Powered By Blogger

czwartek, 5 lutego 2015

I powróci Godzilla... (7)



VII


- OK., wracamy – odpowiedziałem – over i out.
Włożyłem świerszcza do kieszeni. Odbiór był paskudny, widocznie znowu Słońce wysłało w stronę Ziemi potężną porcję elektronów i protonów.
- Wracamy – zakomenderowałem Krystynie – diabli wiedzą, co tam się stało… 
- Szkoda, że jest tak jasno – powiedziała rozglądając się po niebie – byłaby wspaniała zorza polarna.
Naraz rozległ się potężny hałas i nad głowami przeleciał nam potężny Sea Stallion z charakterystycznymi oznaczeniami amerykańskiej marynarki wojennej. Za nim drugi, mniejszy helikopter z czerwonym słońcem na kadłubie.
- Oho, kawaleria Stanów Zjednoczonych przybywa z odsieczą – powiedziała Krystyna – ślizgamy się!
Długimi ślizgami udało się nam pokonać odległość dzielącą nas od miejsca lądowania naszego Airbusa. Helikoptery stały opodal, łopaty ich śmigieł jeszcze obracały się powoli.

Weszliśmy na pokład Airbusa, gdzie panowała już pogodna atmosfera. Ludzie cieszyli się z szybkiego przyjścia pomocy, niektórzy płakali, niektórzy głośno dziękowali Bogu, a wszystkich bez wyjątku poklepywali Amerykanie. Okazało się, że jednym z nich był helikopter z lotniskowca USS Lyndon Johnson, a drugi ze znanej nam już jednostki – RV Kaio Maru 22, o czym rychło się przekonaliśmy widząc uśmiechniętą twarz doktora Okimayo.
- Konichi-wa! How are you, doctor? – powitała go Krystyna. 
- O, konichi-wa Christine-san!– odpowiedział. – A gdzie jest Daniel-san?
- Jestem, jestem – podałem mu rękę i przez chwilę wymienialiśmy ceremonialne ukłony.
- Mam rozkaz zabrać was stąd na nasz statek – powiedział doktor.
Zaczęło być ciekawie.
- Kto wydał ten rozkaz drogi doktorze? – zapytałem.
Okimayo rozejrzał się dookoła, co było już całkowicie dziwne zważywszy okoliczności.
- To rozkaz komandora Sato – odrzekł przyciszonym głosem – ale przyszedł do nas z Tokio…
Gwizdnąłem cicho. To było co najmniej niezwykłe. 
- A co będzie, jak się nie zgodzimy? – znienacka zapytała Krystyna. – Uprowadzicie nas siłą?
Okimayo skinął jej głową.
- Nie Christine-san, tego nie możemy, ale to jest prośba rządu japońskiego i cesarza Akihito – powiedział znowu ściszonym głosem – dokładnie w tej kolejności. Jesteście naszymi gośćmi, a nie więźniami. To jest zaproszenie, a nie porwanie. I co, lecicie z nami?

Mając w perspektywie kontakt z amerykańskimi służbami imigracyjnymi i różnymi pokręconymi instytucjami w rodzaju FBI czy innych G-menów woleliśmy Japończyków. Zresztą ta propozycja wydawała mi się o wiele ciekawsza, niż rejs do Anchorage czy Juneau i powrót do domu via Nowy Jork. Pożegnaliśmy skinieniem głowy kapitana Airbusa i wyskoczyliśmy na zewnątrz.
- Mam prośbę do pańskiego pilota – zwróciłem się do doktora – a mianowicie chodzi o to, by przeleciał nad tymi wzgórzami na wysokości jakichś dwustu – dwustu pięćdziesięciu metrów, OK.?
- OK. – odpowiedział i przekazał prośbę pilotowi po japońsku. Ten skinął głową.
Zajęliśmy miejsca w kabinie i po chwili śmigłowiec wzniósł się nad powierzchnię lodu. Pilot obrócił maszynę i pochylił do przodu. Helikopter ruszył we wskazanym kierunku.
- Wolniej proszę – powiedziałem i po minucie byliśmy dokładnie nad przełęczą pomiędzy dwoma wzgórzami lodowymi. Wrak Douglasa był na swoim miejscu.
- Co to za samolot? – zapytał Okimayo. – Jakiś przedwojenny?
- Dokładnie doktorze – odparłem – to wrak samolotu Zygmunta Lewoniewskiego. 
- Rosjanin? – zapytał zdumiony.
- Nie, Polak – odparłem – ale latał w rosyjskiej służbie. Z nim było pięciu lotników. I nie dowiedzieliśmy się, co się z nimi stało… - urwałem, bo przypomniałem sobie o notesie, który miała teraz Krystyna. Ale wolałem teraz o tym nie mówić.


* * *


Na pokładzie japońskiego statku czekał na nas cały komitet powitalny z komandorem Sato na czele. Tym razem jednak nie było żadnych dziewczyn z pistoletami maszynowymi i traktowano nas nie jak gości, ale jak swoich, co już było czymś kompletnie nadzwyczajnym. Poszanowanie dla tradycji i wierność cesarzowi miała swe bardzo dobre strony… 

Nakarmiono nas i napojono, a potem skierowano do naszej kabiny, gdzie wreszcie mogliśmy się wyspać po trudach tego niezwykłego dnia.  Nie wiem, jak Krystyna, ale ja odjechałem, jak tylko przyłożyłem głowę do twardej poduszki. Rankiem obudził nas steward, który zaprosił nas na śniadanie. Japońskie śniadanie składające się z ryżu i ryb. Nie powiem, było to niezłe, ale oddałbym nie wiem, co za zwyczajną bułkę z masłem i dżemem oraz filiżankę kawy… No, ale nie mogliśmy wybrzydzać.

Po śniadaniu komandor Sato zaprosił nas do swojej kabiny. Był tam już jakiś stary Japończyk w cywilnym ubraniu, którego komandor przedstawił nam jako doktora Yakahawę.
- Doktor Yakahawa jest naszym ekspertem w zakresie historii japońskich konstrukcji morskich – komandor Sato dopełnił formalności powitalnych.
- Miło nam – odpowiedziałem za nas dwoje – ale wciąż nie rozumiemy, do czego to my jesteśmy wam potrzebni i to tak, że sprawa oparła się o pałac cesarski i nasz rząd?
Japończycy wymienili błyskawiczne spojrzenia.
- Nasza obecna misja – rzekł komandor – ma oficjalny cel, znalezienie węża morskiego. Oczywiście nie takiego, jak z średniowiecznych bestiariuszy Magnusa i Gessnera czy Beringera… Chodzi nam o coś takiego, co było obserwowane przez żeglarzy i marynarzy wielu narodów na arktycznych wodach. Amerykanie nazywają to blob – kisiel albo po prostu goo czyli bryja. Współcześnie coś takiego na skalę masową pojawiło się dwukrotnie – raz w Zatoce Meksykańskiej w marcu 2002 roku, kiedy to czarna masa galarety zlikwidowała wszelkie życie biologiczne pomiędzy Nowym Orleanem a Tampą na Florydzie i to nas nie interesuje. My jesteśmy zainteresowani. Ten interesujący nas przypadek miał miejsce niedawno, bo w lipcu 2009 roku.
- Tutaj? – nie wytrzymała Krystyna.
Yakahawa skinął głową.
- Tutaj, na tych wodach – wyjaśnił Sato. – Tajemnicza plama dryfowała po Morzu Czukockim. Gigantyczna czarna i tłusta plama składająca się z materiałów biologicznych dryfowała w zimnych wodach arktycznych po Morzu Czukockim na północ od Cieśniny Beringa, pomiędzy miejscowościami Wainwright i Barrow w USA – jak podały „Anchorage Daily News” z dnia 15 lipca 2009 roku. To z całą pewnością nie był produkt pochodzenia naftowego. Nie miał właściwości ropy naftowej lub innej substancji niebezpiecznej, jak stwierdził US Coast Guard – amerykańska Straż Przybrzeżna. Nie byłoby niespodzianką, jeśli ta substancja okazałaby się naturalnie występującym w przyrodzie zjawiskiem, ale trzeba było czekać na wyniki analizy próbek tajemniczej cieczy. Nie muszę dodawać, że do dziś dnia nie opublikowano wyników analiz. Żaden mieszkaniec Północnego Stoku nie przypomina sobie, by kiedykolwiek miało miejsce podobne zdarzenie. Plama była niezwykle groźna dla zwierząt. Meduzy i różne gatunki ptaków morskich wpadając w lepką i brzydko pachnącą substancję i nie mogąc się z niej wydostać, ginęły… 
- Słyszeliśmy o tej sprawie – odparłem – nawet pisałem do „Anchorage Daily”, ale bezskutecznie, więc sadziłem, że to kaczka dziennikarska. Aż do wczoraj.
- Do wczoraj Daniel-san? Co pan przez to chciał powiedzieć? – Yakahawa spojrzał na nas pytająco.
- Bo wczoraj widzieliśmy coś takiego stojąc na południowo-zachodnim cyplu tej wielkiej góry lodowej, którą nazwaliśmy Białą Atlantydą. To coś poruszało się z prędkością około dwóch-trzech węzłów w kierunku Cieśniny Beringa, i jak nie zmieniło kursu, to może to jeszcze złapiecie przed cieśniną. I nie dziwię się, że nasza prasa nazwała to powrotem Godzilli. To rzeczywiście tak wyglądało! To co, zaczynamy poszukiwania? – to powinno być gdzieś niedaleko!

