Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą energia jądrowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą energia jądrowa. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 25 maja 2023

Atomowa wisienka na wyborczym torcie?

 


Wbrew propagandzie małe elektrownie jądrowe nie mogą być budowane w Polsce.

Minister Klimatu i Środowiska RP, Anna Moskwa: Bezpieczeństwo energetyczne Polski – odpowiada OD RZECZY. Nie odpowiada jej… prawda.

 

Inspektor nadzoru jądrowego stwierdza:

 

„Ta sprawa obnaża zupełnie telewizyjną propagandę, chwalącą SMR – małe podziemne elektrownie jądrowe, określane jako „nowoczesne i bezpieczne”.

Nikt do tej pory nie powiedział, że nie są takie bezpieczne (choć to oczywiste) i że nie mogę być zbudowane w Polsce, bo są prototypami, a prototypów na mocy prawa jądrowego nie wolno budować!

Można budować elektrownie jądrowe, które gdzieś pracowały co najmniej rok” – mówi inspektor, zadający pytanie pani minister.

Pani minister – nie odpowiada!!!

 

Moje 3 grosze

 

To oczywiste – na rozkaz Wielkiego Białego Ojca z Białego Domu Polacy mają być królikami doświadczalnymi, a Polska nuklearnym poligonem doświadczalnym. Już to raz przetrenowano na Japończykach – skończyło się Fukushimą. Czy czegoś takiego naprawdę nam potrzeba???

A tak na razie, to elektrownie atomowe są ładną wisienką na wyborczym torcie. Miejmy nadzieję, że polskie elektrownie jądrowe nie wylądują obok CPK, promów morskich, i innych poronionych inwestycji PiS. Zobaczymy…

 

Za: https://www.dakowski.pl/male-elektrownie-jadrowe-nie-moge-byc-zbudowane-w-polsce-bo-sa-prototypami-a-prototypow-nie-wolno-budowac-na-mocy-prawa-jadrowegominister-klimatu-odpowiada-od-rzeczy-nie-odpowiada-jej/

wtorek, 18 kwietnia 2023

Mały atom - wielki problem w Polsce

 


Ktoś w PiS wpadł na genialny pomysł, otóż żeby zapewnić Polakom dostawy taniej i czystej energii elektrycznej postanowiono na terytorium naszego kraju posadowić 7 małych elektrowni jądrowych, które by stanowiły uzupełnienie dla dwóch dużych posadowionych w Turowie i Kopańcu.

Pomysł niby przedni. Duża elektrownia jądrowa kosztuje jakieś 100 mld PLN i pochłania duże ilości wody do chłodzenia reaktorów oraz paliwo nuklearne (uran lub pluton), które jest kosztowne, a które jest produkowane poza granicami kraju.

Pamiętam, jak władze – jeszcze wtedy Czechosłowacji – zapewniały mieszkańców, że po uruchomieniu dwóch elektrowni nuklearnych będą mieli prądu po dziurki w nosie za ułamek halerza za megawat. Niestety, do tego nie doszło… - m.in. ze względu na koszty budowy i eksploatacji. Podobnie będzie w przypadku Polski.

Pomijając już inne kwestie, prawdziwym problemem będzie zabezpieczenie antyterrorystyczne - AT tych obiektów. Nie byłoby to problemem w normalnym, jednorodnym społeczeństwie, ale w takim wielonarodowym i wielorasowym tyglu, którym się powoli stajemy, zawsze znajdą się świry, które będą chciały wykorzystać elektrownie jako tzw. „brudne bomby atomowe” przeciwko innym ludziom. Przykład wojny na Ukrainie pokazuje, jak naprawdę niebezpieczną są działania wojsk rosyjskich, które w każdej chwili mogą przerobić 6 reaktorów Zaporoskiej EJ w sześć „brudnych” bomb A à la Czarnobyl czy Daiichi-Fukushima. Efekty tego byłyby wprost niewyobrażalne – cała północna hemisfera Ziemi zostałaby skażona przez „gorący” fall-out z radioaktywnych obłoków. A zatem te wszystkie obiekty nuklearne bez względu na wielkość MUSZĄ być zabezpieczone przed terrorystami i grupami dywersyjnymi wrogich wojsk. To byłaby robota dla terytorialsów z WOT, ale jednocześnie musieliby oni współpracować – i to ściśle z jednostkami SG, Policji, służbami wywiadu i kontrwywiadu wojskowego oraz prowadzić pracę operacyjną na zabezpieczanych obiektach i w ich sąsiedztwie. A taki proces trwa latami. Zasieki, zabezpieczenia elektroniczne, psy wartownicze, agentura terenowa, itd. – to wszystko kosztuje sumy i to niebagatelne. Trudno będzie sobie z tym poradzić szczególnie, że trzeba zaczynać od zera…

Kolejny problem – lokalizacja tych elektrowni. Każda z nich będzie zbudowana w okolicach dużych miast. W przypadku awarii będzie zagrożona ich populacja – nawet setki tysięcy ludzi. Mam nadzieję, że będą je wykonywały zagraniczne firmy – na krajowe nie liczę. Polska bylejakość i nasermateryzm wykonania nie nadaje się do budowy urządzeń wymagających dokładności do szóstego - siódmego miejsca po przecinku. W takim przypadku będziemy mieli mały atom i wielki problem.

