Powered By Blogger

niedziela, 26 lipca 2020

Czas kałamarnic


Kałamarnica z Morza Rossa

One są wielkie, one są śliskie, one są przerażające, one nigdy nie były widziane żywe – i jak donoszą nam teraz – one przejmują ten świat dzięki swej biomasie, która jest większa od biomasy całej Ludzkości. Richard Askwith pisze o tajemnicach wielkich kałamarnic, tajemniczych stworzeniach, które naraz zaczęły ukazywać się wszędzie.


***


Gdybyście szukali miejsca, w którym rozpocząłby się ostatni rozdział ludzkiej dominacji na tej planecie, to nie ma niczego, gorszego nad wybór Seven Mile Beach na Tasmanii. Znajduje się ona 10 mi/16 km na wschód od Hobart, do której pasuje bardziej nazwa Storm Bay – miejsce mroczno-ponure, uderzane przez wielkie fale oceaniczne, a którego ogrom pozwala nam na myśl, że nasze miejsce w wielkim schemacie rzeczy jest bardziej marginalne, niż się to nam wydaje.

Jest to szczególne, ponieważ to, co się wydarzyło tutaj dwa tygodnie temu (24.VII.2002 r.), a co znalazł tam przypadkowy jogger – resztki najprawdopodobniej ogromnego głowonoga. Nawet dla kogoś nieobeznanego z biologią morską odkrycie to będzie niebanalne: bestia o wadze 250 kg, o długości 15 m, mająca 8 potężnych ramion, oczy o rozmiarach spodeczków, papuzi dziób umieszczony centralnie oraz – co pewien obserwator napisał entuzjastycznie – przyssawki o wielkości opon ciężarówki.

Ale dla miejscowych naukowców, którzy przybyli na miejsce znalezienia potwora, to znaczyło więcej niż coś zwyczajnego. Ogromna kałamarnica, bardziej znana jako Kraken – jest jedną z najbardziej nieuchwytnych istot we Wszechoceanie. Marynarski folklor jest pełen relacji o tym straszydle atakującym wieloryby, zabierającym ludzi z brzegu, połykających statki przy pomocy swych 75-metrowych macek.[1] Ale jak to wynika relacji historycznych, tylko kilkaset okazów – albo bardziej adekwatnie – części tych okazów – ukazało się na światło dzienne, i dopiero w ubiegłym stuleciu nauka przyjęła ich istnienie do wiadomości. Znaleziska takie mają swą nadzwyczajną wartość. Naukowcy zajmujący się głowonogami – teutholodzy – odżywają w takich chwilach.

Kalmar na powierzchni morza

- To zdumiewające – mówi dr David Pemberton – starszy kurator przy Tasmańskim Muzeum i Galerii Sztuki, który przybył na scenę dokładnie kiedy był najwyższy czas by ratować delikatne pozostałości przed nadchodzącym przypływem i zakonserwować je do analizy i do publicznej ekspozycji. – Stoicie na brzegu i tak myślicie: to jest największy bezkręgowiec na Ziemi. I jest taki świeży: musiał się wyżywić w pobliskich wodach, i rozmnażać się także, wszak ma na sobie kieszonki na spermę oraz ślady po przyssawkach na głowie i szyi. Patrzyłem na to zwierzę i powiedziałem „To nam coś mówi”nieczęste są chwile takie jak ta.

Poza tym, w tych dniach tak być mogło. Sześć miesięcy wcześniej, inny niemal kompletny egzemplarz został wyrzucony na plażę – tym razem w Aberdeen.
- To jak wygrana na loterii – mówi Kelvin Boot z National Maritime Aquarium w Plymouth (gdzie stwór ten został w końcu zawieziony). Nie wierzyłem, że zobaczę coś takiego w moim życiu. To naprawdę może być pożywka dla mitologii.

Parę tygodni wcześniej, naukowcy z USA, Japonii, Hiszpanii i Francji donieśli o ośmiu oddzielnych obserwacjach w różnych częściach Wszechoceanu, osobniki nieznanego gatunku, który nie były gigantycznymi kałamarnicami – były długie na 7-8 m – więc bardzo dużymi kałamarnicami.
- Spotkałem wiele dziwnych i niezwykłych stworzeń – powiedział prof. William Sager z Texas A&M University, który obserwował jedno z nich pod wodą. Ale nigdy nie widziałem czegoś takiego, jak to stworzenie. Zawisło w wodzie patrząc na nas.  

Najbardziej rozreklamowana przez media „słoniowa” kałamarnica z La Jolla, CA może być prawdopodobnie przebita przez stwora złowionego w sieci przez hiszpańskich rybaków łowiących u wybrzeży Azorów. Aktualnie jest ona na widoku publicznym i stanowi żywy dowód na to, że gigantyczne kałamarnice nie są jedynie czczym wymysłem teuthologów.

Ale być mo0że najważniejszym odkryciem ze wszystkich znalezisk, było to z marca 2002 roku, jakieś 150 mn/~277 km na wschód od Nowej Zelandii. W tym czasie, kałamarnica o której mowa – jedna z 14! – została złapana w sieci rybackie, a był to młody osobnik, który urósł do kilku metrów długości w czasie kilku miesięcy i – co najciekawsze – był on żywy. Innymi słowy, była to pierwsza obserwacja żywej kałamarnicy olbrzymiej.

Czy tak może wyglądać Kraken?

Dr Steve O’Shea z National Institute of Water and Atmospheric Researches w Wellington, Nowa Zelandia poszukiwał tego stworzenia przez lata, wspierany sponsoringiem przez Discovery Channel.
- Odkrycie ich po tych wszystkich latach było czymś wspaniałym – mówi on. – Nikt nawet nie wiedział, jak one wyglądają kiedy zabieraliśmy się do pracy.

Nie zważając na paskudną reputację, jaką cieszyły się te przerażające, gigantyczne kałamarnice, dr O’Shea usiłował zbadać je w laboratorium. Padły po paru dniach, co było, jak powiada – Jednym z najgorszych doświadczeń w moim życiu. Ale jest on przekonany, że jego życiowe zadanie jest bliskie do wykonania.
- Jestem absolutnie pewien, że pewnego dnia będziemy mogli trzymać i wychowywać wielkie kałamarnice w niewoli. I jestem przekonany, że stanie się to przed moją starością.

