Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą parapsychologia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą parapsychologia. Pokaż wszystkie posty

sobota, 5 czerwca 2021

Na progu Nieznanego (8)

 


Ostrzeżenie od domowego ducha

 

Nie byłam świadkiem opisanych tu wydarzeń, o których to opowiadanie. Ale o nich opowiadały moja babcia i mama, i ja uważam, że jest mało prawdopodobne, by wymyśliły tą historię.

 

Życie na walizkach

 

W naszym mieście (Nowosybirsk) znajdują się dwie dzielnice – Liesopierewałka (co można przetłumaczyć jako Przeładunek Drewna) i Zaton (czyli Łacha), które rozdziela niewielka zatoka rzeki Ob. Babcia mieszkała na jednym brzegu, a jej córka, znaczy się nasza mama ze swym mężem, na drugim.

Na początku lat 80-tych, w lecie, w Lesopierewałce zaczęły płonąć domy. Pożary zdarzały się każdej nocy. Ludzie bali się iść spać. Stało się jasne, że grasuje jakiś podpalacz-piromaniak, ale ująć się go nie udało. Mieszkańcy osiedla zorganizowali dyżury nocne, patrolowali ulice w kilkanaście osób. Dyżurowała i milicja, ale domy zapalały się już to na jednej ulicy, już to na innej.

Mama opowiadała, że oni siedzieli na walizkach: mieli spakowane niezbędne rzeczy i dokumenty, żeby w razie pożaru wziąć je i uciec z domu. W tym czasie miałam dwa lata. Babcia bardzo to wszystko przeżywała za naszą rodzinę.

 

Zwierzęca sierść

 

Któregoś wieczoru, babcia zamknąwszy okna jak zwykle, poprosiła w myślach domowego ducha opiekuńczego: Gospodarzu nasz, jeśli coś się zdarzy, to mnie obudź. I położyła się spać.

- Obudziłam się w nocy mając nieodparte wrażenie, że ktoś podszedł do mojego łóżka – opowiadała nam babcia. – Otworzyłam oczy. Przede mną stał mężczyzna nieco podobny do dawno zmarłego waszego dziadka Miszę. Nie byłam w stanie się poruszyć, a on położył się obok mnie i w te odezwał się słowa: Stęskniłem się za tobą. Ale jeżeli coś się stanie, ty pluń na mnie. Przysunęłam się do niego, głaszczę po głowie, patrzę na niego. Dokładnie to Michaił. Objęłam go ramionami, a tam gęsta sierść jak u zwierzęcia. Przestraszyłam się, krzyknęłam i widmo znikło. W powietrzu rozszedł się niepokojący zapach spalenizny. Wstałam i bojąc się, by się coś nie stało, zaczęłam odmawiać modlitwy. Wcześniej Misza mi się nigdy nie śnił…

 

Rozrywka dla przestępców

 

I właśnie tej nocy wybuchł pożar u sąsiadki. Nasze domy stały obok siebie. Nikt nie zginął, ale jej dom spłonął do cna.

- No i gospodarz przyszedł do mnie uprzedzić o czekającym nieszczęściu. Stąd właśnie ten zapach spalenizny – mówiła potem babcia. – Domowe duchy opiekuńcze zawsze przychodzą do pechowych czy radosnych wydarzeń, już to w osobie mężczyzny – gospodarza domu, już to małego staruszka. Czasami nie pokazują się na oczy, a tylko stukają albo grzmią uprzedzając o czymś tam. Częściej ukazują się – na wypadek pecha czy dobrego zdarzenia – szczególnie młodym dziewczynom przed zamążpójściem, „przetrzymują” je w domu rodzicielskim.

Wkrótce milicja ujęła podpalacza. Okazał się nim człowiek, który zgrał się w karty przestępcom i miał podpalać domy w ramach spłacania długów. Takie to były zabawy kryminalistów.

 

Moje 3 grosze

 

Być może kogoś dziwi to, że w zracjonalizowanym XX i XXI wieku zdarzają się takie historie. No cóż, Anglia ma swój Hogwart, Francja swoją Akademię Bleu Baton, południowi Słowianie swój Instytut Magii Durmstrang, Amerykanie swój WizzTech, ale tylko Rosjanie mają aż dwie placówki naukowo-magiczne: sołowiecki Instytut Badań Czarów i Magii (INBADCZAM) oraz kitieżgradzki Instytut Magotechniki (NUINU). Ciekawe, nieprawdaż?

Żarty na bok. To oczywiste – Zachód jest zracjonalizowany, a Rosja wciąż – mimo 70 lat racjonalistycznego prania mózgów – pozostała w głębi duszy przy starych wierzeniach i starych religiach. Wszechrosyjska Cerkiew Prawosławna nie może dać sobie z tym rady, podobnie jak inne kościoły chrześcijańskie i niechrześcijańskie działające na terytorium tego gigantycznego kraju. Owszem, w miastach jeszcze mają one jakieś wpływy, ale im dalej od nich, tym wpływy te maleją i wreszcie znikają. Pozostaje wolna Natura i jej prawa. Pozostali szamani, szeptuchy, zamawiacze, czarownicy, znachorzy i inni ludzie, dla których Stara Wiara i Stara Nauka są codziennością.

To dlatego właśnie Rosjanie i ludy Syberii są tak przywiązani do starych bogów i starych wierzeń. To właśnie tam, na ogromnych przestrzeniach Rosji panują słowiańscy bogowie, w domach mieszkają duchy opiekuńcze, na ludzi czyhają zmory i kikimory, a na cmentarzach pokazują się widma i upiory. I daremnie walczą z nimi popi i księża różnych wyznań – nie uda im się, bo to jest Ich ziemia i Ich wyznawcy. Zaimportowana z Bliskiego Wschodu religia przeminie, a Oni tu pozostaną. Tak było, jest i będzie…

Julia Worobiewa

 

Źródło: Niewydumannyje istorii, nr 40/2019, s.26

Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz         

niedziela, 30 maja 2021

Na progu Nieznanego (6)

 


Duchy, widma i zaczarowane lasy

 

Z przyjemnością wracam do lat mojego dzieciństwa, i do tych zimowych wieczorów, kiedy schodziły się do nas ciotki i babcie na posiady na których opowiadały także historie o duchach, diabłach i kobietach, a my przysłuchiwaliśmy się im z wypiekami na twarzach, a potem w nocy wyobrażaliśmy sobie jakieś straszne i niesamowite historie. Te będą też w tym stylu, ale o duchach w innych krajach, które – jak się okazuje – wcale nie odstają za bardzo od naszych polskich…

Najpierw o tajemniczych istotach z rosyjskich lasów. Ten, kto często bywa w prawdziwie dziewiczym lesie, zgodzi się ze mną – czai się w nim jakaś tajemnicza siła. Las może zażartować. Las może przestraszyć. A może także prawdziwie nastraszyć. Wprawdzie duch lasu jest bezsilny wobec buldożerów i całej techniki, ale z pojedynczymi naruszycielami spokoju potrafi się rozprawić. Opowiem o kilku zdarzeniach, o których słyszałem od mojej znajomej o imieniu Swietłana.

