Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą IUFO. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą IUFO. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 1 sierpnia 2024

DD nad Jordanowem

 

Tajemniczy samolot znikł nad Ratuszem...

W dniu wczorajszym znowu zaobserwowałem przelot dziwnego, bezgłośnego samolotu nad Jordanowem. A sprawa przedstawiała się tak:

TYP INCYDENTU: DD

MIEJSCE: Jordanów, woj. małopolskie

DATA: 31.VII.2024

CZAS: 09:25 CEST

CZAS TRWANIA: ok. 30 sek.

ILOŚĆ OBIEKTÓW: 1

ŚWIADKOWIE: nie było

ZDJĘCIA: nie wykonano

PRAWDOPODOBNE WYJAŚNIENIE: ultratajny samolot zwiadowczy NATO – coś à la E-3A Sentry AWACS?

Warunki pogodowe były wyśmienite, bezchmurne niebo, CAVU.

Stojąc na południowym podcieniu Rynku zauważyłem nadlatujący z południa duży, czterosilnikowy samolot na wysokości około 1000 m nad powierzchnią ziemi. Mógł to być jakiś szerokokadłubowy Boeing lub Airbus. Samolot szybko przemieszczał się przez zenit w kierunku północnym – jakby leciał do Krakowa – Balice.

Najciekawsze było to, że samolot ten nie wydawał żadnego dźwięku pracy silników i nie zostawiał żadnych smug kondensacyjnych, a jednak unosił się w powietrzu jakby leciał lotem ślizgowym.

Kiedy samolot znalazł się nad mną, chciałem zrobić mu zdjęcie przy pomocy telefonu komórkowego. Włączyłem go i przełączyłem na tryb aparatu fotograficznego. Ku mojemu zdumieniu, aparat telefoniczny przełączył się na jakąś nieznaną mi funkcję i nie mogłem zrobić tego zdjęcia czy ujęcia filmowego.

Wyłączyłem telefon i zacząłem dalej obserwować samolot, który przemieścił się nad widoczny budynek Ratusza i… znikł! Wyjąłem jeszcze raz telefon i włączyłem funkcję aparatu fotograficznego – tym razem aparat działał bez zarzutu…

Nadmieniam, że nie jest to pierwszy wypadek tego rodzaju i takie dziwne „samoloty” były niejednokrotnie obserwowane w naszych okolicach. Czy mamy do czynienia z nowym rodzajem napędu, czy z jakimś rzadkim zjawiskiem atmosferycznym zagłuszającym pracę silników i powodującym niewidzialność samolotu?   

poniedziałek, 2 listopada 2020

Widma jordanowskiego cmentarza


Kolejne prawdopodobne CE2 z fenomenem NNOL/IUFO – niewidzialnych Nieznanych Obiektów Latajacych zaliczyłem wraz z siostrą w nocy z 1 na 2 listopada 1988 roku na Cmentarzu Komunalnym w Jordanowie.

Tego wieczoru przyjechałem około godziny 23:30 do domu ze służby w GPK WOP Łysa Polana i od razu zaproponowałem siostrze pójście na cmentarz, w celu zapalenia lampek na grobach naszych Drogich Nieobecnych. Poszliśmy, i około godziny 23:45 byliśmy na miejscu – przy grobach naszych dziadków i pradziadków leżących w południowo – wschodnim sektorze naszego cmentarza. Pogoda była typowa dla tej pory roku – wiał chłodny „orawiak” zza Babiej Góry, który poganiał grzybowate chmurki „atomówki”. Na niebie świecił Księżyc i gwiazdy. Widzialność była dobra. Temperatura wahała się pomiędzy 0 a +1°C.

Zapaliliśmy świeczki i lampki – wtedy można to było robić bezkarnie, bo wiatr nie zdmuchiwał płomyków, zanim jordanowski proboszcz nie wyrąbał przycmentarnej zieleni – i stanęliśmy przy grobowcu dziadków: siostra po prawej, ja po lewej stronie. I wtedy stało się to.

Najpierw usłyszeliśmy gwizd. Wydawało mi się, że to gwiżdże ktoś stojący za siostrą, zaś z kolei jej wydawało się, że to ktoś za mną. Rozejrzeliśmy się, ale w polu widzenia nie było żywego ni martwego ducha... W chwilę potem usłyszeliśmy kolejny niezwykły efekt akustyczny – skądś dobiegał do nas – albo, jak twierdziła siostra – skowyt potępieńców, albo – jak mi się wydawało – coś na kształt śpiewu chóru gregoriańskiego. Tym razem zdumienie odebrało nam mowę. Nie byliśmy w stanie zlokalizować źródła tego dźwięku. Trwało to kilkanaście sekund, może pół minuty, a potem...

... a potem uderzył w nas deszcz. Co mówię – to była ulewa, nawałnica deszczu! Grube krople waliły w gałęzie, liście, stiuki i marmury. Z sekundy na sekundę ulewa nasilała się. Zdjąłem kaptur i rękawiczki, wyciągnąłem przed siebie ręce i... – i nic! Spojrzałem w górę. Księżyc świecił spokojnym blaskiem, „atomówki” płynęły po nocnym niebie w jego upiornej poświacie i niczego niezwykłego w polu widzenia. Ani jedna kropla nie spadła na nas, ani na żaden przedmiot w polu widzenia w naszym otoczeniu. Spojrzałem na zegarek, było za dwie minuty północ...

