Powered By Blogger

poniedziałek, 19 lipca 2021

Dzień, w którym szkło spadło na ziemię

 


Vladislav Tchakarov

 

Dzień, w którym na Ziemi spadł deszcz, był tym samym dniem, w którym prawie wszystkie gatunki na Ziemi nagle się skończyły.

Naukowcy znaleźli dowody na to, co dokładnie mogło zniszczyć dinozaury 66 milionów lat temu. Przyczyna masowego wyginięcia dinozaurów, które nastąpiło w późnej kredzie i wczesnym paleolicie, pozostaje jedną z największych naukowych tajemnic. Istnieje wiele hipotez próbujących to wyjaśnić, ale żadna z nich nie została dotychczas uzasadniona.

Ostatnio jednak w Północnej Dakocie naukowcy odkryli unikalne „pole śmierci” pełne skamieniałości zwierząt i ryb, pochodzące z tego samego okresu, co może dać odpowiedź nie tylko na pytanie, co spowodowało wyginięcie, ale także jak do niego doszło.

 

Niesamowite odkrycie

 

Skamieniałe ryby są ułożone jedna na drugiej. Sugeruje to, że zostały razem wyrzucone na brzeg, gdzie pozostały. To uderzenie asteroidy było śmiertelne dla większości gatunków na Ziemi, w tym dinozaurów.

W 2013 roku paleontolog Robert DePalma odkrył cmentarzysko skamieniałości na terenie wykopalisk w formacji Hell Creek. Znalazł tam skamieniałe szczątki ryb ułożone jedna na drugiej, a także spalone pnie drzew, martwe ssaki, owady, kości mozazaurów, mikroorganizmy morskie, głowonogi morskie i częściowe szczątki Triceratopsa.

Już wtedy podejrzewał, że to nagromadzenie martwych stworzeń w jednym obszarze może być wynikiem uderzenia asteroidy, które zabiło dinozaury.

 

Jak wyglądał ostatni dzień dinozaurów?

 

Wiadomo, że około 66 milionów lat temu na Półwysep Jukatan spadł meteoryt o średnicy około 10-15 kilometrów. Zgodnie z główną hipotezą pył z eksplozji na wiele lat zmniejszał przezroczystość atmosfery, co spowodowało globalne ochłodzenie planety, co doprowadziło do wyginięcia nie tylko dinozaurów, ale także 75% wszystkich gatunków zwierząt.

Odkrycie skamieniałości w formacji Hell Creek pomogło naukowcom zrekonstruować wydarzenia, które miały miejsce bezpośrednio po upadku.

Małe tektyty, powszechnie nazywane deszczem szklanym, o wielkości około 1 milimetra, odkryto również in situ. W obu warstwach znalezionych skamieniałości występuje nadmiar irydu, a tylko w warstwie najniższej występują tektyty. W konsekwencji skamieniałości powstały w wyniku dwóch różnych wydarzeń.

Po pierwsze, w wyniku uderzenia w wodach śródlądowego morza na terytorium współczesnej Dakoty Północnej uniosły się gigantyczne fale. Następnie z nieba zaczął spadać „szklany deszcz” tektytów (kulki gorącej skały o średnicy około 5 milimetrów), które podpaliły większość roślinności na lądzie.

Podnoszące się morze zamieniło się w 10-metrową ścianę wody. Kiedy dotarło do ujścia wpadającej do niego rzeki, niezliczone ryby słodkowodne zostały wyrzucone na brzeg, gdzie przez prawie pół godziny były bombardowane szklanym deszczem.

Drugie wydarzenie obejmowało również kolejną potężną falę, która zalała wybrzeże i zakopała ryby, dinozaury i wszystkie inne gatunki pod tektytami i piaskiem. Małe kulki ze „szklanego deszczu” znaleziono w skrzelach ponad połowy wszystkich ryb. A złoża skamieniałości są pokryte gliną o wysokim stężeniu irydu – metalu, który prawie nigdy nie występuje na Ziemi, ale występuje w dużych ilościach w asteroidach.

 - Kiedy zaproponowaliśmy hipotezę uderzenia, aby wyjaśnić wielkie wyginięcie, była ona oparta tylko na znalezieniu anomalnego stężenia irydu – odcisku palca asteroidy lub komety – powiedział Alvarez. - Od tego czasu stopniowo gromadziły się dowody. Ale nigdy nie przyszło mi do głowy, że znajdziemy takie łoże śmierci.

Warto wspomnieć o kilku przybliżonych szacunkach obliczonych przez Waltera Alvareza, profesora Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley. Odniósł się do prędkości spadających tektytów i zasugerował, że mogły spadać na Ziemię z oszałamiającą prędkością 100-200 mil na godzinę.

Jak byś się czuł, gdyby coś takiego uderzyło cię tysiąc razy w ciągu kilku sekund? Według Alvareza, przy tej prędkości szklany deszcz zabiłby cię, podobnie jak prawdopodobnie w przypadku niezliczonych zwierząt i dinozaurów.

Podzielam to samo zdanie co do osób stojących za odkryciem tego „pola śmierci” – może to być początek nowej ery dla historycznych odkryć dotyczących dinozaurów. Żadne inne miejsce kopalne na świecie nie ma takiej obfitości szczątków z mniej więcej okresu, kiedy nie tylko dinozaury, ale większość gatunków na świecie dobiegła końca.

 

Źródła:

• Ben Guarino, T. (n.d.). Catastrophic New Details From The ‘Day The Dinosaurs Died’ Uncovered in Fossils. Retrieved December 05, 2020, from https://www.sciencealert.com/catastrophic-new-details-from-the-day-the-dinosaurs-died-uncovered-in-fossils

• Mack, E. (2019, September 10). The Day The Dinosaurs Died, Told In Horrifying New Detail. Retrieved December 05, 2020, from https://www.forbes.com/sites/ericmack/2019/09/09/the-day-the-dinosaurs-died-told-in-horrifying-new-detail/?sh=543394286df5

• UCBerkeleyNews. (n.d.). 66-million-year-old deathbed linked to the dinosaur-killing meteor. Retrieved December 05, 2020, from https://eurekalert.org/pub_releases/2019-03/uoc–6md032919.php?fbclid=IwAR1Kh5q-kVbTa1Eeg9IDJhIJho_MJhFuxZD-s7G-kMk5Sd6oOHag7DAs61s

 

Źródło - https://curiosmos.com/the-day-when-glass-rained-upon-the-earth/

Przekład z angielskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz

niedziela, 18 lipca 2021

Niebezpieczne fale upałów

 

Martwe z powodu przegrzania się zwierzęta morskie wyrzucone na kanadyjskie plaże...

To, co dzieje się teraz w Europie zaczyna być naprawdę niebezpieczne. A na drugiej półkuli też dzieją się straszne rzeczy, które dokładnie potwierdzają to, że Efekt Globalnego Ocieplenia stał się twardym faktem, a nie przypuszczeniem lansowanym przez ekologicznych oszołomów.

 

Fala upałów w Kanadzie zabiła ponad miliard organizmów morskich

 

Eksperci twierdzą, że bezprecedensowa fala upałów, która nawiedziła zachodnie wybrzeże Kanady na początku lipca, zabiła ponad miliard organizmów morskich. Według nich jest to sygnał ostrzegawczy na przyszłość, który pokazuje, jak bardzo wrażliwe na ekstremalne temperatury są ekosystemy ze względu na zmiany klimatyczne.

W zachodniej Kanadzie i północno-zachodnich Stanach Zjednoczonych temperatury w miejscowościach wzdłuż wybrzeża wzrosły do ​​czterdziestu stopni Celsjusza, bijąc historyczne rekordy a ze względu na ekstremalne warunki pogoda trwała kilka dni i nie dawała wytchnienia ludziom ani Naturze.

Uważa się, że intensywne i nieubłagane upały zabiły do ​​pięciuset osób w Kolumbii Brytyjskiej i przyczyniły się do setek pożarów lasów, które strażacy gasili na kilka dni. Jednak ekolodzy obawiają się, że ma to również niszczący wpływ na życie morskie.

Christopher Harley, biolog morski z University of British Columbia, obliczył, że niezwykłe ciepło może zabić ponad miliard morskich organizmów. Według niego destrukcyjność fali upałów jest widoczna już podczas spaceru po plaży.

- Kiedy spacerujesz po wybrzeżu, muszle chrzęszczą pod twoimi stopami nie jest normalne. Ale teraz było ich tak wiele wokół, że nie można było uniknąć nadepnięcia na martwe zwierzęta – powiedział „Guardianowi”.

Zapach gnijących małży był praktycznie wszechobecny – gdy przyjrzał się im dokładniej, okazały się w zasadzie „ugotowane”. Temperatura wody wzrosła tak wysoko, że organizmy te, przyzwyczajone do znacznie niższych temperatur, nie były w stanie przetrwać. Ślimaki, rozgwiazdy i małże leżą w płytkiej wodzie.

- To było dla mnie niezwykle silne, głębokie przeżycie – powiedział on.

