Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą energetyka jądrowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą energetyka jądrowa. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 8 stycznia 2024

Sekret (33) Polihymnii

 


 

James Felton

 

Asteroida (33) Polihymnia może zawierać pierwiastki spoza Tablicy Mendelejewa. Ta asteroida jest tak gęsta, że fizycy twierdzą iż może ona zawierać pierwiastki spoza układu okresowego pierwiastków, jakich jeszcze nie widziano na Ziemi.

Niektóre asteroidy są gęste. W rzeczywistości tak gęste, że według nowego badania gęstości masy mogą zawierać ciężkie pierwiastki spoza układu okresowego. Zespół fizyków z Uniwersytetu w Arizonie twierdzi, że motywacją była dla nich możliwość powstania kompaktowych obiektów ultragęstych (Compact Ultradense Objects - CUDO) o gęstości masowej większej niż osm, najgęstszy z naturalnie występujących, stabilny pierwiastek, posiadający w jądrze 76 protonów 76Os – z najbardziej stabilnymi izotopami:  187-190, 192Os. Gęstość osmu wynosi ok. 22,5–22,6 g/cm³.

Osm - najgęstszy ze znanych pierwiastków

W szczególności niektóre obserwowane asteroidy przekraczają ten próg gęstości masy. Szczególnie godna uwagi jest asteroida (33) Polihymnia – pisze zespół o swoim badaniu dodając, że - ponieważ gęstość masy asteroidy (33) Polihymnia jest znacznie większa niż maksymalna gęstość masy znanych mas atomowych, można ją sklasyfikować jako CUDO o nieznanym składzie.

Zespół przyjrzał się właściwościom potencjalnych pierwiastków o liczbie atomowej (Z) wyższej niż najwyższa liczba atomowa w bieżącym układzie okresowym. Chociaż osm jest najgęstszym stabilnym pierwiastkiem, pierwiastki o wyższej liczbie atomowej zostały wytworzone eksperymentalnie.

Oganesson (294Og), zsyntetyzowany po raz pierwszy w 2002 r. w wyniku bombardowania kalifornu-249 (259Cf) atomami wapnia-48 (48Ca), ma liczbę atomową 118Og i jest najgęstszym pierwiastkiem w układzie okresowym. Pierwiastki znajdujące się w górnej części tabeli są zwykle niestabilne, radioaktywne i mają niewiarygodnie krótkie okresy półtrwania – T1/2.

Modelowano pierwiastki spoza układu okresowego, a fizycy przewidywali ich właściwości. Zespół z Arizony zrobił to samo, korzystając z relatywistycznego modelu atomu Thomasa-Fermiego, próbując oszacować gęstość masową pierwiastków o Z = 110 i wyższych.

Patrząc na pierwiastki znajdujące się nadal w układzie okresowym, nie udało im się znaleźć pierwiastków o wystarczająco dużej gęstości mas, aby wyjaśnić obserwacje asteroidy (33) Polihymnia, nawet jeśli były wystarczająco stabilne, aby można je było uznać za kandydata.

Jednak pierwiastki z drugiej teoretycznej wyspy stabilności jądrowej w pobliżu Z = 164, dla których, jak przewidujemy, będą zawierać wartości gęstości masy pomiędzy 36,0 a 68,4 g/cm³, są rozsądnymi kandydatami – napisał zespół.  - Jeśli znaczna część asteroidy byłaby zbudowana z tych metali superciężkich, prawdopodobne jest, że większa gęstość masy mogłaby być bliska wartości zmierzonej eksperymentalnie.

Nasze wyniki dotyczące gęstości masy pozwalają nam postawić hipotezę, że jeśli superciężkie pierwiastki są wystarczająco stabilne, mogą istnieć w jądrach gęstych asteroid, takich jak (33) Polihymnia – dodał zespół w artykule.

Trudno jednak zaprzeczyć, że nie ma to jak określenie mianem obiektu nie z tego świata, takiego, który składa się z pierwiastków nie wykrytych wcześniej na Ziemi, ani w trakcie naszych badań Kosmosu. Takim obiektem może okazać się asteroida (33) Polihymnia, której ogromną średnią gęstość 75 g/cm³ wyznaczono już w 2012 roku, przy założeniu, że nie jest ona zbudowana z egzotycznej materii, daje się najlepiej wyjaśnić istnieniem wcześniej nie wykrytych pierwiastków o dużych liczbach atomowych.[1]

Choć to wstęp, jest to jednak ekscytujące dla każdego, od osób niejasno zainteresowanych fizyką po braci technologicznych z planami wydobycia kosmicznego.

Wszystkie superciężkie pierwiastki – zarówno te wysoce niestabilne, jak i te, których po prostu nie można zaobserwować – wrzucono do jednego worka, tworząc „unobtainium”[2] – dodał w notatce prasowej Jan Rafelski, autor artykułu. - Pomysł, że niektóre z nich mogą być na tyle stabilne, że można je uzyskać z Układu Słonecznego, jest ekscytujący.[3]

 

Moje 3 grosze

 

I znów jak bumerang wraca sprawa istnienia radioasteroid, które mogłyby zawierać w sobie superciężkie REE będących poza Tablicą Mendelejewa. Myślę, że nie musimy szukać ich tak daleko, bo znajdują się one już na – a właściwie w naszym naturalnym satelicie – Księżycu. A konkretnie w co najmniej dwóch miejscach – pierwsze z nich to Basen Aitken, pod którym znajduje się ogromna masa – najprawdopodobniej metalu, która dawno temu uderzyła w Księżyc i spowodowanie powstania tam ogromnego basenu uderzeniowego i dodatkowego maskonu. Drugim miejscem jest tajemnicza kraina pomiędzy kraterami Bel’kovich i Compton oznaczona jako CBVC – od słów Compton-Bel’kovich Volcanic Complex, która nie ma charakteru uderzeniowego, a powulkaniczny. Rzecz w tym, że na tym miejscu zaobserwowano zwiększoną ilość toru (Th), pierwiastka bardzo ważnego dla energetyki atomowej. Być może w tym miejscu doszło do impaktu radioasteroidy, który spowodował lokalne rozgrzanie się gruntu i zjawiska wulkaniczne…

Tak czy inaczej, sprawa istnienia takich asteroid jak (16) Psyche czy wzmiankowana (33) Polihymnia składających się z metali lub nawet zawierających duże ilości REE. Takie asteroidy spadając na planety mogłyby powodować lokalne napromieniowanie ich obszarów i co za tym idzie powodować zmiany w genomach istniejących tam istot żywych. Czyżby więc radioasteroidy były lokomotywami ewolucji?   

 

Opracował - ©R.K.F. Sas - Leśniakiewicz



[2] Unobtainium (z ang. unobtainable – „nieosiągalny”, „niedostępny” + sufiks łac. ium, jako parafraza nazewnictwa IUPAC dla nowych pierwiastków chemicznych, np. ununoctium) – określenie stosowane w naukach inżynieryjnych, science fiction i eksperymentach myślowych, opisujące bardzo rzadki, drogi lub nawet fizycznie niemożliwy do wykonania materiał, którego właściwości są niezbędne do uzyskania zakładanego rezultatu. (Wikipedia)

środa, 9 sierpnia 2023

Pokojowy atom na gąsienicach

 


 

Witalij Aleksandrow

 

Mówi się, że w Rosji wrócą prace nad stworzeniem dla sił zbrojnych mobilnych elektrowni jądrowych – MEJ. Te stacje energetyczne planuje się wykorzystywać w arktycznych warunkach Dalekiej Północy. Jeżeli to prawda, to potwierdzi się stare porzekadło, że wszelka nowość – to całkiem dobrze zapomniana staroć.