- To Oni przybywają na cmentarz – powiedziała siostra zduszonym emocją   głosem.

- Zabieramy się stąd, ale już – odpowiedziałem.

Byliśmy przekonani, że to dusze zmarłych zamanifestowały swą obecność idąc na północne nabożeństwo do kościoła...

Ufologia zna przypadki, kiedy NOL-e manifestują swą obecność dźwiękiem przypominającym szelest spadających kropel wody. Ten NOL, a właściwie NNOL/IUFO zamanifestował swa obecność dźwiękiem – nie widzieliśmy go, pomimo starannej obserwacji  nieba i przyległego terenu. Powiedzmy więc, że to było IUFO, ale co z pozostałymi efektami dźwiękowymi? Mimo naszego racjonalizmu jak dotąd nie znaleźliśmy rozwiązania tej zagadki… 

(Fragment książki „Projekt Tatry”, Kraków 2002)


poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Zjawy na oceanie

Diabelski Palec na Kara-dag (Krym)


Aleksander O. Bogatyriew

Nigdy nie wierzyłem w jakieś diabelstwa i mistykę. Opowiadania o krasnoludkach, elfach, kikimorach i siłach nieczystych zawsze uważałem za brednie. A jednak w życiu zdarzały mi się zjawiska niewyjaśnione i niewiarygodne, które nasuwają myśl, że gdzieś tam w głębinach jeszcze nie do końca poznanego świata, tak czy owak jest coś zagadkowego, nieznanego i interesującego.


Diabelskie palce


Top wydarzyło się, kiedy uczyłem się w Szkole Morskiej. Po skończeniu drugiego roku nauki, cały nasz kurs – 98 słuchaczy na czele z komendantem kursu – został skierowany na szkolny chłodniowiec MS Komisarz Połuchin. Nas na miesiąc z hakiem wyprawiono na Atlantyk na naszą pierwszą grupową praktykę zawodową. Niemal dla wszystkich z nas było to pierwsze wyjście na morze. Na początek dowiedzieliśmy się, co to znaczy porządny sztorm, męczące kołysanie, a także nam dali możliwość wypróbowania się na wachtach i służbach z prawdziwą morska pracą. Tak więc pracowaliśmy na wszystkich wachtach i służbach – poczynając od mostka, poprzez maszynownię i skończywszy na pokładzie.

Pewnego dnia ja i grupa naszych chłopaków byliśmy do dyspozycji bosmana. Coś tam przenosiliśmy na pokładzie, przygotowywaliśmy się na wejście do rejonu kanadyjskiej wyspy Nowa Funlandia. Praca to była nie wymagająca intelektu, ale za to potrzebna, jak każda praca na statku. Nie było czasu na podziwianie cudów Przyrody. No i co było do podziwiania? Pogoda była nieciekawa: silnie kołysało, trzeba było balansować ciałem, by nie stracić równowagi, żeby nie zgubić jakiejkolwiek skrzynki, które przenosiliśmy. Także morska choroba dawała się nam we znaki. Niebo było pokryte szarymi chmurami. Nad morzem od czasu do czasu zawisały ławice mgły i padała nieprzyjemna mżawka.

Naraz zauważyłem, ze niedaleko od nas, w odległości jakichś 2 mil, majaczą dwie niewielkie wyspy. Nie były to nawet wysepki, tylko dwie duże skały, które pionowo wznosiły się nad morzem.  Nie zauważyłem na nich żadnej roślinności, żadnych znaków czy budowli: goła skała o ciemnoszarej śliskiej powierzchni z charakterystycznymi szczelinami. Ostro odcinały się od nich białe piany fal rozbijających się o te skalne monolity.

Patrzyłem na nie niedługo, po prostu zarejestrowałem je wzrokiem i dalej robiłem swoją robotę. Jednakże po kilku chwilach poczułem, jakby oblała mnie zimna woda. STOP! A co tutaj robią te dwa „diabelskie palce” pośrodku oceanu? Porównanie przyszło nieoczekiwanie, poprzez analogię z zauważalną skałą Cziertow Paliec (Diabelski Palec) na krymskim Kara-dagu. Głębokość w tym miejscu była ogromna i liczona w setkach metrów. Jeszcze wczoraj wraz z kolegami sprawdzaliśmy na mapie nawigacyjnej kurs naszego statku i żadnej skały po drodze nie widzieliśmy w pobliżu. No i oczywiście doświadczeni marynarze nigdy nie wyznaczą kursu w okolicy takich niebezpiecznych  raf. Ocean jest ogromny i wolnej przestrzeni dla ruchu wystarczy. Po co ryzykować?