 

Temperatury w SW Kanadzie i NW stanach USA, gdzie padł kolejny rekord wysokiej temperatury w dniu 29.VI.2021 roku

Obawy o jakość wody

 

Ślimaki morskie są odporne, ale według biologa nie przetrwały tegorocznego szoku termicznego. Ponadto masowa śmierć mięczaków może tymczasowo wpłynąć na jakość wody morskiej, ponieważ te stworzenia pomagają ją filtrować i oczyszczać; dzięki nim morze na tych terenach jest na tyle przejrzyste, że światło słoneczne wnika głęboko i dostarcza energię do lokalnych ekosystemów.

- Może istnieć kilkadziesiąt, a nawet sto gatunków żyjących na metrze kwadratowym – powiedział Harley. Obliczył rozmiar strat na podstawie tego, jak blisko siebie żyły jadalne małże. - Tysiące mogą zmieścić się na powierzchni wielkości pieca. I są setki kilometrów skalistych plaż, które są gościnne dla muszli – opisał.

 

I jeszcze jeden materiał, tym razem z Chile:

 

Podniesiono alarm

 

Klimatolodzy obawiają się, że zostaną oskarżeni o panikę, chociaż wielu z nich jest zaniepokojonych.

- Prawdziwym powodem do niepokoju jest skrajna natura rejestru - mówi weteran Brian Hoskins. To, co modele klimatyczne planują na przyszłość, jest tym, co dostaniemy, jeśli będziemy mieć szczęście. Zachowanie modeli może być zbyt konserwatywne.

Innymi słowy, w niektórych miejscach prawdopodobnie jest nawet gorzej niż przewidywano.

Naukowcy używają modeli komputerowych, aby odgadnąć przyszłe zachowania klimatu Ziemi. Ale zazwyczaj są one ogólnie ustalone w temperaturze globalnej, a nie w sposób dokładny w konkretnych rekordach dla konkretnych miejsc.

Naukowcy teraz starają się przewidzieć niektóre z tych zjawisk pogodowych, które zaskakują polityków.

To nie tylko fale upałów, ale również gwałtowne deszcze wywołujące niszczące powodzie na poziomie lokalnym. Odpływy zostały zbudowane, gdy nikt nie myślał, że naturalny i nieszkodliwy gaz jak CO2 może wywołać spustoszenie.

Narodowa Służba Meteorologiczna Wielkiej Brytanii ma nadzieję, że nowy, genialny mega komputer będzie w stanie zrobić projekcje na znacznie bardziej zdefiniowaną skalę, chociaż niektórzy wykazują sceptycyzm co do ich zdolności do tego.

Tymczasem temperatura wciąż rośnie i zmienia dane naukowe. Co więcej, maksimum w Kanadzie było napędzane wzrostem temperatury globalnej o zaledwie 1,2°C od poziomów poprzedzających erę przemysłową.

Planeta prawdopodobnie zmierza do podwyższenia temperatury o 1,5°C na początku przyszłej dekady, a temperatura wzrośnie do 2°C lub więcej, jeśli polityka nie zmieni się radykalnie.

Jak będzie wyglądać sytuacja z podwyżką o 2°C, która do niedawna była uważana za stosunkowo  „bezpieczny” poziom zmian?

Bryony Katherine Worthington, brytyjska aktywistka środowiskowa i żyjący członek Izby Lordów, powiedział mi:

- Naukowcy już nie są zaniepokojeni, są przerażeni.

 

Bezpieczny budżet węglowy

 

- Martwią się, że nie ma bezpiecznego lądowania. Pracujemy nad ideą bezpiecznego budżetu węglowego (ilość węgla, którą możemy emitować w atmosferze, nie zmieniając klimatu). Ale co jeśli nie ma bezpiecznego budżetu na węgiel? Co jeśli budżet węglowy „bezpieczny” jest zerowy? Nie możemy „osłodzić” możliwych scenariuszy.

Politycy pracują nad tym, aby uniknąć najgorszego scenariusza, ale nawet była premier Wielkiej Brytanii, Margaret Thatcher, pod koniec lat 80., skomentowała, że przeprowadzenie takiego eksperymentu z budżetami węglowymi na naszej jedynej planecie to byłoby szaleństwo. W 1989 r. ONZ zwróciły uwagę ze swoim ostrzeżeniem, że gazy cieplarniane „zmieniają środowisko naszej planety w sposób szkodliwy i niebezpieczny”.

Thatcher, która była chemikiem, powiedziała:

- Prawdopodobnie zmiana w przyszłości będzie bardziej fundamentalna i bardziej powszechna niż cokolwiek, co znamy do tej pory. Konsekwencje są porównywalne do odkrycia podziału atomu. W rzeczywistości, wyniki mogą być jeszcze większe. Nie ma sensu kłócić się o to, kto jest odpowiedzialny, a kto powinien zapłacić. Możemy rozwiązać problemy tylko poprzez ogromne międzynarodowe wysiłki współpracy.

To było niezwykłe prorocze, a jej słowa były jeszcze bardziej zdumiewające, gdy zostały wypowiedziane przez niesamowitego, światowego przywódcę prawicy, której nie można było wykluczyć, jakby była niezręczną hipiską.

- Gdyby świat zwrócił uwagę na swoje ostrzeżenie, wyobrażasz sobie, gdzie byśmy teraz byli? – powiedziała ona.

Ale stanowisko Thatcher zostało skrytykowane przez „sceptyków klimatycznych”, niektórych z nich finansowanych przez kampanię dezinformacyjną prowadzoną przez firmy produkujące paliwa kopalne. Bogate narody miały obsesję na punkcie wzrostu gospodarczego, zamiast ratować planetę przed hipotetycznym zagrożeniem, a rozwijające się gospodarki wzmocniły swoje „prawo” do zanieczyszczenia powietrza tak jak uczyniły to bogate narody. Bogate kraje oszczędziły pieniądze, które zaoferowali biednym narodom, aby uzyskać czystą technologię. Międzynarodowe negocjacje zakończyły się systematycznie niepowodzeniem w doprowadzeniu do trudnych i radykalnych zmian, które Thatcher uznała za niezbędne. Wreszcie wiele narodów wiodących zaczyna opracowywać politykę redukcji emisji w następnych dziesięcioleciach. Nie tylko „kopuła cieplna” ich martwi. Ostatnio wiele dowiedzieliśmy się o klimatach na Antarktydzie, Himalajach i Arktyce.

 

Średnie roczne ocieplenie na świecie. Polska znajduje się w strefie CEU.

Pierwsze jaskółki

 

Niektórzy naukowcy ostrzegają, że istnieją obszary świata, które staną się niezamieszkalne, jeśli będą kontynuować obecne trendy. Więc co robią nasi przywódcy, abyśmy byli bezpieczni? Przywódcy o tym mówią i z pewnością niektórzy naprawdę zamierzają powstrzymać zmiany klimatyczne. Jednak konsekwencje globalnego ocieplenia już zaczęliśmy je dostrzegać, podczas gdy główne narody planują stopniowo eliminować emisje do 2050. r. Prezydent Stanów Zjednoczonych Joe Biden mówi, że emisja CO2 zostanie zmniejszona o połowę w tej dekadzie w porównaniu z poziomami z 2005. roku. Ale Republikanie przeciwstawiają się proponowanym inwestycjom w czystą technologię.

General Motors i inne firmy obiecały, że sprzedadzą tylko pojazdy o zerowej emisji do roku 2035. Ale Biden nie ustalił daty elektryfikacji floty samochodów USA. Ponadto jego wysłannik ds. klimatu John Kerry otrzymał krytykę za podkreślenie, że styl życia Amerykanów nie musi się zmieniać, podczas gdy eksperci twierdzą, że ochrona klimatu wymaga nowej technologii i zmian behawioralnych, takich jak jedzenie mniej mięsa i jeździć mniejszymi samochodami.

Istnieją nawet luki w polityce narodów czołowych takich jak Wielka Brytania, gdzie rząd planuje program budowy dróg w wysokości 27.000 milionów dolarów (około 37.400 milionów dolarów).

I mimo, że korzystanie z kolei upadło podczas pandemii, premier Boris Johnson przeznacza ponad 100.000 milionów dolarów na projekt kolejowy HS2, o którym nikt nie będzie wiedział na pewno, czy będzie neutralny w użyciu węgla, ale do końca stulecia.

Światy technologii i biznesu wykazują pozytywne oznaki. Koszt energii słonecznej i wiatrowej na przykład spada. Ale te nadal zaopatrują jedynie około 14 % całkowitego zapotrzebowania na energię na świecie, według Międzynarodowej Agencji Energii Odnawialnej (IRENA).

Tymczasem pęknięta rura gazowa w Zatoce Meksykańskiej 2 lipca zamieniła ocean w płomienie. A w Londynie fundusz inwestycyjny dla ekologicznych branż nie mógł uzyskać minimalnego finansowania i został odrzucony. W Azji planowana jest budowa 600 nowych elektrowni węglowych, choć pewne jest, że niektórzy inwestorzy wycofują się, gdy w końcu zdają sobie sprawę, że węgiel jest kiepskim wkładem długoterminowym.