Dzieciństwo Swietłany przebiegało w Rżewskim Rejonie Obwodu Swierdłowskiego (Syberia Zachodnia). Lasów tam dużo i miejscowa dzieciarnia przez całe lato bawiła się w Naturze. Zabłądzić się nie bały, a to dlatego, że wieśniacy od małego wiedzą jak dać sobie radę w lasach i okolice znają jak swoją własną kieszeń. Poza tym nigdy nie chodzili w pojedynkę.

Był, a jakże, pewien obszar lasu, który cieszył się złą sławą. Był tam gęsty podszyt i światła niewiele. No i krążyły różne plotki o ludziach, którzy tam zbłądzili.

Pewnego razu Swietłana z przyjaciółmi wracała do domu znad rzeczki. Szli przez las, po wąskiej ścieżce. Było już późno – już się ściemniało. Dźwięki lasu powoli cichły. Leśny narodek gotował się do nocnego życia.

Droga do wsi była niedaleka, ale jak raz przebiegała koło tego nieprzyjemnego obszaru lasu. Ale kompania była dość duża – sześcioro czy siedmioro dziewczynek i chłopców. Nie było bojno! Dzieci rozgadały się nie na żarty. Głośno krzyczały, śmiały się, skacząc wesoło po ścieżce. Uderzały kijami w rosnące obok niej krzaki wyrastające z trawy.

I tak hałasując grupka dzieci pokonała już połowę drogi. Biegnąca im pod nogami ścieżynka omijała stojący im na drodze krzak. Nie odróżniał się niczym od tych, których rosło tam bez liku. Ale kiedy dzieci zrównały się z nim, krzak naraz ożył!

Zamarłe z zaskoczenia, dzieciaki wytrzeszczyły oczy i ujrzały, jak liście zatrzęsły się naraz jednocześnie. Z takim dziwnym zjawiskiem, że liście zadzwoniły jak tysiące małych dzwoneczków, się jeszcze nie spotkały! I to w całkowicie bezwietrzny wieczór!

Kiedy opadło pierwsze wrażenie, cała kompania rzuciła się do ucieczki. Pełnym gazem i w milczeniu pognały do swej wioski. I chociaż w rzeczywistości nic strasznego tam nie ujrzały, ale hałasować przestały i wybiegły z lasu w mgnieniu oka. Być może to jakiś chochlik z lekka postraszył dzieci. Jak widać nie wolno zakłócać spokoju mieszkańców lasu i tak to się zdarzyło…

 

Drugie spotkanie z Niewyjaśnionym w tym samym lesie zdarzyło się Swietłanie o wiele później, kiedy ona już dorosła. Wracała ona z psem (mieszańcem boksera z dobermanem) ze spaceru po lesie. Naraz pies zaszczekał i rzucił się w stronę gęstwiny, w którą wpadł i zaczął głośno ujadać. Na wszelkie wołania Swietłany w ogóle nie reagował.

Tak więc przyszło jej iść za psem przedzierając się przez gęsty zagajnik. Naraz wyszła na niewielką polankę i stanęła w stuporze. Jej pies obszczekiwał stojącego na środku polanki… półnagiego olbrzyma!

Chłop miał ponad 2 metry wzrostu stał wyprostowany i nieruchomy. Z nieporuszoną twarzą patrzył wprost przed siebie nie zwracając najmniejszej uwagi na pojawiającą się z gęstwiny krzaków kobietę, ani na szczekającego u jego bosych stóp dużego psa. Nieznajomy olbrzym był odziany jedynie w rodzaj szerokich spodni, które dochodziły do kostek. Przezwyciężając strach, Swietłana powoli zbliżała się do nieruchomego jak jakaś figura mężczyzny. Złapała psa za obrożę i pociągnęła za sobą.

Nie wytrzymała i obejrzała się. Skamieniały mężczyzna stał jak stał na swoim miejscu. Nawet głową nie ruszył, jakby nie był żywym w ogóle… Swietłana nie spotkała kogoś takiego ani przed ani po tym spotkaniu w lesie. Jej znajomi także. Kimże on był? I czy to w ogóle był człowiek? Te pytania nadal pozostają bez odpowiedzi…

No cóż, wiele prawdy jest w powiedzeniu, że strach jest najgorszy wtedy, kiedy ma ludzkie oblicze… Nie dziwię się, że Swieta wystraszyła się w czasie tego spotkania.

 

Ale straszne lasy to nie tylko Rosja. To także lasy Nowej Anglii, gdzie zdarzają się również dziwne incydenty, jak choćby opisane poniżej:

Na zachodzie Kanady znajduje się zapomniany Las Czarownic, w którym można spotkać ducha czarownicy Shane. Shane zwodziła miejscowych mieszkańców swymi czarami, za co została zabita dwa wieki temu…

Niezbyt daleko od amerykańskiego miasteczka Sterling, CO, rozpościera się las Pachaug – na N 40°37’35” – W 103°12’21”, który już od kilku stuleci cieszy się paskudną sławą. A cały problem w tym, że pośród jego sosen i jodeł biegnie przesieka – Droga Czarownic – z którą jest związanych wiele złowieszczych historii. Według miejscowych, to właśnie tam w poszukiwaniu ofiar spacerują wiedźmy, od których uratować się jest niemożliwe…

Ta historia wydarzyła się w październiku 1999 roku. Mieszkaniec Sterling, kierowca Gerald Rolinson śpieszył się dostarczyć do miasteczka ładunek z gospodarstwa leśnego. Pogoda była wspaniała i dlatego, by skrócić sobie drogę, wjechał on na Drogę Czarownic, chociaż nie była ona za dobra do transportu tak ciężkiego ładunku – długich strzał ściętych drzew. Jak tylko samochód przejechał kilkadziesiąt metrów, niebo zaciągnęło się ciemnymi chmurami i zaczął padać gęsty śnieg. Widzialność błyskawicznie spadła więc Rolinsonowi przyszło jechać z minimalną prędkością, a i tak trudno było utrzymać się na drodze. I to uratowało mu życie. Tuż przed samym wyjazdem z lasu kierowca poprzez zasłonę śnieżnej krupy, zauważył stojącą przed nim na wprost szarą sylwetkę kobiety odzianej w długą bluzę z kapturem. Rolinson dał sygnał klaksonem, ale nieznajoma zachowywała się tak, jakby nie widziała ciężarówki. Dystans pomiędzy ciężarówką a kobietą powoli się skracał, i kiedy kierowca przyjrzał się „drogowej chuligance” to nie mógł on powstrzymać okrzyku strachu i zgrozy. Na ramionach kobiety nie było głowy, tylko trupia czaszka pożółkła od upływu czasu! Rolinson nacisnął na pedał hamulca i ciężarówkę zniosło z drogi do rowu, gdzie przewróciła się pod ciężarem ładunku. Na szczęście kierowcy udało się przeżyć, chociaż przyszło mu długo leżeć w miejscowym, szpitalu.

Trudno powiedzieć, którą z gospodyń leśnych lasu Pachaug spotkał Rolinson na leśnej zakazanej drodze. Wszak zgodnie z miejscowymi podaniami, tam właśnie wałęsają się cienie dwóch widmowych czarownic, a każda z nich ma swoją ponurą historię.

