Powered By Blogger

czwartek, 26 stycznia 2017

Żegnaj Nessie!





Igor Nikitin

Kilka lat temu, Wielka Brytania obchodziła jubileusz istnienia potwora z Loch Ness. I na ten szczególny dzień, entuzjaści zebrali całą masę interesujących świadectw mówiących o legendarnej Nessie.


Oficjalna korespondencja


I tak np. brytyjski ekolog, dr Charles Paxton stworzył pojemną kolekcję relacji ludzi, którzy widzieli Nessie. Było ich ponad 1000. Grupa przyjaciół – badaczy zjawisk paranormalnych – poprosiła rząd o dokumenty dotyczące potwora i – co najdziwniejsze – otrzymała je! Okazało się przy tym, że rząd całkiem serio odnosi się do tajemnic jeziora Loch Ness. Sądząc z oficjalnej korespondencji, wiele organizacji chciało otrzymać zezwolenie na odłów Nessie, ale kierownictwo państwa wszelkimi środkami starało się im tego odmówić. Pojawiło się także zapytanie na temat wprowadzenia w życie specjalnego prawa, na mocy którego „chroni się to rzadkie stworzenie” zamieszkujące jakoby dno jeziora Loch Ness.


Wspaniała reklama


Ale  największą objętościowo i najbardziej rozczarowującą zarazem informację zawiera książka napisana przez brytyjskiego historyka Garreta Williamsa. Pokrótce historia jeziornego potwora wygląda następująco. 

Na początku lat 30., do pisarza George’a Digby Gerahty’ego zwróciło się kilku właścicieli hoteli znajdujących się na brzegach jeziora Loch Ness z sekretną propozycją: przyciągnięcia do hoteli maksymalnej liczby podróżnych i turystów przy pomocy jakiegoś niewinnego pomysłu. W charakterze przykładu przytoczyli historię kanadyjskiego potwora Ogopogo, zamieszkującego rzekomo jezioro Okanagan (BC). Ogopogo stworzyło doskonałą reklamę okolicznym hotelom, a ich właściciele doskonale prosperowali.


„Relacje naocznych świadków” 


Dostawszy za swoją pracę à conto 150,- GBP, Gerahty wynajął dziennikarza Alexa Campbella który stał się autorem pierwszych „relacji naocznych świadków” wydrukowanych w miejscowej gazecie. 

To miało miejsce w 1933 roku. A już w następnym roku historia miała swój ciąg dalszy. Gość jednego z hoteli, chirurg Robert Kenneth Wilson wykonał i opublikował tą znaną fotografię sterczącej z wody głowy nieznanego zwierzęcia. 

Bez względu na to, jeszcze w 1950 roku George Gerahty wydał książkę o wszystkich pojawieniach się Nessie i swym udziale w nich, ale mit o tajemniczym potworze już żył swym własnym życiem i rozkręcał się coraz bardziej, dzięki rzeszom turystów, którzy przybywali do hoteli. W każdym roku znajdowała się jakaś para czy trójka świadków, przysięgająca że na własne oczy widzieli Nessie – zaś właściciele hoteli i miejscowa ludność byli ostatnimi, którzy byli zainteresowani w rozwianiu mgły tajemnicy.

[Identyczną sytuację mamy w przypadku „UFO-katastrofy w Roswell”, która przynosi temu miastu rocznie 8-10 mln USD zysku z ruchu turystycznego! I dlatego od czasu do czasu pojawiają się coraz to nowi świadkowie, relacje i artefakty… - uwaga tłum.]



20.000 £ nagrody


Oliwy do ognia dolał pewien właściciel londyńskiego cyrku, który wyznaczył 20.000,- GBP nagrody temu, kto złapie Nessie i przywiezie mu ją do cyrku. Z drugiej strony, istnieje hipoteza związana z cyrkiem. Rzecz w tym, że w okolicach jeziora często rozstawiano różne cyrkowe namioty, a ich właściciele kąpali swe zwierzęta (w tym także słonie) w wodach Loch Ness. Nie jest wykluczone, że niektórzy świadkowie – szczególnie ci wypatrujący potwora z drugiego brzegu – widzieli kąpiące się słonie. 

