Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jamajka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jamajka. Pokaż wszystkie posty

sobota, 27 października 2012

Tajemnica Meteorytu Jamajka 1862-08-10 (dokończenie)




Przyznam się szczerze, że czytając te niezwykłości zawsze zadaję sobie pytanie o ich wiarygodność. Szczególnie kiedy mamy do czynienia z takim artefaktem, jaki został opisany powyżej, a który stanowi namacalny DOWÓD WPROST na istnienie życia we Wszechświecie oraz na to, że planety ulegają czasami straszliwym katastrofom, które likwidują je jako ciała niebieskie – co polecam fanom i wielbicielom Patricka Geryla oraz innych „katastrofistów” wieszczących rychły koniec świata i kosmiczny, totalny Armagedon.

Niestety – cała sprawa wygląda mi zbyt pięknie, by była prawdziwa. Nigdzie nie udało mi się znaleźć nawet wzmianki o tym meteorycie. Mam jednak nadzieję, że Pan Roman Rzepka będzie miał więcej szczęścia i wiedzy ode mnie i coś znajdzie na temat spadku tego meteorytu. Ja nie znalazłem.  Natomiast natknąłem się na bardzo ciekawą wymianę korespondencji pomiędzy Chrisem Aubeckiem a Meteorite Central w USA:

Chris Aubeck pisze:

Potrzebuję właśnie potwierdzenia, czy właśnie taki spadek meteorytu (10.VIII.1862 roku – przyp. tłum.) został zarejestrowany pod tą datą i gdziekolwiek na Jamajce, w celu ukończenia artykułu. Czy ktoś posiada jakiś zapis o tym wydarzeniu?

Anna Bernt odpowiada:

Jedynym znanym meteorytem z Jamajki jest ten z Lucky Hill znaleziony w 1885 roku.
Tak, to jest jedyny jamajski meteoryt, który znalazłam w swej kartotece, ale data 10 sierpnia wskazuje na meteoryt czy bolid z roju Perseid, który może być mylony z meteorytem, który „spadł gdzieś na tym łańcuchem górskim” czy czegoś w tym rodzaju.
Dlaczego tak sądzę? Większość z nas wie, że Perseidy są szczątkami komety SWIFT-TUTTLE 1862 III... 1862!!!

Odnośnik do zapisów dot. meteorytu z 1885 roku:
Buchwald V. F. - „Handbook of Iron Meteorites”, t. 2, ss. 788-789:

Lucky Hill, Jamajka
17°54’N - 077°38’W
Medium oktaedryt, Om
Szczegóły budowy – nieznane
Grupa – nieznana
Analizy – nieznane

Historia odkrycia […]

To możemy sobie odpuścić, bo rzecz dotyczy wydarzenia, które rozegrało się niemal 20 lat później, jednakże charakterystyki tego meteorytu są interesujące i przedstawiają się następująco:

Lucky Hill 17'54' N - 077'38' W.
Bellevue, St. Elizabeth, Jamajka
Znaleziony 1885
Żelazny oktaedryt, medium (IIIA).
Utleniona masa meteorytu o wadze 45 lb (ok. 20,4 kg) została wykopana z głębokości 2 ft (ok. 60 cm) poniżej gruntu.
Wynik analizy: 7% Ni, 21 ppm Ga, 46 ppm Ge, 0,4 ppm, Ir – reszta to żelazo - Fe.

A zatem całkowicie nie pasujący do składu Meteorytu Jamajka, w którym głównymi składowymi były związki wapnia, krzemu, glinu i żelaza. Natomiast drugi list Chrisa Aubecka podaje bardzo ciekawą informację:

To ma sens!
Jako część mojego historyczno-folklorystycznego studium, które piszę na temat meteorytu, który spadł w tym dniu nieopodal Kingston na Jamajce. Najwcześniejszy odnośnik do niego pochodzi z 1874 roku – bardzo sugestywne świadectwo, ale z mojego doświadczenia wynika, że data została zmieniona z jakiegoś powodu.
W tym przypadku był to jakiś niemiecki uczony, piszący o astronomii, tak więc sądzę, że wiedział coś o czym ja nie wiedziałem.

Jeszcze raz dziękuję – Chris.

Ta wymiana korespondencji miała miejsce we wrześniu 2005 roku. Oczywiście napisałem do Pana Aubecka, ale nie otrzymałem żadnej odpowiedzi, co nawet mnie nie dziwi, prawdę powiedziawszy znając zarozumialstwo, interesowność i arogancję Amerykanów nawet nie liczyłem na nią… Ale Aubeck pisze o niemieckim uczonym, ale najprawdopodobniej chodzi właśnie o prof. Supińskiego – wszak w tych latach Polski nie było na mapach Europy, bowiem znajdowała się ona pod zaborami i dlatego mógł pisać o „niemieckim uczonym”, bowiem współpracował on m.in. z Uniwersytetem Poznańskim, a ten znajdował się właśnie w pruskim (niemieckim) zaborze.