Japończycy znowu porozumieli się wzrokiem.
- Dziękujemy wam za te informacje Daniel-san – rzekł komandor. – Oczywiście poszukamy tego czarnego bloba. Ale na razie mamy coś ważniejszego na głowie. I dlatego właśnie prosimy was o pomoc.
Poczułem nieprzyjemny thrill na plecach. To mi się nie podobało. Co oni mieli takiego w zanadrzu?

- Chodzi o to, żebyście pomogli nam w poszukiwaniach Godzilli. Nie żartuję. Właśnie Godzilli. Tylko że to nie jest mityczny potwór, ale kodowe nazwanie jednej z największych japońskich tajemnic II Wojny Światowej. Chodzi o ładunek przewożony przez nasz okręt podwodny I-67, który zaginął na Pacyfiku w dniu 6 grudnia 1941 roku. W przeddzień naszego ataku na Pearl Harbor! 

CDN.

środa, 4 lutego 2015

I powróci Godzilla... (6)


VI


Następne piętnaście minut poświęciliśmy na obserwację „węża morskiego”, który oddalał się coraz bardziej na południe, w kierunku Cieśniny Beringa. Wreszcie straciliśmy go z oczu. Juliusz Verne pisząc w 1900 roku swoją powieść „Les Histoires de Jean-Marie Cabidoulin”  umieścił nie bez kozery jej akcję właśnie tutaj. Teraz miałem co do tego absolutną pewność… 
- Jaka szkoda, że Gessner czy Olaus Magnus nie żyją – powiedziałem – oddaliby duszę diabłu za to widowisko!
- Czyli jednak średniowieczni kosmografowie mieli rację – odparła Krystyna – wszak właśnie widzieliśmy coś, co można podciągnąć pod każde z opisywanych przez nich stworów, jak choćby węża morskiego czy utljevita…
- No, utljevit to było coś w kształcie mozozaura… - mruknąłem – coś o tym wiem…
Przypominały mi się wakacje kilka lat temu, kiedy to poznałem Krystynę z którą potem związał mnie kapryśny los. To spotkanie rozpoczęło najcudowniejszy rozdział mego życia…
Spojrzałem z ukosa na Krystynę. Uśmiechała się.
- Wracamy? – zapytała.
- Nie, pójdziemy w przeciwną stronę, bo chciałbym zobaczyć, co widać z tamtej góry.
- Aha, masz rację – skinęła głową twierdząco – faktycznie, coś tam może być…
Przekazałem nasze spostrzeżenia kapitanowi przez nasze walkie-talkie. Nie powiedziałem jednak ani słowa o dostrzeżonym przez nas zjawisku. Pokwitował i powiedział, że udało się nawiązać łączność z ratownikami i pomoc już płynie. Odpowiedziałem, że idziemy rozejrzeć się w tutejszych górach i potrwa to jakieś trzy godziny. A potem ruszyliśmy po stosunkowo gładkim lodzie. Ominęliśmy samolot i poszliśmy w kierunku widocznych wzniesień. Nazwanie ich górami byłoby eufemizmem, ale na oko wznosiły się na jakieś 200 – 300 metrów nad poziom tego lodowego płaskowzgórza.

- Wiesz, co mi to przypomina? – zapytała Krystyna.
- To już jest dobrze, jak ci to cośkolwiek przypomina – odparłem. – A co?
- Białą Atlantydę z powieści Kena Folletta „Lód”, no nie?
Faktycznie, miała absolutną rację.
- Tylko że to była góra antarktyczna, a ta jest w Arktyce.
- Wiem, ale tak mi się to skojarzyło - mruknęła.
- A swoją drogą wyobraź sobie, że dawno temu, kiedy była na Ziemi „Mała Epoka Lodowa” w XVII czy XVIII wieku, od Antarktydy oderwała się ogromna góra lodowa i popłynęła na północ. Najpierw z Prądem Peruwiańskim, a potem przepłynęła przez równik i znalazła się w zasięgu jakiegoś prądu wiodącego na północ. No i trafiła do Cieśniny Beringa, a potem wiatry z południa wypchnęły ją na Ocean Arktyczny, gdzie dryfuje tutaj jak Latający Holender na wieki wieków…
- Amen… - dokończyła Krystyna – starczy, masz fantazji za dwóch. Marnujesz się jako dziennikarz! A swoją drogą musiałaby mieć powierzchnię co najmniej równą powierzchni Polski, albo więcej, żeby nie stopić się w czasie tego marszu przez Pacyfik…
- A może wcale nie płynęła przez Pacyfik, tylko przez Atlantyk? Najpierw wzdłuż wybrzeży Afryki, potem z Golfstromem na północną półkulę i powoli roztapiając się w kierunku Oceanu Arktycznego. Niechby stopniała jej połowa, to i tak to, co pozostało…
Krystyna zastanowiła się na moment.
- A wiesz, że może masz rację?
- Hmmm… Bo to najciekawiej brzmi. Stąd właśnie te wszystkie pojawiające się i znikające jak widma „ziemie” i „wyspy”, które obserwowano w XVIII i XIX wieku. Część z nich się roztopiła wreszcie, a nasza Biała Atlantyda jeszcze się kręci wokół Bieguna…

Doszliśmy wreszcie do podnóża pierwszej góry. Było to właściwie wzniesienie składające się z brył czystego lodu pokrytych tu i ówdzie śniegiem. Słońce zapalało wewnątrz niego niebieskie i zielonkawo-niebieskie błyski, które czasami rozszczepiały się na plamy tęczowego, nieziemskiego światła. Krystaliczny poemat zatopiony w lodzie. Gra świateł, kolorów i cieni sprawiała niesamowite wrażenie. Szliśmy powoli trzymając się za ręce, zachwyceni nieoczekiwanym widokiem. Arktyka miała jednak swoje uroki i nieoczekiwane piękno! Obeszliśmy mniej więcej połowę podstawy chełmu i naszym oczom ukazała się druga górka. Też krystaliczna i z przeźroczystego lodu. Ale jej krystaliczna czystość zaburzała czarna plama znajdująca się pomiędzy wzgórzami. Spojrzeliśmy na nią i poczułem, jak zamiera mi tętno.