Nie jestem wrogiem energii jądrowej, sam wielokrotnie powtarzałem i powtarzam – pozwolę postawić ją koło mojej zagrody, aliści pod tym warunkiem, że jej konstruktorzy i budowniczowie zapewnią mi 100% bezpieczeństwa. A tego nie ma.

Jednym słowem – pomysł jest dobry – bo potrzeba nam energii czystej i taniej – ale uważam, że należy całą rzecz jeszcze raz przemyśleć i skorygować. Polska ma realne szanse stać się energetyczną bonanzą – zwłaszcza po decyzjach Niemców i Szwedów, którzy rezygnują z atomu na rzecz odnawialnych źródeł energii – nawet dla Europy. Ale niesie to ze sobą zagrożenia, o których pisałem powyżej. Poza tym obawiam się tego, że te wszystkie plany są niczym innym, jak „atomową kiełbasą wyborczą” PiS i czeka je los Izery czy CPK… Nie bez kozery bowiem, podano je do wiadomości publicznej akurat teraz – w okresie przedwyborczym. A nuż naród głupi to kupi i przełoży się to na głosy na partię rządzącą?   

piątek, 3 czerwca 2022

Zagadka Oklo

 


Adrian Kotowski

 

Reaktor jądrowy sprzed 2 mld lat. Ludzkość wtedy jeszcze nie istniała. Gdy w maju 1972 r. jeden z pracowników zakładu przetwórstwa paliw jądrowych we Francji przeprowadzał rutynową analizę uranu, nie zdawał sobie nawet sprawy, z jak ważnym odkryciem ma do czynienia. Analiza, która na pozór wygląda na błędną, potwierdziła istnienie starożytnego reaktora jądrowego, zlokalizowanego w kopalni w Gabonie.

Istnienie liczącego około 2 mld lat reaktora jądrowego odkryto przypadkiem, badając złoża uranu z kopalni Oklo w Gabonie

Początkowe analizy były na tyle dziwne dla naukowców, że ci nie byli w stanie znaleźć odpowiedniego wyjaśnienia dla otrzymanych wyników

Późniejsze badania potwierdziły, że w gabońskiej kopalni miał miejsce samoczynny, powtarzalny, trwający setki tysięcy lat proces rozszczepiania jądrowego

Istnieje prawdopodobieństwo, że podobnych miejsc na świecie jest jeszcze wiele, ale ich odnalezienie może nie być już niestety możliwe


Gdy mówimy o reaktorach jądrowych, zwykle na myśli mamy te z elektrowni atomowych. Są one oczywiście dziełami człowieka, powstałymi na dodatek w XX wieku, więc stosunkowo młodymi. Nie oznacza to jednak, że wcześniej na Ziemi nigdy nie wystąpił proces rozszczepienia jądrowego. Takie wydarzenie miało bowiem miejsce i żeby było ciekawiej, nie przyczyniliśmy się do niego w żaden sposób. Nie dlatego, że nie chcieliśmy, ale przez fakt, że ludzkość po prostu jeszcze nie istniała.

 

Kilkadziesiąt lat temu taka wiedza nie była znana, choć już wtedy pojawiały się pierwsze teorie mówiące o tym, że w przeszłości istniała możliwość samoczynnego rozszczepienia jądrowego. Jako pierwsi wskazywali na nią w 1953 r. George W. Wetherill z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Los Angeles i Mark G. Inghram z University of Chicago. Założyli oni, że niektóre znane wtedy złoża uranu mogły w przeszłości funkcjonować jako naturalne wersje reaktorów jądrowych. Trzy lata później Paul K. Kuroda, chemik z Uniwersytetu w Arkansas, ustalił, czego potrzeba, aby ciało zawierające uran samoistnie uległo samopodtrzymującemu się rozszczepieniu.

 


Trudne warunki

 

Jego pierwszym warunkiem było to, by wielkość złoża uranu przekraczała średnią długość, jaką pokonują neutrony wywołujące rozszczepienie. Wiemy, że jest to odległość wynosząca co najmniej 66 cm, bo tylko taka gwarantuje, że neutrony wydzielane przez jedno jądro podczas rozszczepienia zostaną pochłonięte przez inne przed ucieczką z żyły uranu. Drugim warunkiem była obecność uranu-235 w wystarczającej ilości. Problem w tym przypadku jest taki, że mówimy o silnie radioaktywnym izotopie, rozpadającym się aż sześciokrotnie szybciej niż uran-238. Trzecim niezbędnym elementem jest obecność substancji, która mogłaby spowolnić wydzielanie się neutronów podczas rozszczepiania jądra uranu, aby równocześnie wyzwalać rozpad innych jąder. Na samym końcu wymienia natomiast brak zanieczyszczeń w postaci znaczącej ilości boru i litu, które powodowałyby zatrzymanie jakiejkolwiek reakcji jądrowej.

 


Próbka uranu-235

 

Jak widać, liczba warunków potrzebnych do spełnienia, by powstał naturalny reaktor, była bardzo duża. Opisywana teoria po kilkunastu latach została prawie zapomniana i nikt nie robił użytku z tej wiedzy. Sytuacja zmieniła się właśnie w 1972 r., podczas badania próbek pochodzących ze złoża Oklo w Gabonie. Pomimo uzyskania niepodległości od Francji w 1960 r. to środkowoafrykańskie państwo było pod ogromnym wpływem Paryża. Nic w tym zresztą dziwnego, zważywszy na ogromne złoża naturalne i wynikające z tego bogactwo.