Lata 50-te ubiegłego wieku nie bez kozery nazywają latami atomowej romantyki.

[Polecam Czytelnikowi książkę z 1961 r. pt. „Przygody z tej i nie z tej Ziemi, czyli świat za wiele, wiele lat” pod redakcją Stanisława Aleksandrzaka. W zawartych w niej opowiadaniach z końca lat 50-tych czytamy o pokojowym wykorzystaniu atomu – od medycyny do lotów kosmicznych. Niestety – wizje te nie zostały zrealizowane w stu procentach…]

Uczeni radzieccy byli uwiedzeni ideami o tym, jak można wykorzystać energię jądrową w gospodarce narodowej, zaś fantastycy wymyślali jakie to wielkie możliwości ma jej wykorzystanie w innych różnych obszarach. Do tego, żeby statki kosmiczne z reaktorami jądrowymi na pokładach mogły orać ugory Kosmosu, jednak nie doszło. Ale za to w ZSRR pojawiły się pierwsze stacjonarne elektrownie atomowe zaopatrujące w energię elektryczną miasta i wioski, zaś lodołamacz NS Lenin bez przerwy i chwili wytchnienia przebijał się przez lody Arktyki.

 

Podwozie od czołgu

 

W 1955 roku, jeden z koryfeuszy przemysłu atomowego ZSRR Jefim Sławskij odwiedził leningradzkie Zakłady im. Kirowa, gdzie przedstawił dyrektorowi tego zakładu I.M. Siniewowi pomysł zbudowania MEJ, która mogłaby zaopatrywać w elektryczność obiekty cywilne i wojskowe znajdujących się na obszarach radzieckiej Dalekiej Północy i Syberii. 

Idea ta była prawie fantastyczna, ale w tamtych czasach uważano, że dla radzieckich uczonych i inżynierów nie ma niczego niemożliwego. I wkrótce specjaliści z Zakładów Kirowa w kooperacji z kolegami z Zakładów Produkcji Parowozów w Jarosławiu przedstawili kierownictwu projekt atomowego pociągu energetycznego – ruchomej EJ (Pieriedwiżnoj Atomnoj Elektro Stancji – ПАЭС czyli PAES) o niedużej mocy. Aliści w rejonach Dalekiej Północy nie było linii kolejowych…

[Pięć lat temu powrócono do tego pomysłu, ale z wykorzystaniem pływającej EJ i tak powstała pływająca elektrownia jądrowa NS Akademik Łomonosow, którą zacumowano w dalekowschodnim, polarnym porcie Bilibino. W planach są jeszcze trzy elektrownie w Peweku i Wiliuczyńsku. W projekcie są brane pod uwagę obszary półwyspu Kola, Jamał, Tajmyr, rejon Jakucji oraz półwysep Kamczatka. Oczywiście ekolodzy podnieśli wrzask, że jest to „pływający Czarnobyl” i „atomowy Titanic”, itd. itp. Natomiast Amerykanie mieli wojskową elektrownię pływającą, która zasilała bazy USAF i USN w Panamie i jakoś nie słyszałem, by krytykowali ją ekolodzy… No ale ekolodzy protestują tylko tam, gdzie są media. Na temat atomowych pociągów napisaliśmy w książce „Pociągi-widma i widma w pociągach”, która ukaże się pod koniec tego roku.]

A zatem do prac włączono także uczonych z Instytutu Fizyko-Energetycznego w Obnińsku. Z ich pomocą już w 1957 roku pojawił się projekt MEJ na gąsienicach, którą nazwano TES-3 (Transportabielnaja ElektroStancja - ТЭС).

Upłynęły trzy lata, i w 1960 roku pierwszą jednostkę EJ na gąsienicach dostawiono do Obnińska na poligon doświadczalny Instytutu Fizyko-Energetycznego. Do jej transportu użyto tzw. energosamochodów na gąsienicowym podwoziu wziętego z najnowszego radzieckiego czołgu ciężkiego T-10, który pojawił się pod koniec lat 50. Różnica była taka, że energosamochód miał 10 par kół jezdnych, zaś T-10 tylko siedem. Ale wydłużona podstawa nie pozwalała ustawić całej elektrowni na jednym pojeździe. Dlatego też stworzono coś w rodzaju pociągu drogowego.

Pierwszy z nich miał na pokładzie małogabarytowy dwuobwodowy reaktor jądrowy, drugi generatory parowe, a na trzecim znajdował się turbogenerator, zaś czwarty zawierał pulpit sterowania całego tego  ustrojstwa. W czasie jazdy PAES nie mogła pracować, dopiero na postojach wszystkie jej jednostki łączono ze sobą rurami i kablami.

[Ten atom wcale nie był taki pokojowy, bowiem na deskach kreślarskich po obu stronach oceanu pojawiły się projekty np. atomowych czołgów czy dział samobieżnych strzelających atomowymi pociskami taktycznymi o mocy 1 – 10 kt. Na szczęście jak na razie nic z tego nie wyszło…]

 


Pamir-630D 

Echo Czarnobyla

 

Próby i testy zajęły im tyle czasu, co opracowanie PAES – czyli 5 lat. Do tego całe urządzenie udowadniało swą przydatność w porównaniu z analogicznym reaktorem już projektowanej pływającej EJ Siewier. Wydawałoby się, że rosyjska Daleka Północ na zawsze zapomni o problemach z dostawą elektryczności, co da potężny impuls do rozwoju tego regionu. Ale w 1969 roku wszelkie prace na TES-3 przerwano. I trudno jest powiedzieć dlaczego? Być może ukazały się jakieś niebezpieczne problemy z wodą na Dalekiej Północy, do zabezpieczenia pracy wodno-wodnego reaktora.

Tymczasem w Białoruskiej AN powstało biuro konstrukcyjne, w którym zaczęto rozpracowywać nowy projekt MEJ pod nazwą Pamir-630D. Głównym know-how w nim była idea wykorzystania w reaktorze ciekłego czterotlenku azotu – N2O4, co pozwoliłoby na stworzenie jednoobwodowego reaktora bez wymiennika ciepła w obiegu pierwotnym.

Kiedyś w czasie prób jeden z pracowników biura konstrukcyjnego przypadkiem nabrał w płuca pomarańczowego gazu z uszkodzonego rurociągu. Nie udało się go uratować. Trujący gaz wchodząc w reakcję z wodą w płucach człowieka zamienia się w kwas azotowy - HNO3. Skutek może być tylko jeden – śmierć.