Jakby to nie było, dzięki apelowi właściciela londyńskiego cyrku, tłumy entuzjastów rzuciło się do władz odnośnych po zezwolenia na złowienie Nessie, i rząd premier Margaret Thatcher troszczący się o losy nieznanego, ale jawnie istniejącego zwierzęcia (wszak nie może tylu ludzi się mylić) w celu ochrony rzadkiego gatunku się temu przeciwstawił. 

Mówiąc krótko, jakby tego nie przedstawiać, Nessie jednak nie istnieje. Jak to teraz mówią, była to doskonale zorganizowana i perfekcyjnie przeprowadzona akcja pijarowska, co bynajmniej nie przeszkadza wciąż rosnącej liczbie naocznych świadków, którzy na własne oczy widzieli potwora z Loch Ness.


Tekst i ilustracje – „Tajny XX wieka” nr 50/2015, s. 3
Przekład z rosyjskiego – ©Robert K. F. Leśniakiewicz

środa, 25 stycznia 2017

Zdjęcia zabójców JFK



JFK i jego zabójca

Margarita Troicyna


Tytuł filmu grozy „Koszmar z ulicy Wiązów” jest odsyłaczem do losów Johna F. Kennedy’ego, którego zamordowano w Dallas, TX, właśnie na Elm Street – ulicy Wiązów, chociaż treść filmu z zabitym prezydentem nijak nie jest powiązana… 

Dnia 22.XI.1963 roku zostały zmienione losy Ameryki. Krytycznego dnia został zamordowany prezydent USA - John Fitzgerald Kennedy. Śledztwo do dziś dnia nie zostało zamknięte, wszak domniemany zabójca Lee Harvey Oswald – szybko sam zginął i nie udało się od niego uzyskać przyznania się do winy. Niedawno w tej sprawie pojawiły się nowe wątki.


Zdjęcia wykonane tuż przed i w chwili zamachu


Tragedia w Dallas


Tego dnia JFK i jego żona Jackie odwiedzili Dallas. Prezydencki orszak przejechał ulicami miasta (małżeństwo Kennedych znajdowało się w otwartym samochodzie wraz z gubernatorem Teksasu Johnem Conallym i jego żoną), kiedy o godzinie 12:30 CST rozległy się trzy wystrzały. W rezultacie tego prezydent został śmiertelnie ranny i wkrótce zmarł.

Zamachowca szybko ujęto. Okazał się nim Lee Harvey Oswald – były żołnierz USMC, socjalista-radykał, który uważał się za marksistę, który pewien czas mieszkał w Związku Radzieckim, gdzie on pracował w Mińsku w fabryce radioelektronicznej. Jego żona Marina Prusakowa – Marina Oswald-Porter – urodziła się w Siewierodwińsku i studiowała w Moskwie farmację. 

Broń z której zamordowano JFK

Winę Oswalda potwierdziły wnioski Komisji Warrena, badającej sprawę zabójstwa pierwszej osoby w Ameryce. Członkowie komisji oświadczyli, że wszystkie trzy wystrzały oddał Oswald z karabinu z celownikiem optycznym z V piętra składu książek, w którym on pracował, i że on „działał samotnie, bez żadnej rady czy pomocy osób trzecich”. 

Tym niemniej, w wersji, w której to Oswald jest zabójcą, znajduje się wiele pytań i niedomówień. W tym także to, że Oswald nie przyznał się do dokonania tej zbrodni, a wkrótce po prezydencie sam został zamordowany: jego zabił postrzałem w brzuch w czasie przewożenia go do więzienia pewien właściciel nocnego klubu nazwiskiem Jack Ruby, o którym mówiło się, że miał powiązania z mafią. Ruby’ego skazano na karę śmierci, ale on sam zmarł w 1967 roku na raka płuc… W bardzo krótkim czasie na tamten świat przenieśli się niemal wszyscy świadkowie, którzy byliby w stanie rzucić światło na tą sprawę.