Skontaktowałem się także z miłośnikiem wiedzy o kosmosie, materii kosmicznej (i poszukiwaczem meteorytów), Panem Romanem Rzepką i zapytałem go, co sądzi o tym dziwnym wydarzeniu. Odpowiedział mi tak:

Treść opisu tego "kosmicznego" rysunku wydaje mi się mało prawdopodobna, opis wręcz infantylny. Jeśli nawet chciałby KTOŚ wysłać nam jakieś przesłanie - z czym absolutnie mogę się zgodzić, to gdyby nawet technologicznie był do tego przygotowany, to trudno uwierzyć, że wybrałby kamień jako nośnik do przekazania tej treści. Jeśli zaś chodzi o opis materii i zjawiska, to wydaje mi się on bardzo wiarygodny, wręcz napisany współczesnym językiem z uwzględnieniem typowych i istotnych cech, które towarzyszą zjawisku spadku meteorytu. Zafrapował mnie również fakt, że opis tego kamienia jest niemal dokładnym opisem jednego z moich znalezisk, z którym walczę od lat, aby kogoś nim zainteresować. Wysłałem próbkę tego znaleziska m.in do Uniwersytetu Rochester, do prof. Asish R. Basu, który dokładnie zna problematykę spadku deszczu szczątków komety na teren USA i Kanady sprzed 12.900 lat, i badał warstwy osadowe z tego okresu, oraz znalezione w niej kuleczki krzemianowe pochodzenia kosmicznego (cosmic dust, interstellar grains). Mam całą korespondencję z Nim w tej sprawie, która zakończyła się dla mnie dość zagadkowo: Profesor napisał mi m.in, że nie ma żadnych wątpliwości co do kosmicznego pochodzenia mojego znaleziska (wielokrotnie to podkreślając w wymienianej korespondencji) i jego ścisłego związku z tym, co znalazł w USA. Ale tylko tym stwierdzeniem może mi pomóc w identyfikacji znaleziska, dając na to trochę pokrętną argumentację. Można się domyślać, że Pan Profesor złapał to, jako dobry kąsek do jakiejś większej publikacji, i gromadzi do niej materiały, a jak wiadomo, zwykle trwa to bardzo długo. A może chodzi o coś zupełnie innego, czego nawet trudno się domyślać. Dziwi mnie to jego zachowanie, choćby i dlatego, że kiedy dostał próbkę, to bardzo mnie prosił, żebym z nikim więcej się w tej sprawie nie kontaktował, że on bardzo chce to badać, i że będzie mnie informował o wynikach i postępie tych badań. Ja uszanowałem prośbę Profesora, lecz jak na razie wyszło, jak wyszło - o czym napisałem. Tak mi się przypomniało, że przecież podobna materia spadła w Roboziero w Rosji (mój art. W NŚ 4/2003), a niedawno na plaży w Izraelu (zresztą zanotowano identycznych przypadków, co najmniej kilkanaście). Oczywiście, pomimo, że był to ewidentny spadek (wspomniany tu Tel Aviv 24.04.2010)z czystego nieba i w biały dzień, obserwowany przez wielu świadków, w tym miejscową policję, plus nakręcony w chwilę po spadku film, to naukowy beton i tak stwierdził, że to nie jest meteoryt, bo meteoryty wyglądają...inaczej - dosłownie! Z dostępnych filmików i zdjęć widać, że owa materia wizualnie wygląda dokładnie tak samo jak moja i z Jamajki, i pali się też tak samo jak moja – dość łatwo zapalić ją nad gazem, trudniej zgasić. Tym co się pali jest niespotykany poza miejscami spadku niektórych meteorytów ( również i w otoczeniu kompleksu Giza), specyficzny polimer typu PAHs, nieznany ludzkiej technologii/. Załączam adres do art. o tym spadku z Izraela, gdyby jakoś to Panu umknęło, oraz adres do materii o której tu piszę https://picasaweb.google.com/111365024773128475562/SilicateSpherules?authuser=0&feat=directlink, czyli jednego z moich znalezisk. Niech Pan zwróci uwagę, że Supiński pisze o odcisku "lejkowatej rury" w tym kamieniu z Jamajki. W moim znalezisku też coś takiego jest, tyle, że on to nietrafnie zinterpretował, a to dlatego, że jest to ewidentny, rozłupany krater ablacyjny/kawitacyjny, wydmuchany przez strugę powietrza – teoria kawitacji dokładnie tłumaczy mechanizm powstawania takich struktur, co i bez teorii łatwo sobie wyobrazić.
Reasumując, stwierdzam, że moim skromnym zdaniem relacja jest bardzo prawdopodobna (prawidłowa merytorycznie) w zakresie opisu zjawisk towarzyszących spadkowi meteorytu, jak i opisu wyników oglądu znalezionej materii (nawet jakieś tam analizy chemiczne znaleziska wykonano, możliwe wówczas do wykonania) - odbieram ją , jakby była napisana dosłownie wczoraj przez naocznego obserwatora zdarzenia. Takiego opisu nie dokonałby nikt (tym bardziej wówczas!), gdyby nie był jego bezpośrednim obserwatorem. Natomiast – jak już pisałem – opis treści domniemanego rysunku wydaje mi się albo wymyślony, albo w dobrej wierze skonfabulowany w oparciu o jakieś dostrzeżone tam naturalne struktury – Natura często tworzy zaskakujące formy, figury i rysunki wydające się być dziełem człowieka. Lata, w których powstała ta relacja były latami kiedy wiedza o takich zjawiskach stawiała pierwsze kroki, a sam temat był niezwykle egzotyczny, mogła znać go naprawdę nieliczna garstka ludzi, i pamiętajmy przy tym, że bardziej „medialnymi” były wówczas nauki humanistyczne niż ścisłe, a już samo zajmowanie się „niebem” obarczone było sporym ryzykiem.  Ale „odczyt przekazu” może też mieć ścisły psychologiczny związek z odwieczną ciekawością, dotyczącą życia we wszechświecie - wyobraźnia ludzi w podobnych sprawach, i dziś jest nieograniczona, często śmieszna w swojej naiwności - więc może było to zupełnie niezamierzone "oszustwo" w myśl zasady, że często widzi się to, co by się pragnęło zobaczyć. Na razie nie mam czasu poszperać w specjalistycznych źródłach, bo być może udałoby mi się na coś trafić. Albo i nie, zważywszy m.in. na egzotyczne (dla tej tematyki) miejsce zdarzenia.