Gwoli sprawiedliwości należałoby odnotować, że pierwszą z dam – Indiankę o imieniu Cicha Woda – za życia nikt nie uważał za czarownicę. To była najzwyczajniejsza w świecie indiańska kobieta mająca męża i dzieci, która prowadziła normalne gospodarstwo i niczym się nie wyróżniała spośród swoich ziomków. Wszystko zmieniło się w czasie wojny Indian Colorado z białymi kolonistami. Pewngo dnia oddział angielskich żołnierzy wpadł do wioski Cichej Wody i na jej oczach rozstrzelali całą jej rodzinę. Ale kobieta się nie załamała: potężnym ciosem tomahawka rozwaliła czaszkę mordercy – ale została zabita przez jego towarzyszy.

Zabitą Indiankę pochowano w lesie Pachaug. A teraz miejscowi opowiadają, że niedaleko od Drogi Czarownic często można usłyszeć płacz i jęki zamordowanej kobiety, a od czasu do czasu można zobaczyć jej widmową sylwetkę w indiańskim ubraniu migającą pomiędzy drzewami i krzewami.

A oto „koleżanka” Cichej Wody – wiedźma Maud – to już zupełnie inna osobowość. Była ona zwyczajną wiejską czarownicą i mieszkała niedaleko od Sterling. Ta dama z kolei za życia sporo krzywd wyrządziła swoim sąsiadom. Mówi o tym następujący fakt: po śmierci Maud została ona pochowana w leśnym wąwozie (dzisiaj też nazywa się Czarodziejskim) wraz ze wszystkimi narzędziami do uprawiania czarów. Wśród tych narzędzi było sporo cennych, srebrnych naczyń kuchennych i stołowych, wśród których były masywne srebrne kubki, ale żaden człowiek nie odważył się je wykopać.

I tak więc do początku XX wieku las Pachaug jak i przecinająca go przesieka był cichym i spokojnym miejscem. Zagadkowe zjawiska stały się ukazywać po tym jak nieznani sprawcy rozkopali grób czarownicy Maud w poszukiwaniu skarbów. O tym, co znaleźli ci ludzie w jej grobie – historia milczy, ale ten akt wandalizmu dał początek całemu łańcuchowi tragicznych zdarzeń.

W latach 20-tych, w Sterling pojawił się piękniś, młodzieniec – drwal, który zaczął chodzić do dwóch miejscowych dziewczyn. Po pewnym czasie obie dziewuszki zaszły w ciążę ze swym kochankiem, po czym kawaler ten znikł bez śladu… A wkrótce obie biedulki zostały znalezione w lesie Pachaug, gdzie powiesiły się na sąsiednich drzewach.

Minęło jeszcze kilka lat i nieopodal miejsca pochowania Maud mieszkańcy miasta znaleźli ciało pięcioletniego chłopca – syna Warnera naczelnika stacji kolejowej w Sterling. Dochodzenie wykazało, że chłopiec wpadł do wąwozu i skręcił sobie kark. Ale co spowodowało, że malec odszedł tak daleko od domu – pozostało zagadką. Ale tragiczna śmierć dziecka nie stała się jedynym nieszczęściem rodziny Warnerów. Ojciec chłopca po stracie jedynego syna stracił rozum i umieszczono go w zakładzie dla obłąkanych.

Od tego czasu ilość ofiar fatalnego lasu wciąż rosła. W latach 30. – 50. ubiegłego wieku zaginęło tam bez wieści wielu ludzi, ale znaleźć się udało tylko ciała dwojga z nich. Szczątki nieszczęśników wyglądały tak, jakby je pogryzło jakieś wielkie, drapieżne zwierzę. I problem w tym, że nigdy nie widziano tam dużych drapieżników…

A w 1969 roku miała tam miejsce straszna tragedia, którą dzisiaj trwożnie wspominają miejscowi. W tym czasie w lesie, w niewielkiej gajówce mieszkał gajowy Ralf McNamara – wysoki i postawny mężczyzna. Do jego obowiązków należało m.in. śledzenie mieszkańców lasu Pachaug – łosi i lisów, aby nie rozmnażały się ponad ustalone normy. Jego dobrym pomocnikiem w tym czasie był ulubiony pies – owczarek Grey.

Pewnej nocy pies śpiący koło łóżka Ralfa naraz się obudził zawył i nijak nie mógł się uspokoić. Ralf założył, że koło jego domku kręcą się wilki i postanowił rankiem poszukać ich tropów. Ale kiedy otworzył tylko drzwi gajówki, Grey nie chciał wyjść i tylko stanowczy rozkaz przywołał go do porządku.

Gajowy i jego pies przeszli zaledwie kilkadziesiąt metrów, kiedy rozległ się głośny trzask łamanych krzewów, jakby przez nie przedzierało się jakieś wielkie zwierzę. Słysząc to, pies rzucił się w kierunku tych dźwięków nie reagując na krzyki swego pana. Od tego czasu tego psa już nikt nie zobaczył. 

Gajowy niewiele myśląc szukał swego wiernego przyjaciela w najgłębszych miejscach kniei, ale owczarek jakby pod ziemię się zapadł.

Od tego czasu Ralf McNamara bardzo się zmienił. Zrobił się ponury i odludkiem, a na wszystkie propozycje przyjaciół by sprawił sobie nowego psa odpowiadał nieuprzejmie. Zaś po pewnym czasie gajowy przepadł gdzieś. Jego zwłoki znaleziono po roku. Okaleczone ciało Ralfa leżało niedaleko od Drogi Czarownic, i od ciała odrąbano dłonie i stopy. dokładne śledztwo miejscowego szeryfa nie przyniosło rezultatów, bo któż mógł tak okaleczyć dużego i silnego mężczyznę, tego nie wiadomo do dziś dnia.

Dzisiaj Droga Czarownic jest zamknięta dla ruchu kołowego. Na początku lat 2000. władze Sterlingu zostały zmuszone do podjęcia takiego kroku po tym, jak w wypadkach zginęło tam kilku kierowców ciężarówek. Od automobilistów, którzy zdecydowali się na jazdę po zakazanym odcinku zdziera się solidne mandaty, ale to nie odstrasza ciekawych turystów zajmujących się mistyką.

Miejscowi mieszkańcy bez względu na stróżów prawa, starają się trzymać jak najdalej od przeklętego lasu, ale goście z innych stanów regularnie tu przyjeżdżają w nadziei spotkania czarownicy Maud i Indianki Cichej Wody… 

 

Oczywiście zainteresowała mnie ta historia i zacząłem ją sprawdzać. I co się okazało – faktycznie istnieje miasteczko Sterling w Kolorado, ale w jego sąsiedztwie nie ma żadnego kompleksu leśnego. Do najbliższego lasu dzieli je dystans 167 km na zachód, a to już są okolice Denver i  Ft. Collins. Nie ma tam też żadnego lasu o nazwie Pachaug. A zatem humbug?