Zdjęcie z podwórza


Jednym z głównych argumentów przemawiającym za winą Oswalda okazała się być czarno-biała fotografia, na której późniejszy zabójca jest ukazany z takim samym karabinem carcano model-91 albo mannlicher-carcano kaliber 6,5 x 52 mm w rękach, a z którego został zabity prezydent Kennedy. Zdjęcie wykonane zostało w marcu 1963 roku przez Marinę Oswald, na podwórzu ich domu. Jednakże sam domniemany zabójca twierdził, że zdjęcie to jest fałszerstwem i że nie jest winien śmierci JFK, a także policjanta, który usiłował go zatrzymać. 

Zdjęcie z podwórza

Do ostatnich czasów większość Amerykanów uważała to zdjęcie za fałszywkę, jednakże ostatnia ekspertyza tego właśnie zdjęcia pokazała, że Oswald w rzeczy samej trzyma w rękach karabin – ten sam, z którego padły fatalne strzały…

Postawić kropkę tej historii postanowili Hane Farid z Dartmouth College’u i jego koledzy. Oni przepuścili zdjęcie przez specjalny program, który przeprowadził pełną analizę zdjęcia w przedmiocie odchyleń od normy i pozwoliła na stworzenia jego wirtualnego modelu w 3D. W rezultacie badacze doszli do wniosku, że zdjęcie jest autentyczne.
- Nasza dokładna analiza pozy Oswalda, oświetlenia na zdjęciu, rozmieszczenia światłocieni i model karabinu w jego rękach całkowicie wyklucza możliwość tego, że zdjęcie mogło być retuszowane i potwierdza winę Oswalda w sprawie zabójstwa Kennedy’ego – oświadczył Hane Farid.

Tak więc i przede wszystkim pierwsza wersja zabójstwa JFK jest prawdziwa – jak twierdzi artykuł w „Journal of Digital Forensics, Security and Law”. No, ale jeżeli uznać fakt zabicia JFK przez Oswalda za bezsprzeczny, to motywy tej zbrodni pozostają nadal niejasne.


Wersje konspiratorów


W dniu dzisiejszym, 70% Amerykanów jest przekonanych, że władze Stanów Zjednoczonych ukrywają prawdę o tych wydarzeniach od ponad 50 z górą lat. Najbardziej popularną jest wersja o skomplikowanym spisku, w którym główną rolę grały najwyższe kręgi polityczne i finansowe USA. Prawdę powiedziawszy, to do takiego wniosku doszła jeszcze w 1979 roku Komisja Palaty (Komisja Izby Reprezentantów – przyp. tłum.)

Jedni stronnicy teorii spiskowej twierdzili, że Kennedy rozpocząwszy emisję obligacji skarbowych USA tym samym zamachnął się na federalne rezerwy kraju, które jakoby pozwoliły „tajnemu rządowi światowemu” kontrolować sytuację finansową na całym świecie. 

(Wikipedia podaje: Rozporządzenie wykonawcze 11110 jest elementem teorii spiskowej sformułowanej po raz pierwszy przez Jima Marrsa, mówiącej że rozporządzenie nakazywało emisję 4 292 893 815 dolarów w postaci United States Notes - banknotów emitowanych przez Departament Skarbu, zamiast Federal Reserve Note (oba rodzaje banknotów to pieniądze fiducjarne, bez pokrycia w kruszcach, różniące się wydającą je instytucją). Miało to być przyczyną zabójstwa Kennedy'ego w celu obrony wpływów Rezerwy Federalnej. W rzeczywistości rozporządzenie wykonawcze 11110 nie nakazywało jakiejkolwiek emisji ani nie podaje tej czy jakiejkolwiek innej kwoty. Uprawnienia Prezydenta, które rozporządzenie wykonawcze 11110 delegowało na Sekretarza Stanu wręcz zawierają ograniczenie możliwość emisji United Stated Noted do wartości 3 mld dolarów, a samo rozporządzenie było częścią prowadzonego przez Kennedy'ego procesu likwidacji waluty opartej na srebrze i zastąpienia jej w całości banknotami Rezerwy Federalnej – przyp. tłum.)