Tyle Pan Rzepka – fan nauk o kosmosie i materii kosmicznej. No to się zgadzamy, co do tego, że najprawdopodobniej była to jakaś konfabulacja.
No to się zgadzamy, co do tego, że najprawdopodobniej była to jakaś konfabulacja. Nie ma bowiem żadnego śladu po tej obserwacji - a przecież widziało to tylu szanowanych mieszkańców Jamajki (!!!) i siłą rzeczy musiałby zostać jakiś ślad w ówczesnych mediach, co na pewno zostałoby wygrzebane przez ufologów i opublikowane, gdzie trzeba. Tymczasem… - martwa cisza.

A zatem humbug?  I tak i nie – być może autor widział spadek jakiegoś meteorytu i zapamiętał to zjawisko, które potem opisał dodając te wszystkie niezwykłości. Nie zapominajmy, że rzecz miała miejsce w roku 1862 - to przecież apogeum romantyzmu. Myśl o istotach z innych planet jest czymś naprawdę płodnym poznawczo i dającym nowe pole do wyobraźni. Wtedy startował przecież Juliusz Verne ze swymi wizjonerskimi powieściami – wystarczy wspomnieć, że w 1865 roku ukazała się jego powieść „Z Ziemi na Księżyc”, a w cztery lata później „Wokół Księżyca”. Zaczynała się rewolucja naukowo-techniczna! Sam autor był pozytywistą, a zatem człowiekiem uczonym, światłym i z wyobraźnią, a więc mógł to sobie wymyślić od A do Zet. Dlatego też uważam, że był on jednym z pionierów polskiej nowoczesnej science-fiction. A co do elementów fantastycznych w literaturze pozytywistycznej, to wystarczy wspomnieć prozę Bolesława Prusa, Sygurda Wiśniowskiego, Erazma Majewskiego i innych...

Napisałem także do Meteorite Center z zapytaniem o to wydarzenie. Do paru osób także, a poza tym dałem zajawkę na Facebooku. Poza Albertem Rosalesem nie odpowiedział nikt, ale jego odpowiedź niczego nie wniosła do sprawy. Powiem więcej – ufolodzy w ogóle o tym nie słyszeli! A zatem kolejny punkt za tym, że sprawa Meteorytu Jamajka 1862-08-10 jest tylko fantazją autora i niestety – a może na szczęście – niczym innym. 

Ale będziemy szukać dalej.  

środa, 24 października 2012

Tajemnica Meteorytu Jamajka 1862-08-10 (3)