W tym kontekście miliarderzy na świecie konkurują z wykorzystaniem dużych ilości energii, aby zabrać turystów w kosmos; to jest rodzaj inicjatywy, która mogłaby poradzić sobie ze zmianami klimatycznymi.

Oto problem: polityka i biznes budzą się w obliczu kryzysu klimatycznego. Ale zmiany na naszej planecie wydają się być szybsze niż odpowiedzi naszego społeczeństwa.

Wygląda na to, że Thatcher miała rację: od dziesięcioleci potrzebowaliśmy dramatycznej akcji.

W ciągu ponad 30 lat zajmując się klimatycznymi tematami, zawsze podjąłem ryzyko perspektywy w swoich historiach, ponieważ Thatcher miała rację mówiąc, że planeta jest tylko jedna. I chcę, żeby Hazel i jej przyszłe wnuki się z tego cieszyły.

 

Źródła:

·        CTV - https://ct24.ceskatelevize.cz/veda/3339354-vlna-veder-v-kanade-zabila-vic-nez-miliardu-morskych-zvirat

·        BBC

Opracował - ©R.K.F. Leśniakiewicz

sobota, 17 lipca 2021

Die Glocke - tajemnicza technologia III Rzeszy. Jako pierwszy opisał ją Polak

 


Bartłomiej Sieja

 

Pod koniec II wojny światowej III Rzesza mogła liczyć już tylko na cud. I Hitler ten cud przepowiadał. Miały nim być projekty znane jako “Wunderwaffe”, a jednym z nich pojazd pionowego startu powietrznego Die Glocke, czyli Dzwon.

    Pod koniec II wojny światowej Adolf Hitler zapowiadał produkcję tajnej broni

    Po wojnie pojawiło się wiele teorii na temat m.in. latających spodków produkowanych w III Rzeszy

    Pod koniec lat 90. polski autor ogłosił, że posiada informacje na temat Die Glocke - napędu antygrawitacyjnego.

Po przytłaczającej serii zwycięstw w pierwszych latach II wojny światowej, III Rzesza zdawała się być głównym rozgrywającym na mapie świata i potęgą dosłownie niepowstrzymywalną. Zakusy Hitlera rosły jednak wraz z kolejnymi sukcesami, co musiało w końcu doprowadzić pasmo zwycięstw do końca. Przegrana pod Stalingradem w 1943 roku i kontrofensywa aliantów z osławionym lądowanie w Normandii w 1944 przyczyniły się do przechylenia szali zwycięstwa i zmusiły III Rzeszę do odwrotu.

 

Ku upadkowi III Rzeszy

 

Hitler do samego końca wierzył jednak w przewagę technologiczną swojego kraju. III Rzesza była domem dla wielu naprawdę wyjątkowych naukowców, których lista dokonań robi ogromne wrażenie. Niemcy nie bali się eksperymentować z nowymi typami pojazdów, wprowadzając na wyposażenie armii pierwsze samoloty odrzutowe, czy też tak zwane “latające skrzydła”. Mając do dyspozycji pierwsze komputery (Z1, Z2 i Z3), obliczenia aerodynamiczne stawały się znacznie prostsze i skomplikowane równania możliwe były do wykonywania “od ręki”.

Paradoksalnie, to właśnie pogoń za coraz to nowszymi technologiami, mogła kosztować Niemców wiele przegranych bitew. Podczas, gdy zarówno Amerykanie, jak i Rosjanie, stawiali na relatywnie proste konstrukcje i unifikację np. w zakresie wykorzystywanej amunicji, tak wyposażenie III Rzeszy było pod koniec wojny mocno zróżnicowane, nie mówiąc o tym, że naboje z jednego typu karabinu bardzo rzadko pasowały do innego.

Jednoczesne rozpoczynanie prac nad nawet kilkudziesięcioma skomplikowanymi projektami także nie pozostawało bez wpływu na budżet państwa. To, w jakim rozkroku stanęli inżynierowie III Rzeszy pokazuje chociażby projekt bombowca o ujemnym skosie skrzydeł Junkers Ju 287. Pierwszy prototyp został wykonany dosłownie z wykorzystaniem elementów innych samolotów, by jak najbardziej uciąć koszty.

 

Ostatnia nadzieja Hitlera

 

Z drugiej strony postęp technologiczny w dziedzinie militariów był dla Hitlera powodem do dumy i propagandy. Gdy już wszystko wskazywało na to, że zarówno Sowieci od wschodu, jak i Brytyjczycy z Amerykanami od zachodu będą w stanie dojść nawet do Berlina, pozostała jedynie propaganda. Cele były dwa - przekonać własnych obywateli i żołnierzy, że pomoc jest już na wyciągnięcie ręki, jak i odstraszyć nieco wrogów. A to nie było zadanie łatwe - bitwa na łuku kurskim pokazała, że Rosjanie są w stanie zwyciężać przewagą liczebną i mimo znacznie większych strat, wygrywać kolejne bitwy.

O tym, jakie tajne projekty miały się ukrywać pod określeniem Wunderwaffe, zaczęto spekulować w zasadzie od samego zakończenia II wojny światowej. Większość niemieckiej elity naukowców znalazła nowe domy i prace dla dotychczasowych wrogów, ale wiele projektów zostało zapomnianych i najpewniej zniszczonych w obawie przed wpadnięciem w obce ręce.

 

Supertajna broń

 

Od tego czasu pojawiały się mniej lub bardziej wiarygodne lub fantastyczne opowieści o tajnych broniach Hitlera. Od wykorzystania zjawisk paranormalnych (i nawet próbach stworzenia armii nieumarłych) po latające spodki. I właśnie ten ostatni temat wrócił do ogólnoświatowej dyskusji tak historyków, jak i fanów teorii spiskowych za sprawą polskiego pisarza Igora Witkowskiego i jego książek “Supertajne bronie Hitlera” (1998-2001, 8 tomów), czy “Prawda o Wunderwaffe” (2007).

Trzeba mieć jednak na uwadze, że Witkowski porusza w swoich książkach wiele tematów z pogranicza fantastyki i historii, a za przykłady niech posłużą takie tytuły, jak “Wilkołaki Hitlera” (2009), czy “Chrystus i UFO” (2009). Już samo to wskazuje, że fakty historyczne, wykorzystywane przez Witkowskiego, mogą służyć kreowaniu teorii spiskowych.

Polski pisarz twierdzi w swoich książkach, że jeszcze w latach 90. skontaktował się z nim człowiek, który w PRL miał kontakty, bądź pracował w służbach wywiadowczych kraju i poinformował o istnieniu dokumentów, według których III Rzesza opracowała supertajne rodzaje napędów. Jednym z wynalazków, tworzonych w ramach projektu nazwanego Chronos, miał być właśnie Dzwon (niem. “Die Glocke”).

Stworzony przez Witkowskiego opis urządzenia znajduje się w “Supertajnych broniach Hitlera”:

Zasadniczą część dzwonu stanowiły dwa masywne cylindry-bębny o średnicy jednego metra, które w trakcie eksperymentu wirowano w przeciwnych kierunkach z ogromnymi prędkościami. Bębny wykonane były ze srebrzystego metalu i obracały się wokół wspólnej osi. Był nią dość niezwykły rdzeń o średnicy rzędu kilkunastu–dwudziestu centymetrów przymocowany swym dolnym końcem do masywnego postumentu dzwonu. Wykonany był z ciężkiego, twardego metalu. Przed każdą próbą w jego wnętrzu umieszczano coś w rodzaju podłużnego, ceramicznego pojemnika o ściankach osłoniętych warstwą ołowiu o grubości ok. 3 cm. Miał on długość ok. 1–1,5 metra i wypełniony był dziwną metaliczną substancją o złoto-fioletowym odcieniu i zachowującą w temperaturze pokojowej konsystencję lekko ściętej galarety.

Witkowski powiązał te informacje z plotkami na temat budowy antygrawitacyjnych silników, którymi interesował się już wcześniej. Był wręcz przekonany o tym, że Dzwon jest projektem silnika dla pojazdów pokroju Haunebu, czyli latających spodków, jakie miały być rzekomo budowane w tajnych zakładach Gór Sowich.

 

Czym mógł być Dzwon?

 

Temat Die Glocke został podchwycony również za granicą. Brytyjski dziennikarz zajmujący się tematami militarnymi i lotniczymi, Nick Cook, w 2001 roku opisał Dzwon w swojej książce “The Hunt for Zero Point”. Posunął się on nawet o krok dalej od Witkowskiego w swoich rozważaniach na temat możliwego wykorzystania Die Glocke, sugerując, że mógł to być nawet projekt wehikułu czasu. Wskazał on również, że SS-man – generał SS Hans Kammler, miał przekazać Amerykanom informacje o Dzwonie w zamian za wolność.

Zakładając, że projekt Die Glocke rzeczywiście istniał, można się zastanowić nad tym, czym mógł być w rzeczywistości. Jeżeli miał być napędem antygrawitacyjnym, to na pewno nie był projektem udanym i trudno wierzyć w to, że III Rzesza rozwijała go od 1942 roku do końca wojny. Znacznie większe prawdopodobieństwo ma teoria, że Dzwon był projektem powiązanym z energią atomową - mógł być akceleratorem cząstek (cyklotronem), znanym już od lat 30.