Tajemniczy i urokliwy brzeg krymskiego Kara-dagu

Zainteresowałem się tym zjawiskiem i nie przerywając swej pracy, zacząłem od czasu do czasu spozierać poprzez burtę na te skały. Następna obserwacja mną wprost wstrząsnęła. Nasz statek szedł dalej swoim kursem z przybliżoną prędkością jakichś 15 węzłów, czyli około 27 km/h. Krótko mówiąc, skały te powinny w tym czasie znaleźć się już daleko za rufą. Ale do tego nie doszło!!! „Diabelsklie Palce” przez ten czas tylko trochę przemieściły się do tyłu, i właściwie cały czas znajdowały się na naszym trawersie. Wychodziło na to, że przemieszczały się one w tym samym kierunku, co nasz statek, z nieco tylko mniejszą prędkością. To odkrycie mnie zaszokowało, i postanowiłem nikomu o tym opowiadać. Bałem się, że zostanę wyśmiany i uznany za niezdolnego do pracy na morzu. Ale postanowiłem nie odpuścić i zacząłem w czasie tego rejsu pilnie rozglądać się za „ruchomymi skałami”.

Wkrótce zauważyłem, że wyspy te do tego wszystkiego zmieniają swe kształty. Minutę temu były one podobne do gigantycznych żółwi, a teraz jeszcze bardziej wyciągnęły się do góry i zaczęły przypominać jakieś fantastyczne drapacze chmur. Ich kolor stał się szarozielonym, a na ich powierzchni można było zobaczyć kamienne bałwany i szczeliny w ścianach skalnych. Kontury tych skał były jednak jakieś płynne, niestabilne i igrające ze wzrokiem.

Te dziwne i niepojęte zjawiska trwały jakieś pół godziny. Skały te wyglądały bardzo realnie i detalicznie. Wkrótce jednak zza chmur wyjrzało słońce, pogoda się poprawiła, lekka mgła się rozproszyła i kontury kamiennych wysp zaczęły się zmieniać w coś innego. Po kilku minutach na miejscu pływających, nieforemnych wysp kołysały się na falach dwa rybackie trawlery. Okazało się, że oni też śpieszyli się na połów i przez jakiś czas byli naszymi towarzyszami podróży. I wszystko się wyjaśniło! Ja wcale nie oczekiwałem takiej nagłej transformacji jak w kinie czy na przedstawieniu iluzjonisty, ale w realnym życiu. Później w swej morskiej praktyce nigdy nie spotkałem się ze zjawiskami, choćby nieco tylko przypominającymi ten nieoczekiwany seans morskich złudzeń optycznych.

[Istnieje prawdopodobna teoria tłumacząca katastrofę legendarnego statku RMS Titanic właśnie tym, że obserwatorzy na bocianim gnieździe nie mogli na czas zobaczyć góry lodowej bowiem zakrywała ją strefa mirażu powstającego na styku zimnej wody z powietrzem i zobaczyli ją dopiero wtedy, kiedy wyszła z tej iluzorycznej strefy kilkaset metrów przed dziobem rozpędzonego do 22 kts liniowca. Podobnie też było w przypadku stojącego nieopodal Titanica statku SS Californian, który również znajdował się w strefie mirażu i widziano wtedy nie Titanica, ale jakiś trzeci statek (zwany w literaturze „statkiem X”), który przemieszczał się koło tonącego transatlantyku w odległości około 3,8 mn/7 km – uwaga tłum.]


Niewidzialny reflektor


A oto jeszcze jedno zdarzenie. Na początku lat 80., MS Diedowsk – na którym, pracowałem jako elektromechanik, płynął po Oceanie Atlantyckim z ładunkiem jakichś maszyn i agregatów do Kuby. Do stolicy wyspy, Hawany został jeszcze tydzień podróży i nasz statek spokojne sunął po ciepłych, tropikalnych wodach w kierunku Zatoki Meksykańskiej. Marynarze cieszyli się z dobrej pogody, spokojnym morzem, ciesząc się na kubańską egzotykę.

Spędzałem czas w kompanii swego przyjaciela, II oficera naszego statku. On pełnił wachtę od północy do godziny 04:00. W takich przypadkach zaparzałem mocna kawę do termosu, szedłem do niego na mostek i tam spędzaliśmy czas na pogawędkach. Dzięki temu czas nam szybciej leciał.

I pewnego razu, kiedy spokojnie piliśmy sobie kawę na mostku i prowadziliśmy rozmowę, skądś z ogromnej wysokości, uderzył w nas promień białego światła. Było tak jasno, jak w dzień. Nasz statek mający długość ponad 100 m poruszał się w świetlistym stożku, którego średnica była nieco większa od długości jego kadłuba. Źródło światła znajdowało się gdzieś bardzo, ale to bardzo wysoko. (Znajdując się we wnętrzu świetlnego stożka określenie jego wysokości było niepodobieństwem.)

Światło było równomierne, jaskrawe i jakieś takie „zimne” i bardzo nieprzyjemnym dla ludzkich oczu. Przedmioty w tym świetle było widać bardzo kontrastowo i reliefowo. Od wpływu tego światła chciało się gdzieś uciec, skryć do cienia. Do charakterystyki światła najbardziej pasowałoby słowo „napromieniowanie”. Światło to było jakieś takie martwe, kolące.