Zdumiewającym jest to, że stworzenie będące ponoć wytworem fantazji podobnie jak Yeti czy potwór z Loch Ness było obserwowane na żywo.

Ale to wszystko jest zaledwie początkiem całej historii. Ostatni tydzień przyniósł dramatyczną wieść: uznane czasopismo „Australasian Science” doniosło, że ogromne kałamarnice rosną bardzo szybko - zarówno w rozmiarach jak i w ilości – w sensie przyrostu biomasy, aktualnie przewyższyły już Ludzkość.


Kałamarnica olbrzymia z OceanParku we Władysławowie

W obliczu tego, to jest absurdem. Okazało się, że istnieje gatunek, którego istnienie Ludzkość ignorowała, nie zauważając do dziś dnia, a dla żywych egzemplarzy uczeni poświęcali swe kariery naukowe w ich poszukiwaniu. Jak to się stało, że zajęły one większą część planety niż my? I jak uczeni mogą być tego tak pewni – kiedy są oni równocześnie takimi ignorantami?

Ale artykuł napisany w oparciu o pracę dr. George’a Jacksona z Tasmania’s Institute of Antarctic and Southern Ocean Studies wydaje się tłumaczyć to dostatecznie jasno. Kałamarnice – jak się zakłada – stały się nowym wielkim graczem we Wszechoceanie. Poprzednio ich populacja była ograniczana przez takie czynniki jak pożeranie młodych osobników przez kaszaloty i tuńczyki oraz konkurencję żywieniową ze strony mniejszych „ryb gruntowych” jak flądry, halibuty, dorsze i morszczuki – które ostatnio zostały ostro przetrzebione przez przełowienie. W tym samym czasie globalne ocieplenie – EGO – podgrzało Wszechocean do temperatury bardziej sprzyjającej, niż kiedykolwiek wcześniej, szybkiemu wzrostowi kałamarnic i głowonogów w ogóle.

Jackson opisuje ostatnie dane o wzroście – biorąc pod uwagę znaleziska na plażach i w sieciach rybackich oraz z resztek znalezionych w żołądkach kaszalotów – jako ekspotencjalne. Najwidoczniej ciepła woda powoduje wzrost aktywności rozrodczej i wzrastające możliwości metabolizmu – oraz, z braku drapieżników – górną granicą staje się niebo czyli powierzchnia wody Wszechoceanu.
- Tak jak szybko rosnące populacje ludzkie mogą szybko skolonizować obszary gruntu, które pozbawione są wegetacji, tak szybko powiększające się populacje kałamarnic  i ich krótkie cykle życiowe pozwalają im na przenoszenie się w akweny, gdzie nastąpiło przełowienie – mówi dr Jackson. – To my podgrzaliśmy je za bardzo, i zaczęły się one rozmnażać za szybko. 

Dr Jackson wylicza, że biomasa całej Ludzkości wynosi 400 Mt (licząc po 11 stones/~70 kg[2] na pojedynczego osobnika), ale 60% powierzchni mieszkalnej naszej planety znajduje się w głębinach Wszechoceanu na głębokości poniżej 1,6 km.
- Jeżeli założymy, że głębiny naszych oceanów są zamieszkałe przez gigantyczne kałamarnice i że każda z nich waży tylko 0,5 tony – powiedział on dla „Daily Mail” to są one w stanie przeważyć Ludzkość.

Brzmi to dość niewiarygodnie, ale dr Jackson nie jest osamotniony w swych poglądach. Nawet bardziej sceptyczni naukowcy – tacy jak prof. Raul Rodhouse z British Antarctic Survey – przyznaje, że możemy się spodziewać, że sprawy te będą coraz bardziej aktualne – i że w ciągu ostatnich 20 lat obserwuje się potężny wzrost ilości gigantycznych kałamarnic czy też fragmentów tych wielkich głowonogów, które dostały się w rybackie sieci (jak głoszą pogłoski, nie całkiem martwe w czasie ich wyciągania).

Sceptycy, szczególnie prof. Rodhouse, twierdzą iż nie jest to jakiś szczególny kałamarnicowy boom, ale to, że przełowiliśmy nie tylko strefy szelfu kontynentalnego, ale także głębiny Wszechoceanu, chociaż to nie wyjaśnia do końca nagłego wzrostu ilości egzemplarzy wyrzucanych przez morze na plaże.

Poza dyskusją jest to, że populacja głowonogów wzrasta. Statystyki FAO wskazują na 200% wzrost tonaży kałamarnic we Wszechoceanie pomiędzy latami 1970 a 1994 – i zgodnie z prof. dr. Danielem Pauly z Fisheries Centre przy University of the British Columbia, Kanada – wielu uczonych stwierdza, że fenomen ten jest niemalże ogólnoświatowy. Czy oznacza to, że gigantyczne kałamarnice są wyróżnione pośród głowonogów? Niekoniecznie. Nawet dr Jackson przyznaje kiedy go przyciśnięto, że – Nie możemy wiedzieć czy populacja ogromnych kałamarnic znacząco wzrosła, ponieważ nie wiemy tego, jak EGO wpływa na głębiny oceaniczne.