Inni zaś uważali, że prezydent podpadł szefom mafii, z którą on zaczął wojnę wraz ze swym bratem Robertem. Jeszcze inni twierdzili, że niektórym nie podobało się to, że głowa państwa była przeciwna wprowadzaniu dalszych wojsk do Wietnamu… 

Z kolei ufolodzy z pianą na ustach próbują dowieść, że zabójstwu Kennedy’ego są winni… Kosmici! Podobnież istnieje informacja, że kilka tygodni przed śmiercią prezydent skierował co CIA i NASA żądanie okazania mu supertajnych informacji, w tej liczbie związanych z UFO. Poza tym wyraził on życzenie, by współpracowano z ZSRR w zakresie badań kosmicznych. Nie jest wykluczone, że te zamiary pierwszej osoby w państwie komuś wyjątkowo się nie podobały. Ktoś obawiał się, że te ultratajne dokumenty dostaną się w ręce radzieckiego kierownictwa i służb specjalnych. A że nie można było wpłynąć na Kennedy’ego, a zdjąć go ze stanowiska w oficjalny sposób (poprzez impeachment – przyp. tłum.) też się nie dało, zatem jedyną drogą była fizyczna likwidacja. Tym bardziej, że amerykański przywódca i tak już za dużo wiedział.


„Pani babcia”


I jeszcze jeden ciekawy fakt. Na zdjęciach dokumentujących zabójstwo Kennedy’ego widoczna jest nieznana kobieta z kamerą filmowa w rękach. Dziennikarze nazwali ją „Babushka Lady” bowiem była ona w chustce na głowie zawiązanej tak, jak u rosyjskich kobiet i Matrioszek… Jednakże do dziś dnia nikt nie widział kadrów, które wykonała nieznana nieznajoma. 

Owa dama od razu wywołała zainteresowanie służb specjalnych, o ile wierzyć kronikom filmowym, ona filmowała wydarzenia po tym, jak zabrzmiały wystrzały skierowane do 35. prezydenta  USA… Wielu fotografów i filmowców w tym momencie padło plackiem na ziemię, bo obawiali się wpaść pod obstrzał. Poza tym nieznajoma filmowała z takiego skrótu, że w obiektyw jej kamery powinno wpaść nie tylko okno na V piętrze książnicy, z którego strzelał „oficjalny” zabójca JFK – Lee Harvey Oswald, ale i wzgórze – z którego jak głosi nieoficjalna wersja – prowadził ogień drugi snajper. 


Tajemnicza "Babuszka Lady" i Beverly Oliver

Kiedy po zamordowaniu prezydenta, FBI przesłuchało świadków próbując sporządzić obraz przestępstwa, zagadkowa dama się nie zgłosiła. Poza tym żaden ze znajdujących się na miejscu wydarzenia nie mógł powiedzieć, kim ona jest. Jeżeli ona była dziennikarką, to jaki sens miało ukrywanie informacji? Przecież ujawnienie tak sensacyjnych informacji mogłoby zapewnić jej sławę, pieniądze i karierę! (albo w ślad za wieloma świadkami poszłaby do piachu – uwaga tłum.)

Prawdę powiedziawszy, w 1970 roku niejaka Beverly Oliver oświadczyła, że to ona właśnie jest tą „Babushka Lady”. To ona właśnie opublikowała memuary, w których dokładnie opisała wydarzenia z dnia 22.XI.1963 roku. Jednakże Beverly nie przedstawiła żadnego zapisu zrobionego jej kamerą, tak że jej uczestnictwo w tych wydarzeniach jest co najmniej wątpliwe. 