- O matko… - szepnęła Krystyna.
- To nie może być… - odpowiedziałem jej – a jednak jest…
Czarna plama miała kształt dużego i ciężkiego, czterosilnikowego samolotu. Takiego, jakimi odbywało się przeloty transatlantyckie przed epoką odrzutowych stratolinerów. Spojrzeliśmy na nasze pobladłe nagle twarze.
- Ślizgiem – szepnąłem.
Ślizgając się na butach pokonaliśmy dystans dzielący nas od wraku samolotu. Bo to, że to był wrak było pewne. Jego skrzydło było złamane, podwozie zaryte w lodzie, a śmigła odłamane.
Poczułem nagły chłód. Jeżeli moje domysły były słuszne, to w samolocie powinny być zwłoki co najmniej kilku lotników… Bałem się tego, że je zobaczę.
- Co to za maszyna? – zapytała Krystyna. – Znasz ten typ?
- Chyba jeszcze sprzed drugiej wojny światowej – odpowiedziałem – i to z okresu pierwszych lotów transarktycznych z ZSRR do USA. To jest chyba Douglas DB model A…
- DB-A? Jesteś pewien?
- Zgaduję. Ale zaraz…
Spojrzałem na kadłub maszyny. Na oblazłej farbie widać było wielką czerwoną gwiazdę i niegdyś białe litery układające się w napis CCCP H-209.
Poczułem jak robi mi się gorąco z emocji.
- Wielkie nieba! – szepnąłem – to niewiarygodne.
- Co jest niewiarygodne? – zapytała Krystyna przyglądając mi się bacznie.
Zrobiłem dwa szybkie wdechy, by się uspokoić.
- A to, że znaleźliśmy miejsce wiecznego spoczynku Zygmunta Lewoniewskiego i jego pięciu towarzyszy!

Krystyna milcząc patrzyła na mnie wyczekująco.
- Rzeczywiście, masz rację – przytaknęła spokojnie.
- O matko! Nie rozumiesz?
- Nie za bardzo, nie znam tak dobrze historii jak ty.
Faktycznie. Przecież była Kosmitką w ludzkim ciele. Mogła tego nie wiedzieć, w końcu to był tylko drobny epizod w historii planety…
- Zygmunt Lewoniewski był radzieckim lotnikiem pochodzenia polskiego.  Od 1934 studiował w Akademii Sił Powietrznych imienia Żukowskiego. Był pierwszym pilotem, który opracował plan przelotu z ZSRR do USA ponad Biegunem Północnym. 3 sierpnia 1935 z dwoma innymi lotnikami Bajdukowem i Lewczenko podjął pierwszą w historii próbę przelotu samolotem ANT-25 z Moskwy nad Biegunem Północnym do San Francisco, jednakże na skutek awarii silnika lot został przerwany nad Morzem Barentsa. Latem 1936 wyjechał do USA, gdzie zakupił wodnosamolot Vultee V-1A, którym następnie w dniach 5 sierpnia - 13 września 1936 przyleciał z Los Angeles przez San Francisco, Uelen, Jakuck i Swierdłowsk do Moskwy. Wiosną 1937 testował w Sewastopolu zakupione w USA samolot-amfibię S-43 i łódź latającą Douglas DF. A teraz o jego ostatnim locie: 12 sierpnia 1937 podjął próbę przelotu czterosilnikowym samolotem DB-A numer N-209 – masz go teraz przed sobą, z Moskwy nad Biegunem Północnym do Fairbanks w USA, jako dowódca załogi, z 5 innymi lotnikami na pokładzie. 13 sierpnia 1937 o 13.40 samolot przeleciał nad biegunem, lecz o 14.32 załoga doniosła o zatrzymaniu się prawego skrajnego silnika, po czym samolot zaginął bez wieści i nie został odnaleziony. Prawdopodobnie uległ katastrofie przed brzegami Alaski, w bezskutecznych poszukiwaniach wziął udział także James Mattern – jak twierdzi Wikipedia. I to się zgadza – quod erat demonstrandum – zakończyłem wskazując szerokim gestem wrak samolotu przed nami.
- Niesamowite… - szepnęła Krystyna – to jak dotknięcie historii…
- A tak – przyznałem – a wiesz, co w tym jest najciekawsze?
- No?
- To, że Zygmunt Lewoniewski miał brata – Józefa, który też był lotnikiem i też zginął w wypadku lotniczym. 11 września 1933 Józef Lewoniewski podjął z podpułkownikiem obserwatorem Czesławem Filipowiczem próbę pobicia międzynarodowego rekordu długości lotu w linii prostej bez lądowania dla samolotów turystycznych I kategorii, na trasie Warszawa - Kazań – Swierdłowsk – Omsk – Krasnojarsk, na specjalnie przerobionym samolocie PZL-19, miał on dodatkowe zbiorniki z paliwem, ze znakami SP-AHH. Po ośmiu i pół godzinach lotu, w wyniku silnej turbulencji w chmurach, samolot doszło do przeciągnięcia i wejścia w niezamierzony korkociąg, a po wyprowadzeniu tuż nad ziemią, uderzył jednak skrzydłem o ziemię i rozbił się we wsi Zasurskoje koło Jadrina, pod Kazaniem. Pilot Józef Lewoniewski zginął, a drugi członek załogi został lekko ranny. Zbiegiem okoliczności, wypadek miał miejsce dokładnie rok po wypadku śmiertelnym Żwirki i Wigury.
- No to rzeczywiście jest ciekawe – Krystyna ruszyła w dalszy obchód wraka potężnego samolotu. Pomóż mi.
- Co chcesz zrobić? – zapytałem.
- Zajrzeć do środka – odparła – podsadź mnie.
Podeszliśmy dzioba samolotu. Podsadziłem Krystynę, która spojrzała do kokpitu.
- I co? – zapytałem.
- I… i nic – odpowiedziała zdumionym głosem – nie ma tam nikogo.
Zeskoczyła z moich ramion.
- Zobaczymy, może w burcie jest jakiś właz – zaproponowałem.
Obeszliśmy wrak jeszcze raz, tym razem od lewej burty. I rzeczywiście, drzwi znajdowały się tam, gdzie przewidziała Krystyna. Ująłem za klamkę i po krótkiej szarpaninie stanęły otworem. Omiotłem spojrzeniem wnętrze maszyny – było puste. Przez kilka minut przeszukiwaliśmy wnętrze wraka. Po załodze nie było żadnego śladu.
- Wygląda na to, że wyszli z samolotu i poszli szukać pomocy… - zakonkludowała Krystyna.
- Na to wygląda… - powiedziałem w zamyśleniu. Naraz olśniła mnie myśl.
- Wiesz co? – rozejrzyjmy się tam jeszcze raz, może pozostawili jakąś notkę dla ewentualnych znalazców samolotu, no nie?

Przeszukaliśmy kokpit i po minucie Krystyna trzymała w ręku notes w czarnej, skórzanej oprawie. Wyszliśmy na zewnątrz. I w tym samym momencie oderwał się radiotelefon. Wśród ulewy trzasków usłyszeliśmy głos kapitana wzywającego nas do powrotu na pokład Airbusa. 

CDN.

wtorek, 3 lutego 2015

I powróci Godzilla... (5)


V

Samolot powoli wspiął się na wysokość 12 kilometrów i poleciał w kierunku na północ północny-zachód, a rychło japońską pstrokaciznę Honsiu zastąpił szary błękit oceanu przerywany tu i ówdzie bielą obłoków. Bez problemów dotarliśmy do Anchorage, gdzie mieliśmy międzylądowanie i tankowanie. Wysiadło kilka osób, dosiadło kilka nowych. Samolot pokołował na pas, a ja zamknąłem oczy i oddałem się błogiemu drzemaniu. Po kilku minutach znowu byliśmy w powietrzu. Samolot skręcił w lewo i nabierając wysokości wziął kurs w kierunku Bieguna.

Śniło mi się, że jestem w moim rodzinnym mieście i uciekam przed biznesmenem-gangsterem, który trząsł nim i najbliższą okolicą. Miał on na swe usługi cała armię zbirów, ale wszystkie swe zbrodnie wykonywał poprzez osoby trzecie nie mające niczego wspólnego z nim i swymi ofiarami. I co jeszcze – wykonywał to tak, by potem można było łatwo wyeliminować niewygodnego świadka w sposób także nie rzucający nań żadnego cienia…

Udało mi się go zdemaskować i wykazać jego parszywe zamiary, ale na drodze stanął mi jeden z jego drabantów i wpakował mi cały magazynek w pierś. Umierając zastanawiałem się, jak to możliwe, że ów profesor zbrodni, jak go w myślach nazwałem, dowiedział się, że go zdemaskowałem. Ktoś pochylił się nade mną, usłyszałem jakiś świdrujący krzyk. Poczułem potężne szarpnięcie (więc to tak się umiera? – pomyślałem) i … otworzyłem oczy.