Nie podejmuję się nawet przypuszczać, co mogło być źródłem takiego światła i nie wiem, czy istniały projektory (rodzaj silnych reflektorów – przyp. tłum.) o tak wielkiej mocy. Nie sądzę, by takie były nawet dzisiaj. Ale skoro to było sztuczne światło (a to, że było to sztuczne światło było poza dyskusją), to powinno być także źródło tego światła, obiekt, z którego ono na nas padało. Staraliśmy się spojrzeć na to miejsce poza wierzchołkiem stożka światła, mając nadzieję, że uda się coś poza nim dojrzeć czy usłyszeć jakieś dźwięki od zawisłego nad nami aparatu latającego. Bezskutecznie. Ciszę wypełniał tylko miarowy pomruk naszego silnika okrętowego. Obserwacja też nie dawała żadnych rezultatów. Tak zawisnąć nad statkiem mógł tylko helikopter. No, ale skąd się on mógł wziąć na środku Atlantyku? Przecież do najbliższego brzegu trzeba było płynąć i płynąć, no i nie ma helikopterów latających tak bezszmerowo…

Czy relacja ta nie kojarzy się z opowieścią biblijną o Gwieździe Betlejemskiej? 
(rys. Kiyoshi Amamiya)

Poruszaliśmy się cały czas w tym promieniu. Uczucie w nim też było nieprzyjemne. Wszak nikt tego nie lubi, jak ktoś się mu tak bezpardonowo i nachalnie przygląda. Mieliśmy cały czas uczucie, że jesteśmy badani przez nieznanego Kogoś. Postawcie się na miejscu mrówki, którą obserwują przez wielkie szkło powiększające, i jeszcze dla lepszej widoczności światło włączyli…

Świecenie trwało jakieś 15 minut. Ono nie zmieniało się, nie rozjaśniało się, nie zmieniało swego koloru i intensywności. Początkowo zdenerwowany mój przyjaciel nawigator wreszcie wrócił do siebie i zdecydował się o zameldowaniu o wszystkim kapitanowi. I naraz niewidzialny reflektor zgasł równie nieoczekiwanie, jak się zaświecił. Nie osłabł, nie oddalił się – po prostu zgasł.

Co to było? Grupowa halucynacja dwóch młodych ludzi pod wpływem czarnej kawy i luźnego nastroju spowodowanego cudownym widokiem podzwrotnikowej nocy? Nie sądzę. Dzisiaj wiele mówi się o nieznanych obiektach, latających talerzach, nieznanych fenomenach i innych cudownych wydarzeniach. Wtedy gazety i TV niewiele mówiły  o takich dziwnych i niezwykłych rzeczach i zdarzeniach. Dlatego też po tym, jak staliśmy się świadkami tego niezwykłego wydarzenia, dla którego nie było żadnego wyjaśnienia, postanowiliśmy nikomu o tym nie mówić. Po prostu dlatego, że zostalibyśmy wyśmiani. W najlepszym przypadku by nam się oberwało za to, że drzemka na wachcie nie zawsze jest dobrze – mogą się przyśnić różne głupoty. W najgorszym – poradzono by nam zwrócić się do psychiatry. Ale przecież to się nam przydarzyło naprawdę!

[NB, trudno przypuścić, by dwóm ludziom przyśnił się taki sam sen, w tym samym miejscu i czasie. Jedno jest pewne – statek znajdował się wtedy na akwenie Trójkąta Bermudzkiego, a zatem takie zdarzenia – o ile wierzyć różnym autorom – są tam na porządku dziennym. No i jeszcze jedno – istnieje kategoria Niewidzialnych Nieznanych Obiektów Latających – NNOL lub IUFO, których obecność, bo nie je same, zaobserwowano niejednokrotnie w różnych krajach, więc też nie ma się czego dziwić. Poza tym jestem bardzo ciekawy, jakie urządzenia wiózł ten statek na Kubę? Czy były to części jakichś instalacji mogących mieć militarne zastosowanie? Nie od dzisiaj wiadomo, że takie rzeczy bardzo interesują Ufitów i po prostu mogła to być jakaś Ich inspekcja trefnego ładunku… - uwaga tłum.]


Źródło – „Tajny XX wieka” nr 49/2013, ss. 8-9
Przekład – Robert K. Leśniakiewicz ©
Ilustracje - Internet 

niedziela, 9 lutego 2014

Pod kołpakiem



Tatiana K. Grigorienko


Ta historia zdarzyła się 15 lat temu. Często latem i jesienią całą rodziną naszą Wołgą jeździliśmy z Mińska do lasu, na jagody i grzyby. Mieliśmy kilka naszych „grzybowych” miejsc: a to opieńkowe, borowikowe, kurkowe, itd. Jedno z naszych ulubionych miejsc znajdowało się niedaleko od Raubiczej (koło Mińska). Tam można było znaleźć wiele gatunków grzybków. Jeździliśmy tam bardzo często, przez jakieś 20 lat i ten masyw leśny był schodzony przez nas wzdłuż i w poprzek. Znaliśmy tam każdą ścieżkę, każdy dukt, nieledwie każdy pieniek. Nieopo0dal rozpościerał się poligon wojskowy i dlatego cały masyw leśny był poprzecinany rowami i transzejami, które dzieliły go na sektory i kwadraty. Tak więc orientowaliśmy się w nim łatwo tym bardziej, że obok niego przebiegała obwodnica, której szum słychać było w dużej odległości.