Niemniej jednak faktem pozostaje, że nawet jeżeli one przejmą tego świata, to są one doskonale przystosowane do tego. Na początek, są one większe od nas. Rosną one szybciej, mają więcej przestrzeni do ekspansji i nie tak jak my miały problemy środowiskowe. I można powiedzieć, że jako gatunek konkurencyjny mogą one być na świecie uważane za zawodnika wagi ciężkiej. Zamieszkując w większości na wielkich, ciemnych głębokościach niezbadanych rowów oceanicznych w całym Wszechoceanie, one dorastają szybko i umierają młodo (zazwyczaj w wieku 5 lat), co jest idealną receptą na szybki wzrost populacji. Ich techniki seksualne nie brzmią zbyt zabawnie (np. trzystopowy muskularny wyrostek, efekt stempla do działa, dezintegracja poseksualna), ale są to terminy naukowe. Mają one proporcjonalnie największy mózg wśród bezkręgowców. Mają one doskonałą formę komunikacji z innymi kałamarnicami dzięki tajemniczemu zjawisku bioluminescencji. Poruszają się dzięki napędowi odrzutowemu[3] (- To one wynalazły napęd odrzutowy – twierdzi David Pemberton) i o ile nam wiadomo, nie mają żadnych planów cywilizacyjnych – zagrożenia wojną, aczkolwiek znajdywane szramy i blizny na skórze kaszalotów świadczą o tym, że potrafią walczyć i to skutecznie. Nawet ich oficjalna łacińska nazwa nadana w 1880 roku mówi o dominacji: Architeuthis dux – wódz kałamarnic[4]. Jest to morski odpowiednik Tyrannosaurusa rex’a.

Oczywiście większość z nas zjeży się na kwestionowanie naszej wyższości gatunkowej. Jednakowoż warto zadać pytanie: skorośmy tak mądrzy, to jak powstrzymamy populacyjną eksplozję najliczniejszego gatunku na Ziemi?
Na to pytanie są cztery odpowiedzi.

1.      Wielkie kałamarnice prawdopodobnie nie są dla nas tak niewidzialne, jak sugerują to naukowcy. Historia i literatura są pełne odniesień do Krakena i krakeno-podobnych stworzeń: homerowska Scylla, Tiamat w „Gilgameshu” i wielka ilość węży morskich, które teraz można utożsamiać z olbrzymimi głowonogami. Pliniusz Starszy opisał takie właśnie stworzenie – zapamiętane dzięki śmierdzącemu oddechowi. Tak samo zrobił Melville, który tak pisał w „Moby Dicku”: Wielka, galaretowata masa, o długości i szerokości furlonga[5], błyszcząca w kolorze śmietany … niezliczone długie ramiona odchodziły od środka, skręcając się i prostując jak anakondy w gnieździe; zaś inny wielki kronikarz wielorybnictwa  XIX wieku – Frank Bullen, który napisał „The Cruise of the Cachalot” widział ogromną kałamarnicę rozciągniętą na kaszalocie u wybrzeży Sumatry. Do tego należy dodać sceny walki z ośmiornicami w powieści „20.000 mil podmorskiej żeglugi” Juliusza Verne’a, które zostały zainspirowane przez ówczesne bliskie spotkanie francuskiego awizo[6] Alecton z gigantyczną kałamarnicą nieopodal Teneryfy w 1861 roku. Mamy jeszcze wiele tego rodzaju przykładów takich obserwacji i spotkań żywych gigantycznych kałamarnic w ich naturalnym środowisku, w większości przypadków nie budzących wątpliwości, niemniej jednak nie zapominajmy, że jak uczeni mówią, że skoro żaden z nich nie widział czegoś takiego, to znaczy to że nikt nie widział czegoś takiego. I kropka.

2.     Drugim powodem wydającej się nam wszechobecności wielkich kałamarnic jest nasz sposób życia, którego jesteśmy bardziej świadomi. Nowe metody rybołówstwa prowadzą do poważnego wzrostu przypadkowych „złowień” tych stworzeń. (Prof. Rodman sugeruje, że mamy co najmniej 100 takich przypadków w czasie ostatnich 20 lat.) Najbardziej oddalone miejsca świata – w których najczęściej znajduje się ślady gigantycznych kałamarnic – stały się mniej odległe, niż to było dawniej. Ijak dr O’Shea przedstawia to dalej informacje o takich zwierzętach rozprzestrzeniają się o wiele szybciej niż to było dawniej, zasilają fascynację publiczności tą problematykę i uszczęśliwiają ludzi piszących do lokalnych brukowców z nadzieją trafienia na pierwsze strony światowej prasy.

3.     Naukowcy teraz patrzą we właściwe miejsca, szczególnie w płytkie wody, które są odwiedzane przez gigantyczne kałamarnice  kilka razy do roku w celu znalezienia partnera/ki i prokreacji. – Wiemy już o tych stworzeniach tyle, że jesteśmy w stanie przewidzieć, gdzie i kiedy one się pojawią i na jakiej głębokości je znajdziemy i jakie gatunki im towarzyszą – mówi dr O’Shea, który wierzy w szczęśliwe złowienie tych 14 młodych kałamarnic nie dlatego, że było ich więcej niż zwykle, ale dlatego że dopuściliśmy trochę nauki do naszych poszukiwań. – Nie wiem, czy wycieczki do wielkich kałamarnic stworzą nową ofertę turystyczną – dodał on – ale znalezienie dorosłego żyjącego osobnika w jego naturalnym środowisku nie będzie trudne.

4.    I wreszcie po czwarte, skoro taka ogromna kałamarnica naprawdę istnieć może, to czy będzie w stanie przejąć ten świat we władanie? Być może jeszcze tego nie zrobili, a raport oparty na artykule „Australasian Science” mógł wyolbrzymiać ich wzrost lub naszą wiedzę o tym; ale prosta prawda jest taka, że coś co rośnie wykładniczo – wzrasta bardzo szybko. Nawet jeżeli one nie przewyższają nas teraz, to dzień, w którym to nastąpi jest bliższy, niż nam się wydaje.

Większości ludzi zna początkowe wersy sonetu Tennysona „Kraken” albo poprzez thriller pt. „Kraken się budzi” Johna Wyndhama z 1953 roku:

Poniżej grzmotów górnej głębi
Daleko, daleko w dole, w bezdennym morzu
Jego odwieczny pozbawiony marzeń sen
Kraken śpi: słabe promienie słońca uciekają…[7]

Następne wersy tego sonetu są bardziej niejasne, ale za to bardziej prorocze:

O jego cienistych stronach; nad nim puchną
Ogromne gąbki o tysiącletnim wzroście i wysokości;
I daleko w słabe światło,
Z wielu cudownych grot i sekretnych komórek
Nienumerowane i ogromne polipy
Winnow z gigantycznymi ramionami drzemiącą zielenią.
Tam leżał na wieki i będzie leżał
Walcząc we śnie z ogromnymi robakami morskimi,
Aż ten ostatni ogień ogrzeje głębię;
Wtedy raz przez człowieka i anioły, aby być widzianym,
Z rykiem powstanie i umrze na powierzchni.