Wszędzie, gdzie politura kamienia dobrze się utrzymała, rysy są ostre, delikatne i dokładne; na trzech czwartych częściach obrazu łatwo rozpoznać rysunek.
W górze i ku części środkowej obrazu można doskonale rozróżnić słońce, a to po kształcie okrągłym i po promieniach, które rozsypuje. Przedmiot ten jest wszakże narysem, wiążącym niejako przerodę wyobrażoną na kamieniu z przerodą naszego świata ziemskiego.
W głębi obrazu widać jakiś grunt nieco falisty, zdaje się tu i ówdzie jakąś roślinnością okryty; jednakże rysunek jest bardzo zagmatwany, a powierzchnia kamienia tu i ówdzie nadwerężona, aby w tej mierze wydać jaki sąd stanowczy.
Z lewej strony na samym przedzie obrazu widać rząd domów a raczej tunelów zagłębiających się pod poziom przez spadzistość raptowną i oku swe fasady tylko przedstawiających.
Z rysunku perspektywicznego bardzo dobrego, oko łatwo osądzić może, że te fasady ciągną się w linii prostej i że wchody do potern (galeryje podziemne do wycieczek) maja kształt półkolisty. U trzech takich wchodów, czyli otworów spostrzec można trzy przedmioty dziwaczne, o jednakim kształcie i i jednakich proporcyjalnych rozmiarach; każdy z tych przedmiotów wygląda jak armata osadzona na czterech kołach, a długość takiej niby armaty wyrównywa niemal połowie wysokości poterny.
Prawa strona obrazu najwięcej jest uszkodzoną, szczególnie na planie przodowym, kamień w tem miejscu stracił swą politurę i brak mu niektórych cząsteczek. W najbliższej dali, czyli na drugim planie, który lepiej się utrzymał, mamy widok obszernego amfiteatru w półkole, w którem tu i owdzie rozpoznać można stopnie czyli schody.
W środkowej części obrazu widac to bliżej to dalej siedm przedmiotów analogicznych z temi, które się u potern znajdują; te przedmioty zdaja się być w żwawem ruchu zostawiając po sobie tumany kurzu. W tejże środkowej części widać dwa przedmioty z pierwszego wejrzenia jakże od innych odmienne; atoli gdym się głębiej zastanowił, zdaje mi się, że są one tego samego typu, co i tamte.
Wystawmy sobie dwie gąsienice, tak, iż jedna wygina się ku drugiej opierając się na poziomie dwiema długiemi łapami tylnymi w kształcie głoski A, a dwiema przednimi łapami wywijając, jakoby rzemieniami długimi i haczykowato zagiętymi. Oto jest obraz przybliżony tych dwóch istot, które opisać chciałem.
Byłabyż to walka z sobą dwóch nieprzyjaciół? A może to tylko jacy dwaj przyjaciele w żwawej z sobą rozmowie, których artysta chciał przedstawić? Zuchwalstwem byłoby chcieć stanowczo o tem wyrzec, a jednak wywijanie owemi niby rzemieniami , ruch, którym jedna z tych istot przegina się w tył, gdy druga ku niej się wygina, wszystko to każe domyślać się, że to jakaś utarczka naprawdę, lub pasowanie się szermierzy.
Wspomniałem, ze te dwie dziwaczne istoty uważam co do tożsamości typu na równi z innemi dziesięciu istotami, widocznemi w innych miejscach obrazu. To moje utrzymywanie opieram na następujących powodach, które zdają się być uzasadnione:
Ciała wyglądające na obrazie jak gdyby gąsienice, są wszystkie jednakiej wielkości względnej  i jednakowo przedstawiają się oku, bo każde z tych ciał jest w trzech miejscach wydatniejsze, czyli wypukłe, a to po obu swoich kończynach i w środku; wypukłość środkowa znaczniejsza jest od końcowych. Te, które zdaja się unosić na czterech kołach są mniej lub więcej pochylone a to od poziomu aż do 50 stopni; dwie ostatnie mają postawę pionową, ale miast kół tylnych mają dwie nogi ułożone w kształt głoski A, a zamiast kół przednich dwoje rąk, czyli ramion gibkich, wyglądających jak pasy rzemienne.
Otóż czy by nie można przypuścić, że mieszkańcy tego nieznanego świata zginają czy też rozginają te swoje dwie pary członków, aby się ruszyć z miejsca, a rozprostowują je znowu aby się zatrzymać i robotę odbywać? W pierwszym tedy razie ich ciała czyli kadłuby przybierają kształt kolisty, w drugim zaś razie staja się dwunożnemi. Za tem zdaniem mojem oświadczyli się wszyscy, którzy rozpatrzyli się uważnie w tem jakże ciekawym obrazie, który tu opisać dość zrozumiale nie podobna.
Wypukłość pośrednia, widoczna w ciele tych szczególnych istot, większa jest, jakem już powiedział, od wypukłości na każdej z dwóch kończyn ciał; stanowi ona ich brzuch. Te zaś dwie wypukłości na obu kończynach kadłuba są sobie równe tak co do wielkości jak i kształtu, a choć niepodobna dopatrzyć się w nich jakiegokolwiek organu wyraźnego, nie mogę nie domyślać się, że są to dwie głowy. Jakoż doskonała symetria zwierzęcia, sposób w jaki przenosi się ono z miejsca na miejsce, który mu dozwala odbywać ruch wprzód i w tył z jednaką łatwością, każe mi domyślać się, że to zwierzę może stać czyli prosto się trzymać zarówno na tej jak na owej parze członków; byłaby to więc istota dwugłowa obrotowa (bicephale-rotifere) zatem dwunożna i dwuręczna na przemian (bipede-bimane alternant)!!
Na naszej ziemi najwyższe szczeble skali zwierzęcej zajmują indywidua symetryczne, odniesione do płaszczyzny podłużnej; tam zaś indywidua były symetrycznymi z odniesieniem do dwóch płaszczyzn do siebie prostopadłych, z których jedna podłużna, a druga poprzeczna!!
Pozwole sobie na krótkie zboczenie metafizyczne. Wielu starożytnych filozofów (mianowicie Platon w „Phaetonie” w ks. I) z zastanowienia się nad uderzajacemi sprzecznościami w czynach ludzkich, przyznało człowiekowi dwie dusze. Jedna obdarzona rozumem, jest siedzibą pojętności, jej miejsce jest w mózgu; druga nieobdarzona rozumem jest siedzibą naszych namiętności, zajmuje ona w ciele obszar osierdzia (błony przedpiersiowej). Także i niektórzy nowocześni filozofowie rozdzielili duszę na dwie oddzielne i od siebie niezależne części; jednej panowanie jest duchowe, drugiej materialne. Jeśli taki podział jest także u indywiduów wyobrażonych na naszym aerolicie, (którym należy się niezaprzeczalnie pierwsze miejsce pomiędzy mieszkańcami swego globu) miałożby to być niepodobnem , aby u jednej z ich dwóch głów był mózg do umysłowości, a w drugiej mózg do materyalności? Czyliby to być nie mogło, że czy indywiduum przybierze postawę w kierunku pionowym, według rodzaju zatrudnienia, jakiemu się oddaje, tę z swoich dwóch głów ma wtedy w górze, która właśnie funkcjonuje? Myśl tę puszczam w świat tak jak mi przyszła: valeat quantum valere debet!    
Jeżeli to prawda, co sądzi profesor Owen, iż zwierząt kręgowych wyłącznym jest to znamieniem, iż natura członki ich do dwóch par ograniczyła, nie waham się opisane tu istoty policzyć do rzędu zwierząt kręgowych. Myśl ta, że zwierzęta  nie tylko na naszej ziemi, ale jeszcze i gdzie indziej istnieć mogą, nie jest sama w sobie bynajmniej uderzająca.: bo wszystkie możliwe modyfikacje egzemplarza ideału pierwowzoru kręgowego, dalekiemi są jeszcze od wyczerpania, bądź w kształtach zwierząt, które dziś na naszym globie istnieją, bądź w kopalinowych pozostałościach dawnych jego mieszkańców; niezliczone modyfikacje tego samego pierwowzoru mogą się znachodzić u zwierząt kręgowych z innych płanet.
Na zakończenie spiszemy tu wnioski ciekawe, do których doprowadza wyrozumowane i sumienne przez Dra Hopkinsa zbadanie aerolitu z 10-tego sierpnia 1862:
1.       Aerolit ten pochodzi z ciała niebieskiego czyli Płanety, na którego powierzchni rosną substancyje roślinne, zdolne do formacyi węgla i smołowca kopalnego (bitume);
2.     Ciało to niebieskie zamieszkują istoty obdarzone rozumem i ucywilizowane, posiadające umiejętność budownictwa, sztukę rysunków, naukę perspektywy, a tem samem wiadomości jeometryczne w stopniu niepoślednim;
3.       Mieszkańcy tego nieznanego świata żyją w pomieszkaniach podziemnych, a zbierają się niekiedy pod gołem niebem, w miejscach na ten cel urządzonych;
4.     Mieszkańcy ci są, ile się zdaje, gatunkiem typu kręgowego i maja układ ciała symetryczny, z odniesieniem do dwóch płaszczyzn głównych, jednej podłużnej, drugiej poprzecznej;
5.       Maja one taką organizację, iż cztery swoje członki  zwijają w kształt koła, aby móc z miejsca puścić się ruchem szybkim, a w tym ruchu ciało ich jest nachylone, jak u zwierząt czworonożnych. Gdy zaś są w miejscu lub może powolnym ruchu, wtedy ich zachowanie się jest takie, jak u istot czworo ręcznych o dwóch głowach, któryby mogły opierać się dowolnie to na tej, to na owej parze członków;
6.      Nareszcie wzrost ich zdaje się być cztery razy mniejszym od wzrostu człowieka.