Tego dnia, wyszliśmy z samochodu i rozeszliśmy się pojedynczo: ja z mamą poszłam w jedną stronę od drogi – prawda: w różnych kierunkach, a ojciec w drugą stronę. Jednakże kiedy tylko weszłam do lasu, to stało się jasne, że grzybów tam praktycznie nie ma. Także muchomorów i innych „trujaków” tam nie było. Szybko przebiegłam przez pierwszy kwadrat, przeszłam drugi po przekątnej… I naraz dotarło do mnie – coś się zmieniło!  Z  początku nawet za bardzo nie wiedziałam, co. Niby wszystko jest tak jak zawsze, ale i nie tak. I naraz zrozumiałam: otaczała mnie zupełna, absolutnie martwa cisza! Szum od drogi wciąż słyszalny naraz znikł zmieniając się w dzwoniąca pustkę. To było tak, jakby na mnie nałożono jakiś niewidzialny acz dźwiękoszczelny kołpak.

Ale mnie to nie przestraszyło, dlatego że aż krzyknęłam z radości – wokół mnie gdzie tylko nie sięgnął wzrok, stały borowiki! Rosły one nie w grupach, ale pojedynczo, w odstępach jakichś 4 m jeden od drugiego: wyglądały jednakowo, jakby z inkubatora, krępe, dziesięciocentymetrowe, z niewielkimi ale regularnymi, brązowymi kapeluszami. Oczywiście zdumiało mnie to – wszak jeszcze minutę temu byłam przekonana, że dzień nie jest grzybowy. I wpadłszy w ekstazę zaczęłam zbierać te cuda. Miotałam się po kwadracie, błyskawicznie wypełniłam wiadro bałam się stracić swój „połów”. Wreszcie miałam pełne wiadro z czubem. Pozostałam tam, by odpocząć, zdjęłam wierzchnie wdzianko (żeby zapakować w nie jeszcze więcej grzybów), i poza tym zawołać mamę – wszak głupio mi było pozostawić taki urodzaj!

I naraz poczułam strach – silny i narastający. Rozejrzałam się dookoła -  nikogo w pobliżu! Ale pojawiło się u mnie silne poczucie tego, że jestem pilnie obserwowana, badawczo, namolnie! A do tego – jak mi się wydało – obserwowano mnie gdzieś z góry, z wysokości szczytów sosen. Spojrzałam w górę, ale tam nie było niczego niezwykłego. Strach literalnie mnie sparaliżował. Zaczęło mi się wydawać, że to coś niewidzialne, co mnie obserwowało, zbliża się do mnie…

Znalazłam w sobie siły na wezwanie mamy. Ona się odezwała, czemu się bardzo zdziwiłam, wszak żadne dźwięki nie przebijały się przez „kopułę”. Okazało się, że mama tez znajdowała się w tym zagadkowym kwadracie. Mama podbiegła do mnie z wiadrem pełnym takich samych jak moje borowiczków. Na jej twarzy ujrzałam wyraz paniki – jak u mnie. Obie przylgnęłyśmy do siebie na przemian pytając: czy ty czujesz, że ktoś na nas patrzy???

A potem wraz z mamą zaczęłam uciekać z tego strasznego miejsca. I – o dziwo – jak tylko przeszłyśmy przez przesiekę, strach gdzieś przepadł, za to wróciły wszystkie dźwięki, w tym szum dobiegający od drogi (a do tego droga ta była znacznie dalej, niż w tym złowieszczym kwadracie). Nabrawszy odwagi, zdecydowałyśmy już to ze zwyczajnej ciekawości, ponownie wejść do tego kwadratu. I ponownie, kiedy przecięłyśmy przesiekę powrócił strach i znikły wszystkie głosy.

Zdecydowałyśmy więcej nie ryzykować i poszłyśmy do samochodu. Idąc znów zauważyłyśmy, że grzybów nie było. A i tata wrócił z drugiej strony drogi z jedynym zasuszonym gołąbkiem. Kiedy opowiedzieliśmy mu o naszej przygodzie, on początkowo śmiał się z nas, a potem sam zdecydował pójść tam i to sprawdzić. Ale go tam nie puściłyśmy, bo bałyśmy się o niego. Nam też tam wracać się nie chciało, i nie chciałyśmy puścić tam taty samego. Udało się nam go przekonać i wróciliśmy do domu.

Prawdę powiedziawszy, po powrocie do miasta chcieliśmy wyrzucić wszystkie grzyby zebrane w tym kwadracie. Kto wie, czy one nie były czymś zarażone czy skażone? Żal się zrobiło – były takie piękne. Jeden w drugiego! W Mińsku sprawdziliśmy je – wszystkie były w normie. Promieniowania też nie stwierdziliśmy.