Moje 3 grosze


Przyznaję, że po przeczytaniu poprzednich materiałów na temat ośmiornic, kałamarnic i innych inteligentnych mieszkańców Wszechoceanu zrobiło mi się nieswojo. Ich autorzy sugerują, że zwierzęta te są inteligentne i będą chciały opanować całą hydrosferę Ziemi, jak to miało miejsce w opowiadaniu braci Strugackich pt. „O odkrywcach i podróżnikach”, w którym pewien podgatunek głowonogów – siedmiornice – zaczął opanowywać słodkie wody wewnętrzne: rzeki i jeziora. Wizja ciekawa – ukazuje ona mechanizm, który działa po przekroczeniu pewnego progu inteligencji – parcie do poznawania świata i jego skolonizowania.

To, co się dzieje we Wszechoceanie zaczyna być wyjątkowo niebezpieczne. Przełowienie, skażenie i zatrucie hydrosfery Ziemi może doprowadzić do końca bioróżnorodności Oceanu Światowego i będzie tak, jak np. w Morzu Japońskim i Wschodniochińskim, gdzie panoszą się teraz niebezpieczne meduzy Nomury. W morzach okalających Australię od czasu do czasu straszy ludzi zakwit kostkomeduz, które powoli opanowują wszystkie akweny zapuszczając się coraz dalej na północ i południe od równika. To jest właśnie efekt paranoicznej gospodarki człowieka nastawionej na zysk. Przełowienie spowodowało brak drapieżników żywiących się polipami i dorosłymi osobnikami meduz w rezultacie czego jest ich coraz więcej i opanowują coraz większe akweny Wszechoceanu – q.e.d.


Brak drapieżników szczytowych doprowadzi do bujnego rozwoju Krakenów...

Nasz Bałtyk na razie jest w miarę bezpieczny, ale gdyby dostały się tutaj meduzy Nomury, to bardzo szybko by go opanowały, po jest on wysłodzony i skażony przez różne zanieczyszczenia poprzemysłowe i biologiczne (np. fekalia) podobnie jak akweny w których następuje rozród tych meduz w Morzu Południowochińskim. Na szczęście dla nas, Bałtyk jest jeszcze za chłodny dla tych meduz, ale postępujący EGO wkrótce zmieni ten stan rzeczy i stanie się on bardziej przyjazny dla tych stworzeń.

Wracając do kałamarnic, to być może wkrótce powitamy je na Bałtyku, bowiem poszerzać one będą swą przestrzeń życiową i każdy akwen będzie dobry do zasiedlenia, a wtedy żegnajcie wakacje nad Bałtykiem… Będzie bojno wejść do wody!


Przekład – ©R.K.F. Leśniakiewicz     


[1] Bardzo dokładnie ukazano to w filmie „Piraci z Karaibów: Skrzynia umarlaka” reż. Gore Verbinsky, 2010.
[2] 1 stone = 6,35 kg.
[3] Właściwie jest to napęd rakietowy, a nie odrzutowy.
[4] Właściwie: książę (dux) kałamarnic.
[5] 1 furlong = 201 m.
[6] Kanonierka.
[7] Alfred Lord Tennyson – „Kraken” (1830).

sobota, 25 lipca 2020

Zmiana znaków Zodiaku?




To jest artykuł z końca 2016 roku, ale wciąż budzi kontrowersje. NASA zmieniła znaki Zodiaku i wywołała tym panikę. Przecież używaliśmy matematyki – bronią się naukowcy.

Internet w ostatnich dniach żył problemem, że amerykańska agenda do spraw badań przestrzeni kosmicznej NASA zmieniła nazwy znaków Zodiaku, i aż 86% ludzi urodziło się pod innym znakiem Zodiaku. Jak wyjaśniło to BBC, chodziło tam o objaśnienie artykułu dla dzieci, w którym naukowcy objaśnili matematyczne zasady astrologii. I to właśnie poprzez Internet rozleciała się po świecie informacja, że aż 86% osób urodziło się pod innym znakiem zodiaku, co wywołało niejaką panikę w sieciach społecznościowych.


Tak więc w artykule w czasopiśmie „Cosmopolitain” pisze się, że istnieje 13., „zapomniany” znak Zodiaku – Wężownik (Opiuchus), które NASA dodała do Zodiaku. A oto nowy Zodiak według NASA:

v Koziorożec (Cap) – 20.I – 16.II
v Wodnik (Aqr) – 16.II – 11.III
v Ryby (Psc) – 11.III – 18.IV
v Baran (Ari) – 18.IV – 13.V
v Byk (Tau) – 13.V – 21.VI
v Bliźnięta (Gem) – 21.VI – 20.VII
v Rak (Cnc) – 20.VII – 10.VIII
v Lew (Leo) – 10.VIII – 16.IX
v Panna (Vir) – 16.IX – 30.X
v Waga (Lib) – 30.X – 23.XI
v Skorpion (Sco) – 23.XI – 29.XI
v Wężownik (Oph) – 29.XI – 17.XII
v Strzelec (Sag) – 17.XII – 20.I

Jednakże jak pisze się na stronie BBC Trending – rzeczywistość jest zupełnie inna. Pracownicy NASA napisali w artykule dla dzieci, w którym wyjaśniają, że od czasów starożytnych Babilończyków, którzy Zodiak wynaleźli przed 3000 lat, zmieniła się droga Słońca na niebie i zmieniły się także znaki, przez które ona przebiegała.
- Nie zmieniliśmy żadnego znaku Zodiaku tylko użyliśmy matematyki. Nasz artykuł był o różnicach astronomii i astrologii, która jest pozostałością po dawnych czasach. Chcieliśmy tylko wskazać na naukowe i matematyczne przesłanki z obserwacjami nocnego nieba – oświadczył rzecznik NASA Dwayne Browne dla strony internetowej Gizmodo.