* * *

I na tym kończy się fragment nadesłany przez Pana Stefana C.  

CDN.     

wtorek, 23 października 2012

Tajemnica Meteorytu Jamajka 1862-08-10 (2)


Granice, których w opowiadaniu naszem przekraczać nie możemy, zmuszają nas wypuścić w tem miejscu nie jednę kartę z zajmującego pamiętnika Dra Hopkins. Przytoczymy tu tylko, że tenże wraz z przewielebnym Janem Ergail przepędził noc w pobliżu swej drogiej relikwii, i że pan W. Yorel udał się do Linguania-Side, aby nad ranem powrócić z kilku zręcznymi robotnikami, opatrzonymi w narzędzia i przybory, potrzebne do wydostania kamienia z ziemi, i złożenia go w miejscu dogodnem. Pominiemy także opis różnych ostrożności drobnych, z któremi pozabierano z miejsc swoich piętnaście kawałków, porozrzucanych w niejakiej odległości od kamienia głównego, a przystępujemy do opisu tego kamienia, który wydostano cał­kiem z jego wgłębienia się w ziemię dopiero około godziny południowej. Wbił on się w ziemię na 21/2 stóp, a ważył nie­mal 70 cetnarów polskich. Siła, z którą uderzył w ziemię, mu­siała być znacznie osłabioną przez ów gruby krzak indygowy, na który padł tak, iż go zgniótł do szczętu.

Czarniawość górnej powierzchni kamienia stanowił py­łek nader subtelny, który zebrałem starannie; a z odbytych z nim później badań mikroskopijnych i z rozbioru chemicznego pokazało się, że to pyłek węgla naturalnego.

Zebrałem równie w rozmaitych załamach tego kamienia substancyę brunatną, lekką i raczej podającą się niż kruchą, której na pierwszy rzut oka nic wyrzec nie mogłem. Dopiero po ośmiodniowych doświadczeniach w pracowni chemicznej z pomocą pana J. Servais, profosora chemii w instytucie fran­cuskim w Port-Royale, i jego adjunkta P. Snelesse, doszedłem, że ta substancya rozpuszczalna w alkoholu, i dająca się przez kalcynacyę zamienić w węgiel, jest substancyą organiczną, bitumiczną. A więc życie panowało na powierzchni tego ciała niebieskiego, którego jeden odłamek wybuchnął z hukiem przed mojemi oczyma (Według zdania Dra Hopkins spadły te a na ziemię aerolit Jest tylko pewną cząstką bolidu, gdy znowu ten bolid jest odłamkiem, który oderwał się od płanety przy jakimś dawnym potopie, i w skutek tego wprawiony został w ruch obiegowy, w którym dostał się  z czasem w strefę atrakcyjną naszej ziemi. Z obrachowania dra Hopkins, kamień o którym mowa, jest tylko trzytysięczną częścią bolidu; inne zaś odłamki krążą teraz w przestrzeniach świata po drogach nieznanych; atoli mechanika uczy nas, że w jakimkolwiek kierunku zostały one rzucone, muszą wszystkie prędzej czy później w obiegu swoim wrócić przez ten sam punkt przestrzeni, w którym rozpryśnięcie nastąpiło [jeżeli tylko na drogach swoich nie ulegną jakimś nowym przeszkodom] Jest więc prawdopodobieństwo, że niektóre z tych odłamów spadną jeszcze kiedyś na naszą ziemię); a węgiel naturalny, którym część kamienia pokrytą była, utworzył się prawdopodobnie z jakichś istot roślinnych, zwęglonych przez silne gorąco w chwili wybuchu powstałe.