W czasie następnego grzybobrania powróciliśmy na to miejsce. Wszyscy razem poszliśmy do tajemniczego kwadratu. Ale tym razem niczego niezwykłego tam nie zaszło. Dźwięki nie znikły, droga szumiała jak zawsze… Czyli z kwadratu zdjęto ten eksperymentalny kołpak. I nie było ani jednego grzyba!!!   



Moje 3 grosze

Takie opowieści słyszy się pomiędzy grzybiarzami, leśnikami, robotnikami leśnymi i w ogóle ludźmi lasów. Sam zresztą też kilkukrotnie przeżywałem w beskidzkich, śląskich i pomorskich lasach podobne zdarzenia: brak poczucia upływu czasu, brak orientacji w dobrze znanym terenie, wyłączenie wszelkich dźwięków, nietypowe odgłosy w absolutnej ciszy, dźwięki dezorientujące człowieka w sposób absolutny, itd. itp. To wszystko naprawdę się zdarza.

Ale czy jest jakieś wyjaśnienie? Zadałem to pytanie moim znajomym i oto, co mi przysłali:



Zofia Piepiórka (wizjonerka, badaczka UFO):
Ależ tak! Ja również kilka lat temu będąc na wsi w Małych Stawiskach wybrałam się na grzyby na rowerze do pobliskiego lasu, a potem w kierunku stacji Olpuch Wdzydze. Zbierałam niemki i nagle znalazłam się w miejscu o którym słyszałam do dziecka... Była cisza i po kilku minutach zdałam sobie sprawę że nie wiem gdzie jestem!! Wszystko jakby wyglądało inaczej! Straciłam orientację, czułam zawroty głowy i mdłości... Wpadłam w panikę, ale siłą woli opanowałam się i skupiłam się na sobie... Wyszłam, ale do domu wróciłam jak pijana... Opowiadałam to znajomemu we wsi, a on opowiedział jak jego żona wybrała sie tam również na grzyby i spotkało ją to samo. Tak głośno krzyczała z przerażenia, że on usłyszał ją we wsi i czym prędzej tam pojechał samochodem. Jego żona od tej pory nie chodzi na grzyby! A ja zaczęłam badać to miejsce... chyba 3 lata temu napisałam na ten temat NOTATKĘ na Faceboku! Poszukam i dołączę.


Rafał Kowalczyk (grzybiarz, ufolog):
Dobre! Miałem z taką ciszą do czynienia przy schodzeniu z Pilska od schroniska. Schodziliśmy z kumpelą szlakiem jak zaznaczyłem i to że nikogo nie spotkaliśmy to może mnie jeszcze nie dziwić choć była to sobota lub niedziela ale ta cisza była niesamowita, nic się nie poruszało, zero ptaków, zero jakichkolwiek odgłosów, dosłownie gdyby nic nie żyło. Takiej ciszy jak wtedy więcej nie doświadczyłem ale zapewne nie było to takie magiczne jak w opisanej historii...


Zenit (grzybiarz):
No ciekawe.
Choć przyznam że czasami wśród beznadziejnego pustego lasu czasami udawało mi się trafiać w miejsca gdzie grzyby masowo rosły ale nie miałem klapki na uszach ani nie odczuwałem strachu...


Wojciech Pasiecznik (ufolog):
Ktoś nas bada i skrzętnie notuje obserwacje naszych zachowań. Najpewniej odizolowana, częściowo dźwiękochłonna bariera, jakby klosz lub klatka laboratoryjna. Myślę, że to albo Obcy z naszego wszechświata lub też ich odpowiedniki z innych płaszczyzn (wymiarów, planów) rzeczywistości. Cel jeden: badać i obserwować.


Nathas (grzybiarz):
Jako racjonalista mam pewien pomysł - opisane 'zjawisko' to wyssane z palca brednie.


Elżbieta Kowalska (grzybiarz, leśnik, badaczka UFO):
Przeczytałam artykuł. Fakt, dziwne to wszystko. Mnie to wygląda na eksperymenty wojskowe. Strefy ciszy i strefy martwe zdarzają się w przyrodzie, owszem. Pisząc o eksperymentach wojskowych miałam na myśli infradźwięki. Pisałam kiedyś na ten temat prace semestralną, ale nie mogę jej znaleźć, chyba przepadła. Zagadnienie jest bardzo, ale to bardzo ciekawe. Nadal niepoznane. Wpływem na organizmy zajmuje się...wojsko! Już nie jest tajemnicą, że opracowano tzw. broń akustyczną. 15 lat temu to mogła być faza testowania, a jakże! Majstrują przy niej przede wszystkim... Rosjanie. Infradźwięki zostały odkryte stosunkowo niedawno. Z pola działania tej częstotliwości (poniżej 19 Hz) uciekają zwierzęta! Powodują właśnie zaburzenia orientacji w terenie. Człowiek zaś odczuwa niepokój, strach, oblewają go zimne poty (coś jak stan przedzawałowy), ma halucynacje, wpada w depresję, jest rozdrażniony. Infradźwięki wprowadzają komórki w takie drgania,  które w konsekwencji  rozrywają je, czyli zabijają. Stąd wszystkie te paraliżujące narządy  objawy. Zbliżanie się do progu 20 Hz już powoduje  niepokój,ucisk na niektóre organa, nawet fatamorganę, czyli zaburzenia widzenia. Może warto pokusić się o poszukanie obiektów wojskowych pod Mińskiem? Przecież Białorusini to partnerzy Rosjan.