„Zapomniany” znak Wężownika był – wedle NASA – znany babilońskim astrologom, ale ci go po prostu nie brali pod uwagę w celu lepszej organizacji Zodiaku. Ludzie nie muszą się obawiać tego, że z powodu NASA ich charakter i horoskopy nie przystają do rzeczywistości, zaś agencja kosmiczna nie wydała żadnego oświadczenia. NASA całą rzecz skwitowała stwierdzeniem, że astrologia nie jest żadną wiedzą.
- Nikt nie udowodnił tego, że astrologia może przepowiadać przyszłość według tego, w jakim dniu się urodziliśmy – napisali autorzy artykułu. 


 Zodiak z Bodmin Moor
Zodiak z Kingston

Moje 3 grosze


Brzmi to całkowicie nieprzekonywująco. Mimo mego racjonalizmu jestem przekonany, że w astrologii jest jednak to coś, co nie pozwala odrzucić jej i potępić w czambuł.

Było wiele prób jej ulepszenia, także poprzez dodanie nowych znaków Zodiaku, bowiem niektóre planety brane pod uwagę w horoskopach zawadzają o jeszcze inne konstelacje, tak jak np. 134340 Pluton, którego duże nachylenie płaszczyzny orbity do ekliptyki - 17° - powoduje, że przechodzi on przez konstelacje, których nie ma w Zodiaku. Aktualnie znajduje się on pomiędzy Jowiszem a Saturnem, w konstelacji Strzelca na pozycji: 19h43m22.8s i -22°23’05.7” w odległości 33,09 AU od Ziemi, jego jasność wynosi zaledwie +14,91 mag., ale za kilkadziesiąt lat wyjdzie on poza ekliptykę i wtedy będzie się opracowywało horoskop dla znaku, który znajduje się nad lub pod Plutonem.

W astrologii jest pewien racjonalny aspekt i ma on związek nie z położeniem gwiazd i planet, ale raczej z porą roku i rytmami biologicznymi człowieka, który przychodzi na świat. I ta rzecz jest warta zbadania, bo ma swój sens. Ciekawy jestem, czy w antycznych przedstawieniach Zodiaku istnieje ten trzynasty „zapomniany” znak?

W tzw. Zodiaku z Somerset – o czym pisze m.in. sir Brinsley le Poer-Trencha – Zodiak jest rozszerzony o kilka innych znaków – m.in. o Oriona, Orła czy Wielkiego Psa, co wedle niego może wynikać z ruchów precesyjnych i nutacyjnych osi ziemskiej – o czym pisze w „Temple of the Stars” (Londyn, 1976). Ale Wężownika tam nie ma…Podobnie jest w Zodiaku z Bodmin Moor. Tam też nie ma trzynastego znaku Zodiaku.

Podobnie w egipskim Zodiaku z Dendery też mamy tylko 12 znaków.

No cóż, wyjaśnienie dobre jak każde inne. Osobiście uważam, że dwunastoznakowy Zodiak jest sprawdzony i wystarczający, i wszelkie ulepszenia jak opisane powyżej tylko zaciemniają jego klarowność sprawdzoną od tysiącleci. Poza tym trzynastka to trzynastka – w astrologii egipsko-chaldejskiej na każdy znak przypada 30°, bowiem 360° : 12 = 30°. W przypadku 13 znaków już nie jest tak klarownie, bowiem w takim układzie na 1 znak przypada 360° : 13 = 27,69230769°… A w astrologii różnica 2,3° ma wielkie znaczenie. Nie mówiąc już o tym, że znacznie by to skomplikowało obliczenia astrologiczne, położenie planet w domach i same domy, których byłoby 13.

Zodiak Atlantydy

Kiedyś poruszyłem sprawę tzw. Zodiaku Atlantydy, który składał się z dwunastu znaków, ale zgrupowanych po dwa w sześciu domach. Pytałem o to Mistrza Weresa w 1988 roku, na co dostałem odpowiedź, że najprawdopodobniej był to bardzo prymitywny stopień rozwoju astrologii i kosmogramy tak stawiane nie miały większego znaczenia i precyzji. Być może, a że złapałem bakcyla, i dzięki temu że przeczytałem prace dr Leszka Szumana (1903-1987), to zabrałem się za obserwacje. Najpierw zainteresowała mnie astrologia partnerska (=> L. Szuman – „W kręgu znaków Zodiaku”, Warszawa 1991), a że czas był niespokojny – III Wojna Światowa wisiała na włosku, także i astrologiczne przepowiednie (=> L. Szuman – „Tajemnice astrologii” Warszawa 1992, w I wydaniu „Astrologia i polityka” Gorzów Wkp. 1980). Służyłem wtedy w Wojskach Ochrony Pogranicza (dzisiaj Straż Graniczna) na przejściach granicznych na Bazie Promów Morskich PŻB w Świnoujściu, a po 1987 na Łysej Polanie k./Zakopanego, gdzie pracowałem w kontroli paszportowej. Przeglądając daty urodzenia małżonków stwierdziłem, że mniej więcej w 80% dobór partnerów pokrywa się z tym, co pisał dr Szuman. Nie prowadziłem żadnej statystyki, bo nie miałem na to czasu, a szkoda, bo byłby to doskonały materiał badawczy. Ale rzecz jest do odzyskania – wystarczy zbadać np. archiwa USC, biur paszportowych, ksiąg parafialnych, itd., by uzyskać podobny materiał badawczy. I rzeczywiście – małżeństwa dobierały się według klucza astrologicznego: i tak np. znaki powietrzne najczęściej wiązały się z powietrznymi lub ognistymi, rzadko z wodnymi i bardzo rzadko z ziemskimi. Przekładając to na Zodiak z Atlantydy znaki solarne wiązały się z solarnymi, a znaki lunarne z lunarnymi. To mnie raczej nie dziwiło i się tego spodziewałem. Zamierzam powrócić do tego badania, na przykładzie zapisów z USC w Jordanowie. A zatem jakimże znakiem byłby Wężownik? Lunarnym czy solarnym? Za co odpowiadałby XIII dom?