Są także i konspirolodzy, którzy widzą w tym działanie „ręki Moskwy”, czy nie było to odniesienie wprost do „babci” w chusteczce? Czy nie pracowała ona w czy dla KGB? Możliwe, że ta osoba doskonale wiedziała, co się stanie i weszła w tłum widzów i dziennikarzy ze swoją kamerą. A zapisy potem przekazała komu trzeba…  I to wcale nie są tylko czcze domysły, których w nowej rundzie Zimnej Wojny Zachodu z Rosją, może pojawić się jeszcze więcej.


Moje 3 grosze




Wydaje mi się, że takie wydarzenie, jak zabójstwo prezydenta jednego z supermocarstw mogło przyciągnąć nie tylko dziennikarzy, którzy przecież nie wiedzieli, co się stanie, ale tak jak powiedziała autorka – kogoś, kto wiedział, co się stanie i filmował tego, kto strzelał do prezydenta. Tym kimś mógł być wspólnik zamachowców albo… - ktoś, kto pochodził z Przyszłości i po prostu udokumentował zmianę Rzeczywistości, która miała miejsce w momencie zabójstwa JFK. 


Komu zależało na jego śmierci? Listę potencjalnych zabójców i beneficjentów przedstawiłem w artykułach: http://wszechocean.blogspot.com/2015/12/blue-book-kennedyego.html; http://wszechocean.blogspot.com/2013/11/kto-zamordowa-jfk.html.   

Mógł to być także jakiś Kosmita przebrany za ziemską kobietę. W obu przypadkach agentka musiałaby używać ziemskich ubiorów i urządzeń, które można było kupić w amerykańskich sklepach. Oczywiście to tylko hipoteza, ale idę o zakład z każdym i o każde pieniądze (jako wojskowy emeryt nie mam ich za dużo, niestety), że mamy do czynienia właśnie z takimi „świadkami” takich wydarzeń, które zmieniały Rzeczywistość, jak np.: katastrofa Titanica, lot na Księżyc, zamach na Kennedy’ego, bitwa pod Waterloo, zamach na Narutowicza, przewrót majowy, zamach w Gibraltarze… - i tak dalej i temu podobnie. To też jest możliwe. Wszak chronomocja jest możliwa – wprawdzie na razie na papierze, ale za kilka lat to kto wie…?


Opinie z KKK


Zgadzam się z Tobą Robercie że zagadkowa babcia mogła być istotą która rejestrowała zdarzenie. Jeśli mamy nadzorców w postaci obcych to raczej użyliby małego drona do rejestracji całego zajścia, a nie bawili się w przebierańców. Szybciej była to osoba która przybyła z przyszłości znając miejsce i czas. Ale poruszamy się w obrębie hipotez.
Pozdrawiam wszystkich
(Dingir)

Być może masz rację, ale co do małego drona to tam było za dużo kamer, za dużo świadków. Ktoś mógłby go zauważyć, ktoś mógłby sfilmować i co wtedy? Obawiam się, że Oni też wzięliby to pod uwagę – głupi nie są… (Arystokles)


Tekst i ilustracje – „Tajny XX wieka”, nr 49/2015, ss.20-21
Przekład z rosyjskiego – ©Robert K. F. Leśniakiewicz

wtorek, 24 stycznia 2017

Atomowe działo w słowackich Koszycach?



Koszyce w latach 50. XX wieku

Tą informację otrzymałem od dr Miloša Jesenský’ego, który znalazł ją w gazecie „Nový Čas” z tego roku. I tak według Amerykanów w Koszycach w 1954 roku było i strzelało działo atomowe:

Fragment dokumentu CIA mówiącego o Czechosłowacji


Szok po ujawnieniu archiwów CIA: co się działo w Koszycach?