Aga Draco (grzybiarz, zainteresowana UFO):
Ja dużo chodzę po lasach i bywałam w różnych miejscach ale z niczym podobnym się nie spotkałam.
Myślę że dużą rolę może odgrywać tu wyobraźnia która dopasowuje się do chwilowych odczuć i emocji.
Być może wyciszenie w tym miejscu mogła spowodować jakaś gęściejsza ściana drzew lub nierówność terenu (wiele zależy od tego od jakiej strony wejdzie się na dany obszar)
Poza tym teren trzeba byłoby sprawdzić pod kątem pomiarów np.natężenia pola elektromagnetycznego, czy nie występują tam jakieś anomalie lub odchylenia od normy, czasowe fluktuacje, zważywszy na dużą ilość borowików w tym miejscu w tamtym momencie oraz nietypowe odczucia u ludzi  -  strach, niepokój,  panika.
Tak czy owak nie byłam tam i nie widziałam tego miejsca, a sama nic podobnego nie pamiętam więc trudno mi wysnuwać jakieś jednoznaczne wnioski.


Tomasz Małecki (grzybiarz, zainteresowany UFO):
Czy nie przypomina Wam to czynnika Oz? Według Hyneka im wyższy poziom udziwnienia, tym wyższe prawdopodobieństwo realności danego zdarzenia związanego z NOL-ami. Notabene rzekoma wielowymiarowość NOL-i jest najpewniej skorelowana z czynnikiem Oz, ale nie tylko z nimi. Ponoć wiele zdarzeń spoza normy codzienności wykazuje się udziwnieniem otoczenia, więc przypuszczając, iż tak właśnie może być, należy się zastanowić, czy ta relacja jest autentyczna, czy raczej bazuje na relacjach innych.
Poza tym efekt strachu i obecności może być indukowany silnymi polami EM, co też może łączyć się z możliwością manipulacji czasoprzestrzenią za pomocą tych pól. A jeśli tak, to z kolei powstaje pytanie, czy sama natura rzeczywistości pozwala na samorzutne zmiany czasoprzestrzenne/międzywymiarowe, czy może to efekt działania podczas prac nad czymś ludzkiego autorstwa.
Jeszcze jedno mi się przypomniało. Napisałem o tym kiedyś, ale nie zawadzi powtórzyć dobrego przykładu.
Otóż pamiętam relację jakiejś osoby z kwartalnika „UFO”, która opowiadała o swoim wzięciu. Gdy zobaczyła NOL-a, nagle okazało się, że na uczęszczanej trasie nie było ani jednego samochodu, a wokół panowała cisza. Obiekt zbliżył się, i choć dalej nie pamiętam treści relacji, to pamiętam opis dialogu pomiędzy tą osobą a załogantem NOL-a.
Gdy wzięty/a zaczęła się zastanawiać nad tą ciszą i brakiem 'życia' na trasie, zadała o to pytanie ów jegomościowi, a ten odparł, że są w innym wymiarze. Gdy zapytała o to, ile jest w końcu wymiarów, odparł podobnym pytaniem: 'A ile chcesz, żeby ich było?'.
Jako nastolatek nie rozumiałem tego, co zostało przekazane, ale dopiero po ładnych paru latach nabrało prawdziwego sensu i chyba samo-uwierzytelniło się. Przynamniej w moim wlasnym, prywatnym świecie i pojęciu o tych sprawach.
P.S.
Przypomniałem sobie opis NOLa lecącego pośród drzew w lesie (!), co tłumaczono jako możliwe tylko dzięki przefazowaniu wymiarowemu lub jakiejś manipulacji materią na poziomie kwantowym (jak np. podczas wizyt i przechodzeniu/wychodzeniu ze ścian). Wtedy też występuje czynnik Oz.
P.P.S.
Jeśli wierzyć autorowi Koewolucji, hybryda udzieliła ciekawej odpowiedzi na temat natury atomów - w ich drganiach ukryte są całe światy. Kiedy indziej inna istota podała wyjaśnienie, że zabierają 'branego' do innego wymiaru dla wygody operacji wzięcia, ale i dla ich własnej wygody, bo łatwiej spotykać się pośrodku (ale tutaj już czuję, że mieszam wątki). Dochodzi też sprawa popularyzatorskich guru mechaniki kwantowej, którzy twierdzą, że autentycznie obok nas, w tej samej 'przestrzeni', istnieją niezliczone światy. Ciekawe, czy to wszystko się wiąże z powodu racji, czy konfabulacji...