Wracając do 13. znaku Zodiaku, to Amerykanie popełnili błąd, bowiem zaczęli od 1 stycznia – od Koziorożca, a astrologiczny Zodiak liczy się od znaku Barana - co stawia ich obliczenia na głowie. Tym niemniej Wężownik ma swój znak graficzny – U przekreślone falistą linią ~. Tak czy inaczej, byłby z tym straszliwy bałagan. Powiedziałem tutaj, że w astrologii jest jakiś sens i zamierzam to udowodnić, ale to już temat z innej ballady…        

Opinie z KKK

 

Na ten temat jest cały film z serialu „Efekt Nostradamusa” (2009) w którym mówi się o 13-tym znaku Zodiaku – zwanego Wężownikiem – i jego znaczeniem jako indykatora ważnych a groźnych wydarzeń w latach 1999-2012 – to właśnie wtedy miał nastąpić generalny Koniec Świata i Armagedon. Jak widać na załączonym obrazku, mamy już 2020 i nic się nie stało. Swoją drogą jestem ciekawy, co teraz robią debile-Geryle i inne przygłupie Kassandry wieszczące powszechną zagładę. Z tego, co widzę, to sama Matka-Ziemia dokonuje eksterminacji naszego gatunku na wiele sposobów, co widać na Waszych comiesięcznych raportach pogodowych i okołopogodowych… Ale z 13-tym znakiem Zodiaku ma to niewiele wspólnego. (Daniel Laskowski)       


Opracował – ©R.K.F. Leśniakiewicz

sobota, 11 lipca 2020

Egipskie loty poza świat: tajemnicze kanopy




Pamiętam, jak w latach 70. obejrzałem w TV film grozy o jakiejś mumii egipskiej, która ożywiona magiczną siłą powstała z martwych i do pełnego zmartwychwstania potrzebne jej były kanopy z organami wewnętrznymi. Coś podobnego ukazali potem twórcy filmów „Mumia” i Powrót mumii”. We wszystkich tych filmach, kluczowymi okazały się być kanopy zawierające zmumifikowane organy wewnętrzne zmumifikowanych ludzi.

Czym były kanopy? Kanopy (także wazy lub urny kanopskie) – w starożytnym Egipcie rytualne naczynia, w których umieszczano wnętrzności, wyjęte z ciała przed mumifikacją i zakonserwowane.

Nazwa pochodzi od greckiej nazwy starożytnego egipskiego miasta Kanopos (Kánōbos) w Delcie, w okolicach dzisiejszej Aleksandrii, w którym odnaleziono te naczynia po raz pierwszy. Zwykle wykonane były z alabastru lub gliny, spotyka się również naczynia drewniane, kamienne i fajansowe. Zawsze występowały w liczbie czterech.

Gliniane kanopy znane są już z okresu Starego Państwa. Początkowo zamykane były płaskimi pokrywami, na początku Nowego Państwa nakrywkami wyobrażającymi głowę zmarłej osoby (lub głowy Synów Horusa w postaci ludzkiej – według innej wersji), a w Epoce Późnej zaczęto je przyozdabiać głowami Synów Horusa w postaci zwierzęcej: Imseta (głowa ludzka – dla wątroby), Hapiego (głowa pawiana – dla płuc), Kebehsenufa (głowa sokoła – dla jelit) i Duamutefa (głowa psa podobnego do szakala – dla żołądka). Każdy z geniuszy opiekuńczych zmarłego był z kolei pod ochroną bogiń opiekuńczych: Izyda strzegła wątroby, Neftyda – płuc, Neit – żołądka, a Selkit – jelit.

Egipskie kanopy

Kanopy zwykle umieszczane były w specjalnie na ten cel wykonywanej skrzyni-kaplicy, na ścianach której umieszczano rzeźbione wizerunki bogiń opiekuńczych. Pozy bogiń, ich kolejność oraz przyporządkowanie do kierunków świata, ściśle określały święte teksty.


Etruska urna kanopijska

Później nazwę tę stosowano także dla etruskich urn z nakryciem wyobrażającym głowę ludzką.

Zmarłego mumifikowano i wkładano do trumny, a trumnę do sarkofagu, zaś kanopy kładziono obok.

 Starożytny Egipt przyciąga nas swoją tajemniczością i bogactwem. Jego mieszkańcy od samego początku przykładali ogromną uwagę do tego, żeby po śmierci nie rozpłynąć się zwyczajnie w powietrzu. To właśnie dlatego przez cały czas trwanie tej starożytnej cywilizacji udoskonalali sposoby na zachowanie w jak najlepszym stanie ciała po śmierci. Mumie – jak i dlaczego je robiono?

Już od najdawniejszych czasów w Egipcie powszechne było przekonanie o tym, że na ludzi czeka życie w pośmiertnej wiecznej krainie. Co więcej, aby się tam dostać, nie wolno było dopuścić do uszkodzenia ciała zmarłego. Wiara ta doprowadziła do tego, że starożytni Egipcjanie niezwykle dużo energii poświęcali na ciągłe udoskonalanie metod balsamowania zwłok.

To ciało w piasku wyschło!

Jaki wpływ na wprowadzenie tego sposobu zachowywania zwłok miała obserwacja, że ciała osób zmarłych zakopanych na pustyni wysychają, zamiast gnić? Czy kiedyś ktoś natrafił na takie zwłoki i pomyślał sobie „Hej! To ciało w piasku wyschło!”? Według wierzeń pierwszej mumifikacji dokonał bóg Anubis na ciele zmarłego Ozyrysa.

Mumifikacja pojawiła się w starożytnym Egipcie już w czasach II dynastii, czyli około 2800 roku p.n.e. i stanowiła już wtedy ważny element obrządku pogrzebowego. Jednak to dopiero około 200 lat później, w czasach IV dynastii, osiągnęła poziom, który nazwać możemy „prawdziwą mumifikacją”.

W Średnim Państwie (około 2050-1710 p.n.e.) balsamowanie zwłok stawało się coraz bardziej popularne i zaczęło się rozprzestrzeniać na większą skalę. Jednak sam proces mumifikacji nie został doprowadzony jeszcze do perfekcji, a ciała z tego okresu nie zachowały się zbyt dobrze. Metody jednak ciągle ulepszano i ostatecznie starożytni Egipcjanie osiągnęli perfekcję w balsamowaniu ciał swoich zmarłych.