W tej samej chwili poczułem potężne szarpniecie i zanik grawitacji. Wiedziałem, co to oznacza. Samolot przepadał w jakiejś cholernej dziurze powietrznej. Odruchowo zapiąłem pas i rozejrzałem się dookoła. W kabinie rozległo się wycie silników, stewardessa mówiła coś, czego nie rozumiałem. Znowu szarpnęło nami, ale łagodniej, jakby potężna dłoń złapała spadający samolot i łagodnie utrzymała w powietrzu. Wyjrzałem przez okno – na zewnątrz widziałem tylko jednolitą biel. A przecież powinno było widać morze? – pomyślałem.

Jeszcze kilka potężnych wstrząsów i samolot dotknął kołami lodu. Usłyszeliśmy wrzask dartego metalu, zatrzęsło nami febrycznie, wreszcie coś huknęło i szarpnęło nami do przodu, ale to tak, że myślałem, że do końca życia będę miał osią talię, albo że pas przetnie mnie na połowę. Jeszcze dwa szarpnięcia i nastała cisza. Światła pogasły, ale i tak było jasno, bowiem trwał długi, polarny dzień. Ludzie powoli zbierali się z foteli, oddychali z ulgą i brali się w garść. Niektórzy płakali, niektórzy śmiali się histerycznie. A my milczeliśmy. W pewnym momencie poczułem, jak wzbiera we mnie wściekłość. Dwa wypadki lotnicze w ciągu paru tygodni, to było za wiele nawet jak na nas.
- Żyjemy? – Krystyna powiedziała to tonem twierdzącym.
- Żebyś wiedziała – odparłem – nie uważasz, że historia się powtarza?
- Uważam – skinęła głową – jak się czujesz?

Jak zawsze sprowadziła mnie na ziemię. Zastanowiłem się na chwilę. Trochę bolał mnie brzuch przyduszony pasem, ale poza tym było właściwie wszystko w porządku.
- OK. A ty?
- Też w porządelu – mruknęła. – Ciekawa jestem, jak reszta?
Rozpięła pas i wstała rozglądając się po kabinie. Otworzyła schowek i wyjęła z niego nasze puchówki. Włożyła na siebie swoją i podała mi drugą, poczym zatrzymała przechodzącą właśnie obok nas stewardessę.
- Kaiko-san, kochanie – powiedziała swym najbardziej uspokajającym głosem – powiedz mi, czy piloci żyją?
- Hai – Japonka skinęła głową – to w ogóle jest cud, że nikomu nic się nie stało…
- A czy został nadany sygnał wezwania o pomoc? Mayday?
- Zapewne tak – Kaiko-san uśmiechnęła się do nas.
Miała nerwy. Nie wiem, jak ja bym się zachował na jej miejscu…
- Chcemy rozmawiać z kapitanem – powiedziała Krystyna znanym mi hipnotyzującym tonem – zaprowadź nas do niego, bardzo cię proszę... Chcemy wam pomóc.
- OK., proszę za mną – Kaiko odwróciła się i ruszyła w stronę kokpitu, a my za nią.

- Co ty jej zrobiłaś? – zapytałem Krystyny.
- Nic, lepiej popatrz na nasze kurtki to zrozumiesz, dlaczego.
Spojrzałem – na lewej piersi mieliśmy naszyte logo japońskiego programu antarktycznego… - co wynikało z napisu wykonanego katakaną i po angielsku otaczającego sylwetkę zarysów Szóstego Kontynentu. Ktoś zapomniał je odpruć, zanim nam je sprezentował. Zrozumiałem – Kaiko wzięła nas za jakichś polarników.

Przeszliśmy przez całą długość samolotu aż do kabiny pilotów. Kaiko powiedziała coś do mikrofonu i masywne drzwi otworzyły się. Stanął z nich niewysoki mężczyzna w mundurze z czterema złotymi paskami na pagonach. Kapitan tego Airbusa. Przedstawiliśmy się mu i powiedzieliśmy, z czym przyszliśmy. Chodziło nam przede wszystkim o nasze położenie geograficzne.
- Ostatni odczyt z GPS mieliśmy parę minut temu – rzekł kapitan – i jesteśmy niemal dokładnie na 77˚ N i 150˚ E. Nadałem sygnał Mayday i czekamy na pomoc – uśmiechnął się niewesoło.
- To było wspaniałe lądowanie – powiedziała Krystyna – mało brakowało, a byśmy…
- Dziękuję – Japończyk skinął jej głową – ale padło nam całe zasilanie. Nadawaliśmy, póki samolot był w powietrzu, a potem… No jednym słowem nikt nie potwierdził odebrania sygnału.
- Aha, to jest ten ból – pomyślałem. – Oczywiście po kilku godzinach ktoś się zorientuje, że nasz lot nie odpowiada i zaczną się poszukiwania, ale w tym czasie może się zdarzyć wszystko.
- Panie kapitanie – rzekłem – musimy wyjść na lód i zobaczyć, jak przedstawia się sytuacja. No i w razie czego wezwać pomoc przy pomocy flar. Jak wyglądało morze z góry?
- Była tylko ta kra na której usiadłem – odpowiedział – i tyle o niej wiem, a dalej wokoło było czyste morze. Pan wie, efekt szklarniowy – uśmiechnął się samymi oczami.
- Niezła kra – uśmiechnąłem się także – raczej małe pole lodowe.
- Owszem, ma pan rację Daniel-san, ale nasz samolot już stąd nie odleci – rzekł z determinacją w głosie – oberwałem koła. Inaczej toczylibyśmy się trzy-cztery kilometry… A tutaj są także góry – wskazał w głąb kokpitu.

Rzuciłem tam okiem. Za przednią szybą widoczne były ostre, lodowe wzniesienia. Kapitan musiał być dobrym pilotem, skoro udało mu się zatrzymać samolot przed nimi. Zimno mi się zrobiło na myśl, co by się stało, gdyby nie zahamował. Byłaby masakra, z której nikt nie wyszedłby żywy. Powiedziałem mu to. Skłonił głowę ze skromnością.
- Co się właściwie stało? – zapytała Krystyna.
- Coś, o czym tylko słyszałem w opowiadaniach moich kolegów po kilku ciawdanach sake – rzekł. – Odwrócony komin. Silny prąd zstępujący ze stratosfery. Taki powietrzny wodospad. Zdarza się bardzo rzadko, ale się zdarza, co mieliśmy na załączonym obrazku.
Wymieniliśmy z Krystyną spojrzenia. To mogło tłumaczyć także katastrofę Italii 2...
- A jednak zasługuje pan na wszelkie pochwały! – powiedziałem z emfazą.
Uśmiechnął się znowu.
- Lata wprawy i… fart – odparł i zmienił temat. – A zatem idziecie na zwiady? To dobrze, za to my zabieramy się za przegląd generatora i akumulatorów, może uda się uruchomić choć radio.

Wyszliśmy z kabiny pilotów, a Kaiko odprowadziła nas do wejścia. Po krótkim mocowaniu się z zamkami udało się jej otworzyć drzwi samolotu. Kapitan mówił prawdę – do lodu pozostało tylko półtora metra. Kadłub maszyny wrył się w miękki w tym miejscu lód i można było wchodzić na niego i schodzić bez problemu. Po chwili zeskoczyliśmy na podatną powierzchnię i spojrzeliśmy w górę. Kaiko stała w otwartych drzwiach samolotu. Pomachaliśmy jej rękami, a Krystyna pokazała jej pięść z uniesionym kciukiem. Kaiko odpowiedziała jej gestem OK., i zamknęła ciężkie drzwi. W oknach widzieliśmy wystraszone twarze ludzi. Pomachaliśmy im także i po chwili zostaliśmy sami na lodzie.