W Koszycach było w 1954 roku atomowe działo, przynajmniej tak twierdzą odtajnione dokumenty, które CIA opublikowała w Internecie. Około 13 mln stron odtajnionych dokumentów zostało teraz udostępnionych na czterech komputerach w Narodowym Archiwum CIA w Maryland. Nasi historycy przyjrzą się im dokładnie. Działo atomowe, które według CIA miało [tu] ćwiczebne strzelania, jest dla nich nowością.
Informacji o byłej Czechosłowacji opublikowano o wiele więcej. Np. informacja z 1947 roku mówi o stanie arsenału czołgowego. Najciekawsze z nich mówią o broni jądrowej.
- Wiadomość ze słowackiego garnizonowego miasta Koszyce, które mówią, że czechosłowacka armia posiada, ale chyba na krótki czas, polowe działo atomowe – pisze w jednym z odtajnionych dokumentów CIA z 1954 roku. Według Amerykanów, prowadzono tutaj tajne strzeleckie testy przy asyście radzieckich ekspertów.

Historycy są ostrożni

Nasi wojskowi historycy są ustosunkowani sceptycznie do tych rewelacji.
- Wojskowy Instytut Historyczny nie dysponuje wiarygodnymi informacjami o istnieniu takich systemów broni artyleryjskich na uzbrojeniu ČSLA w 1954 roku – powiedziała rzeczniczka MON Danka Capáková.
Broń zdolną do strzelania jądrową amunicją [działo] 2A3 Kondensator pokazano w ZSRR dopiero w 1957 mroku.
Według znanego historyka Gabriela Kládeka z Koszyc, trudno jest uwierzyć w istnienie działa atomowego w czasie, z którego pochodzi ta informacja. Nie wykluczył, że pogłoska o bliżej niesprecyzowanej broni mogła krążyć.
- Wtedy był to czas Zimnej Wojny. Mocarstwa się oskarżały nawzajem, szukano nieprzyjaciela. Pojawiały się różne dezinformacje – wyjaśnia Kládek – z tym, że wszystkie informacje na temat broni były dokładnie chronioną tajemnicą państwową i wiedzieli o niej tylko wybrańcy. U nas także budowano schrony przeciwatomowe. W szkołach dzieci uczyły się nakładania masek przeciwgazowych, by się chronić przed imperialistami, którzy grozili bombą atomową – wspomina historyk, który dobrze pamięta czasy Zimnej Wojny.

Szpiegowali nas

Dokumenty te pochodzą z okresu od czasu powstania CIA w 1947 roku aż do lat 90. Według rzeczniczki CIA – Heather Horniak – nie chodzi tutaj o wybór dokumentów.
- Tam jest cała historia, ta dobra i zła – powiedziała ona. Odtajnione informacje były zmodyfikowane. Według Horniakowej chodzi tylko o niewielkie zmiany, które mają chronić źródła i metody, których ujawnienie mogłoby zagrozić narodowemu bezpieczeństwu. (Źródło – „Nový Čas” - https://www.cas.sk/clanok/499989/sok-po-odtajneni-archivov-cia-co-sa-to-dialo-v-kosiciach/

Radzieckie działo atomowe 2A3 Kondensator

Żeby dopracować temat do końca, pozwolę sobie uzupełnić go o dwie informacje, i tak:       


Artyleria atomowa – rodzaj artylerii (zarówno lufowej jak i rakietowej) przeznaczony do prowadzenia ognia pociskami atomowymi.
Charakterystycznymi cechami artylerii atomowej jest duża celność ognia (umożliwiająca skuteczne użycie ładunków jądrowych o niewielkim równoważniku trotylowym), duża ruchliwość. Uderzenia jądrowe przy pomocy mogą być wykonywane w krótkim czasie i trudniej im przeciwdziałać niż uderzeniom jądrowym wykonanym przy użyciu lotnictwa.
Początkowo dla artylerii atomowej projektowano wyspecjalizowane wzory dział, z czasem opracowano zminiaturyzowane ładunki jądrowe, o mocy kilku, kilkuset kiloton TNT równoważnika trotylowego, które można wystrzeliwać z typowych dział kalibru 152, 155, oraz 203,2 mm. (Wikipedia)


