się na pewno nie spodziewałaś?
- A wy? – odparowała.
- Też nie – wzruszyłem ramionami.
- Dlaczego nic nie robimy!? – krzyknęła Naïs – przecież trzeba coś zrobić!
- A co chcesz zrobić? – zatrzymać te pociski? – Krystyna wzięła moją stronę.
- Kogoś zawiadomić! – Naïs była bliska płaczu.
- Kogo? – odezwała się Gemma – NASA? A może rosyjską marwojkę? Ciekawe, czy nam uwierzą, jak im powiemy, że rosyjski krążownik wystrzelił cztery pociski klasy woda – przestrzeń kosmiczna w stronę EST…? Powiedz – uwierzą?
- N-no nie… - przyznała cicho Naïs i pociągnęła nosem. – Przepraszam…
- Nie ma za co, każdy ma swoje złe dni – powiedziała Krystyna. – A ten jest jednym z gorszych…
- Dziesięć minut do impaktu – głos Atis.
- Strzelano po prostej wyprzedzenia, więc fajerwerki zapalą się niemal w zenicie – powiedziałem.
- Patrzcie na wykres – powiedziała naraz Naïs – o tu! I tutaj! – wskazywała palcem na jakieś punkty.

Spojrzałem dokładniej. Poza reliefem dna widać było także jakieś obiekty, które poruszały się najwidoczniej bardzo szybko, bo ich odwzorowania były lekko zamazane.
- Atis! – odezwałem się – co możesz powiedzieć o tych obiektach?
- Nieznane obiekty podmorskie poruszające się z prędkością trzydziestu węzłów na głębokości tysiąca dwustu metrów i idące na płytkie – odpowiedziała natychmiast. – Struktura i pochodzenie obiektów – nieznane.
- Gdzie one teraz się znajdują? – zapytałem.
- W odległości mili od Admirała Masorina – padła natychmiastowa odpowiedź – i zbliżają się do niego zarówno po osi odległości jak i głębokości.
- Ich rozmiary? – zapytała Gemma, która stała za mną i jej oddech parzył mi szyję.
- Mają kształt elipsoidy obrotowej o promieniu dwudziestu ośmiu metrów i wysokości szesnastu metrów. Pięć minut do impaktu – zameldowała Atis.

Zamilkliśmy. Po raz pierwszy udało się na nam złapać nieznanego „kogoś” na kreciej robocie. Atis zarejestrowała to wszystko i poczułem się lepiej. Przyszła mi do głowy pewna myśl i postanowiłem ją wprowadzić w czyn w czasie mojej wachty. Nie wiedziałem, na co profesorowi i jego przyjaciołom są potrzebne te dane, ale postanowiłem je skopiować z komputera nawigacyjnego na swój własny użytek. Diabli wiedzą, na co się mogły przydać, ale podejrzewałem, że gdybym tego nie zrobił, żadne z nich nie ujrzałyby światła dziennego. Ludzie z Przyszłości się nie wtrącali, a zatem albo tak właśnie miało być, albo – ich wiedza nie sięgała tak daleko, jak się nam wydawało. I teraz sami nie wiedzieli, co z tym fantem zrobić… Będą musieli jakoś zjeść tę żabę – pomyślałem.
- Dwie minuty do impaktu – powiedziała Atis.
- Będziemy to filmować? – zapytała Naïs. Wyciągnęła kamerę z torby i mocowała ją na statywie.
- Tak, oczywiście – odpowiedziałem. – Aha, Atis, czy filmowałaś przebieg tego, co się działo na Admirale?
- Tak, oczywiście – odpowiedziała po chwili.
- Kto wydał polecenie filmowania? – zapytałem zdumiony, bo prawdę powiedziawszy zapomniałem o tym.
- Polecenie wydała pani Naïs Castlemoore – usłyszałem w odpowiedzi. – Minuta do impaktu.
- Odliczaj co sekundę, OK.? – poprosiłem.
- OK., pięćdziesiąt osiem, pięćdziesiąt siedem, pięćdziesiąt sześć…
Patrzyliśmy w górę. W polu widzenia mieliśmy jasne gwiazdy lśniące na przedporannym, jasno-granatowym niebie.
- Gdzie Bliźnięta? – zapytała Naïs.
- Tam – szczupła ręka Krystyny wskazała kierunek.
- Trzydzieści trzy, trzydzieści dwa, trzydzieści jeden…
- Filmujesz? – zapytałem.
Naïs skinęła głową.
- Dziewiętnaście, osiemnaście, siedemnaście… - płynęły sekundy w toku odliczania ich przez Atis.

Rozejrzałem się po morzu. Tam, gdzie miał znajdować się krążownik woda świeciła niezwykłym, zielonkawo-niebieskawym blaskiem. Wskazałem go Krystynie.
- Pięć, cztery, trzy… - odliczała Atis.
Sięgnąłem po lornetę i spojrzałem w tamtym kierunku. Krążownik stał w kręgu zielonkawego lśnienia.
- Dwa, jeden, ZERO! – Atis skończyła odliczanie.
Trzy kobiety patrzyły w niebo, na którym naraz wyrosła ogromna, szybko rozdymająca się kula światła, które ciemniało w miarę powiększania swej średnicy. Jakby na chwilę pojawiło się drugie słońce nad horyzontem.
- Projekt Rainbow Bomb w swej krasie – Gemma otrząsnęła się z obrzydzeniem. Krystyna tylko splunęła do wody.
- Nie pluj do wachy – ostrzegła ją Gemma – to przynosi pecha.
- Przecież miało rąbnąć w zenicie? – Naïs była zawiedziona.
- Nie zapominaj, że Ziemia się obraca… - wyprowadziłem ją i siebie z błędu. – Dobra, starczy tych atrakcji na dzień dzisiejszy – powiedziałem. – Kto na wachtę, ten do sterówki, a kto spać, to spać.


CDN.