 

Dzwon w wizji artysty

Czy Dzwon został wymyślony?

 

Najbardziej prawdopodobna teoria jest jednak taka, że Witkowski historię o “przekazaniu informacji” wymyślił, bądź też na podstawie prawdziwego wydarzenia o kontakcie z osobą mającą informacje o projekcie, obudował własne teorie na temat interesujących go napędów antygrawitacyjnych. Dowody na takie rozwiązanie sprawy zebrał w swoim artykule “Dzwon (die Glocke) – koniec tajemnicy” Bartosz Rdułtowski, również pisarz, a jednocześnie wieloletni czytelnik książek Witkowskiego.

Rdułtowski wskazuje, że większość opisów Dzwonu, jego działania i budowy, jest parafrazą opisów technologii antygrawitacji z poprzednich książek Witkowskiego w tych tematach. Podsumowanie “dochodzenia” wskazuje niemal jednoznacznie, że Die Glocke to w całości wymysł pisarza:

    Na zasadniczy trzon opisu „dzwonu”, który Igor Witkowski zaprezentował w 1998 roku, składały się więc informacje, które już rok wcześniej opisał w swojej książce o UFO i napędzie antygrawitacyjnym! Tylko że wówczas nie dotyczyły one zagadki najtajniejszego projektu III Rzeszy, a jedynie powojennych badań nad antygrawitacją!

Jedynym dowodem, że Die Glocke mogło kiedykolwiek istnieć, jest więc polski autor książek o UFO i wszystkie tropy na ten temat zaczynają się właśnie u niego. Pytanie, czy mu wierzyć pozostawiam już wam. (Onet.pl)

 

Moje 3 grosze

 

Sprawa Dzwonu obśmiewana przez sceptyków i traktowana serio przez entuzjastów, ma swoje drugie dno. Powiem wprost – najprawdopodobniej rację ma Nick Cook, który w Dzwonie widzi wehikuł czasu. Doszedłem bowiem do podobnego wniosku po przestudiowaniu działalności nazistowskich „uczonych” z Ahnenerbe w Azji i Ameryce Południowej oraz krajach Bliskiego i Środkowego Wschodu.

Mówi się, że poszukiwali oni tam śladów Ariów – przodków „prawdziwych Niemców” i właśnie zapożyczyli wschodnią symbolikę do swych celów – m.in. swastykę, która dla Hindusów jest świętym symbolem szczęścia, ognia i Słońca. Rzecz jest nawet logiczna, jak spojrzymy na nią z tej strony. Ale jako że medal ma dwa końce, to spójrzmy na to z drugiej strony, a mianowicie – czy w Przeszłości nie ma śladów po współczesnych Ariach, którzy dostali się tam z Teraźniejszości III Rzeszy? Idąc śladem takiego myślenia, jeżeli emisariusze Hitlera znaleźli się w Przeszłości na wymienionych terenach, to powinni po sobie pozostawić jakieś ślady: materialne w postaci chronoklazmicznych artefaktów, przekazu kulturowego w postaci mitów, legend, baśni, przekazów ustnych, itd. itp., oraz przekazu genetycznego – którego możemy szukać dopiero dzisiaj, kiedy mamy fizyczne możliwości odczytywania kodu DNA. Naziści mogli jedynie robić pomiary antropometryczne i na ich podstawie ocenić, czy takie wizyty w Przeszłości Ludzkości miały miejsce.

W każdym razie idea, że naziści pracowali nad technikami chronomocji ma sens. W takim kontekście Dzwon mógł być po prostu wehikułem czasu. Czy zadziałał? Trudno powiedzieć, należałoby jeszcze raz zbadać miejsca, w których naziści poszukiwali swych przodków – Ariów. No i oczywiście archiwa Ahnenerbe, w których powinny znajdować się wyniki badań z lat 1935-1945 i wcześniejszych. 

No i sprawa z Kecksburga, PA, z dnia 9.XII.1965 roku. Opisano ją na tym blogu na stronie: https://wszechocean.blogspot.com/2015/06/i-zadrzay-domy.html, więc tam odsyłam zainteresowanych. To, co tam spadło i wpadło w ręce Amerykanów zjawiskowo przypomina właśnie Dzwon – Amerykanie nazwali to bell-jar device – urządzenie dzwon-dzbanek ze względu na kształt. Należy więc przypuszczać, że technologia ta jest obecnie rozpracowywana i unowocześniana – o ile incydent z Kecksburga jest autentykiem…

Incydent z Kecksburga ma to do siebie, że niewiele o nim wiadomo. Polska Wikipedia podaje, co następuje:

9 grudnia 1965 nad prowincją Ontario w Kanadzie oraz północno-wschodnimi stanami USA przeleciał nietypowy bolid, któremu towarzyszyła hukowa kanonada – meteoroid miał rozsiewać w locie rozżarzone metalowe fragmenty które spadając na pola, wywołały w niektórych miejscach pożary traw. Media i eksperci uspokajali ludność twierdząc, że to tylko najprawdopodobniej kosmiczny kamień jednak kilka chwil po obserwacji bolidu, w lesie koło wsi Kecksburg spadł z nieba tajemniczy obiekt. O godzinie 16:45 Bill Bulebush montował w swoim samochodzie CB-radio, kiedy nagle usłyszał dochodzące z góry „skwierczenie”:

Wysiadłem z auta i podszedłem do drogi, gdzie mogłem to obserwować z lepszej perspektywy. To wyglądało tak, jakby ten obiekt nie mógł się zdecydować, co ma zrobić. To coś unosiło się w powietrzu i robiło zwroty, kierując się ku rozpadlinie. Wsiadłem więc w samochód i ruszyłem polną drogą.

Około 18:30 do stacji radiowej w Greensburgu zadzwoniła Frances Kalp mieszkająca na farmie oddalonej około kilometra od Kecksburga, która powiedziała dziennikarzowi stacji Johnowi Murphy’emu że jej dzieci widziały katastrofę „czegoś” w miejscowym lesie. Murphy zawiadomił o tym policję stanową lecz wkrótce po tym jak zjawili się w lesie, dowiedział się od policjantów że „nie mogą niczego znaleźć” i że przekazują sprawę US Army. Wojskowi zjawili się bardzo szybko otaczając las szczelnym kordonem i nie pozwalając nikomu zbliżyć się do miejsca katastrofy. John Murphy wspominał potem, że w międzyczasie podsłuchał relację jednego z policjantów, który mówił o zauważonym między drzewami „pulsującym niebieskim świetle”.

Bill Bulebush znalazł się w grupce miejscowych dobrze znających okoliczne lasy, którym udało się dostać na obszar, gdzie spadł tajemniczy obiekt zanim pojawiło się tam wojsko. Bulebush kierował się szlakiem połamanych przez upadający obiekt drzew, wyczuwając w powietrzu silną woń siarki. Gdy dotarł na miejsce katastrofy zobaczył „to coś co nie miało drzwi, łączeń, niczego. Spoczywało na ziemi, jakby stygło”. Inni którzy widzieli obiekt, twierdzili zgodnie że kształtem przypominał żołądź albo pocisk i nie był zbyt duży – jego wysokość ocenili na około 3 metry. Inni świadkowie sugerowali, że poszycie obiektu emitowało światło albo że był on otoczony przez jakieś „pole siłowe” a w locie wyglądał jak ognista kula. Dwóch świadków którzy widzieli obiekt w lesie w odległości kilkudziesięciu metrów, opowiadało że błyskał na niebiesko „jakby ktoś spawał”. Dwóm strażakom polskiego pochodzenia którzy przeczesywali las, udało się podejść bardzo blisko obiektu: jeden stwierdził że znaki na kadłubie na pewno nie były rosyjskie, a drugi że owe znaki przypominały mu „egipskie hieroglify” i że obiekt wydawał się nienaruszony, a żarzące się poszycie sprawiało wrażenie, jakby dopiero co odlano go z metalu:

Dla mnie wyglądał jak żołądź. Nie miał skrzydeł ani silnika. Nie miał stateczników. Nie miał ogólnie tego, po czym mógłbym rozpoznać znany sobie samolot. Z tyłu miał coś jakby „zderzak”, a na nim właśnie te hieroglify – jakby gwiazdy, kółka, linie i różne takie. Do dzisiaj niczego podobnego nie widziałem. Staliśmy wokół i oglądali ten obiekt, aż z lasu wyszło dwóch ludzi, którzy stanowczo nakazali nam odejść.

 

Grupa świadków, którzy obserwowali wojskowych krzątających się między drzewami, mówiła o ciężarówce, która wywiozła stamtąd okryty plandekami stożkowaty obiekt.

Badanie incydentu w Kecksburgu od początku stanowiło duży problem. Policja i wojsko zaprzeczały, by cokolwiek znaleziono a gazeta „Tribune-Review” z Greensburga, która opisała zdarzenie ze wszystkimi dziwnymi szczegółami, w kolejnym wydaniu opublikowała (prawdopodobnie wymuszone) dementi, stwierdzając, że w lesie upadł meteoryt.