Ta bryła ma w ogóle kształt sześcianu nieforemnego, wierzchnia jej ściana nieco wypukła wygląda jak trapez, a spodnia ściana jest wyraźnie częścią sklepiania walcowego. Z czterech ścian bocznych dwie są konchoidalne, a kształt ich wynikł widocznie z rozbicia się bryły; trzecia z tych ścian jest płaska i gładka, zastanowimy się nad nią później; ostatnia nareszcie ściana płaska i chropowata, nie jest tworem natury; stanowi ona powłokę sztuczną na dwa cale grubą, bardzo scisłą, litą i nader twardą. Kolor jej popielato-zielonawy przypomina rodzaj niektórych łupków. Z rozbioru chemicznego pokazało się, że w skład tej substancyi wchodzi:

Wapna……………………………………………………….części 62,1
Krzemionki……………………………………………….     „     21,2
Glinki………………………………………………………..     „       6,2
Drugiego niedokwasu żelaza………………….      „       4,9
Niedokwasu kobaltu………………………………..       „       1,0
Potasu, sodu……………………………………………..       „      0,0
Gazu kwasu węglowego i straty……………       „       4,3
                                                               -------------
                                                                         100,0

Przy tym rozbiorze uzyskano znaczną ilość krzemionki w stanie zgalareciałym. Reszta była w proszku czyli pyłku tak subtelnym, iż najdoskonalszym naszym przemysłem uzyskać takiego nie umielibyśmy. Wykryto też jedną okruszynę, widocznie przypadkową, która przez mikroskop łatwo było rozeznać, że pochodzi z kryształu kopalnego.

Proszek ten stanowił zapewne jakiś cement, któremu przyznać możemy, że przewyższa nieporównanie te zaprawy, które nasi inżynierowie przyrządzają. A jeżeliby co do sztucznego wyrobu tego cementu mogła być jaka wątpliwość, usunie takową następująca szczególna okoliczność: wyżłobienie w kształcie rury na pół wzdłuż przeciętej, w którym spoczywała rura o średnicy niemal trzycalowej, znajduje się na brzegu owej powłoki, tworząc kabłąk rozwarty ku części spodniej. Rura służąca za rynnę do odprowadzenia cieczy była, jak o tem wątpić nie można, wpuszczona w to wżłobienie.

Otóż mamy wyrób przemysłowy istot, które zamieszkują płanetę, od którego aerolit dostał się na naszą ziemię; a dzieło to przemysłu jest namacalnem świadectwem wyższej cywilizacyi posiadającej sztukę robienia cementów wodotrwałych i budującej nawet pomieszkania według pewnych prawideł architektonicznych. Jakoż widoczny kształt sklepieniowy spodniej ściany bryły przekonywa dobitnie, że jest to robota mechaniczna; kamień bardzo twardy wyciosano w kształt walcowy i wyżłobkowano stosownem narzędziem regularnie w kierunku linii rodzących; jeśli kamień sklepieniowy należał do sklepienia kabłąkowatego, średnica otworu tego sklepienia, obrachowana z kabłączastości tego jednego kamienia (jako odłamka) nie przechodziła pewno 5 stóp.

Ostatnia wreszcie ściana bryły, o której mam tu pomówić, zastanawia bardziej jeszcze od poprzedzającej (w oryginale pamiętnika umieszczona jest podobizna tej ściany; żal że dać jej tutaj nie możemy): jest ona płaska, sztucznie wygładzona, a jej powierzchnia ma 0,84 sążnia kwadratowego angielskiego (4 stóp kwadr. polskich). Na pierwszy rzut oka wydała mi się bardzo pokreślona mnogiemi linijkami nieforemnymi, ale gdym ja umył najpierw alkoholem, aby rozpuścić materyję bitumiczną rysy linijne zamazującą, a następnie spłukał wodą destylowaną, jakież było moje zdumienie, gdym ujrzał przed sobą wyryty w kamieniu krajobraz, który artysta z jakiegoś tam świata przesłał ziemi naszej na wystawę.