Boskie mumii początki. Według wierzeń egipskich wynalazcą mumifikacji był bóg Anubis. Dokonał jej po raz pierwszy, balsamując zwłoki boga Ozyrysa. Ta tradycja była tak silnie zakorzeniona w umysłach Egipcjan, że przez cały okres, kiedy wykonywano mumifikację zwłok, jeden z kapłanów nosił na głowie maskę szakala. Informacje na temat przebiegu mumifikacji czerpiemy ze źródeł greckich. Z pomocą przychodzą nam tu Herodot, Diodor, Plutarch i Porfiriusz. Naszą wiedzę na ten temat uzupełniły badania m.in. mumii Ramzesa II, a także anonimowej mumii z Okresu Późnego, które przeprowadzili naukowcy w 1986 roku. Podczas mumifikacji wnętrzności wyciągano i umieszczano w urnach kanopskich

Co zatem trzeba było zrobić, aby poprawnie zabalsamować ciało? Zabrać zmarłego do specjalnego domu nazywanego domem oczyszczenia.

Wydobyć mózg. Według Herodota robiono to przez nos za pomocą żelaznego haczyka, którym całość rozdrabniano, a następnie wydobywano na zewnątrz. Współczesne badania sugerują jednak, że zawartość czaszki wydobywano dzięki grawitacji poprzez umieszczony w niej pręt.

Zrobić krzemiennym nożem nacięcie na prawym boku i po przerwaniu przepony, wyciągnąć na zewnątrz wszystkie narządy. Organy poddać osobnemu balsamowaniu, a następnie umieścić w czterech urnach zwanych kanopskimi. W ciele pozostawić jedynie serce i nerki.

Następnie ciało należało „posolić”. Zajmował się tym specjalnie wykwalifikowany w tej dziedzinie taricheuta. Ciało umieszczano w natronie (naturalna soda – Na2CO3 · 10H2O) i pozostawiano na około 35 dni. Aby zniwelować czernienie skóry, nakładano na nią hennę lub ochrę – odpowiednio czerwoną dla mężczyzn i żółtą dla kobiet. Otwór w ciele wypełniano bandażami, a na samym przecięciu umieszczano plakietkę poświęconą czterem synom Horusa.

Zwłoki należało teraz umyć i oczyścić, a następnie owinąć bandażami. Krok ten przebiegał według ściśle określonego rytuału i podzielony był na kilka następujących po sobie etapów. Na początku ciało przykrywano płachtą i owijano lnianymi bandażami wszelkie członki. Osobno zatem bandażowano palce czy fallusa. W następnym etapie przechodzono do zawijania całego ciała. Pomiędzy kolejne zwoje wkładano amulety, klejnoty czy płatki róż. Od czasów Nowego Państwa dodatkowo wkładano między zwoje święte teksty. I tak np. między nogami zmarłego odnaleźć możemy „Księgę umarłych”.

Na samym końcu na twarz zmarłego zakładano maskę pośmiertną. Maska ta ewoluowała i z czasem stała się rodzajem planszy pokrywającej całe ciało.
Skoro ciało zmarłego zostało już zabezpieczone przed zniszczeniem, należało teraz wyposażyć go w odpowiednie sprzęty. Egipcjanie wierzyli bowiem, że na tamtym świecie będą prowadzić życie podobne do tego na ziemi. Do grobu trzeba było zatem włożyć wszystko, co było niezbędne do spokojnej i dostatniej egzystencji.

Złota maska faraona Tutenchamona

To właśnie dlatego, w grobach i grobowcach odnajdujemy tyle przedmiotów codziennego użytku. Już w okresie predynastycznym zmarłych chowano ze skromnymi ozdobami, naczyniami czy paletkami do szminek. Zmarły potrzebował także jedzenia i napojów, najgorszym bowiem losem było pozostanie bez nich w zaświatach. Musiałby on w takim wypadku żywić się ekskrementami i pić urynę. Rodzina regularni przynosiła zatem swoim bliskim jedzenie, napoje, kadzidła, a nawet ubrania. Najbardziej znaną maską pośmiertną jest ta, która przykrywała zmumifikowaną głowę Tutanchamona.
Egipcjanie byli w tej kwestii tak bardzo zapobiegliwi i przewidujący, że na wszelki wypadek umieszczali w widocznym miejscu grobu inwokację do Ozyrysa. Po jej przeczytaniu na głos ujawniać się miała magia słów, a bóg miał dzięki temu zmaterializować wszelkie produkty niezbędne zmarłemu w zaświatach.

W starożytnym Egipcie proces mumifikacji przeprowadzany był z największą starannością i dokładnością. Potrzeba zachowania ciała była tak ważna, że w samym przebiegu balsamowania nie było tutaj rozróżnienia na biednych i bogatych. To jedynie jakość bandaży, bogactwo amuletów czy maski pośmiertnej, a także rodzaj i ilość darów grobowych pozwalała na określenie, kto był ważniejszy, bogatszy czy biedniejszy.

Odnajdywane w grobach mumie od zawsze napawał świat fascynacją i lekkim niepokojem. Egipcjanie proces balsamowania zwłok doprowadzili do takiej perfekcji, że czasem można mieć wrażenie, że zmarły zwyczajnie wstanie i zaatakuje nas za mącenie jego spokoju. Nie bez przyczyny powstało tyle wytworów naszej kultury opowiadających właśnie o takich przypadkach.[1]

Tyle wyczytać można w źródłach. Jednakże żadne źródło nie odpowiada na pytanie: skąd się wziął pomysł balsamowania zmarłych i robienia z nich mumii. Oczywiście wszyscy odpowiedzą, że z religii Egipcjan. Owszem, to prawda, ale skądże ten właśnie element znalazł się w tejże religii? Na to pytanie nie ma już jasnej odpowiedzi. Odpowiedź ginie w pomroce dziejów.

Jestem zdania, że jednak odpowiedź taka istnieje, ale jest dziwaczna i nie wszystkim przypadnie do gustu. Jestem bowiem pewien tego, że balsamowanie zwłok ma związek z podróżami kosmicznymi Ziemian z dawnych, właściwie bardzo dawnych cywilizacji Preantyku.