Dziennikarz John Murphy intensywnie badał sprawę z zamiarem przedstawienia wyniku swoich ustaleń w radiowym reportażu „Obiekt w lesie”. Na krótko przed tym Murphy’ego odwiedzili funkcjonariusze służb specjalnych, którzy wymusili na nim zwrot najcenniejszych materiałów. Po wyemitowaniu ocenzurowanej i okrojonej wersji reportażu Murphy stracił zapał do dalszego badania sprawy i niechętnie o niej mówił. Zmarł w 1969 podczas wakacji w okolicach miasta Ventura w Kalifornii, potrącony przez niezidentyfikowanego kierowcę.

Ufolog Stan Gordon dotarł do oficjalnych dokumentów na temat incydentu w Kecksburgu, które były przechowywane przez Siły Powietrzne USA. Wynikało z nich, że zdarzeniem interesowały się różne ośrodki zaczynając od Dowództwa Obrony Północnoamerykańskiej Przestrzeni Powietrznej i Kosmicznej (NORAD) na Centrum Kosmicznym Johna F. Kennedy’ego (KSC) kończąc, musiało więc mieć ono duże znaczenie dla bezpieczeństwa narodowego. Z tych dokumentów wynika że o 2:00 w nocy odwołano poszukiwania, niczego nie znajdując i że forsowane przez wojsko i władze wytłumaczenie mówiło o obserwacji meteoroidu.

 

W 1966 a więc rok po incydencie badacz zjawisk niezwykłych Ivan T. Sanderson, sporządził dokładną analizę obserwacji bolidu, które poprzedzały zdarzenie w Kecksburgu. Doszedł on do wniosku, że jasny obiekt, pozostawiający wyraźną smugę dymu, był widoczny aż przez sześć minut. Poruszał się wolniej niż spadająca gwiazda, ale zbyt szybko jak na samolot i bez wątpienia to on spadł do lasu koło farmy Frances Kalp. Na przestrzeni lat pojawiali się wojskowi oferujący różnego rodzaju przecieki. Jeden z nich twierdził, że widział „metalowy żołądź” w bazie lotniczej we wsi Lockbourne w stanie Ohio a drugi, że w bazie Wright-Patterson niedaleko Dayton również w Ohio.

Ekspert od technologii kosmicznej James Oberg zasugerował, że za incydent w Kecksburgu odpowiedzialne były szczątki radzieckiej sondy kosmicznej Kosmos 96, która wystartowała z zamiarem dotarcia do Wenus, ale nie zdołała opuścić orbity okołoziemskiej w wyniku usterki. Sonda miała kształt stożka, ale była znacznie mniejsza od tego z Pensylwanii. Zgodnie z raportem United States Space Command (USSPACECOM), szczątki radzieckiej sondy spadły w Kanadzie kilkanaście godzin przed incydentem w Kecksburgu. Specjalista NASA Nicholas L. Johnson zajmujący się między innymi kosmicznymi śmieciami wykluczył, by te dwie sprawy cokolwiek łączyło.

Dziennikarka Leslie Kean wygrała z NASA proces o udostępnienie informacji na temat incydentu w Kecksburgu. Poszukiwania dokumentów, nadzorowane przez sąd, zakończono w 2009, a wnioski Kean opisała w specjalnym raporcie w którym nie znalazły się żadne nowe ustalenia. NASA miała obowiązek badać przypadki katastrof zagranicznych statków kosmicznych na terytorium Stanów Zjednoczonych, ale w sprawie incydentu w Kecksburgu agencja miała niewiele do powiedzenia. Według Leslie Kean i innych ufologów w Kecksburgu nie rozbił się radziecki statek kosmiczny ale jakiś tajny pojazd amerykański generujący promieniowanie radioaktywne.

 

Ciekawe, nieprawdaż? A może Niemcom udało się wyrzucić Dzwona na orbitę w 1945 roku, z której spadł dopiero w 1965? Coś takiego w zasadzie było możliwe, bo rakiety nośne już mieli, albo ten Dzwon przemieszczał się nie tyle w przestrzeni, ile w Czasie? Jeżeli wydarzenie w Kecksburgu jest prawdą, to teraz Amerykanie mają tą technologię i dokonują prób przemieszczania się w Czasie – chronomocji. Ciekawe tylko, czy mają ją również Rosjanie???   


Opinie Czytelników

 

To nie takie proste pozbyć się masy, gdyby to było łatwe to już dawno byśmy fruwali jak duchy. Lewitacja nadprzewodnikowa trochę trąca o to, ale wkład energii jest niewspółmierny do efektów, jest ograniczony i w takiej formie nigdy nie znajdzie praktycznego zastosowania do swobodnego żeglowania w przestrzeni. Obawiam się, że nigdy nie osiągniemy takiego stanu, jaki demonstrują zjawiska UFO. Musieliby się z nami podzielić taką wiedzą. Nieraz myślę, że tajemnica tkwi w skojarzeniu materii i antymaterii, a to byłby zupełnie inny świat, zupełnie dla nas niedostępny - teraz i w przyszłości. Może po śmierci wchodzimy w taki obszar? Łatwo sobie wyobrazić co by się działo, gdybyśmy potrafili, albo wygasić kosmiczną falę grawitacyjną, albo wytworzyć taką antyfalę, przecież świat rozleciałby się w jeden wielki chaos. Hitler może coś i kombinował, ale to nie była antygrawitacja jaką chcielibyśmy mieć, a jej osiągi były z pewnością marniejsze od drona. (Avicenna)

Dzięki! Materia i antymateria, to ma sens, ale pod warunkiem, że mielibyśmy technologię przemysłowego otrzymywania antymaterii. A tego jeszcze nie potrafimy. (Platon)

Pisanie o "Dzwonie" na podstawie "Supertajnych broni Hitlera" jest już mocno nieaktualne. Wiele lat później znacznie więcej pisałem o tym np. w książce "Nowa prawda o Wunderwaffe", gdzie są już albo zreprodukowane dokumenty dotyczące tego projektu, albo w bibliografii są odnośniki do dokumentów archiwalnych z nim się wiążących. Poświęciłem na weryfikowanie tej historii kilkanaście lat, jeżdżąc do archiwów na trzech kontynentach (!), a poza tym po wielu programach dokumentalnych włączyło się w poszukiwania także kilku badaczy zagranicznych. W efekcie tego, udało się dotrzeć do różnych materiałów, które całą historię wzbogaciły i ułatwiły zrozumienie o co w niej naprawdę chodziło. Nie jest to już obraz prosty, jak w "Supertajnych broniach Hitlera", ale dla większości czytelników jest mimo wszystko zrozumiały. Są w każdym razie dokumenty (z amerykańskiego archiwum NARA) mówiące wprost, że Niemcy eksperymentalnie podchodzili do grawitacji kwantowej w związku z pracami nad napędem. Jest to ciekawe z wielu powodów. Po pierwsze ukazuje postęp naukowo-techniczny w nieznanym dotychczas świetle. Po drugie pokazuje plany SS na prowadzenie wojny w wymiarze strategicznym, z użyciem broni masowego rażenia (rewolucyjne obiekty latające miały ją przenosić). A po trzecie, ciekawie zazębia się to z podobnymi pracami współczesnymi, bo jeśli np. siły zbrojne USA zgłaszają patenty oparte na tych samych zjawiskach fizycznych, to świadczy jednoznacznie, że można mówić o kontynuacji. Widać, że jest to ten sam kierunek. Najtajniejszy projekt badawczy III Rzeszy zaczyna więc ukazywać swój aspekt przyszłościowy, więc jeszcze o nim usłyszymy. (Igor Witkowski)


czwartek, 15 lipca 2021

Niemal koniec świata

 


George A. Filer III - mjr rez. USAF

 

Kataklizm zapowiada początek i być może koniec cywilizacji. Każdy koniec jest nowym początkiem i nową nadzieją – pisze w Księdze I’Cing.

Około 13.000 lat temu Ziemia zapłonęła. Rój szczątków komet ze strumienia meteorów Taurydów zniszczył obie Ameryki i część Europy; najgorszy dzień w prehistorii od końca epoki lodowcowej. Wiele gatunków dużych zwierząt zostało wytępionych przez pożogę i następujące po niej kataklizmy. A ci, którzy przeżyli pierwszy atak, niewiele mogli zrobić z powodziami, kwaśnymi deszczami i głodem, które nastąpiły później. Cierpieli też ludzie. Ten kataklizm zepchnął ludzkość do tyłu, w jeszcze bardziej prymitywne sposoby życia z epoki kamienia, pozostawiając chore, przestraszone społeczności walczące o przetrwanie.

Minęło wiele lat, zanim opadł kurz i znów można było zobaczyć gwiazdy. Słońce i Księżyc stopniowo się rozjaśniały i powoli powracał naturalny porządek rzeczy. Ale ten niszczycielski kataklizm nie został zapomniany. Roślinność i zwierzęta, które ją wypasały, nie mogły żyć w słabym półmroku dnia ani w bezgwiezdnej czerni nocy. A bez nich życie było ponure i ciężkie.

Prehistoria odszyfrowana w Göbekli Tepe: z kataklizmu ukazuje początek i być może koniec cywilizacji.