Testy Pamira zaczęły się dnia 24.XI.1985 roku, ale w pięć miesięcy później „pokojowy atom” pokazał swoją morderczą siłę w Czarnobylu. Cały świat ogarnęła panika. Każda elektrownia jądrowa była postrzegana jak potencjalna bomba. I oto na Białorusi, która poniosła straty po katastrofie w Czarnobylu, ludzie dowiedzieli się, że w odległości 6 km od Mińska stoi sobie eksperymentalny reaktor jądrowy o niepewnej konstrukcji!

Michaił S. Gorbaczow przestraszył się. Jefim Sławskij został wysłany na emeryturę, a wszystkie prace nad MEJ zostały przerwane. Znów wspomniano o nich po upływie 30 lat. Ale to zupełnie inna historia.

 

Źródło: „Tajny SSSR” nr 3/2018, s. 17

Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Sas - Leśniakiewicz          

sobota, 1 lipca 2023

Zaporoska Elektrownia Jądrowa „brudną” bombą A?

 


Na temat wykorzystania pokojowej elektrowni jądrowej jako broni atomowej pisałem tu już niejednokrotnie. Tym razem inspiracją był dla mnie list jednego z mych znajomych – Pana T.M., który przysłał mi następujący email:

 

Dzisiaj miałem dziwny sen, w którym powrócił problem cen i jedzenia. Niby rozmawiałem z kimś o nadchodzącej sytuacji, niby potwierdzaliśmy, że to wywoła brak jedzenia i wzrost cen, przy czym owym czymś miało być nie wiadomo co, lecz związanego z wojną za granicą. Byłem zasmucony tym, że znowu przyjdzie oszczędzać, a nawet gorzej, a wysokość podatków odetnie mnie od zawodu. Tak czy siak, już zacząłem traktować to jak zwykły sen i samostraszenie się, ale teraz odpaliłem prawie przypadkiem (z ciekawości niż z chęci) wiadomości z sieci (https://www.youtube.com/watch?v=KIC0ur5dQdg, w których straszą potencjalnością nieodległego zamachu na zaporoską elektrownię.

Niemniej, jak w tytule, przeczytaj i spal - także z racji faktu, że piszę pro forma. Nie uczyniwszy tego, popełniłbym większy błąd niż pisząc, lecz myląc się w treści. (T.M.)

 

I moja odpowiedź:

 

To oczywiste, że wysadzenie w powietrze 6 reaktorów jądrowych w Zaporoskiej EJ - ZaES spowoduje skażenie ogromnych powierzchni Ziemi i co za tym idzie ogromny kryzys żywnościowy w Europie i półkuli północnej. To, o czym piszesz, to nie jest groźba - to realna rzeczywistość. Oni - Ukraińcy i/albo Rosjanie - są w stanie wykorzystać Zaporoską EJ (ZSPP czy ZaES) jako tzw. „brudną” bombę A, jeżeli tylko któraś ze stron zacznie wyraźnie przegrywać tą nonsensowną wojnę. W historii jest nadto przykładów takiego działania w stylu „po nas choćby potop”!  To - niestety - jest całkiem możliwe! W przypadku czegoś takiego, Polska południowa jest najbardziej zagrożona radioaktywnym fall-out'em. Co młodsi będą musieli ją opuścić. Ja zostaję - mam 67 lat i tak długo nie pociągnę, ale chciałbym zobaczyć, jak to będzie działało na istoty żywe... Po prostu na ile spełni się moje przypuszczenie, co do losów Ludzkości, jakie zawarłem w III tomie mojej trylogii „UFO i...” - pt. „UFO i Czas”, w którym zawarłem moje przypuszczenia co do dalszego rozwoju Ludzkości w warunkach skażenia po użyciu BMR ABC. A wszystko - jak widać - ku temu zmierza. Szczegóły w książce. 

 


ZaES - ZEJ - widok z orbity (NASA)

W przypadku czegoś takiego spełniają się paskudne wizje Krzysztofa Jackowskiego i innych profetów: mamy wojnę na Wschodzie i pełzający najazd muzułmanów na Europę – wojnę hybrydową, której nie chcą dostrzec liberalni politycy, a która wkrótce ogarnie nasz kontynent. Wydarzenia we Francji, Hiszpanii, Anglii i Szwecji potwierdzają powyższe. Płonie nasza wschodnia granica i sytuacja będzie jeszcze gorsza po umieszczeniu w jej pobliżu bandytów i zbrodniarzy wojennych z Grupy Wagnera.

I tutaj jeszcze jedna ciekawostka, otóż covidowe wizje spalonej ziemi i trujących, świecących chmur miało kilkanaście osób. Czy widziały one przyszłość? Tego nie wiem. Ja pamiętam tylko moje wizje wielkich równin spopielonych traw i nad tym słońce świecące jakimś złowrogim, niesamowitym blaskiem poprzez dziwne, niebieskie i brunatne obłoki… Te wizje powodowały przeraźliwy, dławiący strach. Jeżeli to były wizje przyszłości, to ja dziękuję.  

Zdetonowanie 6 reaktorów Zaporoskiej EJ będzie porównywalne do tego, co parę lat temu zdarzyło się w Japonii po zalaniu przez fale tsunami Daiichi-Fukushima 1 EJ, co spowodowało skażenie wód Pacyfiku, a jego skutki wciąż są badane przez ekologów, zoologów i oceanologów. Skażenie po wysadzeniu w powietrze Zaporoskiej EJ będzie jeszcze gorsze, bo większość pójdzie na zamieszkały kontynent europejski, Azję i Afrykę. I dojdzie do sytuacji, którą opisał Stanisław Lem w „Astronautach” już we wczesnych latach 50-tych – Ziemia będzie w znacznej części martwa. Ale to oczywiście nie zajmuje wariatów, którym marzy się władza nad światem i przebudowanie go na własne widzimisię.   

wtorek, 18 kwietnia 2023

Mały atom - wielki problem w Polsce

 


Ktoś w PiS wpadł na genialny pomysł, otóż żeby zapewnić Polakom dostawy taniej i czystej energii elektrycznej postanowiono na terytorium naszego kraju posadowić 7 małych elektrowni jądrowych, które by stanowiły uzupełnienie dla dwóch dużych posadowionych w Turowie i Kopańcu.

Pomysł niby przedni. Duża elektrownia jądrowa kosztuje jakieś 100 mld PLN i pochłania duże ilości wody do chłodzenia reaktorów oraz paliwo nuklearne (uran lub pluton), które jest kosztowne, a które jest produkowane poza granicami kraju.

Pamiętam, jak władze – jeszcze wtedy Czechosłowacji – zapewniały mieszkańców, że po uruchomieniu dwóch elektrowni nuklearnych będą mieli prądu po dziurki w nosie za ułamek halerza za megawat. Niestety, do tego nie doszło… - m.in. ze względu na koszty budowy i eksploatacji. Podobnie będzie w przypadku Polski.