Sprawdziłem dalej i okazało się, że las Pachaug istnieje, ale w innym stanie – a mianowicie w Connecticut. Istnieje tam także miejscowość o nazwie Sterling. A zatem tego miejsca należy szukać w Connecticut. Jest to teren parku leśnego Lasów Państwowych USA o powierzchni 110 km², który przylega do 6 miejscowości: Voluntown, Griswold, Plainfield, Sterling, North Stonington i Preston. Przebiega przezeń cała sieć szlaków turystycznych – pieszych i rowerowych.

Czy dowodzi to, że opowieści o widmach tam grasujących są też fałszywkami? Oczywiście nie. Każdy las ma swe duchy i widma i każdy ma swe tajemnica, u nas też! Takie historie znane są dosłownie WSZĘDZIE! Czy mają one związek z biocenozą i środowiskiem leśnym – zapewne tak. Las jest jednym wielkim organizmem i wszelkie zmiany są przezeń rejestrowane i być może odtwarzane w sprzyjających momentach, a my mając trochę szczęścia możemy zobaczyć te biologiczne rekordy.

NB, podobne historie przytacza znany Czytelnikom dr Miloš Jesenský, który badał dziwne wydarzenia związane ze słowackim górskim masywem Tribeča, co atoli stanowi już osobną i długą historię. 

 

Bywają jednak inne nawiedzone miejsca, które nie mają niczego wspólnego z dziką Przyrodą, ale są tworami człowieka, w których okolicy zdarzają się dziwne przypadki. Mówi świadek jednego z nich:

To wydarzyło się w noc Kupały (21.VI) jakieś dwadzieścia lat temu. Przyjechałem wtedy do swej wioski by odwiedzić staruszków i nieoczekiwanie spotkałem się z moimi szkolnymi kolegami z dzieciństwa. Nasza wioska niczym się nie wyróżnia. Kiedyś był tam kołchoz, ale padł. Teraz w wiosce mieszkają tylko staruszkowie, młodzi się porozjeżdżali…

Spotkanie z przyjaciółmi z dzieciństwa była niespodziewane i burzliwe. A że jeden z nas miał 6 lipca urodziny. Na obrzeżu wioski znajdował się porzucony szkolny sad, w którym zbieraliśmy się całą „bandą”. Tam też postanowiliśmy uczcić urodziny. Przytaszczyliśmy kocioł, zorganizowaliśmy stół, wino, no i się zaczęło…

Była już późna noc, kiedy skończyły się hałasy imprezki, i wraz z kumplem postanowiliśmy się przewietrzyć. Poszliśmy ku torom kolejowym i cicho podeszliśmy do mostu, pod którym płynęła głęboka rzeka o czystych wodach. Szliśmy sobie powoli, nie spiesząc się, gadając o tym i owym, wspominaliśmy dzieciństwo i o czymś tam spieraliśmy się.

Podeszliśmy do mostu i zwróciłem uwagę na niezwykłe zjawisko: rzeka było podświetlona od spodu. Na szlaku noc, a pod wodą bardzo dobrze widać dno z każdym kamuszkiem, z gęstą roślinnością kołyszącą się zgodnie z prądem wody. I całe to podwodne piękno tak nas mamiło, że pojawiła się u nas chętka wykąpania się.

No i to bajkowe widowisko naraz się skończyło, kiedy kolega przywrócił mnie do rzeczywistości kuksańcem i krzykami. Okazało się, że już wtedy przechodziłem przez ogrodzenie. Otrzeźwiałem i poczułem jakby chłodny wiatr. Kiedy próbowałem mu wyjaśnić i wskazałem mu wodę, to zamiast rozświetlonej wody i dna zobaczyłem tylko ciemność wionącą chłodem. Na powierzchni czarnej wody widziałem tylko złowieszczo kołyszący się szlak księżyca…

Zrobiło się strasznie. Błyskawicznie otrzeźwieliśmy i zeszliśmy z mostu. Co ze mną było – tego nie wiem. Może to było jakieś czasowe pomieszanie, chociaż z psychiką nigdy nie miałem problemów. A może to był jakiś wpływ nieczystych sił?

W dzieciństwie słyszałem od staruszków mnóstwo bajek o tym, że to jest niedobre miejsce. Wszak ten most budowali niemieccy jeńcy wojenni. Chodziły pogłoski, że zmarłych od chorób i głodu budowniczych po prostu zamurowywano w konstrukcji mostu, żeby nie tracić czasu na ich chowanie. W cuda nie wierzę, ale czy w słowach staruszków nie było części prawdy?

Straszne, nieprawdaż?

Mówi się, że duchy, to część naszej historycznej przeszłości, romantyczne wspomnienie czyjegoś dramatu. Takimi są np. widma w pociągach i pociągi widma, o których już pisałem. Są także i duchy, które zachowują się dziwnie i o tym mówi poniższa opowieść:

 

To wydarzyło się w latach 90-tych. Jechałem w swoich sprawach na majowe święta. Droga była daleka – 300 km poprzez wioski. No i skończyły mi się papierosy, a palić się chce! Zacząłem wypatrywać sklepu przy drodze. Zatrzymałem się przy najbliższym sklepie. Ledwie wyszedłem z samochodu, patrzę, a obok mnie stoi pięcioletnia dziewczynka. Chudzinka, sukienka na niej brudna i podziurawiona, trzyma za rękę chłopczyka, półtorarocznego dzieciaczka. Też był chudy i wyszmotruchany. I jedno, co mnie zdumiało, że oboje byli boso.

W latach 90-tych miastowym nie było lekko, a co dopiero mówić o prowincji. Wszędzie byli żebracy.

- Czego – pytam – nie macie pieniędzy?

Ale dziewczynka kręci głową i pokazuje na usta, że niby jest głodna. Zrobiło mi się ich żal – sam miałem dwoje, a tamte…

- No to chodźcie to kupię wam coś – powiedziałem i wszedłem do sklepu wpuściwszy dzieci przodem.

Zaraz za nami wszedł jakiś mężczyzna. Podszedłem do lady i zwróciłem się do starszej sprzedawczyni:

- Proszę o papierosy, kilka batonów i karton mleka.

A potem nie wytrzymałem i dodałem:

- Co to u was we wsi dzieci żebrzą? Głodne, nie ubrane i boso. Przecież mogą zachorować. A rodzice jak widać się nimi nie przejmują. Warto byłoby powiadomić o tym, kogo trzeba…

- Jakie dzieci? O kim pan mówi? – zapytała mnie zdziwiona kobieta.

- No przecież te – wskazałem ręką tam, gdzie stały, ale ku memu zdumieniu ich tam nie było!

Rozejrzałem się – dzieci tam nie było.

- Gdzie one są? Przecież przyszliśmy tu razem. Uciekły, czy co?

Tutaj do rozmowy włączył się mężczyzna, który stał za mną:

- Pan wszedł sam, żadnych dzieci nie było.

- No jak to nie było? – odparowałem. – Dziewczynka jakieś 5 lat w podartej sukieneczce i chłopczyk z nią. Spotkałem je koło samochodu, o jedzenie prosiły. Przecież nie zwariowałem?