Na Żyznym Półksiężycu, współczesnej południowej Turcji, ocalałe plemiona Natufii upamiętniły tę wielką katastrofę, wznosząc Göbekli Tepe, pierwszą na świecie świątynię. Wydarzenie ich odmieniło – uczyniło ich bardziej przerażonymii i religijnymi. Modlili się w swojej nowej kamiennej świątyni o ochronę, wyzwolenie i wszystko, co mogłoby pomóc. I bardzo uważnie obserwowali niebo.

 

Moje 3 grosze

 

Pierwsza uwaga: Kompleks Taurydów – to duża grupa 4 rojów meteorów pochodząca od jednego macierzystego obiektu, jakim jest Kometa Enckego oraz ciał powstałych w wyniku wyrzutu materii z tej komety. Grupa rojów wchodzących w skład kompleksu jest aktywna w październiku i listopadzie. Zalicza się do niej: Październikowe Arietydy, Południowe Taurydy, Północne Taurydy oraz Chi Orionidy. Od 1940 roku podejmowane są badania mające na celu dokładne wyznaczenie radiantów rojów należących do kompleksu. Głównym źródłem całej grupy Taurydów jest kometa Enckego. Według badań obserwacji fotograficznych i obliczeń Freda Whipple'a, około 4700 lat temu nastąpił wyrzut materii z komety. Roje mogą pochodzić też od obiektu, który 1500 lat temu oddzielił się od komety, zostawiając strumień materii meteorytowej zaliczany dziś do Kompleksu Taurydów. Wśród obiektów mogących być pozostałością po tamtych wydarzeniach wymienia się planetoidy (2201) Oljato i 2004 TG10. (Wikipedia)

Uwaga druga: Jak widać, kometa ta ma tendencję do rozdzielania się, więc 13 – 12,9 tys. lat temu mogła rozpaść się częściowo bombardując odłamkami Ziemię z fatalnymi skutkami – m.in. zagładą platońskiej Atlantydy. Cóż, nie bez kozery przez całe stulecia uważano komety za źródła wszelkich nieszczęść…

Uwaga trzecia: I to właśnie wydarzenie było powodem rozwoju astronomii obserwacyjnej u starożytnych kultur, a nie tylko kalendarz i wylewy Nilu. Starożytni chcieli wiedzieć, czy nic im nie zagraża z Kosmosu w postaci komet i meteorów i chcieli się przygotować na ewentualny impakt czy impakty meteoroidów. Ktoś powie, że Starożytni nic nie mogli zrobić w celu przeciwdziałania meteorytowemu ostrzałowi planety. Owszem – przeciwdziałać temu nie mogli, ale mogli przeciwdziałać SKUTKOM takiego ataku, np. przenosząc ludność do podziemnych schronów. Akurat to było dla nich możliwe! A jak ktoś nie wierzy, to niech się przejedzie do Kapadocji czy na Wyspy Wielkanocne, gdzie znajdują się takie właśnie podziemne schrony!

Zresztą schrony takie znajdują się w innych częściach świata. Podejrzewam, że legendy o Szambali i Agharcie są właśnie echem takich usiłowań uratowania cywilizacji przed bombardowaniem z Kosmosu. Te wszystkie tunele i podziemne komory – to wszystko było próbą ocalenia cywilizacji przed materialnymi siłami Wszechświata… - a siły te uderzały w nas wielokrotnie, a jak twierdzi Pan Roman Rzepka – ostatni raz uderzyły potężnie 12.900 lat temu, na co są materialne dowody, na które ślepi i głusi są tzw. „prawdziwi” uczeni. To właśnie ten impakt posłał na dno Atlantydę i spowodował Wielkie Wymieranie kenozoicznej megafauny. To właśnie była ta Planetoida A Otto Mucka, która spadła gdzieś do Atlantyku powodując kataklizm równy swą niszczycielską siłą erupcji któregoś Superwulkanu, a może i uaktywniając któryś z nich – to jest uwaga czwarta.

 I szkoda tylko, że tych faktów wolą nie widzieć „prawdziwi” uczeni…

 

Przekład z angielskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz

środa, 14 lipca 2021

Jeszcze o tajemnicy zaginionego patrolu

 


A konkretnie chodzi mi o tzw. Lot nr 19 pięciu samolotów torpedowo-bombowych Grumman TBM Avenger, które zaginęły w niewyjaśnionych okolicznościach w dniu 5.XII.1945 roku – a zatem już po II Wojnie Światowej, w rejonie Trójkąta Bermudzkiego.

Fakty są powszechnie znane, więc nie będę tutaj się powtarzał. Przypomnę tylko, że lot szkoleniowy nr 19 miał za zadanie przelecieć trasę nad Bahamami, wykonać ćwiczebne bombardowanie i powrócić do Fort Lauderdale NAS. Zadanie proste, ale dla żółtodziobów, jacy tam lecieli mogło być skomplikowane. Dowodzący lotem por. Frank Taylor tego dnia nie miał zegarka i był na kacu, a zatem jego sprawność umysłowa była obniżona. Ale czy tylko to mogło to być przyczyną zguby pięciu maszyn i ich załogantów? A oto, co pisze o tym amerykańska Wikipedia:

 

Wydarzenia w Trójkącie

 

Lot 19 był oznaczeniem grupy pięciu bombowców torpedowych General Motors Eastern Aircraft Division TBM Avenger, które zniknęły nad Trójkątem Bermudzkim w dniu 5 grudnia 1945 roku, po utracie kontaktu z Fort Lauderdale NAS, Floryda. Wszystkich 14 lotników z tego lotu zaginęło, podobnie jak wszystkich 13 członków załogi z latającej łodzi Martin PBM Mariner która następnie został uruchomiony z Banana River NAS na poszukiwania Lotu 19. Wiadomo, że samolot PBM gromadził w zęzach łatwopalne opary benzyny, a profesjonalni badacze założyli, że PBM najprawdopodobniej eksplodował w powietrzu podczas poszukiwania lotu. Badacze marynarki wojennej nie byli w stanie określić dokładnej przyczyny utraty Lotu 19. (…)

Lot 19 podjął rutynowe ćwiczenia nawigacyjne i bojowe. Zadanie to nosiło nazwę „Problem nawigacyjny nr 1”, połączenie bombardowania i nawigacji, które inne loty zakończyły lub miały się podjąć tego dnia. Dowódcą lotu był por. mar. Charles Carroll Taylor, który miał około 2500 godzin lotu, głównie na samolotach tego typu, podczas gdy jego piloci-stażyści mieli łącznie 300 godzin lotu i 60 godzin lotu w Avengerze. Taylor odbył szlak bojowy na Pacyfiku jako pilot bombowca torpedowego na lotniskowcu USS Hancock i niedawno przybył z Miami NAS, gdzie był również instruktorem latania. Uczniowie-piloci przeszli ostatnio inne misje szkoleniowe w rejonie, w którym miał się odbyć lot. Byli to kpt. mar. Edward Joseph Powers i George William Stivers, ppor. mar. Forrest James Gerber i chor. mar. Joseph Tipton Bossi; ich znaki wywoławcze zaczęły się od „Fox Tare” – FT.

 

Eskadra składała się z czterech TBM-1C, FT3, FT36, FT81, FT117 i jednego TBM-3, FT28. Każdy samolot był wersją Grumman TBF Avenger zbudowany przez Eastern Aircraft Division General Motors na wojennej licencji produkcyjnej. Zbudowane przez Grummana Avengersy zostały oznaczone jako TBF, a samoloty zbudowane przez GM, takie jak te, zostały oznaczone jako TBM. Każdy był w pełni zatankowany, a podczas kontroli przed lotem odkryto, że brakuje im zegarów do mierzenia upływu czasu. Nawigacja miała być zliczeniowa i oparta była o pomiar upływu czasu. Pozorny brak sprzętu do pomiaru czasu nie był powodem do niepokoju, ponieważ zakładano, że każdy człowiek ma swój własny zegarek. Start zaplanowano na 13:45 czasu lokalnego, ale późne przybycie Taylora opóźniło odlot do 14:10. Pogoda na NAS w Fort Lauderdale została opisana jako „korzystny stan morza od umiarkowanego do wzburzonego”. Taylor nadzorował misję, a pilot-stażysta pełnił rolę prowadzącego.

 


Ćwiczenie nazywało się Naval Air Station, Fort Lauderdale na Florydzie, problem nawigacyjny nr 1, i obejmowało trzy różne działania, ale sam lot powinien odbywać się na czterech działaniach.

1.      Po starcie lecieli kursem 091° (prawie dokładnie na wschód) przez 56 mn, (64 mi/104 km) aż do Shoals Hen and Chickens Shoals, gdzie odbywały się ćwiczenia bombardowania na niskim poziomie.

2.     Lot miał być kontynuowany na tym kursie przez następne 67 mn (77 mil/124 km),

3.     …po czym skręcił na kurs 346° na 73 mn (84 mil/135 km), w trakcie przelotu nad wyspą Wielka Bahama.

4.    Następnym zaplanowanym zakrętem był kurs 241°, aby przelecieć 120 mn (140 mi/220 km), na końcu którego ćwiczenie zostało zakończone, a Avengersy skręciły w lewo, aby następnie wrócić do Ft. Lauderdale NAS.