- Gdzie idziemy? – zapytała Krystyna.
- Przede wszystkim zobaczyć, co z maszyną – odparłem.
Obeszliśmy dookoła wrak Airbusa. Poza urwanymi kołami i uszkodzonymi płatami z gondolami silników kadłub wydawał się szczelny i nieuszkodzony. Przekazałem tą wiadomość pilotom przez kieszonkowe walkie-talkie. To ich najwyraźniej ucieszyło, bo zwiększało naszą przeżywalność w razie dłuższego pobytu na krze. Naszą i stu siedemdziesięciu osób na pokładzie stratolinera.
Potem skierowaliśmy się w stronę z której przylecieliśmy. Jaskrawe polarne słońce świeciło całą dobę, więc mieliśmy z głowy jeden problem – oświetlenia. Dobre i to. Temperatura wynosiła jakieś pięć stopni poniżej zera i nie czuło się zimna. Nie było też dokuczliwego, arktycznego wiatru, co uznałem za dobry omen. Nie grozi nam śmierć z wychłodzenia. Przynajmniej na razie…

Ruszyliśmy w kierunku, który wskazał nam ogon samolotu. Po przejściu kilometra zauważyliśmy, że ślady rycia się skończyły. A zatem to tutaj nastąpiło zetknięcie się kadłuba Airbusa z lodem. Spojrzeliśmy w kierunku przylotu. Krawędź pola lodowego była kilkadziesiąt metrów od nas. Podeszliśmy szybko ku niej i…

Krawędź nie była krawędzią, ale wysoką przepaścią urywającą się dzikimi skokami ku granatowym wodom Oceanu Arktycznego. Właściwie granatowe, to one były jakieś pół kabla od lodowego brzegu, bliżej woda miała wszystkie odcienie turkusa i akwamaryny.
- O jasna dupa – wyrwało się Krystynie.
- Będzie z jakieś trzydzieści metrów, no nie? – zapytałem.
- Obojętnym bykiem – odparła Krystyna z podziwem lustrując biało-niebieski klif.
- No, a to jest tylko jedna dziesiąta tego, co jest pod wodą. Tu jest co najmniej trzysta metrów lodu w głąb.
- Ale też głębokość sięga tutaj czterech i pół tysiąca metrów – Krystyna wzruszyła ramionami.
- Wniosek stąd taki, że jesteśmy na ogromnej stołowej górze lodowej – stwierdziłem.
- A zatem trudno będzie podjąć stąd ludzi – podsumowała. – Trzeba będzie użyć helikopterów. Wracajmy powiedzieć pilotom, żeby ostrzegli ratowników.
- O ile mają łączność – dodałem.
- O ile mają łączność… - westchnęła.

Objąłem ją i przez chwilę patrzyliśmy sobie w oczy.
- Dobrze mieć w takiej chwili przy sobie kogoś takiego, jak ty – powiedziałem i pocałowałem ją w usta.
Uśmiechnęła się.
- Wiesz co? Jak to wszystko się skończy, to zaszyjemy się na jakimś zadupiu i nie wypuszczę cię z łóżka przez tydzień. Będziesz miał przerwy tylko na jedzenie i kąpiel – od czasu do czasu. Zgadzasz się?
- Chorego pytają – odpowiedziałem i roześmialiśmy się, jakby niebezpieczeństwo nagle znikło. 
Naraz jej twarz spoważniała.
- Spójrz tam – wskazała na coś ręką za moimi plecami – a cóż to takiego?
Odwróciłem się i powiodłem wzrokiem wzdłuż jej ramienia, które wskazywało na coś znajdującego się na wodzie jakieś dwieście, może dwieście pięćdziesiąt metrów od lodowego brzegu.

Wyglądało to, jak przemykający się tuż pod powierzchnią wody grzbiet jakiegoś bardzo długiego stworzenia. Drobne fale rozbijały się o to coś, ale ten przedmiot nie zostawiał za sobą ani odkosów ani kilwateru, a mimo to poruszał się tuż pod wodą…
- Okręt podwodny? – Krystyna rzuciła przypuszczenie niepewnym tonem – albo stado delfinów.
- Odpada – odparłem – podobnie jak foki, morsy czy wieloryby.
- Ławica ryb?
Pokręciłem głową. Gdyby była to ławica ryb, to z pewnością towarzyszyłyby jej ptaki czy inne zwierzęta się nimi żywiące.
Tymczasem tajemniczy obiekt dalej gładko przesuwał się pod wodą.
- Teraz wiem, skąd się wzięła gadka o wężu morskim – stwierdziła.
- Albo o Godzilli… - powiedziałem ze śmiechem i naraz wesołość mi przeszła. Spojrzeliśmy sobie w oczy.

- Idę o zakład, że to właśnie tego poszukują w tych wodach nasi japońscy przyjaciele z S³ - powiedziałem tonem absolutnej pewności. – Przecież oni poszli śladami Juliusza Verne’a!  Według niego, to właśnie w polarnych morzach rosyjscy, amerykańscy, kanadyjscy i japońscy ludzie morza widywali te stwory!

CDN. 

poniedziałek, 2 lutego 2015

I powróci Godzilla... (4)


IV

Leżeliśmy w kojach. Byliśmy solidnie zmęczeni tym wszystkim. Okręt kołysał się na fali, jak martwy wieloryb. Maszyny nie pracowały i wyglądało na to, jakby Japończycy na kogoś czy coś czekali. Po przepytaniu nas o wyprawę Italii 2 podziękowali, ukłonili się nisko i wyszli. Dziewczyna z automatem znikła sprzed naszych drzwi, widocznie uznali, że jesteśmy nieszkodliwi. Dobre i to. I tak nie przedstawialiśmy żadnego zagrożenia w naszym stanie zdrowia. Na zakończenie tego nieformalnego przesłuchania Sato dał mi kartkę – była to radiodepesza z Tokio. Stało w niej, że ambasada polska została powiadomiona przez władze japońskie o nas i naszej sytuacji i że zostaniemy odtransportowani do Japonii  statkiem RV Kaio Maru 22. To było pocieszające, bo potrzebowaliśmy dokumenty i pieniądze na powrót do kraju. Cholerna „bitwa bez łez” – pomyślałem ponuro, bo bilans zysków i strat był na korzyść tych drugich. Po jakiejś godzinie zmęczenie wzięło górę i zasnąłem.

* * *

Obudził mnie jakiś ruch i dźwięk. Poczułem delikatną wibrację, która zastąpiła lekkie kołysanie. Zrozumiałem natychmiast – ruszyły silniki, których pomruk dotarł do moich uszu. A potem poczułem ból odmrożonych miejsc. Cholerny ból, niemal niemożliwy do uśmierzenia. Jęknąłem.
- Jak się czujesz? – usłyszałem głos Krystyny.
- Paskudnie – odpowiedziałem.
- Normalka, jeszcze trochę pocierpisz – odparła i zadzwoniła po pielęgniarkę.

Pani Azumi zjawiła się niezwłocznie ze strzykawką w ręku i wpuściła z niej do kroplówki kilka centymetrów sześciennych jakiegoś płynu.
- Co to jest? – zapytałem.
- Środek przeciwbólowy – i wymieniła jego nazwę, która była zbyt zawiła, bym ją zapamiętał. – A teraz pan zaśnie.
I faktycznie, po kilku minutach usnąłem.

Następnego dnia obudził mnie huk silników i charakterystyczny wizg turbin śmigłowca. Potężny Sikorsky wylądował bo hałasy uspokoiły się po minucie. A w kwadrans później do naszej szpitalnej kabiny weszła znajoma postać komandora Sato i drugiego mężczyzny, w którym z radością rozpoznałem Hidekiego Kosaurę – mojego japońskiego korespondenta i ufologa, z którym wymieniałem materiały od kilkunastu lat. Usiadłem na łóżku, by go przywitać.
- Macie państwo gościa – oznajmił komandor i wyszedł.
- Pozdrowienia od profesora Milczarka – rzekł pan Kosaura ściskając nam dłonie i wymieniając znaczące spojrzenia.
Zrozumiałem – Komitet Dziewiętnastu upomniał się o nas.
- Jak się czujecie? – zapytał.
- Prawie OK. – odpowiedziałem – odmrożenia goją się długo, ale nie jest aż tak tragicznie, jak myślałem.
- To bardzo dobrze. Profesor prosił mnie, bym z wami przeprowadził małe interview w tej sprawie.
- Katastrofy? – zapytała Krystyna – przecież już wszystko powiedzieliśmy i niewiele mamy do dodania.
- A jednak jest pewien punkt wyjątkowo niejasny – odparł pan Kosaura - a mianowicie: jakim cudem wyłowiono was tak daleko od miejsca katastrofy?