Ile zdań, tyle różnych opinii. W końcu zjawiska były tak niezwykłe, że warto było o nich podyskutować.

A co ja na to? Część z tych fenomenów można wytłumaczyć, ale to, co opisała tutaj autorka – nie. Założywszy, że jej opowiadanie jest prawdziwe, to nie ma innego wyjaśnienia jak to, że znalazła się ona w polu działania jakichś nieznanych sił – być może znalazła się w polu widzenia i oddziaływania jakiegoś Niewidzialnego NOL-a - IUFO/NNOL-a, którego nie widać optycznie, ale oddziaływanie jego pól siłowych odczuwa się nawet w znacznej odległości. Takie wypadki światowa ufologia zna i zostały one opisane. Ale co tam IUFO!

Jest jeszcze jedna, paskudna przyznaję, możliwość, a mianowicie: być może autorka znalazła się w zasięgu rażenia jakiejś broni oddziaływania PSI, eksperymenty nad którą prowadzono na tym poligonie. Proszę przypomnij sobie Czytelniku incydent w Zatoce Gdańskiej, który miał miejsce w dniu 23.VIII.1979 roku, kiedy to załogi dwóch polskich kutrów rybackich HEL-125 i HEL-127 zostały zaatakowane przez czerwono świecący BOL, który spowodował u załogantów wystąpienie negatywnych efektów psychosomatycznych. Bronisław Rzepecki założył m.in. że było to działanie właśnie jakiejś broni PSI, którą Rosjanie wypróbowali na polskich rybakach.  

I tylko te grzyby… Czyżby to promieniowanie – o ile to było promieniowanie – aktywizowało grzybnię i uniformizowało owocniki? Jako grzybiarz mogę powiedzieć, że z czymś takim spotkałem się tylko raz – we wrześniu 1986 roku, gdzieś w lasach pomiędzy Świnoujściem a Międzyzdrojami. Na polance o powierzchni 20-30 m² znaleźliśmy kilkadziesiąt owocników podgrzybka brunatnego – Xerocomus badius – którymi wypełniliśmy dwa wiadra, dwie kurtki i inne części garderoby… Ale to było po katastrofie w Czarnobylu i być może na ta polanę spadł obłok radioaktywnych cząstek, który zaktywizował grzybnię i spowodował obfity wysyp…


Tak czy inaczej – fenomen istnieje i nie można obok niego przejść obojętnie. Będę śledził wszystkie doniesienia na ten temat, bo wydaje mi się, że jest to konkretne oddziaływanie Obcych na biosferę naszej planety. Bez względu na to, kim Oni są…



Źródło – „Tajny XX wieka” nr 40/2013, s. 24
Przekład z j. rosyjskiego i ilustracje –
Robert K. Leśniakiewicz ©

wtorek, 10 września 2013

IUFO/NNOL – niewidzialne UFO nad Jordanowem?

IUFO zostało zaobserwowane i sfotografowane w tej formacji chmur


Miałem dziś okazję zobaczyć dość ciekawe zjawisko, które mógłbym opisać jako manifestację IUFO - Niewidzialnego Nieznanego Obiektu Latającego – a może nawet kilku. Widziałem to w czasie spaceru, w biały dzień, nad ulicą mojego miasta. A wyglądało to tak, jak na zdjęciach. A oto metryczka incydentu:


TYP INCYDENTU: DD/RV/IUFO
MIEJSCE: Jordanów -  49°40′ N - 019°50′ E
DATA: 10.9.2013 r.
CZAS: 16:20 CEST/14:20 GMT
CZAS TRWANIA: ok. 3 minuty
ILOŚĆ OBIEKTÓW: 1-3
ŚWIADKOWIE: 1
ZDJĘCIA: 4 – aparat fotograficzny: SONY C-1505
PRAWDOPODOBNE WYJAŚNIENIE: brak


Stan pogody:


TEMPERATURA POWIETRZA: +24°C
WILGOTNOŚĆ POWIETRZA: 33%
WIATR: umiarkowany z kierunku S i S-SW, słaby halny
CIŚNIENIE ATMOSFERYCZNE: 1008 hPa
ZACHMURZENIE: 0,3 – 0,5
WIDZIALNOŚĆ: nieograniczona (CAVU)


Idąc wzdłuż ulicy Mickiewicza zauważyłem ciekawą formację chmur, które powoli rozwiewały się na lazurze nieba. W pewnej chwili zauważyłem, jak w jednej z nich tworzy się kulista próżnia, jakby znajdowało się w niej coś niewidzialnego czy przeźroczystego. Wykonałem cztery zdjęcia – trzy w odstępach ok. 20 s, jedno w 2 minuty później. I nie wiem, co one przedstawiają, a oto one…







Sekwencja czterech zdjęć NNOL-a



Nie zauważyłem żadnych dodatkowych efektów, które zazwyczaj towarzyszą UFO, nie stwierdziłem zmian w otoczeniu i w upływie czasu. Być może było to jedynie naturalne zjawisko związane z ruchem powietrza w czasie wiatru halnego, ale stuprocentowej pewności nie mam.