 

Planowane ćwiczenia nawigacyjne lotu 19 odbyły się 5 grudnia 1945 roku.

1. Opuszczono Fort Lauderdale NAS o g. 14:10 EAT na kursie 091°, zrzucono bomby na Hen Shoal and Chickens Shoal (BS) do około 15:00, a następnie skierowano się na 091° lecąc przez 73 mile morskie (140 km);

2. Skręcili w lewo, kierując się na 346° i lecieli 73 mile morskie (140 km).

3. Skręcili w lewo, kierując się kursem 241° na 120 mil morskich (220 km), aby zakończyć ćwiczenia na północ od NAS Fort Lauderdale.

4. Godz. 17:50 - triangulacja radiowa ustala pozycję lotu z dokładnością do 50 mil morskich (93 km) na 29° N 79° W, a ich ostatni odnotowany kurs 270° (na zachód).

5. PBM Mariner (MM) opuszcza Banana River NAS o g. 19:27.

6. O g. 19:50 Mariner wybucha w pobliżu 28° N - 80° W…

 

Rozmowy radiowe między pilotami były podsłuchiwane przez bazę i inne samoloty w okolicy. Wiadomo, że próbna operacja bombardowania została przeprowadzona, ponieważ około godziny 15:00 pilot zażądał i otrzymał pozwolenie na zrzucenie swojej ostatniej bomby. Czterdzieści minut później inny instruktor lotu, porucznik Robert F. Cox w FT-74, lecąc znad Florida Keys ze swoją grupą uczniów na tę samą misję, otrzymał niezidentyfikowaną transmisję.

Niezidentyfikowany członek załogi poprosił Powersa, jednego ze uczniów, o odczytanie kompasu. Powers odpowiedział:

- Nie wiem, gdzie jesteśmy. Musieliśmy się zgubić po tym ostatnim skręcie.

Cox następnie przekazał:

- Tu FT-74, samolot lub łódź wzywająca Powers, proszę zidentyfikuj się, aby ktoś mógł ci pomóc.

Odpowiedzią po kilku chwilach była prośba pozostałych uczestników lotu o sugestie. FT-74 spróbował ponownie i pojawił się mężczyzna zidentyfikowany jako FT-28 (Taylor).

- FT-28, tu FT-74, jaki masz problem?

- Oba moje kompasy nie działają - odpowiedział Taylor - i próbuję znaleźć Fort Lauderdale na Florydzie. Jestem nad lądem, ale jest uszkodzony. Jestem pewien, że jestem nad Keys, ale nie wiem, jak daleko w dole i nie wiem, jak dostać się do Fort Lauderdale.

FT-74 poinformował NAS, że samoloty zaginęły, a następnie poradził Taylorowi, aby wziął słońce na swe lewe skrzydło i leciał na północ wzdłuż wybrzeża do Fort Lauderdale. Operatorzy bazy zapytali następnie, czy samolot dowódcy lotu był wyposażony w standardowy YG (IFF nadajnik)[1], który mógłby posłużyć do triangulacji pozycji lotu, ale wiadomość nie została potwierdzona przez FT-28. (Później wskazywał, że jego nadajnik został aktywowany.) Zamiast tego o 16:45 FT-28 nadał przez radio:

- Lecimy na 030 stopni przez 45 minut, a potem polecimy na północ, aby upewnić się, że nie znajdziemy się nad Zatoką Meksykańską.

W tym czasie nie można było wykonać żadnych napraw w locie, i IFF nie można było odebrać. Taylor miał nadawać na 4805 kHz. Rozkaz ten nie został potwierdzony, więc poproszono go o przełączenie na 3000 kHz, częstotliwość poszukiwań i ratownictwa. Taylor odpowiedział:

- Nie mogę zmienić częstotliwości. Muszę utrzymać łączność z moimi samolotami w stanie nienaruszonym.

O 16:56 ponownie poproszono Taylora o włączenie nadajnika YG gdyby miał. Nie potwierdził, ale kilka minut później polecił swojemu zespołowi:

- Zmień kurs na 090 stopni (na wschód) na 10 minut.

Mniej więcej w tym samym czasie ktoś w samolocie powiedział:

- Cholera, gdybyśmy mogli lecieć na zachód, wrócilibyśmy do domu; kieruj się na zachód, do cholery.

Ta różnica zdań doprowadziła później do pytań o to, dlaczego uczniowie nie udali się sami na zachód. Wyjaśniono, że można to przypisać dyscyplinie wojskowej…

 

Gdy pogoda się pogorszyła, kontakt radiowy stał się przerywany i uważano, że pięć samolotów znajdowało się w tym momencie w odległości ponad 200 mil morskich (230 mi/370 km) nad morzem na wschód od półwyspu Floryda. Taylor przekazał przez radio:

- Polecimy 270 stopni na zachód do wyjścia na ląd lub do wyczerpania paliwa - i poprosił o sprawdzenie pogody o godzinie 17:24. Do 17:50 kilka naziemnych stacji radiowych triangulowało pozycję Lotu 19 jako znajdującą się w promieniu 100 nm (120 mi/190 km) od 29° N - 79° W. Lot 19 odbywał się na północ od Bahamów i daleko od wybrzeża środkowej Florydy, ale nikt nie przekazywał tych informacji w sposób jawny i powtarzalny.

 

O 18:04 Taylor przekazał sygnał radiowy do swojego lotu:

- Trzymając 270°, nie polecieliśmy wystarczająco daleko na zachód, równie dobrze możemy po prostu zawrócić i polecieć ponownie na wschód.

W tym czasie pogoda pogorszyła się jeszcze bardziej i od tego czasu słońce zaszło. Około 18:20 odebrano ostatnią wiadomość Taylora. (Poinformowano również, że ostatnia wiadomość Taylora została odebrana o 19:04). Słyszano, jak mówił: „

- Wszystkie samoloty są blisko siebie… będziemy musieli siadać na wodzie chyba że wylądujemy ... kiedy w pierwszym samolocie spadnie poniżej 10 galonów, wszyscy siadamy razem. (…)

 

Gdy stało się oczywiste, że lot został utracony, zaalarmowano bazy lotnicze, samoloty i statki handlowe. ZA Consolidated PBY Catalina odleciała po godzinie 18:00, aby poszukać Lotu 19 i skierować ich z powrotem, jeśli można ich zlokalizować. Po zmroku dwie Martin PBM Mariner latające łodzie, pierwotnie zaplanowane do własnych lotów szkolnych, zostały skierowane do wyszukiwania według podanych koordynat na akwenie na zachód od 29° N - 79° W… Hydroplan PBM-5 nr 49 wystartował o 19:27 z Banana River NSA (teraz Patrick AFB), odebrano odeń rutynową wiadomość radiową o godzinie 19:30, i nigdy więcej o nim nie słyszano.

 

O 21:15 tankowiec SS Gaines Mills zgłosił, że zaobserwował płomienie z powietrznej eksplozji wznoszące się na wysokość 30 m (100 stóp) i płonące przez 10 minut w pozycji 28,59° N - 80,25° W. Kapitan Shonna Stanley poinformowała o bezskutecznych poszukiwaniach ocalałych, zbiorników ropy naftowej i benzyny lotniczej. Lotniskowiec USS Solomons zgłosił również utratę kontaktu radarowego ze statkiem powietrznym w tej samej pozycji i czasie.

 

Dochodzenie

 

500-stronicowy raport z dochodzenia komisji marynarki wojennej opublikowany kilka miesięcy później zawiera kilka uwag, a mianowicie:

 

1.      Dowódca lotu porucznik Charles C. Taylor błędnie uważał, że małe wyspy, które minął, to Florida Keys, że jego lot był nad Zatoką Meksykańską i że kierując się na północny wschód zaprowadzi ich na Florydę. Ustalono, że Taylor przeleciał nad Bahamami zgodnie z planem i faktycznie poprowadził swój lot na północny wschód, nad Atlantyk. W raporcie zauważono, że niektórzy podporządkowani oficerowie prawdopodobnie znali swoje przybliżone położenie, na co wskazywały transmisje radiowe, z których wynikało, że lot na zachód spowoduje dotarcie do lądu.

2.     Taylor nie był winny, ponieważ kompasy przestały działać.

3.     Utratę PBM-5 przypisano eksplozji.

Ten raport został następnie poprawiony przez marynarkę wojenną „przyczyna nieznana” po tym, jak matka Taylora stwierdziła, że ​​Marynarka Wojenna niesprawiedliwie obwiniała jej syna za utratę pięciu samolotów i 14 ludzi, kiedy Marynarka nie miała ani ciał, ani samolotów jako dowodów.