Wymieniliśmy z Krystyną spojrzenia. To był rzeczywiście niejasny punkt. Krystyna, podobnie jak ja nie pamiętała niczego, co było bardzo dziwne zważywszy fakt, że była ona Kosmitką w ludzkim ciele. I to było dla mnie najbardziej niezrozumiałe.
- Oficjalnie jestem tutaj jako pracownik rządowy, z ramienia komisji badającej wypadki lotnicze – powiedział pan Kosaura – poza tym tymi informacjami są zainteresowani i inni ludzie, dlatego muszę was stąd zabrać do Anchorage, a dalej do Tokio. Możecie mi powiedzieć, co tam się stało?

Spojrzeliśmy znowu po sobie. Czuliśmy się już na tyle dobrze, że mogliśmy lecieć.
Zaczęła Krystyna.
- Ja niewiele mam do powiedzenia. W momencie katastrofy byłam w kabinie ogólnej i grałam z brydża z Giną Cavallini, Mario Matteotim i Håkanem Ottarsenem. Nawiasem mówiąc, prawie mi karta podżarła – jak to się u nas mówi – i rozgrywałam szlema w bez atu, kiedy naraz poczułam, że dzieje się coś dziwnego.
- A mianowicie, co?
- A to, że poczuliśmy, jak pokład umyka nam spod nóg, a to oznaczało, że lecieliśmy w dół i to bezwładnie. Potem usłyszałam straszliwy trzask i straciłam przytomność… Ocknęłam się leżąc na lodzie. Parę metrów ode mnie leżał Daniel. Miał na sobie tylko spodnie, buty i sweter. A ja miałam na sobie jego puchatkę. Jak to się stało, to nie mam zielonego pojęcia. Daniel był nieprzytomny, a ja obolała. Podczołgałam się do niego – byłam bardzo słaba – i przytuliłam się do niego okrywając nas oboje puchatką, a potem miałam migotanie świadomości.
- Przepraszam Christine-san, co pani miała?
- Migotanie świadomości – rzekła Krystyna wyjaśniającym tonem – co parę godzin odzyskiwałam świadomość na chwilę i potem ją traciłam. Myślę, że to był skutek chłodu i czegoś jeszcze. Miałam w ustach wstrętny metaliczny posmak. Daniel leżał nieprzytomny obok mnie… - a właściwie nie, bo to przypominało jakiś bardzo głęboki sen czy katalepsję, letarg. Trudno powiedzieć. Oddychał równo i spokojnie, ale nie mogłam go docucić. Zresztą sama czułam się paskudnie. Potem ocknęłam się już na tym okręcie.
Zapadło milczenie. Pan Kosaura zastanawiał się przez długą chwilę.
- A pan, Daniel-san?
- Byłem w sterowni. Byli tam także Adrianna Nobile, no i Luigi Zampi przy sterach. W ogóle pani Nobile wezwała mnie do sterowni, bo zauważyła coś nietypowego.
Pan Kosaura ożywił się wyraźnie.
- Co to było takiego? – zapytał podekscytowany.
- Wał chmur idący od północnego-zachodu, a nawet nie wał, tylko taka… kolista formacja. To było w ogóle dziwne, bo pogoda była dobra, wiało umiarkowanie od południa, czyli od lądu. Barometr stał na 1000 hektopaskali, temperatura powietrza na tej wysokości wynosiła tylko -5 stopni Celsjusza. Niżej było cieplej. Na morzu widać było tylko duże placki kier i niewielkie growlery. 
- A z jakiej wysokości?
- Wysokość podróżna lotu wynosiła 10.000 stóp czyli jakieś 3000 metrów, wyżej latały międzykontynentalne odrzutowce, więc nie chcieliśmy ryzykować zderzenia. Robiliśmy jakieś 110 km/h.
- I wtedy lecieliście na trzech tysiącach?
Skinąłem potwierdzająco głową.
- I co było dalej?
- Spojrzałem na czytnik urządzenia GPS, jedynego nowoczesnego urządzenia w tym locie. Chodziło nam o to, by maksymalnie zbliżyć się do warunków TAMTEGO lotu i TAMTEJ wyprawy. Jak Andrée, jak Nobile czy inni polarni lotnicy. Zapamiętałem pozycję: 82˚30’ północ i 97˚01’ wschód. Wydawało mi się, że widzę na południowym zachodzie zarysy jednej z wysp Ziemi Północnej albo Wyspę Szmidta, ale nie byłem pewny. A potem stało się to, i to stało się nagle. Poczuliśmy gwałtowny skok sterowca w dół, ku morzu. Targnęło nami straszliwie, pokład uciekł nam spod nóg. Pani Nobile krzyknęła coś, co brzmiało jak „balast” i Luigi szarpnął za dźwignię awaryjnego zwalniania balastu. Nic to nie dało, spadaliśmy jak kamień, jak samolot w dziurę powietrzną. A wie pan, co w tym było najciekawsze?
- Słucham…
- To, że spadaliśmy prostopadle do ziemi. Jakby sterowiec wymodlił sobie od Pana Boga wyjątek spod prawa bezwładności. A przecież robiliśmy te 110 km/h i powinniśmy spadać po łuku. Nie lecieliśmy po łuku, a spadaliśmy bezwładnie jak kamień. Coś takiego widziałem tylko raz.
- O, a to ciekawe. Gdzie?
- W Tatrach Polskich, w dniu 11 sierpnia 1992 roku. Wtedy spadł tam helikopter tamtejszej górskiej służby ratowniczej, zabiło się czterech ludzi. Wtedy też ten helikopter spadł w Dolinę Olczyską tak, jakby był bezwładny. A przecież poruszał się z prędkością ponad 100 km/h! nawiasem mówiąc do dziś dnia nie wiadomo, co się tam stało…
- Mmmm… no tak. I co było dalej?
- Spadliśmy. Usłyszałem straszliwy trzask i huk gondoli uderzającej o wodę i lód. I to było wszystko. Straciłem przytomność i odzyskałem ją dopiero tutaj.
- Nie widzieliście czegokolwiek w powietrzu? Jakiejś rakiety, samolotu, czegoś nietypowego?
Pokręciliśmy przecząco głowami jak na komendę.
- A co powiedzieli pozostali załoganci? – zapytała Krystyna.
Pan Kosaura zafrasował się na moment.
- Sęk w tym, że to samo, co i wy. Czyli nic.
- A co z wrakiem sterowca. Rozumiem, że rozbiliśmy się o jakiś pływający lód, więc jakieś szczątki powinny na nim być, albo coś powinno wypłynąć po katastrofie, czyż nie?
Pan Kosaura ściągnął brwi. W tym geście było coś złowróżbnego.
- Rzecz w tym, Daniel-san, że poza rozbitkami nie znaleziono niczego. Nawet najmniejszego strzępu czy odłamka!

* * *
  
 Pożegnaliśmy się z panem Kosaurą, który odwiózł nas do małego ryokanu w Katsushika-ku. W porcie lotniczym Narita powitał nas przedstawiciel konsulatu, który załatwił nasze formalności paszportowe. Celnych nie musiał – nie mieliśmy niczego, nawet ciuchy mieliśmy pożyczone… Od razu skontaktowałem się z moją kancelarią Rosales & Rosales w Miami i dzięki temu spadły mi z głowy kłopoty finansowe. Następny dzień spędziliśmy na przesłuchaniach i w konsulacie, gdzie wreszcie wystawiono nam dokumenty powrotne. Mogliśmy wracać do domu.
- Jak lecimy? – Krystyna studiowała rozkłady lotów z Narity – przez Biegun i Kopenhagę czy przez Moskwę?
- Noooo… - zastanowiłem się na moment – mam ochotę na lot nad Biegunem. Byliśmy tam tak niedawno…
- Zgłupłeś? – zapytała z błyskiem w oku. – Jeżeli idzie o mnie, to nie mam ochoty na jakieś zimowanie na jakimś ice field.
Jakby przeczuwała!