Pomijając już inne kwestie, prawdziwym problemem będzie zabezpieczenie antyterrorystyczne - AT tych obiektów. Nie byłoby to problemem w normalnym, jednorodnym społeczeństwie, ale w takim wielonarodowym i wielorasowym tyglu, którym się powoli stajemy, zawsze znajdą się świry, które będą chciały wykorzystać elektrownie jako tzw. „brudne bomby atomowe” przeciwko innym ludziom. Przykład wojny na Ukrainie pokazuje, jak naprawdę niebezpieczną są działania wojsk rosyjskich, które w każdej chwili mogą przerobić 6 reaktorów Zaporoskiej EJ w sześć „brudnych” bomb A à la Czarnobyl czy Daiichi-Fukushima. Efekty tego byłyby wprost niewyobrażalne – cała północna hemisfera Ziemi zostałaby skażona przez „gorący” fall-out z radioaktywnych obłoków. A zatem te wszystkie obiekty nuklearne bez względu na wielkość MUSZĄ być zabezpieczone przed terrorystami i grupami dywersyjnymi wrogich wojsk. To byłaby robota dla terytorialsów z WOT, ale jednocześnie musieliby oni współpracować – i to ściśle z jednostkami SG, Policji, służbami wywiadu i kontrwywiadu wojskowego oraz prowadzić pracę operacyjną na zabezpieczanych obiektach i w ich sąsiedztwie. A taki proces trwa latami. Zasieki, zabezpieczenia elektroniczne, psy wartownicze, agentura terenowa, itd. – to wszystko kosztuje sumy i to niebagatelne. Trudno będzie sobie z tym poradzić szczególnie, że trzeba zaczynać od zera…

Kolejny problem – lokalizacja tych elektrowni. Każda z nich będzie zbudowana w okolicach dużych miast. W przypadku awarii będzie zagrożona ich populacja – nawet setki tysięcy ludzi. Mam nadzieję, że będą je wykonywały zagraniczne firmy – na krajowe nie liczę. Polska bylejakość i nasermateryzm wykonania nie nadaje się do budowy urządzeń wymagających dokładności do szóstego - siódmego miejsca po przecinku. W takim przypadku będziemy mieli mały atom i wielki problem.

Nie jestem wrogiem energii jądrowej, sam wielokrotnie powtarzałem i powtarzam – pozwolę postawić ją koło mojej zagrody, aliści pod tym warunkiem, że jej konstruktorzy i budowniczowie zapewnią mi 100% bezpieczeństwa. A tego nie ma.

Jednym słowem – pomysł jest dobry – bo potrzeba nam energii czystej i taniej – ale uważam, że należy całą rzecz jeszcze raz przemyśleć i skorygować. Polska ma realne szanse stać się energetyczną bonanzą – zwłaszcza po decyzjach Niemców i Szwedów, którzy rezygnują z atomu na rzecz odnawialnych źródeł energii – nawet dla Europy. Ale niesie to ze sobą zagrożenia, o których pisałem powyżej. Poza tym obawiam się tego, że te wszystkie plany są niczym innym, jak „atomową kiełbasą wyborczą” PiS i czeka je los Izery czy CPK… Nie bez kozery bowiem, podano je do wiadomości publicznej akurat teraz – w okresie przedwyborczym. A nuż naród głupi to kupi i przełoży się to na głosy na partię rządzącą?   

wtorek, 2 sierpnia 2022

Ukraińcy mają związane ręce. USA ostrzegają przed katastrofą

 

Zaporoska EJ w Enerhodarze

Stany Zjednoczone oskarżają Rosję o traktowanie elektrowni w Enerhodarze jak "tarczę nuklearną". Ukraińcy mają związane ręce. Nie mogą atakować, by nie doszło do "strasznego wypadku nuklearnego". Antony Blinken nazwał takie działania "szczytem nieodpowiedzialności".

Sekretarz stanu USA Antony Blinken nazwał w poniedziałek działania Rosji wokół największej ukraińskiej elektrowni atomowej w Enerhodarze "szczytem nieodpowiedzialności", oskarżając Moskwę o wykorzystanie jej jako "tarczy nuklearnej" w atakach na siły ukraińskie.

 

Rosjanie atakują z terenu elektrowni

 

- Waszyngton jest głęboko zaniepokojony, że Moskwa używa teraz elektrowni jako bazy wojskowej i strzela do ukraińskich sił z jej terenu - powiedział Blinken dziennikarzom po rozmowach w ONZ w Nowym Jorku na temat nierozprzestrzeniania broni jądrowej.

- Oczywiście Ukraińcy nie mogą tam atakować, by nie doszło do strasznego wypadku nuklearnego – podkreślił i dodał, że działania Rosji wykraczają poza używanie "ludzkich tarczy" do stosowania "tarczy nuklearnej".

Agencja Reuters przypomina, że wcześniej władze Ukrainy oskarżały Moskwę o stacjonowanie wojsk i składowanie sprzętu wojskowego na terenie Zaporoskiej Elektrowni Atomowej.

 

Ukraina chce "zamknięcia nieba"

 

Podczas poniedziałkowych rozmów wiceminister spraw zagranicznych Ukrainy Mykoła Toczycki powiedział, że "potrzebne są solidne wspólne działania, aby zapobiec katastrofie jądrowej" i wezwał społeczność międzynarodową do "zamknięcia nieba" nad ukraińskimi elektrowniami atomowymi za pomocą systemów obrony powietrznej.

Jak pisze Reuters, 20 lipca Rosja oskarżyła Ukrainę o atak dwoma dronami w okolicach zaporoskiej elektrowni, ale potem poinformowała, że żaden z reaktorów nie jest uszkodzony.

Na spotkaniu Rady Bezpieczeństwa ONZ w piątek zastępca ambasadora Rosji przy ONZ Dmitrij Poljański oskarżył kraje zachodnie o "celowe" ignorowanie ataku z 20 lipca, w którym rzekomo użyto "wyładowanych materiałami wybuchowymi dronów zagranicznej produkcji do ataku na elektrownię". Ukraińska państwowa firma jądrowa Enerhoatom nie skomentowała tych doniesień.

 

Blinken ostrzega

 

Blinken powiedział też, że Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej (MAEA) powinna odzyskać dostęp do elektrowni. Stanowisko to potwierdził szef MAEA Rafael Grossi, który na Twitterze napisał: Jeżeli dojdzie do wypadku w elektrowni jądrowej Zaporoże w Ukrainie, nie będziemy mogli obwiniać żadnej klęski żywiołowej. Będziemy musieli wziąć odpowiedzialność za to tylko na siebie.

Zaporoska Elektrownia Atomowa w Enerhodarze, największa tego typu w Europie i trzecia na świecie, została zajęta przez wojska rosyjskie na początku marca. Obecnie stacjonuje tam ok. 500 Rosjan, są tam także materiały wybuchowe i artyleria ciężka.