Przepuściłem mężczyznę do lady, ten kupił, zapłacił i odszedł. A sprzedawczyni odezwała się w te słowa:

- Nie, nie zwariował pan. To znów Jegorowowie szaleją.

Ucieszyłem się z tego, że jednak jestem normalny:

- No, ale czemu wy im nie pomożecie, choćby zawiadamiając Opiekę Społeczną?

- A im to już nikt nie pomoże – odpowiedziała ze smutkiem. – Oni umarli pół wieku temu…

Zatkało mnie.

- Jakże to tak?

A tak. W czasie wojny we wsi był straszny głód. Kosił całe rodziny. U Jegorowych zmarła matka, a ojciec na froncie. Pozostało pięcioro dzieci i nikt nie mógł im pomóc. Ludzie puchli z głodu, swoich dzieci nie mogli uratować, a co dopiero cudze… Nie wiem dlaczego nie zabrano je do Domu Dziecka i tutaj je pochowano. A kiedy wojna się skończyła, ojciec wrócił do wsi i chodził na ich mogiłki do końca swych dni. Porządny chłop z niego był, ale już się nie ożenił po raz drugi i nie założył drugiej rodziny. Po 10 latach umarł samotnie. Potem młodszych Jegorowych zaczęto widzieć we wsi, ale miejscowym pokazują się rzadko, proszą najczęściej przyjezdnych. Wypadałoby mnie pójść na ich mogiłki i położyć im słodycze. A to już drugi tego rodzaju wypadek w tym tygodniu. Jak widać proszą o uczczenie ich pamięci.

Zabrałem swoje zakupy i wyszedłem. Wsiadłem do auta i przejechałem jakieś trzysta metrów. A potem wróciłem do sklepu.

- A proszę o 20 deko cukierków czekoladowych.

- Proszę bardzo.

Wziąłem torebkę i poprosiłem:

- Proszę zanieść to na cmentarz, na groby Jegorowych, jeżeli możecie.

Sprzedawczyni skinęła potakująco głową, a mnie na sercu zrobiło się jakoś lżej.

 

No cóż, autor tej relacji miał szczęście, bo o ile można wierzyć naszym babciom i ciotkom, to głodne duchy są jednymi z najgorszych istot z tamtego świata, które potrafią nękać żyjących, najczęściej – na szczęście – sprawców swej śmierci.

Ale to już temat z innej ballady.

 

Źródło – Tajny XX wieka

Zebrał i opracował – R.K.F. Leśniakiewicz

niedziela, 19 maja 2019

Wołkońskij Dolmen – kamienny uzdrowiciel




Aleksiej Martow


Dzisiaj nie o piramidach, ale o dolmenach, które także są budowlami megalitycznymi.

Te zagadkowe budowle znajdujące się w różnych regionach świata nazywane są różnie: kamienne stoły, zmieniające dolę, chatki bohaterów, a także domy karzełków. Zrozumienie tego, o co tutaj chodzi, jest dość złożone. Świat nauki nazywa je jeszcze bardziej sucho i lapidarnie – dawne budowle megalityczne. A najczęściej po prostu – dolmeny. Ludzie wierzą w ich niezwykłe właściwości. I należy stwierdzić – nie bez racji.[1]
 

Zagadkowe „domki”


Klasyczny dolmen to masywna budowla, w kształcie domku zbudowana z wielkich, ociosanych kamieni. A i owszem, istnieją dolmeny podobne do koryta. Najczęściej są one z piaskowca, rzadziej z granitu. Ale najbardziej niezwykłe są te wyciosane z jednej bryły skalnej. O niektórych z nich, a w szczególności o Wołkońskim, traktuje nasze opowiadanie.

Znajduje się on na dnie rzecznej doliny we wsi Wołkonka (rejon Wielkiego Soczi) nieopodal drogi łączącej Soczi z Noworosyjskiem. Osobliwości tego prymitywnego dolmenu wprawiają uczonych w osłupienie. Ot, np. jak nasi przodkowie byli w stanie tak dokładnie przysuwać do siebie bloki kamienne o wadze 10 czy 20 ton, że pomiędzy nie da się wsunąć ostrza noża? Tak i sam sposób wyciosania dolmenu jest niewiarygodny. Istnieje hipoteza mówiąca o tym, że najpierw w skale wydłubano krąg o średnicy 0,5 m, a potem już ze środka poszerzano go aż do rozmiarów niewielkiego sanktuarium. Zakładając, że poszczególne budowle postawiono jakieś 7-8 tys. lat temu nie wiadomo, skąd ich budowniczowie wzięli tak dokładne instrumenty do tej roboty. Żelazo było dla nich jeszcze niedostępne, a brązu czy miedzi nie można było do tego użyć – były za kruche lub ciągliwe.

Interesujące jest to, ze dolmeny są rozrzucone po całym świecie, w: Japonii, Korei, Bułgarii, na Korsyce, Hiszpanii, Izraelu, Wielkiej Brytanii… Są one także i w naszym kraju. Najczęściej dolmeny spotyka się na Uralu i w górach Kaukazu. Jak na razie uczeni ustalili jedną osobliwość ich położenia: dolmeny postawiono w miejscach uskoków tektonicznych skorupy ziemskiej. Jak dawni ludzie potrafili ustalić miejsce ich występowania – tego nie wiadomo. A do tego stawiali oni dolmeny obowiązkowo obok zbiorników wodnych. 

Pierwsza próba zbadania dolmenu była podjęta jeszcze w 1660 roku. Niderlandzki mnich o. Johan Picardt z prowincji Drenthe postawił hipotezę, że dolmeny to domki dla potomstwa mitycznych olbrzymów. Hipoteza ta dała władzom Holandii zielone światło do użycia płyt kamiennych z dolmenów do budowy zapór. Ale jeszcze w 1734 roku, władze prowincji Drenthe zatroskały się o ochronę tych zabytków. 

W XIX wieku uczeni podzielili dolmeny na płytowe, złożone i monolityczne. Inni eksperci zdecydowali, że te budowle wykorzystywano jako grobowce dla zmarłych, co w pewnym stopniu zrównywało ich z egipskimi piramidami. Prawdą jest, że potem wyjaśniło się, że w dolmenach w których znaleziono szkielety ich wiek był o wiele młodszym od samego grobowca. Tak więc przede wszystkim zmarli zajmowali sanktuaria, które powstały na wiele wieków wcześniej przed ich urodzeniem.



Wołkońskij Dolmen i jego wnętrze


Karzełki zniewoliły olbrzymów


Jak już wspomniano, najrzadszymi i najbardziej tajemniczymi dolmenami są te monolityczne. W Rosji znany jest tylko jeden taki dolmen – Wołkońskij. Znajduje się on – jak juz powiedziano – niedaleko od Soczi. W ogóle na pogórzu Kaukazu znajduje się 2308 dolmenów. Większość z nich jest płytowa. Miejscowi mieszkańcy – Adygowie – uważają, że kiedyś tam w tych miejscach mieszkały złe i chytre karzełki. A obok nich osiedliły się dobre i prostoduszne olbrzymy. W rezultacie czego karły nakazały olbrzymom wybudować domki kamienne obok zbiorników wodnych. Wykorzystując zające w miejsce koni, karły siedząc na ich grzbietach wskakiwały w okrągłe wejścia do domków. Tutaj one były bezpieczne pod osłoną grubych, kamiennych ścian. 