Przekomarzaliśmy się, aż wreszcie udało się nam zamówić dwa bilety do Kopenhagi via Anchorage i przelot nad Biegunem. W dwa dni później pełni animuszu i radości, że wreszcie wracamy do domu weszliśmy na pokład Airbusa należącego do JAL. I o 16:00 znowu byliśmy w powietrzu…

CDN.


niedziela, 1 lutego 2015

I powróci Godzilla... (3)


III


Zapadła chwila milczenia. Przerwał je Sato.
- Czy mieliście jakieś dane po temu, by sądzić, że te wszystkie obiekty istnieją realnie?
- Ba! – odparłem - Ziemia Sannikowa jest jednym z wielkich nierozwiązanych problemów Arktyki. Jak dotąd, mimo najnowocześniejszych urządzeń i możliwości technicznych nie została ona odnaleziona, choć wiadomo, że ją widziano. Jak wiecie, 21 czerwca 1900 roku od przystani na Wyspie Wasilewskiej odbił parowo-żaglowy szkuner Zaria. Na jego burcie znajdowali się uczestnicy ekspedycji polarnej, której celem było odnalezienie zagadkowej Ziemi Sannikowa. Szefem ekspedycji był Eduard Wasiliewicz Toll, entuzjasta badań Arktyki. Była to dla niego już trzecia wyprawa na Archipelag Nowosybirski. W roku 1886, znajdując się na północnym brzegu wyspy Kotielnyj zobaczył on na horyzoncie „jasne kontury czterech stołowych gór”. Odległość do nich według Tolla, który oszacował ją na oko, wynosiła około 150 km. W roku 1893 uczony powrócił jeszcze raz do tej krainy, a znalazłszy się na Kotielnym popróbować dostać się po lodzie pieszo i z psim zaprzęgiem do tej nieznanej wyspy.

Przerwałem na moment i zwilżyłem sobie gardło. Japończycy milcząc czekali na ciąg dalszy.
- Ziemię Sannikowa widziało przed Tollem wielu ludzi. Legenda o wielkiej wyspie na Północnym Oceanie Lodowatym na której mieszkają ludzie i zwierzęta, rosną lasy, płyną rzeki, powstała w połowie XVII wieku. Zainteresowanie nią już to słabło, już to wybuchało z nową siłą. W latach 1808-1810 na Północy pracowała ekspedycja naukowa badająca przyrodę Wysp Nowosyberyjskich. Jej kierownikiem był sankt-petersburski uczony Matwiej Hedenstrom, który tutaj poznał syberyjskiego przemysłowca Jakowa Sannikowa. To właśnie on opowiedział uczonemu o tym, że niejednokrotnie obserwował z wyspy Kotielnyj wysokie skały nieznanej wyspy położone na północ od niej. Zaintrygowany Hedenstrom sam przeprowadził obserwację horyzontu przy pomocy lunety i także ujrzał na horyzoncie „niebieskawą linię, podobną do brzegów oddalonej wyspy”. Rysując już w Sankt-Petersburgu mapę archipelagu Wysp Nowosybirskich, Hedenstrom naniósł na nią także i Ziemię Sannikowa. Uwierzył w niej istnienie także i Eduard Toll. Uwierzył w to tak mocno, że za cel swego życia przyjął odnalezienie i opisanie tej „białej plamy”. Wiarę ta umacniały także opowieści miejscowych myśliwych i zbieraczy mamucich ciosów. Oni twierdzili, że na nieznaną wyspę po lodzie przechodziły renifery. Toll widział także sznury ich tropów na śniegach i lodzie. Po swej drugiej wyprawie na Północ, uczony przedstawił w Akademii Nauk plan nowej ekspedycji. A teraz coś dla pana, komandorze.
- A cóż to takiego?
- Ekspedycja zaginęła bez wieści. Niestety, szczęście opuściło członków tej wyprawy. Tej jesieni przyszło Zarii zimować u wybrzeży Tajmyru. Szkuner mógł zacząć i kontynuować swobodne pływanie na początku sierpnia następnego roku. Ekspedycja zapłynęła daleko na północ. Mała głębokość morza w tym przypadku wskazywałaby na to, że cel podróży jest bliski. Jednakże gęste mgły i napór lodów zmusiły Zarię do odpłynięcia ku Kotielnemu, gdzie szkuner stanął na kolejnym zimowisku. Wczesną wiosną 1902 roku, Toll nie chcąc tracić czasu przekazał dowództwo Zarii porucznikowi Matisenowi, a sam wraz z trzema towarzyszami przedsięwziął marsz po lodach na wyspę Bennetta, na północ od której – jak się przypuszczało – miał znajdować się nie odkryty ląd. Kiedy tylko jesienią morze było wolne od lodów, Zaria puściła się w dalszy rejs, ale rychło osiadła na mieliźnie. Ratownicy z trudem dopłynęli do Wyspy Bennetta na wiosnę 1903 roku. Znaleźli miejsce zimowania ekspedycji. W znalezionych zapiskach Toll narzekał na gęste mgły, ale w ostatnich akapitach pisał, że wszyscy są zdrowi, zamierzali pozostać tutaj jakieś 2-3 tygodnie i wreszcie, że zamierzają pójść na południe. Poniżej był wpisana data z listopada ubiegłego roku. Między innymi, ekspedycją ratunkową dowodził młody hydrograf Andriej Kołczak. Innych śladów ekspedycji nie udało się znaleźć – zaginęła bez śladu. Dokładnie tak, jak Ziemia Sannikowa, której od tego czasu już nikt nie widział...

Sato skinął głową.
- Znam tą historię, ale nigdy nie myślałem o tym w ten sposób – rzekł. – I co dalej z Ziemią Sannikowa?
Pociągnąłem tęgi łyk soku.
- Począwszy od lat 30. ubiegłego stulecia, akwen, na którym miałaby znajdować się Ziemia Sannikowa był dokładnie zbadany przez lodołamacze i polarne lotnictwo. Przy tej okazji nie dokonano żadnych sensacyjnych odkryć geograficznych. Ogromna i nieznana północna wyspa, na której „rosną lasy i płyną rzeki” dosłownie wyparowała. A przecież w jej istnienie wierzyło wielu entuzjastów badań i zagospodarowania Arktyki, ludzie bardzo doświadczeni, których nijak nie da się nazwać łatwowiernymi.
- A zatem czym można objaśnić tą masową łatwowierność? – zapytała Azumi.
Roześmiałem się.
- No, jakieś wyjaśnienie by się znalazło - rzekłem. – W roku 1945 załoga polarnego samolotu w składzie: kapitan Titłow i ówczesny porucznik a dziś generał i nestor rosyjskich nawigatorów polarnych Walentin Akkuratow lecąc nad oceanem na niedużej wysokości, odkryli na północ od Wyspy Wrangla nieznaną wyspę o długości 30 i szerokości 25 km. Lotnicy ustalili położenie geograficzne i sporządzili doniesienie naukowe o odkryciu nowej wyspy. Na pokładzie znajdowała się grupa uczonych, którzy podpisali się pod nim. Ale kiedy w dwa miesiące później lotnicy powrócili na to samo miejsce, by potwierdzić fakt odkrycia nowego lądu okazało się rychło, że wyspa... znikła! Wyspę tą odkryto ponownie po upływie roku, ale znajdowała się ona bardziej na północny-zachód, niż to podano w doniesieniu. Wyjaśniło się przy tym, że była to po prostu gigantyczna góra lodowa. Historia zna przypadki odrywania się gigantycznych gór lodowych od lodowego pancerza Grenlandii czy Antarktydy, więc zjawisko to nie jest aż takim ewenementem, jakby to sobie życzyli niektórzy żurnaliści z brukowych pisemek... Podobne „wyspy” odkrywali później także inni polarni lotnicy – zarówno Rosjanie, jak i Amerykanie i Kanadyjczycy.
- Czyli co z tego wynika? – znów zapytała Azumi.
- A zatem oznaczało to, że Ziemia Sannikowa była niczym innym, jak ogromnym konglomeratem gór lodowych – ale... Wszak Sannikow, Toll i inni widzieli tam skalne – nie lodowe, a skalne właśnie – masywy górskie i zamarznięte rzeki! Tego nie ma na górach lodowych! – To po prostu miraż! – odpowiadali sceptycy. Oczywiście wszędzie znajdują się naukowe niedowiarki, którzy zagadkę znikającej wyspy usiłują wytłumaczyć złudzeniem optycznym, iluzją psychiczną czy mirażem. No dobrze – niech im będzie miraż... OK., ale dlaczego w takim razie do tego „mirażu” zmierzały po lodach stada reniferów? Czyżby one też ulegały złudzeniu optycznemu czy psychicznemu omamowi???... Przyznaję, że to jest bardzo konkretny argument za istnieniem tej wyspy, bądź wysp, na tamtym akwenie.