Żeby to zrozumieć musimy cofnąć się do opisywanej przez Dogonów tajemniczej przeszłości. Do czasów lotów kosmicznych do układu Syriusza. Nie Z, ale DO. Któraś z preantycznych cywilizacji – nieważne która – opanowała technikę lotów kosmicznych poza Układ Słoneczny. Do układu gwiezdnego Syriusza i zapewne Tolimana C – Proximy Centauri. Syriusz jest jedną z gwiazd najbliższych do Słońca, dzisiaj to jest tylko 8,601 ly. Ale nie - Syriusz jest najjaśniejszą gwiazdą na nocnym niebie nie dlatego, że jest niezwykle jasny (jest jaśniejszy niż Słońce, ale wiele gwiazd ma znacznie wyższą jasność absolutną), lecz dlatego, że znajduje się tak blisko. W swoim ruchu dookoła Centrum Galaktyki Syriusz zbliża się do Słońca i za 60.000 lat minie je w minimalnej odległości 7,8 ly; będzie wówczas świecił z jasnością −1,64 mag. Od 90 tysięcy lat jest on najjaśniejszą gwiazdą nocnego nieba, ale za 210 tysięcy lat jaśniejszą stanie się Vega.

A zatem Syriusz wciąż zbliża się do Słońca, a nie oddala. Lecąc do Syriusza z VIII sonda Voyager 2 minie tą gwiazdę w odległości 4,3 ly za około 296.000 lat, lecąc z prędkością 15,327 km/s robiąc 3,233 AU/rok w kierunku konstelacji Pawia. Przy okazji, w roku 40.176 minie gwiazdę Ross 248 w konstelacji Andromedy.

Tymczasem lecąca z prędkością 16,967 km/s sonda Voyager 1 za 300 lat osiągnie Obłok Oorta, którego przebycie zajmie mu następne 30.000 lat, NB po 18.000 lat oddalając się od Ziemi na odległość 1 ly. W roku 40.272 sonda minie gwiazdę Gliese 445 (AC +79.3888) w Żyrafie odległej o 17,5 ly, w odległości 1,64 ly, natomiast sonda Voyager 2 za około 44.000 lat zbliży się do niej na odległość 2,77 ly. Sytuacja ta będzie głównie wynikiem zbliżenia Gliese 445 do Słońca na odległość ok. 4 ly, a nie dotarcia sond kosmicznych Voyager na znaczną odległość od Słońca.

To daje pojęcie o ogromie kosmicznych odległości! Tak więc to jest ślepy zaułek – żaden żywy organizm nie przeżyje tak długiego okresu czasu.

Żywy nie, ale martwy?

Ongi założyłem, że do eksploracji Kosmosu Obcy używają automatów – już to cyborgów, już to robotów. To oczywiste – śmierć biologiczna nie zagrozi czemuś/komuś, co ex definitio jest już martwe. Dlatego eksploracja Wszechświata przeprowadzana przy ich użyciu ma sens. Nie naraża się ludzi i automaty są w stanie robić to samo, co ludzie. Poza tym można uzupełniać ich programy w czasie lotu, co zwiększy ich zorganizowanie, a co za tym idzie uniwersalność. To wszystko da się zrobić.

A jednak starodawne przekazy mówią o wysyłaniu ludzi. I teraz do tego włączają się Egipcjanie i ich antyczna religia, a w szczególności wierzenia na temat życia pozagrobowego i przygotowania człowieka do życia pozagrobowego. Jednakże jestem pewien, że nie chodzi tu o życie pozagrobowe, ale poza-globowe. Pamiętam różne rozważania na temat wysłania w Kosmos ludzi w stanie głębokiej anabiozy. Rzecz w tym, że człowieka łatwo dawało się zamrozić, ale już takiego odmrożeńca nie dało się (jak na razie) przywrócić do życia. Organizm człowieka to wielce skomplikowana maszyna i to, co robi się ze szczurami w laboratorium, nie da się zrobić z ludźmi.

A co będzie, jeżeli postąpi się tak, jak robili starożytni Egipcjanie: rozkładali człowieka na czynniki pierwsze i pakowali w kanopy – czyli indywidualne naczynia na narządy wewnętrzne, zaś wypatroszone ciało konserwowali i kładli do trumny, zaś wszystko do sarkofagu i do komory grobowej.

Tylko dlaczego Egipcjanie traktowali tak po macoszemu mózg delikwenta? Tego nie wiem, ale jak widać, że uważali oni, że mózg nie jest potrzebny człowiekowi po TAMTEJ stronie…? W skrócie wyobrażam sobie to tak: astronautę wprowadza się w stan odwracalnej śmierci, następnie wyjmuje się wszystkie narządy, a nie zapominajmy, że one żyją przez jakiś czas po śmierci. Potem konserwuje się je i pakuje do pojemników. Ciało astronauty także zabezpiecza się i ładuje do przetrwalnika, a potem ładuje do statku kosmicznego, który leci w kierunku odległego obiektu kosmicznego.

Po przylocie w okolicę celu astronauta jest kompletowany i ożywiany przez uniwersalne automaty medyczne. Dalej dowodzenie statkiem przejmuje już żywa załoga, która dokonuje eksploracji czy kolonizacji nowego świata. Na papierze wygląda to nader ciekawie, ale czy da się zrealizować? Może kiedyś, kiedy postęp medycyny pozwoli na tak skomplikowane operacje chirurgiczne, a postęp robotyki na stworzenie takich automatów, które będą je mogły przeprowadzić…

Z pewnego punktu widzenia rzecz ma sens i jest do zrobienia. Tylko kto starożytnym Egipcjanom powiedział, że ludzi trzeba posłać w podróż w zaświaty w zmumifikowanym stanie i co więcej, że ta śmierć jest odwracalna? Bo przecież wystarczy mniej czy bardziej kompletny łańcuch DNA, by odtworzyć organizm, który zmarł przed tysiącami lat? Ale to już inna kwestia.


Opracował -  ©R.K.F. Leśniakiewicz