Wołkońskij Dolmen, chociaż w kształcie i formie przypomina chatkę z legendy, to jego rozmiary są takie, że mógłby w nim mieszkać nie tylko karzełek. Jest to blok skały o wysokości 6 m, 8 m szerokości, a jej długość dochodzi do 17 m. Ta megalityczna budowla jest jedyna w swoim rodzaju. Drugą osobliwością Wołkońskiego Dolmenu jest to, że jego wewnętrzna izba jest wyciosana wewnątrz tego ogromnego kamienia poprzez okrągły otwór. Wysokość komory od spągu do stropu wynosi ok. 1,5 m, a jej ściany nie są odszlifowane. Istnieje możliwość, że ich nie zdążono ukończyć. Chociaż i bez tego – według ocen ekspertów – budowa czegoś takiego siłami ówczesnych ludzi mogło zająć do 10 lat i potrzebowało to wysiłku 150 kamieniarzy. 

W podłodze przy wejściu znajduje się wnęka na wodę. A jak się w tym miejscu głośno coś powie, to z kamienia odpowiada głuche echo. Istnieje hipoteza, że Wołkońskij Dolmen wykorzystywano jako urządzenie ostrzegające przed trzęsieniem ziemi. Na około 24 h przed katastrofą zaczynał on dźwięczeć, co stanowiło sygnał dla ludzi. Inna hipoteza głosi, że Wołkońskij Dolmen mógł być świątynią, do której przychodzili wybrańcy w celu otrzymania sakralnej wiedzy. Miejscowi czarownicy dzięki specjalnym znakom wybierali dziecko, umieszczali je w komorze megalitu i zamykali je kamiennym korkiem na kilka dób. Po upływie tego czasu, dzieciak (o ile przeżył) stawał się nosicielem „wyższej wiedzy” i sprowadzał na swe plemię błogosławieństwa. 

Tak nawiasem mówiąc, to kamienne korki stanowią nieodmienny atrybut większości dolmenów. To jest logiczne, jeżeli zgodzimy się z pogrzebowym charakterem tych budowli. Taka mogła być ochrona grobowców przez wandalami i hienami cmentarnymi. Jeszcze jedna hipoteza głosi, że dolmeny i w tej liczbie Wołkońskij, wykorzystywano jako obserwatoria. Wszak ich otwory są zorientowane na wschód lub zachód Słońca, a na ścianach niektórych widoczne są wykute w skale rysunki gwiazdozbiorów. Ciekawe jest to, że od tyłu Wołkońskij Dolmen jest podobny do pyska słonia z ocznymi wgłębieniami. Ale czy na Kaukazie były słonie – tego nie wie nikt…



Jak tam dojechać? Porty morskie, lotnicze i drogi do Wołkońskiego Dolmenu
 i innych megalitów Kaukazu...



Cudowne właściwości


Doprawdy nie wiadomo, jaką funkcję pełnił Wołkońskij Dolmen, ale fama od dawna przypisuje mu cudowne właściwości. Stwierdzono, że budowla ta ma uzdrawiający, korzystny wpływ na ją wizytujących. We wcześniejszych czasach, górscy znachorzy, czarownicy i szamani często urządzali tutaj swe obrzędy, spędzając w jego środku wiele dób. Jeszcze pół wieku do tyłu, dolmen nie był celem wycieczek turystycznych. Dzisiaj się to zmieniło. 

Już w XX wieku, ustalono, że w komorze Wołkońskiego Dolmenu zmienia się chód zegarków, a strzałki przyrządów zaczynają się miotać. No a niezwykle huczące echo jest czymś z obszaru fantastyki. Eksperci z Katedry Akustyki Południowego Uniwersytetu Federalnego wyjaśnili, że komora Wołkońskiego Dolmenu jest urządzeniem akustycznym z częstotliwością rezonansową 2,8 Hz, której nie wyłapuje ludzkie ucho. Odpowiada to rytmowi δ elektroencefalogramu przy głębokim śnie lub transie narkotycznym, a także i w komie. 

A oto biofizycy z Moskiewskiego Państwowego Uniwersytetu przeprowadzili inny eksperyment. Oni na kilka dni pozostawili w komorze megalitu pojemnik z wodą destylowaną. Udało się im dowieść, że podlewane tą wodą rośliny rosną dwukrotnie szybciej, niż podlewane „zwykłą” wodą destylowaną. Tak więc był sens w tym, że okoliczni ludzie od wieków przynosili do dolmenu wodę i amulety do „podładowania”. 

No i na koniec eksperyment zaprojektowany i wykonany przez dr n. med. Olega Tatkowa, który wykazał że już po 4 godzinach przebywania w komorze dolmenu, u ludzi poprawiała się ilość trombocytów i glukozy we krwi, a jej ciśnienie podnosi się do górnej granicy normy. Sądząc z tego wszystkiego, dolmen wywiera harmonizujące i pobudzające działanie na ludzki organizm. 

Po wysłuchaniu takich wywodów nietrudno uwierzyć w słowa buddyjskich mnichów, że dolmeny to budowle dla ludzi z przebudzoną świadomością, tzn. oświeconych. W istocie jest to portal w inny wymiar. 

Jednak akademicka nauka nie znosi ezoterycznych wyjaśnień. A wyjaśnić dziwne właściwości Wołkońskiego Dolmenu nawet z pozycji współczesnej fizyki, póki co nie udaje się. Ale poza fizyczną jest także i historyczna zagadka – kto, kiedy i po co zbudował taką budowlę. Niestety – jak na razie pytań na temat Wołkońskiego Dolmenu jest więcej, niż odpowiedzi…


Źródło: „Tajny i zagadki”, b/n, ss. 14-15
Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz    
 

wtorek, 30 stycznia 2018

Niewyjaśnione zdarzenia na wojnie



Andriej Worfołomiejew


W życiu zawsze jest miejsce na tajemnicze i niewyjaśnione. Czasami zagadkowe wydarzenia mają miejsce i na wojnie, w tym takie tej Wielkiej Ojczyźnianej.


Przeczucia żołnierza


Opowiadania o przejawach Nieznanego w czasach radzieckich, delikatnie mówiąc, nie były brane pod uwagę. To zrozumiałe. ZSRR uważało się za państwo ateistyczne, i walka z „religijnym myśleniem” była bezkompromisowa. Dlatego też we wspomnieniach weteranów Wielkiej Wojny Ojczyźnianej nie ma żadnego miejsca na mistykę. Jedynym, o czym odważyli się oni wspominać – to były wszelkiego rodzaju przeczucia. I tak np. opowiadano o żołnierzu, który naraz stał się zamyślonym, źle sypiał, przeprosił się z innymi, a następnego dnia został zabity. Często spotyka się i takie, kiedy to frontowiec wspominając swe przeżycia niezwykle się dziwił. A co tam! – siedział sobie spokojnie w ziemiance – i naraz ktoś jakby rozkazał „Uciekaj stąd!”. No i on usłuchał. I nie zdążył przejść kilkudziesięciu kroków, jak w ziemiankę trafiła bomba albo pocisk.