Lokalizacja ukraińskich EJ na tle prowadzonych działań wojennych

Moje 3 grosze

 

No i to jest dokładnie to, czego się obawiałem i co przewidziałem już 24 lutego – Putler zamierza wykorzystać te elektrownie jądrowe jako „brudne” bomby A przeciwko całej Europie. Szantażyk wyjątkowo wredny, jako że od 1986 roku słowo Czarnobyl jest synonimem niebezpieczeństwa, jakie nam grozi ze strony nieokiełzłanej siły atomu. Atomu, który wyrwał się spod kontroli i zaczął zabijać i kaleczyć ludzi i wszystkie inne istoty na terenie promieniotwórczego opadu. Ludzie zaczęli sobie zdawać sprawę z tego, czym byłaby wojna nuklearna – nawet taka ograniczona, o której marzą różni pomyleńcy na Wschodzie i Zachodzie. Niektórzy z nas pamiętają ohydny smak płynu Lugola i strach przez Nieznanym. I to właśnie ten strach jest kartą przetargową rosyjskich militarystów marzących o powrocie ZSRR – Czerwonego Imperium Zła i czasów Zimnej Wojny, kiedy to cały świat obawiał się przekształcenia jej w wojnę gorącą z użyciem wszystkich BMR. Tylko że wtedy mimo wszystko atom znajdował się pod kontrolą i rządy robiły wszystko co w ich mocy, by ochronić ludność przed skutkami tej katastrofy – o stopniu zagrożenia INES 8. 

Jak podaje Wikipedia: Poziom promieniowania w najbardziej dotkniętych katastrofą częściach budynku bloku nr 4 ocenia się na 5,6 R/s (0,056 Gy/s), czyli 20 kR/h (200 Gy/h). Dawka śmiertelna to około 500 R, co oznacza że w niektórych miejscach niezabezpieczeni w żaden sposób pracownicy przyjęli śmiertelną dawkę promieniowania w ciągu kilku minut. Dozymetr zdolny do pomiaru promieniowania na poziomie 1000 R/s (10 Gy/s) był niedostępny z uwagi na zniszczenia, a drugi egzemplarz okazał się wadliwy. Pozostałe dozymetry działały w zakresie do 0,001 R/s (0,00001 Gy/s), przez co nieprzerwanie podawały odczyt „poza skalą”. W wyniku tego obsługa reaktora nie była świadoma jak wielką dawkę promieniowania przyjmuje.

Forum Czarnobyla 2003–2005, w skład którego wchodziły Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej (IAEA), Światowa Organizacja Zdrowia (WHO), Program Narodów Zjednoczonych ds. Rozwoju (UNDP), inne ciała Organizacji Narodów Zjednoczonych i rządy Ukrainy, Białorusi i Rosji, udostępniło szczegółowy raport dotyczący skutków katastrofy reaktora.

Według opublikowanych danych, spośród 134 pracowników likwidujących awarię, u których wystąpiła ostra choroba popromienna, 28 osób zmarło z jej powodu w 1986 r., a 19 w kolejnych w latach 1987–2004 (niektóre z tych śmierci nie miały związku z napromieniowaniem). W trakcie akcji ratowniczej 2 osoby zginęły z powodu wypadków niezwiązanych z promieniowaniem, a jedna osoba zmarła z powodu zakrzepicy.

Według niektórych badań w wyniku katastrofy ok. 600.000 osób na świecie narażonych zostało na podwyższoną dawkę promieniowania rzędu 1 mSv. Jest to równoważnik dwóch zdjęć rentgenowskich. Przeciętny mieszkaniec Polski otrzymuje rocznie dawkę około 3–4 mSv od źródeł naturalnych, jak promieniowanie kosmiczne czy naturalne pierwiastki promieniotwórcze w glebie. Z kolei występują na Ziemi takie miejsca, gdzie tło naturalne osiąga wartość powyżej 100 mSv (np. Ramsar w Iranie, czy Guarapari w Brazylii) i nie obserwuje się negatywnych skutków zdrowotnych wśród dziesiątek tysięcy ludzi mieszkających tam od pokoleń.

Liczbę śmiertelnych nowotworów, które rozwinęły się i mogą rozwinąć się w przyszłości w grupie silnie napromieniowanej po awarii w Czarnobylu oszacowano na ok. 4000. Wśród mieszkańców skażonych terenów wzrost ryzyka zachorowań na nowotwory inne niż tarczycy nie jest obserwowany (jednak ze względu na długi okres rozwoju takich chorób nie można wykluczyć przyszłego wzrostu zachorowań na raka i, szacowanego na poniżej 1%, wzrostu śmiertelności z tego powodu). W raporcie wskazano liczbę ponad 4000 zdiagnozowanych nowotworów tarczycy, które w większości można przypisać wchłonięciu jodu-131, głównie u dzieci. Z tej przyczyny do roku 2002 zmarło 15 osób. Oczekuje się dalszego wzrostu zachorowań na raka tarczycy.

Nie stwierdzono wzrostu nieprawidłowych urodzeń ani efektów dziedzicznych u osób z terenów napromieniowanych, natomiast wiele osób poszkodowanych ma problemy psychologiczne związane z wypadkiem i przesiedleniem (np. depresje, alkoholizm, trauma, choroby psychiczne, radiofobia podsycana przez media). Dodatkowo nie obserwuje się jakichkolwiek anomalii wśród dzieci, których matki w czasie ciąży (lub wcześniej) narażone były na opad czarnobylski.

Raport Lekarzy Przeciw Wojnie Nuklearnej szacuje liczbę wypadków raka tarczycy powstałych z powodu katastrofy na 10.000 i szacuje, że istnieje możliwość kolejnych 50.000 przypadków, do tego doszło do 10.000 deformacji płodów i śmierci 5000 niemowląt. Jednak do tej pory nie zaobserwowano jakichkolwiek negatywnych skutków wśród dzieci urodzonych po awarii. Związek Czarnobyla, organizacja zrzeszająca likwidatorów elektrowni podaje, że 10% z 600.000 osób pracujących przy tym procesie już nie żyje (20 lat po tragedii), a kolejnych 165.000 jest niepełnosprawnych. Z kolei profesor Wade Allison z Uniwersytetu Oksfordzkiego oszacował liczbę śmierci nowotworowych z powodu Czarnobyla na 81. Współcześnie status osoby poszkodowanej w wyniku katastrofy w Czarnobylu ma 1 milion dzieci i 2 miliony dorosłych.

Cytowane raporty są wygładzone i złagodzone. Prawda jest taka, że ludzie chorują na choroby nowotworowe i jest ich coraz więcej. Prawdziwe liczby ofiar katastrofy czarnobylskiej są wciąż utajniane przez atomowe lobbies, co ma na celu wprowadzenie np. w Polsce elektrowni atomowych zamiast termicznych, wodnych czy wiatrowych. Dlatego dane te są – delikatnie mówiąc – niewiarygodne.

Podobnie jest w przypadku innej tragedii jaką jest katastrofa w japońskiej elektrowni atomowej w Daichii-Fukushimie I, w której eksplodowały trzy reaktory, a skażenie ogarnęło znaczną połać Japonii i Oceanu Spokojnego. Rząd Japonii i koncern TEPCO nadal utajnia wyniki pomiarów skażeń po tej katastrofie, co nie przydaje wiarygodności tym instytucjom. 