Od siebie dodam, że doprowadzono także do miniaturyzacji pociski artylerii morskiej pancerników typu USS Iowa, który mógł strzelać pociskami o mocy 1 kt (kejti) z dział artylerii głównej o kalibrze 406 mm na odległość 30-40 km.
I jeszcze jedna informacja:


Radzieckie, gigantyczne działo nuklearne

Na początku "zimnej wojny", w 1952 roku Amerykanie pokazali światu prawdziwie przerażające działo M65, zdolne do strzelania pociskami nuklearnymi. W odpowiedzi na tę broń Rosja zaprezentowała działo samobieżne 2A3 Kondensator 2P. Choć wiele osób twierdziło, że sowiecka armata jest tylko na pokaz, broń była jak najbardziej prawdziwa.
W 195…[1] roku Amerykanie umieścili swoje M65 w Niemczech, niedaleko granicy ZSRR.[2] Zgodnie z niepisanymi regułami "zimnej wojny" Sowieci musieli odpowiedzieć, i to szybko. Utworzono więc projekt o kryptonimie "Objekt 271", nad którym pracowało biuro projektowe Grabina. Miał on na celu stworzenie odpowiednio wytrzymałego i mobilnego podwozia dla nowego działa samobieżnego. Wykorzystano w tym celu podwozie czołgu T-10M, odpowiednio zmodyfikowane, by wytrzymało odrzut przy wystrzale. W 1956 roku skończono prace na radzieckim działem kalibru 406 mm zdolnym do strzelania pociskami nuklearnymi. Otrzymało ono oznaczenie 2A3. Co ciekawe, amerykańska armata M65 miała kaliber "jedynie" 280 mm. Jak się później okazało różnica w przekroju lufy nie wynikała z faktu, że Rosjanie zbudowali broń potężniejszą, a raczej z tego, że radzieccy inżynierowie nie byli w stanie wytworzyć mniejszej amunicji.[3]
Władze Związku Radzieckiego nie trzymały nowej konstrukcji w tajemnicy i już w 195… roku cały świat mógł zobaczyć absurdalnie wielkie działo podczas parady na Placu Czerwonym. Początkowo obserwatorzy spekulowali, że pokazano jedynie atrapę broni. Rosja nie miała jednak zamiaru podtrzymywać takiego przekonania i szybko potwierdzono, że działo jest jak najbardziej prawdziwe. Broń miała maksymalny zasięg 25,6 km i była przeznaczona do niszczenia strategicznych celów wroga. Celowanie w pionie odbywało się przez podnoszenie i opuszczanie lufy, zaś w poziomie przez obracanie całego pojazdu. Pocisk artyleryjski do tej broni ważył ponad pół tony (570 kg).
Wielu ekspertów wojskowych, gdy pierwszy raz zobaczyło nową radziecką broń twierdziło, że działo rozpadnie się przy pierwszym wystrzale. Wkrótce jednak przeprowadzono pierwsze, udane testy. Broń nigdy jednak nie trafiła do masowej produkcji - powstały tylko 4 sztuki. Oprócz działa 2A3. na bazie tego projektu powstała jeszcze większa, eksperymentalna artyleria samobieżna 2B1 Oka zaprezentowana w 1957 roku. Podwozie powstało w zakładach Kirowa w ramach projektu "Objekt 273". Lufa tej broni miała długość 20 m i kaliber 420 mm. Działo strzelało pociskami ważącymi 750 kg na odległość 45 km.
Dość szybko okazało się, że rozmiary obu dział - zarówno 2A3. jak i 2B1 – są ich największą wadą. Skomplikowana procedura ładowania powodowała, że można było wystrzelić zaledwie 1 pocisk na 5 minut. Co więcej, siły odrzutu po wystrzale były tak wielkie, że nie tylko powodowały cofanie całego pojazdu o kilka metrów, ale również uszkadzanie mechanizmów broni. W związku z tym armaty trzeba było przeglądać po każdym wystrzale. Na domiar złego, gigantyczne lufy sprawiały, że działa były niesamowicie niewygodne w transporcie.