 

Gdyby Lot 19 rzeczywiście był tam, gdzie sądził Taylor, samolot wylądowałby na wybrzeżu Florydy w ciągu 20 minut, w zależności od tego, jak daleko się znajdowali. Jednak późniejsza rekonstrukcja incydentu wykazała, że ​​wyspy widoczne dla Taylora to prawdopodobnie Bahamy, położone daleko na północny wschód od Keys, i że Lot 19 był dokładnie tam, gdzie powinien. Komisja śledcza stwierdziła, że ​​z powodu jego przekonania, iż znajduje się na kursie podstawowym w kierunku Florydy, w rzeczywistości kierował lotem dalej na północny wschód i nad morze. Co więcej, w Fort Lauderdale NAS była ogólna wiedza, że ​​jeśli pilot kiedykolwiek zgubi się w tym obszarze, aby lecieć kursem 270° na zachód (lub w godzinach wieczornych w kierunku zachodu słońca, jeśli kompas zawiódł). Zanim lot faktycznie skręcił na zachód, byli prawdopodobnie tak daleko w morze, że nie wystarczyło paliwa do ich samolotów. Ten czynnik w połączeniu ze złą pogodą i cechami wodowania Avengera, oznaczało, że nie było nadziei na ratunek, nawet jeśli udało im się utrzymać na powierzchni.

Możliwe, że Taylor skierował się na Castaway Cay i zamiast tego osiągnął inną wyspę na południu od wyspy Abaco. Następnie zgodnie z planem udał się na północny zachód. Spodziewał się on znaleźć Great Bahama Island leżącą przed nim zgodnie z oczekiwaniami. Zamiast tego w końcu zobaczył ląd po swojej prawej stronie, północną część wyspy Abaco. Wierząc, że ten ląd po jego prawej stronie to Wielka Wyspa Bahama, a jego kompas działa nieprawidłowo, obrał kurs na południowo-zachodni kierunek, który uważał za południowy, aby udać się prosto do Fort Lauderdale. Jednak w rzeczywistości zmieniło to jego kurs dalej na północny zachód, w kierunku otwartego oceanu.

Aby jeszcze bardziej zwiększyć swoje zamieszanie, napotkał szereg wysp na północ od wyspy Abaco, które wyglądają bardzo podobnie do wyspy Key West. Wieża kontrolna zasugerowała następnie, że zespół Taylora powinien lecieć na zachód, co ostatecznie doprowadziłoby ich do lądu Florydy. Taylor skierował się na zachód, który, jak sądził, znajdował się na północny zachód, prawie równolegle do Florydy.

 

Próbując tego przez chwilę i nie widząc lądu, Taylor zdecydował, że nie mogą lecieć tak daleko na zachód i nie dotrzeć do Florydy. Uważał, że mógł znajdować się w pobliżu wysp Key West. Potem nastąpiła seria poważnych rozmów między Taylorem, jego drugą załogą i wieżą kontrolną. Taylor nie był pewien, czy znajduje się w pobliżu Bahamy, czy Key West, i nie był pewien, w którym kierunku jest, z powodu awarii kompasu. Wieża kontrolna poinformowała Taylora, że ​​nie może być nad Key West, ponieważ tego dnia wiatr nie wiał w ten sposób. Niektórzy członkowie załogi uważali, że ich kompas działa. Następnie Taylor obrał kurs na północny wschód zgodnie z ich kompasem, który powinien zaprowadzić ich na Florydę, gdyby byli nad Key West. Kiedy to się nie powiodło, Taylor obrał kurs na zachód zgodnie z ich kompasem, który powinien zaprowadzić ich na Florydę, gdyby byli nad Great Bahama. Gdyby Taylor pozostał na tym kursie, dotarłby do lądu, zanim skończyło się paliwo. Jednak w pewnym momencie Taylor zdecydował, że wystarczająco próbował udać się na zachód. Następnie ponownie obrał kurs na północny wschód, sądząc, że w końcu są blisko Key West. W końcu jego samolotowi skończyło się paliwo i mógł rozbić się o ocean gdzieś na północ od wyspy Abaco i na wschód od Florydy.

 

Wrak Avengera pomylony z Lotem 19

 

W 1986 roku wrak Avengera został znaleziony u wybrzeży Florydy podczas poszukiwań wraku z promu kosmicznego Challenger. Archeolog lotniczy Jon Myhre podniósł ten wrak z dna oceanu w 1990 roku. Błędnie wierzył, że to jeden z zaginionych samolotów Lotu 19.

W 1991 roku wyprawa w poszukiwaniu skarbów prowadzona przez Grahama Hawkesa ogłosiła, że wraki pięciu Avengerów zostały odkryte u wybrzeży Florydy, ale numery ogonowe ujawniły, że nie był to Lot 19.

W 2004 roku dokument BBC pokazał Hawkesa powracającego z nowym statkiem podwodnym 12 lat później i identyfikujący jeden z samolotów na podstawie numeru taktycznego (wyraźnie czytelny 23990) jako lot utracony na morzu 9 października 1943 r., ponad dwa lata przed lotem 19 (cała jego załoga przeżyła), ale nie był w stanie ostatecznie zidentyfikować innych części; w dokumencie podsumowano, że:

- Mimo wszystko są to tylko przypadkowe wypadki, które zdarzyły się w tym samym miejscu 12 mil od domu.

 

W marcu 2012 r. Hawkes stwierdził, że odpowiadało to zarówno jemu (i pośrednio jego inwestorom), jak i Pentagonowi żeby historia zniknęła, ponieważ była to kosztowna i czasochłonna rozrywka, i chociaż przyznał, że nie znalazł żadnych rozstrzygających dowodów, statystyk, z którym się skonsultował, powiedział, że to Lot 19.

Zapisy wykazały, że wypadki szkoleniowe między 1942 a 1945 rokiem spowodowały utratę 95 osób z personelu lotniczego z Fort Lauderdale NAS. W 1992 roku inna ekspedycja zlokalizowała rozrzucone szczątki na dnie oceanu, ale nic nie można było zidentyfikować. W 2000 roku poszukiwacze rozszerzyli obszar poszukiwań dalej na wschód, do Oceanu Atlantyckiego, ale pozostałości lotu 19 wciąż nie zostały znalezione.

Raport prasowy z 2015 roku twierdził, że wrak samolotu bojowego z dwoma ciałami w środku został odzyskany przez marynarkę wojenną w połowie lat 60. koło Sebastian, FL. Marynarka początkowo twierdziła, że ​​pochodzi z lotu 19, ale później wycofała swoje oświadczenie. Pomimo FOIA[2] zapytania o szczegóły w 2013 r., nazwiska nadal nie są znane, ponieważ marynarka wojenna nie ma wystarczających informacji, aby zidentyfikować ciała.

Samolot znaleziony w Everglades w Hrabstwo Broward był również postulowany jako z Lotu 19. W rzeczywistości był to wrak Avengera po II wojnie światowej, w którym zginął pilot Ralph Wachob.

 

Tyle podaje amerykańska Wikipedia.

 

Moje 3 grosze

 

Kiedy jesienią 1981 czy 1982 roku przygotowywałem odczyt dla świnoujskiego Węża Morskiego na temat Trójkąta Bermudzkiego i innych mórz diabelskich, to zwróciłem uwagę na to, że istnieje jeszcze jedna możliwość, którą wszyscy badacze tego incydentu pominęli, a która powinna być wzięta pod uwagę.

Proszę spojrzeć na mapkę – czerwonymi liniami są zaznaczone trasy przelotu samolotów z Lotu 19, lotu kpt. Coxa (FT-74) i ratowniczego wodnosamolotu Martin Mariner (MM), który uległ katastrofie. Linie zielone, to możliwe trasy lotu samolotów z Lotu 19 po tym, jak ich piloci stracili orientację już po osiągnięciu pierwszego i/albo drugiego punktu zwrotnego. Założono, że samoloty skręciły w niewłaściwym kierunku i poleciały nad Ocean… OK., tylko w którą stronę?

Jedni twierdzą, że Lot 19 wykonał zadanie i przeleciał przez Florydę i przepadł gdzieś w Zatoce Meksykańskiej – linia niebieska. Dowodem na to miała być zauważona przez lotników ziemia, nad którą lecieli.

Linie zielone pokazują przypuszczalne kursy biegnące od drugiego skrętu, kiedy to pogoda i wariujące kompasy mogły doprowadzić do tego, że Lot 19 skręcił już to na północny-wschód ku Bermudom lub nawet wschód już to na północny-zachód – gdzie zmierzał samolot ratowniczy z Banana River NAS.

I ostatnia możliwość, której nikt nie brał pod uwagę – samoloty z „dziewiętnastki” zmyliły drogę i poleciały w kierunku południowo-wschodnim – najpierw nad Bahamy, a potem nad otwarty ocean, gdzie wpadły do wody. Osobiście uważam, że jest to bardzo możliwe, że tak właśnie było. I jeżeli ktoś chciałby ich szukać, niech szuka na zachodnim skraju Wielkiej Równiny Abysalnej pomiędzy Bahamami – dokładniej San Salvator Island a wyspą Turks i Caicos. Oczywiście jest to tylko przypuszczenie, bo skoro tych samolotów nie znaleziono we wskazanych lokalizacjach, to pozostaje nam tylko zachodni skraj Morza Sargassowego i południowo-zachodnia krawędź Trójkąta Bermudzkiego, gdzie nikt ich nie szukał...         



[1] IFF – identyfikator swój – wróg.

[2] Akt o wolności przepływu informacji.