CDN.  

niedziela, 21 października 2012

Tajemnica Meteorytu Jamajka 1862-08-10 (1)





Po raz pierwszy ze sprawą Meteorytu Jamajka 1862-08-10 zetknąłem się na łamach bydgoskich „Faktów” (było kiedyś takie czasopismo społeczno-kulturalne, zanim doszło do powszechnego schamienia) w 1988 roku. Wtedy nie poświęciłem temu specjalnej uwagi, bowiem Mistrz Lucjan Znicz-Sawicki podawał zawsze bardzo dużo faktów i w ich powodzi sprawa ta jakoś mi umknęła. Może dlatego, że trąciła myszką – wszak dzieliło ją ode mnie ponad 120 lat – a może dlatego, że to, co przekazał nam Mistrz było zbyt niewiarygodne, by było prawdziwe… Przeczytałem to i szybko zapomniałem, aliści sprawa powróciła jak bumerang, bo w tym roku otrzymałem ksero oryginalnej relacji o tym wydarzeniu, zamieszczonej w książce pt. „Pisma Józefa Supińskiego”, Gebertner i Wolff, Warszawa 1883, tom I, ss. 297-306.

Kim był Józef Supiński? W Wikipedii na jego temat piszą tak:

Józef Supiński (ur. 21 lutego 1804 w Romanowie koło Lwowa, zm. 16 marca 1893 we Lwowie) - polski naukowiec i ekonomista, przedstawiciel polskiego nurtu ekonomii klasycznej.
W swoich pracach skupiał się przede wszystkim na konieczności podjęcia reform gospodarczych na ziemiach polskich. Był też znanym polskim socjologiem. Pierwsze pokolenie socjologów polskich kształciło się na jego dziełach, popularyzowało jego dorobek. Supiński zainteresowany w szczególności światem ludzi, traktował go jako fragment Wszechświata. Starał się odnajdować działania praw przyrody w społeczeństwie i odkrywać prawa rządzące społecznym współżyciem i rozwojem społecznym. Twierdził, że praca jest zasadniczym celem i zadaniem człowieka prowadzącym do postępu, ponieważ ona stwarza wszystkie wartości.
Walczył w powstaniu, zapoznał się z filozofią pozytywistyczną - praca u podstaw. Uważał, że dzięki socjologii Polska może wybić się na niepodległość.
Od 1865 był członkiem honorowym Poznańskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk. Od 1873 należał do Akademii Umiejętności w Krakowie. Był też doktorem honoris causa Uniwersytetu Lwowskiego i honorowym obywatelem Lwowa (1877).
W okresie międzywojennym we Lwowie jedna z ulic nosiła jego imię (prostopadła do ul. Mochnackiego). W Warszawie ulica Józefa Supińskiego (pasaż pieszy) znajduje się w dzielnicy Stara Ochota, pomiędzy ul. Maurycego Mochnackiego i ul. Akademicką. We Wrocławiu ul. Józefa Supińskiego biegnie prostopadle do ulicy Kobierzyckiej.
Dzieła Supińskiego:
v "Myśl ogólna fizjologii powszechnej" 1860; wersja cyfrowa
v "Szkoła ogólna fizjologii powszechnej" 1862;
v "Szkoła polska gospodarstwa społecznego" 2 T. 1862-1865 wersja cyfrowa
v "Pisma Józefa Supińskiego." cztery tomy

Tyle Wikipedia. Przypomnienie przyszło ze strony Redakcji „Nieznanego Świata”, do którego przesłał te kserokopie Pan Stefan C. z Łodzi z prośbą o przypomnienie tego niezwykłego wydarzenia, które miało miejsce równo 150 lat temu. A oto, co pisze o nim sam Józef Supiński:

D. 5. Str. 81.
Gdy mi się przesunęło przez myśl przypuszczenie, że jak istoty organiczne na ziemi, tak pojedyncze ciała niebieskie w ogromnym przestworze wszechświata, muszą przebywać pewne okresy życia i niknąć jak one, odstępując innym ciałom pierwiastki, które w ich skład wchodziły; nie sądziłem podówczas, aby po upływie lat kilkunastu dziwny, a po raz pierwszy dostrzeżony pojaw przerody, przyszedł wesprzeć przypuszczenie moje. „Indepedence belge” z dnia 10 kwietnia 1863 podaje zajmujący w tej mierze opis, którego treść udzielam czytelnikom moim.
Spostrzeżenie, z którego tu zdamy sprawę, zrobił w sierpniu r. 1862 w Jamajce w pobliżu Port-Royal uczony Anglik Dr. Hopkins, członek stowarzyszenia naukowego w Kingstown. Pamiętnik bardzo zajmujący, który o tym przedmiocie napisał Dr. Hopkins, umieszczony jest w roczniku tegoż stowarzyszenia z r. 1862: „Proceedings of the Kingstown Assoc., Vol. XII. 1862”. Gdyby nie autentyczność źródła tak szanownego, gdyby nie powaga świadectw przytoczonych przez Dra Hopkins, czytelnik mógłby posądzić tego uczonego, że to co nam dał w swoim opisie, jest tylko igraszką przywidzenia. Ależ tak nie jest, przewertowawszy bowiem uważnie ten pamiętnik, przyznać musimy, że Dr. Hopkins w sądzeniu o rzeczy powoduje się roztropnością i nawet zbytniem może powstrzymywaniem się; że w całej rozprawie wnioski swoje ma tylko za prawdopodobne, chociaż nam wydają się one mieć widoczne piętno prawdy czyli pewności.
Większą połowę pamiętnika Dra Hopkins zajmują akta wierzytelne, jakoto:
1.         Oświadczenie dziewiętnastu mieszkańców Port-Royal i Kingstown, z których jedni widzieli jak spadał aerolit, o którym tu mowa, drudzy zaś dopomagali przenieść go do doktora, inni nareszcie przypuszczeni zostali w jego gabinecie do szczegółowego zbadania aerolitu.
2.        Rozbiór chemiczny trzech chemików, którzy zajmowali się tą substancyą meteoryczną.
Część pamiętnika poświęcona samemu opisowi, chociaż w każdym szczególe swoim nader zajmująca, jest tak obszerna, że jej tu w całości podać nie podobna; musimy poprzestać na skróceniu, ile możności treściwem i dokładnem, i tylko najważniejsze ustępy dajemy w dosłownym przekładzie:
„Dnia 10 sierpnia 1862 o godzinie pół do dwunastej wieczór, w powrocie do Port-Royal płynąłem małą rzeczką Sixtien Mile-Walk przy mnie był przewielebny Jan Ergail i jego szwagier W. Yorel, sędzia w Linguania-Side. Niebo było całkiem pogodne, a mimo jasności, z jaką księżyc przyświecał od zachodu, rozróżniałem wyraźnie gwiazdy 4-tej wielkości. Wzrok mój zwrócony był ku zenitowi na przepyszną gwiazdę spadającą, która przebiegała właśnie konstelacyę Kasyopei, gdy oto naraz spostrzegam spuszczającą się raptownie ku nam kulę świecącą, której średnica wydawała mi się wielkości dwóch trzecich części średnicy księżyca. Czerwono zadymiona w pierwszej części swego biegu, przybrała nagle białość świetną; wtedy jak gdyby po zatrzymaniu się przez pół sekundy (Ta chwila zatrzymania się, fizycznie nie do wytłumaczenia,, pochodzi bez wątpienia ztąd, że oko nie przestaje mieć wrażenia przedmiotu świecącego, chociaż ten przedmiot przestał już wywierać działanie na błonę nerwową oka. Trwanie tego wrażenia podają fizyjologowie na 1/3 sekundy ), rozprysła gwałtownie a raptownie, rzucając promienie w kierunku trzech głównych stron świata. W sześć do ośmiu sekund po tern zjawisku usłyszeliśmy o jakich pięćdziesiąt kroków za nami łomot gałęzi zgruchotanych i uderzenie ciała ciężkiego, spadającego na grunt pulchny. W tej samej prawie chwili huk mocnego wybuchu doszedł uszu naszych, powstał tedy ten huk ponad naszemi głowami w odległości niemal pionowej, o półtorej mili angielskiej (niemal 1/3 mili austr.). Gdyby to ciało spadło było ze spoczynku ruchem jednostajnie przyspieszonym, nie byłoby w ośmiu sekundach przebyło jak tylko 1/5 część mili angielskiej (około 170 sążni austr.); snać, iż wyruszając z swego miejsca, ożywione już było znaczną siłą ruchu. W tem miejscu autor roztrząsnąwszy związek fizyczny, jaki mógł zachodzić między gwiazdą spadającą (Nigdzie w opowiadania swojem nie mówi Dr. Hopkins, czy tejże samej nocy dostrzegł był gwiazdy spadające w znacznej liczbie. Milczenie jego w tym przedmiocie zastanawia nas, bo wszystkim meteorologom wiadomo, że właśnie około 10-go sierpnia pojawiają się gwiazdy spadające i bolidy liczniej i częściej niż zwykło. Prawda, że już od kilku lat w Europie pojawy te znacznie się przerzedziły, ale rzecz ta nie ma się tak samo na drugiej półkuli, a przynajmniej w Ameryce Północnej.), a jednoczesnem prawie pojawieniem się bolidu, któryto związek wydaje mu się wątpliwym, tak dalej rzecz prowadzi:
Ja i moi dwaj towarzysze skierowaliśmy się ku miejscu, w którem przypuszczaliśmy, że padł aerolit, i niebawem spostrzegliśmy okazały krzak ziela indygowego, przywalony i do szczętu na kawałki zsiekany. Tuż obok, w gruncie lekkim i wilgotnym wgłębiona była masa czarna, której część wystająca, przedstawiała powierzchnię nieforemną, cokolwiek większą niż sążeń (yard) kwadratowy angielski (niemal ćwierć sążnia kwadratowego austr.), a mającą wysokość 11 cali.
Chciałem korzystać z ostatnich promieni, które nam księżyc z ukosa przesyłał, aby zbadać przedmiot zbliska; ale W. Torel zwrócił uwagę moje, że zadanie to, aby było należyte, wymaga jasności światła dziennego. Z przenikliwością sędziego śledczego, mającego rozpoznać sprawę dodał on, że po ciemku depcąc ziemię, moglibyśmy niechcący zatrzeć jakie bardzo cenne ślady, mogące być wskazówką sposobu, w jaki spadł meteor. Uznając słuszność tej uwagi, cofnęliśmy się o kilka kroków; wprzód jednak przekonałem się, że temperatura masy była daleko niższa, niżelim się mógł domyślać, pomnąc na kolor różowy , w jakim widzieliśmy ten meteor w chwili wybuchu; prawda że masa była na tyle gorącą, że nie mogłem jej dotknąć ręką; atoli grunt wilgotny wydawał z siebie parę tak słabą, że dostrzedz ją można było tylko w kierunku promieni księżyca. Sądzę, że temperatura w pięć minut po spadnięciu aerolitu nie przenosiła 220 stopni Fahrenheita (84 stopnie Raeumura).

CDN.