 

Źródło: https://www.msn.com/pl-pl/wiadomosci/polska/ukrai%C5%84cy-maj%C4%85-zwi%C4%85zane-r%C4%99ce-usa-ostrzegaj%C4%85-przed-katastrof%C4%85/ar-AA10cCBB?rc=1&ocid=winp1taskbar&cvid=fad8abbe55a6423584841e689eeee285&fromMaestro=true&fbclid=IwAR3Il1YqWGMrNZC7IJsqE8Inwd9-sfVQkcOE--4fyKXZGIiCDQK9Ftn_nvk

środa, 9 lutego 2022

Wojna na Ukrainie – realne zagrożenie

 

Lokalizacja elektrowni jądrowych na Ukrainie

Ostatnio w związku z napiętą sytuacją na Ukrainie i Białorusi pojawiły się pogłoski i przepowiednie różnych wizjonerów, że dojdzie tam do wojny i użycia broni jądrowej. Osobiście nie sądzę, by Rosjanie byli tak głupi, by użyć jej w działaniach wojennych, ale mogą być użyte do tego celu elektrownie jądrowe znajdujące się na terytoriach tych dwóch krajów, i tak:

Białoruś posiada 1 elektrownię jądrową w Ostrowcu.

Ukraina posiada 5 elektrowni jądrowych (cztery czynne), a to:

1.       Rowieńska

2.     Chmielnicki

3.      Południowoukraińska

4.     Zaporoska

5.     Czarnobyl – zamknięta

- w których znajduje się 15 reaktorów jądrowych. Dwie z tych elektrowni znajdują się w odległości mniejszej niż 200 km od granic Polski (Rowieńska – ~150 km, Chmielnicki ~200 km). Ponadto dwa dodatkowe reaktory znajdują się na Ukrainie w fazie budowy od ponad 25 lat.

A teraz wyobraźmy sobie, że jakiś świr wyda rozkaz ich zniszczenia przy użyciu konwencjonalnego bombardowania artyleryjskiego czy lotniczego albo GTD – Grup Terrorystyczno-Dywersyjnych czy GDR – Grup Dywersyjno-Rozpoznawczych. Jak dotąd nikt na to się nie odważył, ale czy tak będzie zawsze?

Problem polega na tym, że Ukraińcy mogą zastosować taktykę spalonej ziemi – i wykorzystać w tym celu posiadane elektrownie nuklearne. Z kolei coś takiego mogą zrobić wypierani z Ukrainy Rosjanie przez NATO. Zgodnie z zasadą psa ogrodnika: sam ne ham, a druhemu ne dam! Ja nie będę miał, i wy też…

Jakie będą tego efekty? Policzmy – w Czarnobylskiej EJ zapalił się i eksplodował tylko 1 słownie – jeden reaktor. Efekt – zaświniona cała Europa, kilkaset tysięcy osób zmarło wskutek skażenia na różne choroby popromienne (opowiastki o 42 likwidatorach wkładam pomiędzy bajki), zaś kilka milionów europejskich hibakusha umiera na nowotwory do dziś dnia.  Każda elektrownia ma 4 reaktory. W opisywanym przypadku z Ukrainy zostanie tylko jedna, wielka radioaktywna plama, jak po ograniczonej wojnie jądrowej. Od siebie dodam, że najbliższe otoczenie – a więc także Polska – znajdzie się w zasięgu radioaktywnego opadu i cieków skażonych wód. Wielu z nas pamięta feralny rok 1986, w którym doszło do katastrofy czarnobylskiej. Wtedy zaczęliśmy sobie zdawać sprawę, czym byłaby dla nas - nawet ograniczona - wojna jądrowa! A takiej wojny pragnęły rozmaite nawiedzone zjeby po obu stronach Atlantyku!

Wojna na Ukrainie będzie końcem pewnej epoki. I kto wie, czy nie będzie końcem każdego z nas… 

Elektrownie jądrowe a sprawa polska: elektrownie położone w odległości 300 km od granic Polski, które stanowią zagrożenie naszego bezpieczeństwa w przypadku awarii...

Od Czytelników

 

Siły lądowe Republiki Słowackiej z pewnością nie będą zaangażowane w ewentualny konflikt na Ukrainie. Jesteśmy też słabi w marynarce wojennej. Bo oprócz kilku łodzi rzecznych na Dunaju, na Dunaju mamy tylko drewniane tratwy. Z ich pomocą wraz z polskimi przyjaciółmi co roku ćwiczymy lądowanie w Czerwonym Klasztorze w Pieninach. Przypomina to zresztą, poza morzem, oczywiście w nieco mniejszej skali, alianckie lądowania w Normandii podczas II wojny światowej. Jednak kiedy ostatnio tam wylądowałem, otwarty był tylko jeden zatłoczony pub, co wydaje mi się wystarczającą obroną. (Solon)

Niestety taki scenariusz jest całkiem możliwy, nie wiem jakie spustoszenie by to zrobiło, ale patrząc po Czarnobylu to było by nieciekawie. Nie mniej jednak to musiałby chyba być jakiś akt desperacji. Dobrze, że moje życie było udane. Pomijam oczywiście działania "naszej władzy" przeciwko co najmniej 50 tyś swoich obywateli, których skazali na wegetacje w zamian za służbę ojczyźnie. Ciekawe teraz jakby to było gdyby pisiorom udało skłócić się z USA? Pozdrawiam pokojowo. (K A ZE K)

Autor mapki z EA dokoła RP pomylił Temelin z Dukovanami 😄

Temelin jest  +/- k. Czeskich Budziejowic, stamtąd do Linzu w Austrii (piękne miasto nad Dunajem)  o rzut beretem.

Ale bywa. Wszyscy się mylimy... (L.)

Robercie przepraszam ale obyś się mylił z takim scenariuszem. Jedna z czarniejszych wizji jaka się pojawiła. Chcesz Krzysztofa Jackowskiego zdetronizować? Jednak prawdą jest że tam może być nieciekawie.… (L.O-O)

Leszku! Nie, po prostu wiem, jakie mogą być działania w takiej wojnie. (Platon)

Spokojnie, nie ma co się denerwować z wyprzedzeniem. Kolega Jackowski (mieszka za miedzą) gówno wie, wkurza tylko ludzi. W tej chwili bardziej boję się partyjniaków i ich obłędu, niż dziadka Wołodii. Czuj duch  😀(Arystoteles)

Przerażająca wizja i taka realna. (Marek Rudnicki)

Jak już wspominałem takie coś jest bardzo prawdopodobne, ale jak się przed takim skażeniem uchronić, OP 1 założyć. Powinno się dezaktywację przeprowadzić, ale kto to zorganizuje(przygotuje) ten rząd jak nawet armii porządnej i przygotowanej nie mamy. (K A ZE K)

Witaj Robercie, przerażający scenariusz, mam nadzieję, że się nie spełni! (Hypatia)

„Dla mnie ten rok, nie ulega wątpliwości, będzie rokiem rozpoczęcia konfliktu na świecie, wielofazowego. Mówiłem państwu, że przyjdzie moment, że widzę po części opustoszałą Polskę”. (Krzysztof Jackowski)

Być może tak właśnie będzie, szczególnie przy takiej dyskolacji wojsk rosyjskich przy granicach Polski, Litwy i Ukrainy. Niebezpieczeństwo wybuchu konfliktu wciąż istnieje, mimo tego, że jednostki wojskowe wracają do garnizonów (podobno). Nie jest wykluczone jednak, że będą miały miejsce akty sabotażu, jakie miały miejsce w Republice Czeskiej – w Vlašimiu, Pardubicach, Vrbeticach i  Policskich Stroirnach oraz w Polsce – w Krupskim Młynie w dniu 14.II.2022 r.  (Platon)




poniedziałek, 3 stycznia 2022

Polskie elektrownie jądrowe: nadzieja czy hucpa?