Ostatecznie projekty radzieckich, gigantycznych dział samobieżnych przegrały z pociskami balistycznymi, jak 2K6 Luna, które były nie tylko poręczniejsze, ale przede wszystkim biły artylerię na głowę zasięgiem. Dziś 2A3 i 2B1 można podziwiać w muzeach w Sankt Petersburgu i Moskwie. (Źródło - http://tech.wp.pl/radzieckie-gigantyczne-dzialo-nuklearne-6034811407053953a)


Jak widać, tego rodzaju informacje są zazwyczaj mało wiarygodne, bowiem w przypadku tego, co podaje portal WP okazuje się, że Niemcy graniczyły z ZSRR w czasie Zimnej Wojny, a działa o kalibrze 406 mm musiały mieć taki kaliber, bo nie można było wytworzyć mniejszej amunicji jądrowej. Kompletna bzdura – naprawdę chodziło o zasięg. Te działa mogły strzelać na odległość 40 km, co pozwalało im razić nieprzyjaciela na większą odległość i pociskami o większej mocy. Ot i wszystko. 

Czy na terytorium byłej CSRS mogły być prowadzone próby z takim superdziałem? Owszem, czemu nie? Okolice Koszyc są dość słabo zaludnione, znajdują się tam poligony wojskowe, więc coś takiego byłoby możliwe, co nie znaczy, że było. Osobiście jednak jestem zdania takiego, jak słowaccy historycy – trzeba do niej podejść ostrożnie. Być może była to jakaś prowokacja ze strony CIA mająca na celu stworzenie kolejnego urojonego zagrożenia ze strony ZSRR i Układu Warszawskiego po to, by wyciągnąć z Kongresu kolejne pieniądze na swoją działalność. Tak też bywało, że wspomnę tylko aferę Iran-Contras. O ile bowiem ZSRR był Czerwonym Imperium Zła, to USA było i jest Imperium Kłamstwa i Oszustwa kreującym iluzje i sprzedającym je na cały świat.

Prawdą jest to, że na terytorium CSRS istniały radzieckie magazyny broni jądrowej, która mogła być wykorzystana tak ofensywnie jak i defensywnie. Rzecz w tym, że radziecka obecność w krajach Europy Środkowej zaczyna powoli obrastać w legendy i bajki, a im głupsze i brzmiące bardziej sensacyjnie – tym lepiej. Dlatego też nie przywiązywałbym większej wagi do opowieści o superbroniach rozmieszczanych tu i ówdzie na terytoriach Polski, NRD, CSRS, Węgier i innych krajach Układu Warszawskiego. W większości bowiem były to wydumki służące na postrach społeczeństwom Zachodu, które wymyślał specjalny wydział CIA ds. wojny psychologicznej. No i w końcu chodziło tu o pieniądze z kasy Kongresu na działalność CIA w tych krajach. I dlatego właśnie opowiastkę o koszyckim superdziale traktuję jako taką właśnie wydumkę na użytek naiwnych.  

Przekład ze słowackiego - (C)Robert K. F. Leśniakiewicz     


[1] Autor tej informacji najprawdopodobniej nie znał dat wydarzeń, o których pisał, więc i sama informacja ma niewielką wartość dla historyków.
[2] Niemcy nie graniczyły wtedy z ZSRR. 
[3] Kolejna propagandowa bzdura, chodzi o to, że takie działa miały większy zasięg niż amerykańskie.