 

Zaskakujące wyniki

 

Przebadane próbki uranu tradycyjnie zawierały trzy różne izotopy: uran-238, uran-234 i uran-235. Najpopularniejsza jest pierwsza z form, stanowiąca 99 proc. całego uranu na świecie. Jako że uran-234 nie może ulec rozszczepieniu, jest on w tym przypadku pomijany. Uwagę badacza i jego kolegów zwrócił wynik dla uranu-235. Standardowo udział jego atomów w próbce wynosi 0,720 proc. całości. Taka wartość jest stała zarówno dla wszystkich złóż na Ziemi, jak i Księżycu, czy nawet dla meteorytów. Na dodatek jest zbyt niska, by wywołać reakcję rozszczepienia – z tego zresztą powodu uran jest sztuczne wzbogacany w bardzo skomplikowanym procesie, wykorzystującym dyfuzję gazową i wirówki. W próbkach z Gabonu wspomniany izotop stanowił zaś jedynie 0,717 proc. całości (inne źródła z "International Journal of Modern Physics" wskazuje nawet na zaledwie 0,60 proc.). Na pozór to niewielka różnica, ale jej obecność wywołała ogromne poruszenie w świecie nauki.

Proporcja uranu-235 do uranu-238 nie zmienia się od czasu powstania Ziemi, co wynika wprost z ich radioaktywności i rozpadu do innych pierwiastków. Okres półtrwania dla tego pierwszego to 700 mln lat, a drugiego 4,5 mld lat, co mówi nam, że w przeszłości uran-235 był dostępny w znacznie wyższym stężeniu niż obecnie. Znając ten czas można określić, że około 2 mld lat temu, czyli mniej więcej w czasie powstania złoża w Oklo, jego udział wynosił ponad 3 proc., a to jest już wartością wystarczającą do przeprowadzenia rozszczepienia jądrowego.

                                  

Żyła uranu w kopalni Oklo w Gabonie

 

Wracając do przebadanych próbek, ujawniono w nich śladowe ilości innych pierwiastków, które były zatopione w rudzie. Ich procentowy udział był prawie identyczny jak tych, znajdujących się w wypalonym paliwie jądrowym, zużytym przez elektrownie. Fizycy zauważyli to powiązanie, potwierdzając w ten sposób, że w kopalni Oklo, z której pozyskiwano uran, w pewnym momencie odległej przeszłości nastąpiło samoczynne rozszczepienie jądrowe. Uran 235 wyczerpał się podczas tego procesu, co miało odzwierciedlenie w zmianach procentowego udziału w rudzie.

O tzw. fenomenie Oklo zaczęło robić się bardzo głośno, a samą kopalnię chętnie badano, co doprowadziło do kolejnych odkryć. Dowiedziono obecności co najmniej 16 różnych miejsc w regionie, w których miało miejsce rozszczepienie jądrowe. W kolejnych latach w szczegółach opisano proces działania naturalnych reaktorów, który był niemniej interesujący, co samo odkrycie.

 





Skomplikowany proces, który zadziwił naukowców

 

Około 2,4 mld lat temu zawartość tlenu w ziemskiej atmosferze zaczęła gwałtownie rosnąć, co pozwoliło przekształcić uran z jego nierozpuszczalnej formy w tlenek. Następnie był on rozpuszczany przez wodę, a potem osadzał się w kolejnych warstwach piaskowca tak długo, aż był na tyle skoncentrowany, by rozpocząć reakcję łańcuchową. Naukowcy twierdzą, że szczególne znaczenie miała tutaj wspomniana już woda, obecna w kopalni, dzięki której neurony wyrzucane z jąder były spowalniane na tyle, by mogły zostać ponownie wchłonięte przez inne jądra. W innym przypadku zamiast rozszczepienia widoczne byłoby jedynie odbijanie się elektronów[1] od atomów.

Rozszczepienie jądrowe generuje ogromne ilości energii, a co za tym idzie - również ciepła. Proces wygotowywał wodę obecną w jaskini, co prowadziło do ustania reakcji. Gdy woda wracała, wszystko zaczynało się od początku. Według badaczy okresy aktywności i bezczynności były bardzo krótkie – pierwszy trwał około 30 min, a drugi co najmniej 2,5 godz. Ważniejsze, że procesy były powtarzane przez setki tysięcy lat. Wiemy to dzięki badaniom zawartości szlachetnego gazu ksenonu. Kluczowym spostrzeżeniem był to, że w próbkach z Oklo znajdowały się różne izotopy tego pierwiastka, od ksenonu-136, powstającego już minutę po rozszczepieniu, przez ksenony 132 i 131, formowane po kilku dniach, na liczącym miliony lat ksenonie 129 kończąc.

Gdyby złoże Oklo było systemem zamkniętym, ksenon nagromadzony w próbkach zachowałby standardowy skład izotopowy. Tak jednak nie było, co potwierdza odparowywanie wody i ponawianie reakcji rozszczepiania. Sama obecność wody została potwierdzona również tym, że większość ksenonu znajdowała się nie w minerałach bogatych w uran, a w ziarnach fosforanu glinu, powstającego w wyniku działania H2O ogrzanego reakcją jądrową do 300 stopni C.

Reaktory gabońskie działały tak długo, aż stężenie uranu stało się na tyle niskie, że niemożliwe stało się rozpoczęcie reakcji rozszczepiania. Naukowcy pokusili się nawet o obliczenia średniej mocy wyjściowej. Szczegółowe obliczenia na ten temat przedstawił George A. Cowan, który wykazał, że część neutronów uwolnionych w czasie rozszczepiania uranu-235 została wychwycona przez uran-238, doprowadzając do jego przekształcenia najpierw w uran-239, a następnie w pluton-239. Złoża tego ostatniego wynosiły około 2 ton i choć znikły całkowicie, to część uległa rozszczepieniu. Na tej podstawie określono, że reakcje musiały trwać setki tysięcy lat. Dodatkowo sprawdzając ilość użytego uranu-235, Cowan obliczył uwolnioną energię, której wielkość przekroczyła 15 tys. megawatolat. Daje to średnią moc wyjściową reaktorów na poziomie około 100 kilowatów, czyli śmiesznie wręcz niską w porównaniu do reaktorów stosowanych przez człowieka.

Naukowcy uważają, że w przeszłości mogły istnieć miejsca podobne do gabońskiej kopalni Oklo. Ich znalezienie może być niestety trudne ze względu na ruchy tektoniczne skorup ziemskich, które mogły spowodować zniszczenie takich regionów. Wiadomo jednak, że duży udział w potencjalnych poszukiwania będą miały badania nad izotopami ksenonu. Czas pokaże, czy doprowadzą do podobnego odkrycia, jak to z 1972 r.

 

Moje 3 grosze

 

Temat naturalnego reaktora jądrowego w Oklo jest mi znany od lat 70. XX wieku. Wtedy to po raz pierwszy przeczytałem o nim na łamach jednego z miesięczników naukowych – bodaj czy nie „Problemów”. Potem sprawa przycichła aż do czasu, w którym wpadła mi w ręce książka dr. Miloša Jesenský’ego pt. „Bogowie atomowych wojen” (Ústi n./Labem 1998)[2] w której omówiono także i fenomen Oklo jako magazyn czy zbiornik paliwa jądrowego dla pojazdów Obcych lub którejś z antycznych cywilizacji Ziemi: Atlantydów, Lemurejczyków, czy Dinozauroidów. Od siebie dodam także ewentualnych Przybyszów Spoza Czasu.

Jak twierdzi autor, takich naturalnych reaktorów może być więcej. U nas, w Polsce mogłyby być w Sudetach, gdzie jeszcze są niewielkie złoża tego pierwiastka i Górach Świętokrzyskich. Na szczęście w Sudetach rudy uranowe wyrabowali Rosjanie jeszcze w latach 50-tych, zaś te w Górach Świętokrzyskich są zbyt ubogie i raczej Oklo tam nam nie grozi.

Natomiast interesującym jest to, skąd w Oklo i kilku innych miejscach świata znalazły się tak bogate złoża uranu? Może dosłownie spadły z nieba? Wyobraźmy sobie, że na Ziemię spadło kilka bogatych w uran radioasteroidów, które stworzyły potem uranowe bonanzy. O tym jakoś nikt nie pomyślał… - a trzeba by było pomyśleć, skoro planowane są wyprawy na asteroidy i już myśli się o eksploatacji ich bogactw naturalnych. I kto wie, czy takie reaktory jądrowe są także w Kosmosie? No bo jeżeli asteroidy zawierają wodę, to uruchomienie się takiej reakcji w warunkach przestrzeni kosmicznej byłoby całkiem możliwe…        

 

Źródło - https://www.komputerswiat.pl/artykuly/redakcyjne/reaktor-jadrowy-sprzed-2-mld-lat-ludzkosc-wtedy-jeszcze-nie-istniala/79wgs6t?utm_source=facebook_extra&utm_medium=social&utm_campaign=Facebook_vertical&utm_term=autor_4&fbclid=IwAR0uEUnt2opq824QqXgM-whGgBzvVDwFVflv2GVa2sBxmYB53DehNnHtQ4g



[1] Chodzi oczywiście o neutrony.

[2] Mój przekład w Internecie na stronach - https://hyboriana.blogspot.com/2012/07/bogowie-atomowych-wojen-1.html i następnych. 

piątek, 30 kwietnia 2021

UFO dezaktywuje arsenały nuklearne

 


Obiekty rakietowe w Stanach Zjednoczonych zostały naruszone, a nawet wyłączone, podczas incydentów, w których UFO pojawiły się w wysoce bezpiecznych bazach wojskowych, według Luisa Elizondo, byłego oficera wywiadu, który wcześniej służył jako dyrektor tajnego śledztwa Pentagonu w sprawie incydentów UFO.

 

Elizondo podzielił się tą informacją kilka dni temu podczas konferencji prasowej zorganizowanej na zlecenie kilku głównych organizacji informacyjnych.

- Najbardziej niepokojące są incydenty związane z naszymi urządzeniami jądrowymi. Wydaje się, że istnieje bardzo wyraźna zbieżność między UFO, związaną z nimi działalnością i naszą technologią nuklearną - powiedział Elizondo dla przedstawicieli mediów w zeszłym tygodniu.

- Niezależnie od tego, czy chodzi o napęd, systemy uzbrojenia czy inne technologie. I to jest niepokojące do tego stopnia, że ​​w rzeczywistości niektóre z naszych zdolności nuklearnych zostały dezaktywowane przez te pojazdy. Więc, wiecie, ponownie, umieśćmy to w kontekście technologii zagranicznego przeciwnika: gdyby Rosja lub Chiny miały możliwość zablokowania naszego ataku nuklearnego lub arsenału obronnego, byłoby to już bardzo znaczące. Bardzo niepokojące - kontynuował.

 

- UFO są aktywnie zainteresowane naszą technologią nuklearną - powiedział Elizondo, kiedy Gadi Schwartz, reporter NBC News, poprosił go o wyjaśnienie jego wypowiedzi na temat interakcji między statkami kosmicznymi a energią jądrową. - Byłem świadkiem wielu niezwykłych rzeczy. Niestety, tych, które są poufne, nie będę omawiać ani udostępniać.

 

Na początku lat 70. prezentujący trzy generacje pocisków obrony powietrznej Nike, L-R Ajax (1953), Hercules (1958) i Zeus (1960), na początku lat 70. Hercules i Zeus posiadały możliwości przenoszenia głowic nuklearnych. (Źródło: Adam Glickman / Underwood Archives / Getty Images)

- Ale powiedziałem już wcześniej: mamy filmy, które trwają około 20, 25 minut. W innych przypadkach te rzeczy znajdują się 15 metrów od kokpitu samolotu, co jest bardzo niewiarygodne. Ale to powiedziawszy, nie mogę wchodzić w szczegóły na ich temat, ale to, co mogę powiedzieć, dotyczy tych, którzy się wynurzyli - powiedział Elizondo. Podkreśla, że ​​jest to niezwykle niepokojące, gdy incydenty dotyczą instalacji jądrowych.

 


- Żeby wyjaśnić, czy chcesz powiedzieć, że nasze możliwości nuklearne, czy to uzbrojenie, czy jakaś elektrownia jądrowa, zostały już wyłączone przez coś, czego nie potrafimy wyjaśnić? - zapytał reporter. Elizondo odpowiedział:

- Istnieją absolutne dowody na poparcie poglądu, że UFO są poważnie zainteresowane naszymi arsenałami i już w przeszłości ingerowały w niektóre z naszych możliwości nuklearnych. To jest fakt.

To nie pierwszy raz, kiedy słyszeliśmy o UFO dezaktywujących arsenały nuklearne, ale potwierdzenie od byłego oficera wywiadu z pewnością dodaje większej wagi raportom.

 

Moje 3 grosze

 

Zainteresowanych tematem odsyłam do mojej pracy „UFO i atom”, Tolkmicko 2010, w której zamieściłem przekłady materiałów Roberta Duvalla i Roberta Hastingsa na temat interakcji UFO z ziemskimi instalacjami nuklearnymi. Poza tym interesujące materiały o tej tematyce znajdują się także na tym blogu.

 

Źródło - https://ufo.com.br/noticias/elizondo-confirma-que-ufos-ja-desativaram-arsenais-nucleares-anteriormente.html?fbclid=IwAR28yt5emcmwkKjweEEcJc6a8jEvmP21fIxmPkhw8-_hBi-VhQxeNbJ_6N4

Przekład z portugalskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz

wtorek, 7 listopada 2017

Radioaktywne obłoki



W październiku bieżącego roku, niektóre media podały dziwną informację na temat radioaktywnego obłoku złożonego z radioaktywnych cząsteczek rutenu-106 (106Ru*). Brzmiało to mniej więcej tak:

Nad Europą, w tym nad Polską, wykryto niewielkie ilości izotopu promieniotwórczego ruten-106. Poinformowała o tym Państwowa Agencja Atomistyki, zaznaczając jednocześnie, że stężenie jest niewielkie i nie powoduje zagrożenia dla zdrowia. Póki co nie wiadomo jednak, skąd substancja wzięła się w powietrzu.
Aktualne wskazania krajowych stacji pomiarowych potwierdzają obecność rutenu-106 w powietrzu - poinformowała PAA.
- Ruten-106 jest izotopem promieniotwórczym, a izotop promieniotwórczy to taka odmiana normalnego pierwiastka, czyli metalu ruten. Tylko jest to nietypowy izotop, ponieważ właśnie jest promieniotwórczy i jest wykorzystywany najczęściej obecnie w terapii nowotworów oka - wyjaśniał Józef Strojny z Państwowej Agencji Atomistyki na antenie TVN24.
Zabieg polega na tym, że źródło zawierające ten izotop zostaje umieszczone w pobliżu guza nowotworu (na przykład na oku pacjenta w postaci specjalnej płytki-aplikatora) i swoim oddziaływaniem uszkadza komórki rakowe - informuje PAA.
Skąd ruten w powietrzu?
Strojny przyznał, że jest to "sytuacja nietypowa", nie oznacza jednak dla nas powodów do zmartwień - nie występuje zagrożenie dla zdrowia. Wciąż nie wiadomo jednak, skąd substancja wzięła się w powietrzu.
- Stężenie tego izotopu jest tak niskie, że trudno stwierdzić, z którego rejonu Europy pochodzi. Może uda się to określić, ale niekoniecznie. To zależy od modeli pogodowych - powiedział Józef Strojny.
Naukowiec podejrzewa, że dużo państw w Europie teraz pracuje nad tym, żeby znaleźć źródło tej emisji. - Jeżeli chodzi o możliwe pochodzenie, to może to być albo laboratorium w którym taki ruten się wytwarza, albo nieprawidłowo zutylizowane źródło promieniotwórcze - wytłumaczył Strojny.
Jak zaznaczył Józef Strojny, warto sobie uświadomić skalę.
- To, że wykrywamy ruten nie oznacza, że jest jakieś zagrożenie. Bardziej świadczy o tym, że my dysponujemy bardzo dobrymi aparatami, miernikami do wykrywania tego typu izotopów. One są wykrywane tylko w warunkach laboratoryjnych - powiedział Józef Strojny. - To nie jest poziom zagrażający komukolwiek - zaznaczył naukowiec.
Strojny uspokajał, że jeżeli substancja pochodzi z  jakiegoś laboratorium, to nie doszło do uszkodzenia, tylko mogło to być ewentualnie nieprawidłowe wietrzenie pomieszczenia.
"Bardzo niewielka ilość"
Jak zaznacza PAA w komunikacie, w związku z wykryciem rutenu-106 w powietrzu nie należy podejmować żadnych działań, a w szczególności przyjmować preparatów z jodem.
Najwyższe stężenie rutenu wstępnie oznaczone na terenie Polski wynosi 6,4 mBq/m3. Jest to bardzo niewielka ilość. "Oznacza to, że człowiek musiałby wdychać powietrze z wykazanym stężeniem rutenu-106 przez okres wielokrotnie przekraczający czas życia ludzi, aby otrzymać roczną dawkę promieniowania jonizującego uznawaną za bezpieczną (tj. 1 milisievert)" - informuje PAA.
Państwowa Agencja Atomistyki ma za zadanie monitorowanie stanu powietrza pod kątem izotopów promieniotwórczych.
Każde nieprawidłowe postępowanie z izotopami promieniotwórczymi od razu notowane jest w całej Europie. Po pierwszych pomiarach wykonano także kolejne, z których wynika, że poziom rutenu nie podniósł się.[1]

CLOR podaje komunikat, w którym stwierdza, co następuje:

…jest to jeden ze sztucznych radioizotopów używany w medycynie nuklearnej do brachyterapii gałki ocznej, nie występujący w naturze. (…) Oficjalne wyniki pomiaru stężeń tego izotopu w Polsce wynoszą w dniach 25.IX-2.X.2017 roku:
·        WARSZAWA 4,09 ± 0,05 mBq/m³
·        BIAŁYSTOK 0,23 ± 0,01 mBq/m³
·        GDYNIA 3,62 ± 0,07 mBq/m³
·        KATOWICE 0,60 ± 0,03 mBq/m³
·        SANOK 6,52 ± 0,37 mBq/m³
·        KRAKÓW 1,62 ± 0,12 mBq/m³ (…)[2]


Mój komentarz:


Na szczęście ten radioizotop rozpada się zgodnie ze schematem na rod-106 i finalnie na nieaktywny pallad-106:
106Ru* + β- => 106Rh* + β- => 106Pd

- gdzie T1/2 106Ru* = 379,59d, T1/2 106Rh* = 28,9s
U nas poziom skażeń utrzymywał się na poziomie 0,08-0,12 μSv/h, a zatem nieszkodliwy.[3]

Zainteresowała mnie ta informacja, no bo skąd izotop rutenu mógł się znaleźć w atmosferze i to wysoko nad Polską. Nie jest ważne to, że jego stężenie nie jest niebezpieczne, ale w ogóle skąd się to wzięło – jakie jest jego źródło? Ruten należy do pierwiastków rzadkich i występuje najwyżej jako 2% domieszka do rudy platyny obok osmu (Os), irydu (Ir), rodu (Rh). W skorupie ziemskiej mamy zaledwie 0,01 ppb czyli 5 x 10^-7% masy tego pierwiastka. Ruten stosuje się w jubilerstwie do utwardzania platyny i palladu.
Wyjaśnienia jak dotąd nie ma…

Być może sprawa ta ma jakiś związek z innym ciekawym fenomenem – Niebieskim Słońcem – zjawiskiem zaobserwowanym nad Polską w czerwcu 1950 roku. Pisałem już o tym na blogu KKK i na łamach „Nieznanego Świata”. Przypomnę tylko, że fenomen ten był obserwowany na terytorium całego kraju i oficjalne wyjaśnienie mówiło o chmurze dymów z płonących lasów w Kanadzie.[4]  

W tym kontekście ruten mógłby być porwany wraz z prądami rozgrzanego powietrza i wystrzelony w górne warstwy atmosfery, a następnie chmura zawierająca radioizotop została przywiana m.in. nad Polskę. OK., ale skąd się wziął w portugalskich lasach? Na to pytanie nie mamy na razie odpowiedzi.

NB, czegoś takiego obawialiśmy się parę lat temu, kiedy pożary lasów skażonych radioizotopami po katastrofie w Czarnobylu zagrażały wyrzuceniem radioaktywnych popiołów w atmosferę. Na szczęście do tego nie doszło…

Innym bardzo ciekawym przypadkiem było pojawienie się radioaktywnej chmury nad Paryżem, w lecie 1946 roku. Według Loren E. Gross, której raport zacytowałem w mojej książce „Powojenne losy niemieckiej Wunderwaffe” (WiS2, Warszawa 2008) sprawa miała się tak:

Wieści z Paryża, które dotarły w dniu 11 sierpnia, mówiły o jeszcze dziwniejszych zdarzeniach nad Starym Kontynentem. Francuskie obserwatorium astronomiczne w Puy du Dome opublikowało oświadczenie, że nad stolicą Francji zalega dziwna chmura o niezwykłym składzie chemicznym. Wisi ona na wysokości 6600 m od około trzech tygodni. Specjalne samoloty z aparaturą kontrolno-pomiarową na pokładach ponad dwudziestokrotnie (!) przelatywały przez chmurę w celu uzyskania jak największej ilości danych o jej składzie chemicznym. Różne pogłoski łączyły tą chmurę z amerykańskimi testami jądrowymi na atolu Bikini. („Le Figaro”z dn. 11.VIII.1946 r.)

Pojawiła się też inna zagadka, która na szczęście nie przedostała się do wiadomości publicznej – otóż uczeni doszli do wniosku, że radioaktywne obłoki mogą być równie efektywną BMR, jak wybuchy jądrowe. Nie oskarżono Rosjan o to, że rozsiewali oni radioaktywne cząstki w atmosferze przy pomocy rakiet, bowiem ich technika i prace nad substancjami promieniotwórczymi stały wtedy na niskim poziomie i nie mogli zbudować bomby A.[5]

No tego akurat nie byłbym taki pewien, bowiem jak się okazało, Rosjanie wykradali prace Amerykanów nad bombą A w ramach Project Manhattan i przesyłali do Moskwy, a te szyfrogramy z kolei przechwytywali Niemcy, którzy złamali szyfry radzieckiego wywiadu i dzięki temu – jak chce tego Bogusław Wołoszański – byli w stanie skonstruować własną bombę A. Rosjanie zdetonowali pierwszą bombę A w dniu 29.VIII.1949 roku w Semipałatyńsku (Kazachstan) ale jak sądzę, była to tylko pierwsza pokazowa bomba atomowa. A to dlatego, że Rosjanie mogli ją mieć już w 1945 roku, tylko po prostu nie ostrzegali potencjalnych przeciwników przed ciosem, który mogliby im wymierzyć... Amerykanie wykryli ten wybuch tylko dlatego, że jeden z ich samolotów zwiadowczych natknął się nad Arktyką na nomen-omen radioaktywną chmurę, którą wzięto za pozostałość po tej eksplozji…

Sprawa ta wymaga jeszcze pewnego uzupełnienia. Kiedy w 2005 roku pisałem tą książkę, nie znałem jeszcze pełnej prawdy o niemieckich i radzieckich pracach nad atomowymi BMR. Przede wszystkim informacje o dziwnych chmurach wiszących nad ziemią i nawet zmieniający kolor światła słonecznego pojawiło się także i w Polsce, we wczesnych latach 50., co wiązano przede wszystkim z eksperymentalnymi wybuchami jądrowymi w USA i ZSRR.[6]

W kontekście akurat tej sprawy nie należy zapominać o tym, że Niemcy planowali bombardować Londyn przy pomocy bomb zawierających radioizotopy o krótkim czasie półrozpadu – np. 60Co* - tzw. „brudna bomba atomowa” czy broń radiologiczna, co na szczęście nie doszło do skutku, ale Rosjanie przechwycili te projekty w ramach własnej operacji wywiadowczej. Także terroryści z ISIS i al-Kaida groziła ich użyciem przeciwko Zachodowi.
Do użycia tych bomb nie doszło, ale niektóre źródła twierdzą, że Niemcy posiadali już małe ładunki atomowe, a trzy z nich zostały zdetonowane na terytorium ZSRR – w okolicach Homla (Białoruś), drugi i trzeci w marcu 1945 roku na wyspie Rugii na Bałtyku i na poligonie Ohrdruf (Turyngia). Jeżeli to prawda, to istnieje możliwość, że Francuzi mieli do czynienia z pozostałościami po grzybach atomowych, które skondensowały się w górnych warstwach atmosfery i zawisły akurat nad Paryżem.


Z drugiej zaś strony radioaktywne obłoki mogły być przywiane znad Pacyfiku, gdzie w czerwcu 1946 roku rozpoczęła się amerykańska Operation Crossroads, w ramach której przeprowadzono dwie próbne eksplozje jądrowe: Able – 30.VI.1946 r. i Baker – 24.VII.1946 r., obydwa o mocy 23 kt TNT (96 TJ). Były to – poza testowym wybuchem urządzenia nuklearnego Gadget w ramach operacji Trinity – 16.VII.1945 r. i dwiema bojowymi bombami Litle Boy – 6.VIII.1945 r. i Fat Man – 9.VIII.1945 r. zrzuconymi na Japonię oraz domniemanym demonstracyjnym zrzutem bojowej bomby atomowej w rejonie koreańskiego miasta Hynnam w dniu 12.VIII.1945 r.[7] – wybuchy atomowe zdolne do wyrzucenia w atmosferę dużych ilości skażonego radioaktywnie pyłu. A zatem od złej biedy można uznać to za jakieś wyjaśnienie.

Tak czy inaczej, zagadka ta pozostaje nierozwiązana. A może raczej jest rozwiązana, ale jak często bywa w takich przypadkach, nie podano jego do wiadomości szerokiej publiczności.

Ale co z rutenem nad Polską?

Jest jeszcze jedno wyjaśnienie – fantastyczne. Być może, co opisałem w opracowaniu na temat Tunguskiego Ciała Kosmicznego, mamy tu do czynienia z jakimś ciałem niebieskim, które mogło zawierać właśnie radioaktywny izotop 106Ru*.[8] Tylko że natychmiast powstaje pytanie: czyje to były urządzenia i kto je pozostawił w Kosmosie? I tutaj otwiera się przed nami szerokie pole do domysłów, spekulacji i hipotez.

Osobiście widzę to tak: jeżeli nie było to jakieś ziemskie czy nie-ziemskie urządzenie jądrowe, bo naturalnego rutenu-106 nie ma, to w takim razie istnieje możliwość, że izotop ten został „wstrzyknięty” do naszej atmosfery w takiej ilości, która by nam nie zaszkodziła, ale zwróciłaby naszą uwagę.

Tylko na co?

Nie wiem. Był to być może tylko taki sygnał UWAGA! JESTEŚMY TUTAJ! Tak właśnie być mogło…

Tylko kto nadał ten sygnał? Obcy? Ufiaści? Być może.
I na to pytanie właśnie ufolodzy powinni poszukać odpowiedzi.


Od Czytelników


Biorąc pod uwagę coraz częstsze zabawy bronią jądrową przez ekipę Kim Dzong Una, skłaniałbym się ku tej pierwszej wersji wyjaśnień. Większość radioaktywnych chmur (nie licząc tych pochodzących od katastrof EJ), to prawdopodobnie "echo" zdetonowanej broni jądrowej, które nasza atmosfera może bez problemu zanieść i "zaparkować" na dłuższy czas nad dowolnym miejscem na Ziemi. Czy ruten-106 może pochodzić z koreańskich testów jądrowych? Moim zdaniem może, wszak tylko wyżej wymieniony wódz i jego załoga mają pełną wiedzę o tym czego tam napchali do swoich kolejnych atomówek-testówek. (Nadir)

Hmmm - OK., myśl przednia, ale ruten ma dość długi czas półrozpadu - ponad rok... Poza tym gdyby to był wybuch jądrowy czy termojądrowy, to byłoby tam o wiele więcej "gorącego" świństwa, a tak to jest tylko ruten i nic więcej... (Platon)

Ostatnio francuscy uczeni stwierdzili, że ruten pochodzi z dawnych radzieckich poligonów atomowych w Kazachstanie. (Daniel Laskowski)

W dniu 21. listopada media podały, że na początku października br. doszło do wycieku radioaktywnych substancji z mogilnika w rejonie Czelabińska – a zatem sprawa została wyjaśniona. NB, ciekawy jestem, no co Rosjanom potrzebny był izotop rutenu??? (Daniel Laskowski)

niedziela, 15 stycznia 2017

Wyścig atomowców



NS Arktyka

Konstantin Riszes (Norymberga)


Epizod, którego świadkiem byłem, miał miejsce w końcu grudnia 1985 roku, na Morzu Karskim, w samym środku nocy polarnej. Wraz z moim kolegą Wiktorem byłem na delegacji na lodołamaczu NS Sibir.

Tego dnia, lodołamacz wykonawszy przeprowadzenie kolejnej karawany statków, zamarł przy krawędzi pola lodowego w oczekiwaniu na kolejne statki. Nastała niezwyczajna cisza – ruch lodołamacza w lodach zawsze odbywa się przy akompaniamencie strasznego huku i trzasków. 

Był późny wieczór, prawdę powiedziawszy w warunkach polarnej nocy mało co różniący się od każdej innej pory doby. Wraz z Wiktorem skończyliśmy pracę, już prawie zasnąłem swej kabinie, gdy naraz statek jakby ożył i energicznie ruszył do przodu. Przez jakieś 5-10 minut huk i trzask doszły do takiego poziomu, że omal nie wylecieliśmy z koi. Dotarło do nas, że dzieje się coś niezwykłego i że pospać się już nie da, my zdecydowaliśmy się wyskoczyć na górny pokład.

Przed nami rozgrywało się niesamowite widowisko: jakieś sto metrów od nas, równoległym kursem szła NS Rossija – trzeci lodołamacz z tej serii, co NS Arktyka, która była pierwszą – a nasza Sibir była drugą. Gołym okiem było widać, że oba lodołamacze wyduszają wszystko ze swych maszyn o mocy 75.000 KM każda. Ani przed, ani za nami nie było żadnego statku. 

 Autor na pokładzie NS Sibir

Potężne reflektory statków oświetlały lodowate morze na setki metrów – jednym słowem feeria! Tylko dlaczego takie zabawy? Nie znalazłszy odpowiedzi staliśmy jeszcze na pokładzie jakieś pół godziny, a kiedy obydwa lodołamacze zwolniły, to poszliśmy spać do kabiny. 

Odpowiedź dostaliśmy następnego dnia rano w czasie śniadania w messie. Okazało się, że na Rossiji w czasie budowy nie zrobiono jakichś doróbek w podwodnej części kadłuba, które – wedle idei racjonalizatorów – mogły podwyższyć jej prędkość aż o cały węzeł. Tak więc zdecydowano przetestować innowacyjną nowinkę poprzez wyścig dwóch lodołamaczy o tej samej konstrukcji i w identycznych warunkach. A na pytanie: „no i kto wygrał?” padła odpowiedź: „wygrała przyjaźń”. 

Iście rosyjska odpowiedź… 


Tekst i ilustracje – „Tajny XX wieka” nr 50/2015, s. 25
Przekład z rosyjskiego - ©Robert K. F. Leśniakiewicz