 


Niedawno dotarł do mnie z redakcji „Nieznanego Świata” email o takiej treści:

 

W imieniu Redakcji chcielibyśmy poprosić Pana o kilka słów nt. planów budowy w Polsce elektrowni atomowych, zarówno przez KGHM jak i spółkę Solorza. Chodzi nam o specyfikację reaktorów, a także to, czy Polska jest na to gotowa pod względem np. wyszkolenia technicznego. W sumie "komuniści" pozostawili Świerk, a potem było długo, długo nic. Ciekawiłoby zapewne też czytelników Pana zdanie w świetle dostępności paliwa (kto na tym zarabia) oraz perspektywy budowy czystszych reaktorów fuzyjnych. Czy możemy liczyć na kilka słów komentarza?

 

Niestety nie znam planów KGHM i Solorza. Ale powiem wprost – nie dowierzam im a priori. Budowa jednej tylko elektrowni jądrowej to koszt 10 mld USD, czy nasz kraj ze zrujnowaną ekonomiką stać na taki wydatek? Mówię o tylko jednej i tylko w stanie surowym. A to dopiero początek.

Czytam prasę popularno-naukową i jak dotąd mówiło się o 10 lokalizacjach elektrowni jądrowych w Polsce - wszystkie one są związane z wodą – to jest warunek sine qua non ich istnienia, więc będą się znajdowały nad rzekami, jeziorami czy morzem. Dwie lokalizacje były w zasadzie pewne: Żarnowiec i Klempicz, gdzie miało pracować 8 reaktorów jądrowych po 1000 MW (1 GW) każdy. Niestety – wskutek gospodarczego załamania pod koniec lat 80-tych do ukończenia budów nie doszło. Poza tym po katastrofie w Czarnobylu spadło zaufanie do radzieckich konstrukcji nuklearnych.

Pamiętam protesty ekologów a także histeryczne wrzaski „Solidarności” – te ostatnie miały głównie podłoże polityczne, a nie ekologiczne czy medyczne. Pamiętam pogardliwe określenie Żarnowieckiej EJ – „Żarnobyl”, co najlepiej oddaje nastroje ludzi w tych latach. Wprawdzie w Czarnobylu były reaktory RBMK-1000, a w Żarnowcu miały być WWER-440 – bezpieczniejsze od czarnobylskich, ale presja ze strony społeczeństwa była silniejsza i na szczęście elektrowni nie zbudowano. Nie dziwię się tej presji – po katastrofie czarnobylskiej ludzie obawiali się przede wszystkim blokady informacyjnej, kłamstw i spóźnionej reakcji władz. W Żarnowcu miała potem powstać cukrownia, ale i to nie wypaliło – ogromna konstrukcja stoi porzucona nad Jeziorem Żarnowieckim i niszczeje.

Jeżeli idzie o EJ „Warta” w Klempiczu, to jest to poroniony pomysł na lokalizację takiego zakładu. Nie dość, że nad dopływami Warty i Noteci, to jeszcze w sercu kompleksu leśnego Puszczy Noteckiej.  W razie katastrofy zostanie zniszczony masyw borów sosnowych o pewnych walorach przyrodniczych z 17 rezerwatami przyrody.

Na temat pozostałych lokalizacji mogę tylko powiedzieć, że znajdują się w pewnej odległości od dużych miast naszego kraju, co w przypadku katastrofy daje szanse na ewakuację ich mieszkańców.

Ostatnio pojawiły się kolejne propozycje lokalizacji trzech elektrowni: Pątnów, Bełchatów i wspomniany już Żarnowiec. Podejrzewam, że ten ranking jeszcze się zmieni, być może nawet kilkakrotnie. Według Polityki Energetycznej Polski do 2040 r. w 2033 r. zostanie uruchomiony pierwszy blok elektrowni jądrowej o mocy ok. 1-1,6 GW. Kolejne bloki będą wdrażane co dwa-trzy lata, a cały program jądrowy zakłada budowę sześciu bloków. Jak na razie jest to melodia przyszłości. I nie wiadomo, czy w ogóle dojdzie do skutku, a trzeba coś robić bo – jak widać z ostatnich dni – Niemcy i Czechy będą blokować nasze elektrownie węglowe po to, by sprzedać nam ichni prąd uzależniając nas od ich elektrowni i kaprysów ich polityków. To oczywiste.

Co do specjalistów, to owszem, mamy atomistów m.in. na AGH i w Świerku (d. ZIBJ), ale nie mamy personelu do obsługi elektrowni jądrowych – tych trzeba dopiero wyszkolić, a to są wydatki… 

Co możemy zrobić? Albo iść ze wszystkimi wokół na udry, co jest możliwe przy rządach PiS i handryczyć się o każdy kilowat importowany zza granicy, albo… W jednym z moich opowiadań z cyklu „Opowiadania wakacyjne” pt. „Gdzieś w środku Trójkąta” rzuciłem następującą propozycję, i pozwolę sobie zacytować jego fragment:

 

„Nasza ‘Carribean Pearl’ była specjalnym statkiem do przewozu ekstra-specjalnych ładunków – najczęściej paliwa jądrowego z USA do Francji i Wielkiej Brytanii, i odpadów nuklearnych oraz zużytych prętów paliwowych w drugą stronę. Na mocy porozumienia z kwietnia 2012 roku, w Europie likwidowano wszystkie elektrownie atomowe starego typu, które zastąpiono elektrowniami ze źródeł ekologicznych i odnawialnych – jak zrobiono to w Niemczech, albo elektrowniami jądrowymi nowego typu i budowanymi na obszarach asejsmicznych. Sprawą zajęła się początkowo UNSCEAR, ale po kilku aferach korupcyjnych w Polsce Komisja Europejska sama zabrała się za reformowanie i postawiła na bezpieczeństwo energetyczne całej Unii. Dzięki temu północno-zachodnia Polska i przylegające do niej okręgi Niemiec stały się energetycznym centrum Europy Środkowej. Postawiono tam dwadzieścia potężnych elektrowni jądrowych biorących wodę z Odry i Morza Bałtyckiego. Drugą energetyczną bonanzą stała się północno-zachodnia Francja, gdzie na Półwyspie Bretońskim anglo-francuskie konsorcjum Golden Phoenix - Phènix d’Or Co. Ltd., wybudowano tedy tylko sześć, ale za to gigantycznych elektrowni jądrowych o mocy gigawata. Zaopatrywały one w prąd niemal wszystkie kraje starej dwunastki poza Grecją, która dostawała prąd ze Wschodniej Bonanzy.