O czymś podobnym opowiadał Jakow Josifowicz Priszutow urodzony w wiosce Russkaja Bujłowka, pawłowskiego powiatu Woroneżskiej Guberni. W 1944 roku, w czasie wyzwolenia Białorusi, on służył w 1183. pułku strzeleckim (ps) 356. dywizji strzeleckiej (DS). Pewnego razu przemieszczając się do przodu, nasza jednostka zatrzymała się w piętrowym domu. Oczywiście wszystkich tam umieścić się nie dało. Na parterze rozmieścili się sztabowcy, a na piętrze czterech saperów myślało nad nową niemiecką miną przeciwczołgową.

Jakow Josifowicz wspominał, że postał na chwilę przy nich i zamienił z nimi parę słów. Chociaż będąc dowódcą pododdziału karabinów maszynowych, niczego szczególnego o minach nie wiedział. Ale ciekawe! I naraz coś go jakby kolnęło. Priszutow niezwłocznie spuścił się po drabinie i wyszedł na dwór. Nie zdążył odejść na bezpieczną odległość, jak naraz usłyszał ogłuszający wybuch.

Jeszcze bardziej fantastyczne wydarzenie opisał były przedstawiciel Pietropawłowskiej Rady Wioskowej we wsi Pietropawłowka, Liskinskiego Rejonu, Obwodu Woroneżskiego – Grigorij Tichonowicz Turusow. Takich na froncie często nazywano „zaczarowanymi”. Wystarczy spojrzeć na stronice jego wojennych pamiętników, które udostępnił szerokiej publiczności tamtejszy krajoznawca Paweł Andrianowicz Bisłoguzow. Weźmy tylko zapiski z trzech miesięcy – od lutego do kwietnia 1944 roku, kiedy to kpt. gwardii Turusow był zastępcą dowódcy batalionu 56. psG 15. DSG.

W lutym w czasie zaminowywania przedniego skraju, przeciwpiechotna mina eksplodowała wprost we rękach Grigorija Tichonowicza. Rękawice mu rozniosło w puch, ale ręce pozostały całe! Nawet nie było najmniejszej ranki! W miesiąc potem trzykrotnie każdego dnia znajdował się pod nalotem. Bomby padały koło niego, ale jemu nic się nie stało. 12 kwietnia, kiedy batalion znajdował się w obronie na nasypie kolejowym, zginął jeden z podwładnych, drugi dostał w brzuch, a stojący pomiędzy nimi Turusow… pozostał cały i zdrowy! W dniu 25.IV.1944 roku, niemiecki pocisk trafił w stanowisko dowodzenia. Odnieśli rany: dowódca batalionu, organizator partyjny i szef sztabu, zaś Grigorij Tichonowicz nie odniósł nawet draśnięcia! Ten ostatni wypadek zmusił go, człowieka mocno partyjnego, do wpisania do dziennika następującego zdania: „Jakieś cuda dzieją się wokół mnie”.


Cuda na froncie…


Poza zdarzeniami przeczuć i przewidywania, ogromną popularnością w żołnierskim środowisku cieszą się historie o „wiedzących ludziach”. Wszystkie one stanowią rodzaj „byliczek” – opowiadań o spotkaniach człowieka z różnymi przejawami siły nieczystej. I tutaj należy się dobrym słowem przypomnieć irkuckiego folklorystę Walerija Pietrowicza Zinowiewa (1942-1983). To właśnie jego prace zwróciły uwagę towarzystwa na „byliczki”, które były niemal zapomniane dzięki antyreligijnej propagandzie. W pośmiertnym zborniku prac Zinowiewa pt. „Mitologiczne opowiadania rosyjskiej ludności we Wschodniej Syberii” znajdują się zapisy, odnoszące się do wydarzeń z czasów wojny.

Jedną z najbardziej ciekawych jest relacja Siemiena Stiepanowicza Noskowa (ur. 1901 r.), który służył wtedy w 1256. ps 378. DS. W jego pododdziale znajdował się również „wiedzący”. On był w stanie wydawać rozkazy wężom i żmijom. Na jego rozkaz schodziły się one na jedno miejsce z całej okolicy, a potem rozłaziły się z powrotem. Pewnego razu na przejściu, w celu ukazania swych możliwości, wskazał on Noskowowi przejeżdżającego obok na koniach porucznika z sanitariuszką i powiedział: „ Do tego krzaczka dojadą, a potem ani kroku dalej”. I rzeczywiście. Po przejechaniu jakichś 50-60 m konie stanęły i nie ruszyły się z miejsca, pomimo poganiania. Natomiast zaraz po tym, jak „wiedzący” im zezwolił, konie ruszyły dalej.

Z podobnym „wiedzącym” przyszło się zetknąć na froncie teściowi P.M. Popowej, zamieszkującej we wsi Siemidiesiatoje, Chocholskiego Rejonu, Woroneżskiego Obwodu. Ten przepowiadał losy swym kolegom. Bywało tak, że np. mówił temu czy innemu: „A ciebie Wasilij, kontuzjują”. I tak się zdarzało. (Historia wzięta ze zbornika pt. „Byliczki i opowiastki z Woroneżskiego Kraju”)

No i na koniec, w czasie wojennym wierzono nagminnie w czarodziejską moc matczynego błogosławieństwa. A oto, co mówi się w takim właśnie opowiadaniu, zapisanym w 1991 roku we wsi Gorodiec, Rejonu Ostaszkowskiego, Twerskiego Obwodu. Ponoć żył tam w czasach przedwojennych jakiś kołchozowy aktywista, który jako jeden z pierwszych wstąpił do partii. Jego żona umarła, potem córka przeziębiła się i też zwiędła. Kiedy przyszła pora iść na wojnę, wszystkich chłopów rodziny odprowadzały, a jego nie miał kto. Tak więc jedna stareńka babcia pożałowała aktywisty. Podeszła do niego, przeżegnała i dała mu medalik ze św. Mikołajem Cudotwórcą. I co powiecie? – przez całą wojnę ten mężczyzna nie odniósł nawet draśnięcia. Nawet uciekł z niewoli. Jego jakby jakaś niewidzialna siła wspierała. Kiedy były aktywista powrócił do domu, najpierw poszedł do tej staruszki i podziękował jej za błogosławieństwo i cenny medalik…