Otworzyły się drzwi i wszedł młody chłopak, który podał Sato jakąś kartkę, zasalutował i wyszedł. Sato rzucił na nią okiem i położył ja na stoliku.
- Proszę, niech pan kontynuuje – powiedział.
- No i w zasadzie niewiele mam już do dodania. Już w okresie powojennym, profesor Stiepanow sformułował hipotezę o tym, że w Arktyce poza wyspami złożonymi ze skał i wysp konglomeratów gór lodowych, istnieje także jeszcze jeden swoisty typ wysp. Są to odłamy pancerza lodowego pochodzącego z północnej okołobiegunowej czapy lodowej pochodzące z czasów ostatniego zlodowacenia Vislan-Würm – od 70.000 do 10.000 lat temu. Na i w takich odłamach lodu mogły się nagromadzić warstwy gleby, które mogły zostać zabrane z kontynentu i szelfu, które były bardziej suche w tamtej epoce geologicznej. Jest to także do przyjęcia, że znajdowały się tam kamieniste wzniesienia z ogromnymi głazami, warstwami lodu i nawet roślinnością tundrową. Jednakże ich podstawą byłby kopalny lód. Niestety – lód ten podlegałby szybkiemu topieniu przez ciepły głębinowy prąd idący z Morza Łaptiewów na północny-wschód. W rezultacie tego wyspy zbudowane z kopalnego lodu powoli topnieją, jak kostka cukru rzucona do wody... Osobiście podzielam pogląd, że te wyspy mogły składać się z kopalnego lodu, który osiadł w dwóch miejscach położonych na północ i na północny – zachód od Wysp Nowosyberyjskich. To właśnie w jednym z tych miejsc w dniu 13 czerwca 1881 roku został zniszczony przez lody okręt wyprawy George’a Washingtona de Longa – przystosowaną do żeglugi w lodach kanonierkę USS Jeanette...
- Ale nie ma pan żadnych danych na ten temat?

Uniosłem brwi i na chwilę się zastanowiłem. Czyżby Sato nie wiedział niczego o wodach, na których prowadził swój okręt?
- Hipotezę tą doskonale ilustruje los Wyspy Siemienowskiej, odkrytej na Morzu Łaptiewów w 1815 roku – powiedziałem powoli i z namysłem. – Była to prawdziwa wyspa, pokryta warstwami lodu i tundrą pod którą znajdowały się kości mamutów i bawołów. Długość wyspy wynosiła 14, zaś szerokość 4,5 km. Wszystkie ekspedycje meldowały potem, że wyspa ta ustawicznie zmniejsza swe rozmiary. Znikła ona z powierzchni morza w roku 1936, a w roku 1950 pozostały z niej jedynie ledwie co widoczne rafy, natomiast w dniu dzisiejszym wyspa ta już po prostu przestała istnieć... Podobny los spotkał także Wyspę Wasilewską, która znikła w 1912 roku. Podobny los spotkał także wyspy Figurna, Merkuria i Diomidia oraz całą masę innych. Logicznym zatem byłoby dodać do tego spisu także Ziemię Sannikowa.
- A zatem ta wyspa mogła naprawdę istnieć – stwierdził Sato.
- Ba! Wyspa ta istniała realnie! Odkrywcy rosyjskiej Północy oglądali ją nieraz na własne oczy, ale nikomu nie udało się na niej postawić stopy. Ona rozpadła się pod wpływem głębinowego prądu ciepłej wody, bowiem podstawą jej istnienia był kopalny lód. Ziemia Sannikowa już nigdy się nie pojawi, ale pozostała jeszcze nazwa Cieśniny Sannikowa pomiędzy Wyspami Lachowskimi a Wyspami Anjou, rzeka na jednej z wysp Archipelagu Nowosyberyjskiego oraz mielizna na Morzu Wschodnio-Syberyjskim.

- A co ma do tego Pusta Ziemia? – zainteresował się Okimayo.
- Bo może jednak nie jest tak, jak twierdzą uczeni? Może szukają nie tam, gdzie trzeba? Poszukiwania przeprowadzone w 1931 roku, z pokładu sterowca LZ-127, który odbył 110-godzinny lot z Berlina via Leningrad do Wysp Nowosyberyjskich i z powrotem via Tajmyr do Berlina, nie dały żadnego zadowalającego rozwiązania tego problemu. Nie znaleziono ani Wyspy Sannikowa ani Wyspy Andriejewskiej... Żyjemy jednak w XXI wieku, kiedy to satelity przekazują obrazy Ziemi widzianej z Kosmosu, na której widać wszystkie obiekty naturalne i antropogeniczne z niespotykaną dokładnością. I dzisiaj znajdują się entuzjaści, którzy usiłują znaleźć to, na czym położyli krzyżyk naukowcy i politycy. Taka właśnie grupka entuzjastów zamierzała przedsięwziąć wyprawę w celu poszukania w Arktyce takich właśnie wysp z czwartorzędowego, a może nawet i trzeciorzędowego, lodu z dawnych Epok Lodowych i zbadania ich. Ta sama grupa pragnie odnaleźć także wejście do wnętrza Ziemi – o czym kiedyś pisał Władimir Obruczew w swej „Plutonii” – które miałoby się znajdować gdzieś pomiędzy wyspami Archipelagu Nowosyberyjskiego a Biegunem Północnym...
- To wy? – zapytała Azumi. – Co to jest „Plutonia”?
- To taki rosyjski Świat Zaginiony jak z powieści sir Arthura Conan Doyle’a z dinozaurami i rozumnymi owadami, tylko w rosyjskich i polarnych realiach. Bardzo ciekawa, bo wejście do niej lokalizowano właśnie w rejonie Wysp Anjou na tajemniczej Ziemi Nansena.
- A co z tą wyprawą? – zapytał Sato.

- Tamta wyprawa, jak już wiecie, była planowana przez Amerykanina Steve’a Curreya z Steve Currey’s Expedition Company w Provo, w Utah, i miała odbyć się na pokładzie rosyjskiego nuklearnego lodołamacza NS Jamał w dniach 26 czerwca – 19 lipca 2007 roku. Celem wyprawy jest także Biegun Północny oraz otwór do środka Ziemi, który według wiceadmirała Richarda Byrda oraz badacza Arktyki Olafa Jansena ma znajdować się w okolicy punktu oznaczonego współrzędnymi: 84˚24’ północ i  141˚ wschód... Jak już powiedziałem, wyprawa miała liczyć 100 członków i jej celem było dokonanie badań polarnej przyrody oraz potwierdzenie lub obalenie hipotezy Pustej Ziemi! Niestety, sprawa jak to mówią, nie wypaliła i dopiero wyprawa Italii 2 miała szanse na powtórzenie tej ekspedycji. I jak wiecie, niestety stało się inaczej…

CDN.