Oczywiście taki moloch pochłaniał tony wzbogaconego uranu i toru. Część paliwa jądrowego dostarczała Unia, ale jedna trzecia pochodziła ze Stanów, Południowej Afryki i z Australii. I wtedy do Golden Phoenix - Phènix d’Or Co. Ltd. dołączyła się amerykańska korporacja John Dante Goldman Uranium Mining and Power Co.  Amerykanie mieli swoje własne zaplecze energetyczne bazujące na elektrowniach jądrowych utylizujących reaktory AP-1500 i najnowsze AP-2400. W Europie pracowały reaktory systemu Super Phènix i Ultra Phènix o mocy też powyżej dwóch gigawatów każdy. Transport tego ‘gorącego’ towaru odbywał się tylko morzem, by nie narażać na ataki ze strony różnego rodzaju terrorystów, ekstremistów i innych świrów, którzy już widzieli siebie w roli panów świata siedzących na bombach. Odbywał się właśnie takimi krypami, jak ‘Carribean Pearl’ – niewielkimi, nie rzucającymi się w oczy. W manifestach i konosamentach celnych figurowała ‘drobnica’. I tylko nieliczni wtajemniczeni wiedzieli, co woziło się naprawdę. Rządy nie zadawały wiele pytań, wszyscy byli zadowoleni – nawet protesty ekologów osłabły, kiedy okazało się, że technologia Super Phènix i Ultra Phènix jest w 99,999% bezpieczna i nie może się powtórzyć Three Mile Island czy Czarnobyl albo Fukushima. Nawet w przypadku trzęsienia ziemi o sile 9 stopni w skali Rychtera czy eksplozji nuklearnej w bezpośrednim sąsiedztwie elektrowni. Poza tym reaktory te odzyskiwały część paliwa jądrowego i dzięki temu ‘spalały’ mniejszą ilość uranu, toru czy plutonu. Teraz w tym rejsie wieźliśmy trzydzieści pojemników z elektrowni w Le Havre, w których miały się znajdować pręty paliwowe. Oczywiście zużyte pręty. Zapakowane w kilka warstw ołowiu, kadmu i czegoś tam jeszcze, co miało zabezpieczać przed promieniowaniem. A jednak nie zabezpieczyło i ‘trójka’ mnie martwiła. Promieniowanie oznaczało kłopoty. A tego chcieliśmy wszyscy uniknąć.”   

 

Ciekawe, nieprawdaż? Na razie całkowicie niewykonalne, ale za 10 czy 100 lat – kto wie? Osobiście nie jestem fanem energetyki jądrowej – ale jeżeli nie uda nam się powstrzymać efektu globalnego ocieplenia, a nie uda się jeżeli będziemy doń podchodzić jak w dniu dzisiejszym - to chcąc nie chcąc będziemy musieli przejść z energetyki węglowej na odnawialną i jądrową. Innego wyjścia na razie NIE MA. Rzecz w tym, by elektrownie były bezpieczne w 99,999999% - żeby nie powtórzyły się katastrofy, które opisałem wraz z dr Milošem Jesenským i Stanisławem Bednarzem w książce „Piekielne katastrofy nuklearne” – a było trochę tego! Osobiście pozwolę postawić za stodołą elektrownię nuklearną, wszakże pod jednym warunkiem – stuprocentowego bezpieczeństwa, a tego nikt mi nie zapewni…

Dlatego boję się elektrowni jądrowych w Polsce, które będą budowane przez polskie firmy. Nie ma się co łudzić – żyjemy w kraju, w którym wszystko jest mniej – więcej i w przybliżeniu – więc budowa elektrowni atomowej, urządzenia w którym liczy się skrajna precyzja groziłaby nieobliczalnymi skutkami. Pomijając już koszty zbudowania elektrowni trzeba będzie dodać do tego koszty paliwa nuklearnego, transportu paliwa i „popiołów” do mogilników, koszt mogilników i ich utrzymania, no i oczywiście fizyczna i operacyjno-techniczna ochrona tego wszystkiego. Kolejne koszty astronomiczne. Nie czarujmy się – na świecie niemało jest świrów, którym marzy się mała bombka albo jedna Bardzo Duża Bomba. I oczywiście władza nad światem. To tylko jedna elektrownia – a 10? Uważam, że jest to mrzonka przedwyborcza i nic ponadto.

Sprawa paliwa jądrowego i kto na tym zarobi – no oczywiście ci, od których odkupimy reaktory do naszych elektrowni. To oczywiste, bo nie mamy ani swoich złóż uranu i toru (a raczej mamy, ale małe i nieopłacalne) i nie mamy technologii do jego wzbogacania i przygotowania do eksploatacji. I za to będziemy zdrowo płacić. No i oczywiście transport. Każdy z nich to cała operacja logistyczna, bo transport musi jechać wyznaczonym i bezpiecznym szlakiem, musi być zabezpieczony przed radiacją i przez terrorystami – vide Operacja Oklahoma (przewozu materiałów radioaktywnych z Republiki Czeskiej do Szczecina przez terytorium Polski). A to są koszty i to niebagatelne.

Ale co tam paliwo! – najgorszym problemem są radioaktywne „popioły” pozostałe po reakcjach jądrowych. Nie dość, że trzeba to wyjąć z reaktora, to jeszcze zapakować w specjalne pojemniki i wywieźć pod strażą do mogilników. A gdzie mogilniki? W opuszczonych kopalniach? W bunkrach wojskowych? A może wywieźć do euromogilnika w Onkalo (Finlandia)? OK., ale to znowu są koszty. Czy stać nas na to w państwie zadłużonym na kilkaset miliardów?

Czy energia jądrowa może być czysta - owszem – jeżeli będzie to energia termojądrowa, w której zostanie wykorzystana reakcja wodorowo-helowa. A zatem taka, która jest wytwarzana przez nasze Słońce i inne gwiazdy. Plusem jest mnogość paliwa – wodoru mamy pod dostatkiem. Jak dotąd nie posunęliśmy się ponad stadium eksperymentu, więc nie ma o czym mówić. Obietnice uzyskiwania takiej energii są nęcące, ale… jak na razie nie mamy możliwości podtrzymywania takiej reakcji oraz przetwarzania super-twardego i przenikliwego promieniowania gamma w energię elektryczną. Opanowaliśmy tylko jeden aspekt tej reakcji i wykorzystujemy – w bombach H. Bombach wodorowych. Niestety.

Reasumując: mamy do czynienia z mrzonkami, bo wszystko rozbija się o pieniądze, a tych nie ma. Wątpię czy Solorz albo KGHM temu podoła. Energetyka atomowa jest w zasięgu ręki, ale wtedy i tylko wtedy, kiedy będzie opłacalna. Budowa elektrowni będzie trwała dziesiątki lat i to będzie taki miś na miarę naszych czasów jak z filmu Barei. Niestety, prawa fizyki można naginać, praw ekonomiki nigdy. Poza tym boję się polskiej (niestety!) bylejakości i filozofii, że „jakoś tam będzie”. Nie będzie. Elektrownia jądrowa to nie autostrada, przy budowie której buduje się parę willi – to szczyt precyzji a każda awaria może mieć nieobliczalne skutki. Pamiętajmy o tym.



Z ostatniej chwili

 

Media doniosły, że podjęto decyzję wybudowania polskiej elektrowni jądrowej w miejscowości Lubiatowo-Kopalino w gminie Choczewo. Planowanie pierwszego bloku o mocy 1-1,6 GW określono na 2033 rok.