…i na tyłach


Trudno wyjaśniane rzeczy w czasach wojny zdarzały się nie tylko na froncie, ale i na tyłach. Tutaj opowiadania krążyły w żeńskim środowisku i były związane z domowymi skrzatami, biesami i podobnymi stworzeniami. W zasadzie łatwo to wyjaśnić. Wszystkie myśli kobiet były związane z mężczyznami, ojcami i synami, a duszki domowe były zawsze zwiastunami wieści ze świata. W zborniku „Mitologiczne…” cytuje się kilka byliczek zapisanych od Krystyny Aleksandrowny Razuwajewoj, mieszkanki wioski Atałanka, Ust-Ilińskiego Rejonu, Obwodu Irkuckiego. Jej męża pochowano zimą 1942 roku. Według niej duszek dwukrotnie przepowiadał jej to wydarzenie. jeszcze przed wojną, pewnej nocy w izbie pojawili się znikąd dwaj mężczyźni w garniturach i białych rubaszkach (rodzaj koszuli zdobionej bogato haftami, popularny w Rosji). Popodziwiawszy urodę syna Krystyny, oni podeszli do jej łóżka i stanąwszy w głowach łóżka zaczęli o czymś mówić. Otrząsnąwszy się z przerażenia opowiadająca zdążyła w myślach zapytać: „Na dobre czy na złe?” Jeden z mężczyzn wydał z siebie dźwięk przypominający „chuuuu” i kobiecie zrobiło się gorąco, jakby od pieca. Przybysze tymczasem znikli. A rankiem babcia Krystyny objaśniła jej to zdarzenie tak: będzie ona miała dwóch mężów i obu ona przeżyje. Po raz drugi duszek pokazał się jej w kształcie białego zająca z czarnymi uszami. I znów – najpierw się pojawił, a potem znikł w zamkniętym od wewnątrz domu. Dokładnej daty kobieta nie zapamiętała, ale w te same dni, a dokładniej 21 stycznia jej pierwszy mąż zginął w boju.

Inna historia wydarzyła się w wiosce Jabłocznyj, Chochołskiego Rejonu w Obwodzie Woroneżskim. Bohaterką jest Jewdokia Siemienowna Kolcowaja. Od początku wojny rodzina długo nie miała wiadomości o znajdującym się na froncie starszym bracie opowiadającej tą historię. Ona sama była wtedy dzieckiem. Pewnej nocy z kredensu coś łachmaniastego spadło na małą Jewdokię i zaczęło ją dusić. A ona pamiętając rady starszych zapytała ostatkiem sił: „Na dobre czy na złe?”. „Na dobre!” – odpowiedział duszek i znikł. I wkrótce brat powrócił z frontu.

Na koniec, w historii usłyszanej przez zbieraczy we wsi Szardomień, Pineżskiego Rejonu, Archangielskiego Obwodu, „gospodarz domu” pokazał się przed grzejącą się przy piecu kobietą w postaci małego mężczyzny mówiącego, że za trzy dni wojna się skończy. I ona rzeczywiście się zakończyła w tym okresie.


Permska apokalipsa


W pamięci narodowej uchroniły się relacje o wielkiej ilości niecodziennych zjawisk przyrodniczych, które jakby były zapowiedzią II Wojny Światowej. Cały cykl podobnych baliczek był zapisany w latach 1985-89 w Permskim Obwodzie przez studentów i pracowników Permskiego Uniwersytetu. I tak w mieście Nyrob, Czerdinkiego Rejonu, zaobserwowano na niebie czerwoną kulę, która robiła się coraz to większa, a potem wybuchła. A w okolicach wsi Niżnyj Szakszer przez długie lata wspominano o niebywałym najściu przedstawicieli świata zwierząt spowodowanego przez wojnę. Zimą ryb w rzece było tyle, że je wydobywano łopatami z przerębli. A latem z tajgi przyszły całe stada wiewiórek. Przepływających Kamę wiewiórek było tak dużo, że z tego powodu trzeba było zatrzymywać płynące nią parostatki.

Było dużo i innych świadectw. Na krótko przed początkiem wojny, matce T.M. Kuzniecowej z miasta Czerdyń, w nocy usłyszało się głos kobiecy śpiewający „Czudnyj miesiac” w domu vis-à-vis Wojenkomatu (odpowiednik naszej RKU). A potem pieśń przeniosła się na Troicką Górę i ucichła. Następnego dnia matka opowiadającej zapytała mieszkającej w tym domu kobiety:
- Co to, wesele u was było?
- Nie, żadnej muzyki u nas nie było – odpowiedziała ona.
To się wydarzyło zimą, a 22.VI.1941 roku zaczęła się wojna, i poborowi poszli na wojnę od Wojenkomatu przez Troicką Górę a kobiety za nimi wołały…

Oczywiście, można byłoby popróbować wyjaśnić wyżej opisane wydarzenia w oparciu o naukę. Jednakże jedno jest ważne – miniona wojna pozostawiła głęboki ślad w pamięci naszego narodu. I długo się nie da tego zapomnieć.


Komentarze Czytelników


Ludzie mają genetyczne predyspozycje do wyszukiwania wzorców. Wszędzie widzimy, jakieś zwierzęta, czy postaci. Czy to w chmurach, górach, czy zaciekach na ścianach. Cecha ta była bardzo przydatna "w dżungli", bo lepiej uciec przed wrogiem, którego nie ma, niż nie uciec przed tym, który jest 😃 W dzisiejszych czasach jednak cecha ta staje się coraz bardziej, jak to ująć "upierdliwa". Przez nią badanie tzw. "zjawisk paranormalnych" jest niezmiernie trudne. Co jakiś czas każdemu z nas chyba zdarza się "coś usłyszeć", czy "coś zobaczyć" 😄 Jeśli dodatkowo przy okazji później "coś się wydarzy", to (sztucznie) wiążemy dwa fakty i powstają niestworzone historie 😃 Bardzo mi się podobała historia z jaką zapoznałem się jakiś czas temu. Facet siedział wieczorem w swoim pokoju tylko przy nocnej lampce i nagle na ścianie zauważył postać młodej dziewczynki w białej sukience. Niemniej jednak nie wpadł on w panikę i nie zaczął tam budować ołtarzyków. Oczywiście na chwilę go zamurowało, ale po chwili skojarzył, że mieszka przy drodze i w tamto miejsce na ścianie pada światło mijających jego dom samochodów 😃 Zamyślił się i z tego zamyślenia wytrąciło go nagle światło na ścianie widziane kątem oka i mózg zrobił swoje  😀😆  Tak czy owak relacje "świadków" są najgorszym "dowodem" i nie pozwalają na wysnuwanie zbyt daleko idących teorii. Już nie wspominając o osobach, które coś zmyślają z premedytacją. Choćby po to, by ukolorować swoją przeszłość 😧(Sectroyer)

To chyba aluzja do "Matki Boskiej Kiepskiej" 😊😊 (Nadir)


Sectroyer - masz 100% racji. Człowiek - szczególnie tak omotany religijnymi bredniami i tak zagubiony jak w Polsce szuka Znaków, które by potwierdzały to, co mu huczą w kościele, radiofonii i TV. Słowem szuka cudów. Wszędzie widzi tylko to, co chce widzieć. 😞To dotyczy także ufozjawisk czy zjawisk z zakresu PSI. 😯Celnie ujął to Jan hr. Potocki w "Rękopisie znalezionym w Saragossie" pisząc, że: Umysł ludzki raz zakosztowawszy cudowności, rad by każdą rzecz pod nią podciągnąć. I tak właśnie jest, q.e.d.  👍 (Bobik)


Źródło – „Tajny XX wieka” nr 46/2017, ss. 36-37
Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz