Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą meteorologia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą meteorologia. Pokaż wszystkie posty

środa, 12 marca 2025

O wiatrach ekstremalnych niezwiązanych z tornadami

 


 

Stanisław Bednarz

 

Najbardziej wietrznym miejscem w Polsce jest Śnieżka nie Kasprowy Wierch. 9 marca 1990 roku na Śnieżce zanotowano poryw wiatru o prędkości 345 km/h! To najsilniejsza jak dotąd zmierzona prędkość wiatru w naszym kraju.

Niezwiązana z tornadem? Nieprawdopodobne? Kasprowy Wierch najsilniejszy poryw miał 6 maja 1968 roku podczas słynnego halnego o którym pisałem w osobnym poście. Największa prędkość wiatru wyniosła mniej bo 288 km/h. Najsilniejsza zanotowana prędkość wiatru niezwiązanego z tornadem i cyklonem na świecie to 371 km/h. Tak mocno wiało na szczycie Góry Waszyngtona w kwietniu 1934 roku. To z kolei najwyższy szczyt w Górach Białych, części Appalachów w stanie New Hampshire ma wysokość tylko 1917 m n.p.m.


O rekordzie tym mówi specjalna tablica informacyjna znajdująca się na obserwatorium. Przez 110 dni w roku wiatry na Mount Washington przekraczają 64 km, mniej więcej przez pół roku szczyt jest pokryty chmurami, a niemal każdego miesiąca zdarzają się opady śniegu.

A przecież już wiatr wiejący z prędkością 77 km/h meteorolodzy kwalifikują jako wichurę, która zrywa dachówki. A od 89 do 102 km/h mówią o silnej wichurze, która wyrywa drzewa z korzeniami, powoduje duże uszkodzenia budynków czy łamie słupy energetyczne. Wiatr pędzący z prędkością od 103 do 117 km/h to gwałtowna wichura. Od 118 km/h mówimy o huraganie. Jeśli osiąga szybkość od 126 do 180 km na godzinę, nosi nazwę huraganu niszczycielskiego, a powyżej - dewastującego. Jeszcze większe prędkości związane są z tornadami.

Ale o tym innym razem.

środa, 5 marca 2025

Znów kalimaa nad Jordanowem

 

Rozprzestrzenianie się pyłów znad Sahary 

Od kilku lat prowadzę wraz z mgr Bednarzem obserwacje meteorologiczne w naszym mieście. Dwóch miesięcy – czyli od 1 stycznia br. zauważyliśmy niepokojący wzrost radioaktywności powietrza, którym tu oddychamy. Nie jest tego dużo, ale budzi zaniepokojenie, bowiem jest to wzrost o 100 a nawet 200% w porównaniu do średniej, która tu wynosi 40-60 nSv/h, tymczasem nasze pomiary w styczniu i lutym dobijały nawet do 170 nSv/h. Nie jest to dużo i nie szkodzi, ale zawsze to zwyżka…

Skąd się to bierze? Mamy dwa źródła naturalne: tło radioaktywne naszej planety i promieniowanie dochodzące do nas z Kosmosu. Trzecim jest smog składający się ze spalonych paliw kopalnych – przede wszystkim węgla kamiennego. Czwartym źródłem jest kalimaa. To wszelkie paskudztwa powstałe w trakcie katastrof nuklearnych w Czarnobylu (ostatnio Rosjanie uderzyli dronem bojowym w tzw. sarkofag i ponoć na szczęście nie doszło do ulotu radioaktywnych gazów), Daiichi-Fukushimie I i II, gdzie gros radioaktywności poszła do Pacyfiku. 

W Regganie w Algierii, skąd wywodzi się radioaktywny obłok kalimaa z Sachary Zachodniej. Tam wszystko się zaczęło. To było miejsce, w którym Francuzi odpalali swe rakiety balistyczne i  kosmiczne, a poza tym zdetonowali cztery ładunki jądrowe. Jeszcze w latach 60. To się nazywało Gerboise – skoczek pustynny. Najpierw to była Gerboise Bleue – 70 kt TNT – a więc 3,5 razy mocniejsza niż ta, która poleciała na Hiroszimę, potem Gerboise Blanche o mocy około 5 kt, następna była Gerboise Rouge, też poniżej 5 kt i na koniec Gerboise Verte o mocy tylko 1 kt… Dwie z nich były odpalone nad żołnierzami w pełnym uzbrojeniu. To było takie francuskie wydanie amerykańskiego eksperymentu Big Smokey… Potem Algieria uzyskała niepodległość i Francuzi przenieśli się stamtąd. Rakiety poszły do Kourou w Gujanie, a głowice jądrowe na Mururoa. I to właśnie ten radioaktywny piasek z Sahary spada na nas z południowym wiatrem. Nie zapominajmy, że czas połowicznego zaniku niektórych izotopów powstałych wskutek eksplozji jądrowych wynosi od 90 do 4,5 mld lat! Najgorsze są izotopy strontu, cezu, rubidu, plutonu, uranu, polonu, jodu i innych, które odkładają się w organizmie człowieka i powodują powstawanie nowotworów. Długofalowe ich działanie polega na powstawaniu nieodwracalnych zmian w kodzie genetycznym DNA i w rezultacie powstawania mutacji, w tym wielu letalnych. I to jest główne niebezpieczeństwo, które grozi nam np. po nawet ograniczonej wojnie jądrowej, o czym marzą idioci po obu stronach Atlantyku. Radioaktywny opad kalimy to pestka w porównaniu z piekłem, które rozpęta się wskutek wojny nuklearnej – nawet ograniczonej…

sobota, 1 marca 2025

Gdy dzwony biły na burze


 

Stanisław Bednarz

 

Według wierzeń ludowych podczas burzy toczyła się walka pomiędzy siłami dobra i zła. Przerażeni mieszkańcy wsi i miast modlili się do św. Floriana, św. Michała i św. Donata. W oknach wystawiali gromnice (stąd nazwa). Dzwoniło się w małe dzwonki loretańskie, aby piorun nie trafił w zabudowania gospodarcze…

W odległych od kościoła osadach, szczególnie w terenie górzystym, budowano drewniane wolnostojące dzwonnice. Wierzono, że siła dźwięku oddala pioruny, nawałnice i wichury w inne strony. Z jednej strony była to moc wiary, z drugiej - istniało racjonalne wytłumaczenie tego zjawiska. Intensywny dźwięk dzwonu wzbudzał w powietrzu fale akustyczne, wywołujące drganie cząsteczek pary wodnej w burzowej chmurze. Drgające cząsteczki zagęszczały się i tworzyły krople deszczu, które przejmowały ładunek elektryczny, powodując osłabienie potencjału elektrycznego burzy.

Dzwonnica loretańska (inaczej burzówka) – dzwonnica drewniana budowana w obrębie wsi w celu odpędzania burzy. Dzwonnice loretańskie powstawały pod koniec XIX i na początku XX wieku. Budowa dzwonnic loretańskich związana jest z kultem Matki Bożej Loretańskiej, który od XVII wieku rozpowszechnił się w Polsce. Z pielgrzymek do Loreto przywożono dzwonki, które, jak wierzono, miały moc ochronną – odpędzały burze i złe moce. Jednocześnie w kościołach jeden z dzwonów poświęcano w intencji „rozłamywania piorunów”, dźwięk tych dzwonów miał odganiać burze.

Z czasem władze kościelne zakazały bicia w dzwony w celu ochrony przed piorunami i gradem, jednakże wiara w ochronną moc dzwonów spowodowała, że pod koniec XIX i na początku XX wieku we wsiach, szczególnie na Podhalu, Orawie i Żywiecczyźnie, rozpoczęto budowę dzwonnic z dzwonami poświęconymi Matce Bożej Loretańskiej. Bicie w te dzwony miało mieć moc odpędzania płanetników przynoszących burze. Dzwonienie było skuteczne, o ile rozpoczęte było przed burzą.

Dzwonów tych używano również podczas wzywania do modlitwy na Anioł Pański, na nabożeństwa majowe i różańcowe, jak również do ostrzegania przed pożarem. Dzwonienie na pogrzeb powodowało, że dzwonnica traciła swoją moc ochronną przed burzą. Dzwonnice loretańskie były drewniane o prostych formach. Budowane zwykle w konstrukcji słupowej. Niektóre z kaplic loretańskich niedaleko Jordanowa, gdzie rozganiano burze:

·        Zubrzyca Dolna – wybudowana na przełomie XVIII/XIX wieku

·        Stryszawa (osiedle Roztoki) – wybudowana w 2. poł. XIX wieku

·        Stryszawa (Wsiórz) – wybudowana w 1929, zniszczona przez wiatr w latach 90. XX wieku, zrekonstruowana (z oryginalnym dzwonem)

·        Zawoja Czatoża

·        Sidzina – dzwonnica z 1937 roku na terenie Muzeum Kultury Ludowej

·        Bańska Wyżna – wybudowana w 1908 roku

·        Grzechynia

·        Podwilk Danielki

·        W Lipnicy Wielkiej zachowały się w Murowanicy, Skoczykach, Przywarówce i Kiczorach.






Ojciec opowiadał że kaplicy drewnianej w Naprawie z 1953 roku również dzwoniono na burze. Kaplica położona jest blisko „Zakopianki” w Naprawie Górnej na osiedlu Mirkowa.Wybudowana w 1953 roku z inicjatywy ks. doktora Franciszka Mirka, który był fundatorem tej kaplicy. Jej tytułem jest Niepokalane serce Najświętszej Marii Panny.

 

Komentarze

 

Wiara i fizyka. Nie wymieniłeś wszystkich na Orawie. Z fundacją Przestrzenie Dziedzictwa opisaliśmy część w projekcie https://www.fundacjapd.pl/1300 W Orawce np. inskrypcje na dzwonie: DAROVALA JOHANA PAVLAK, 1926, ORAWKA, STUDIENKY, Z przodu dzwonu płaskorzeźba św. Józefa z Dzieciątkiem, pod nią napis w dwóch linijkach SV. JOZEFIE ORODUJ ZA NĂS; ŽIVYCH VOLAM ZOMRELYCH OPLAKUJEM BLYSKAVICE LAMEM; z tyłu dzwonu płaskorzeźba św. Donata stojącego w chmurach, z błyskawicą w prawej ręce, pod nim napis SV. DONATU ORODUJ ZA NĂS. Tak, jak piszesz. (Lucyna Borczuch)

Faktycznie tak właśnie jest. Miałem okazję, jeszcze w sierpniu 1975 roku zaliczyć burzę w okolicach Podwilka na Orawie. W czasie tej burzy słyszałem głos dzwonu w Podwilku i okolicznych miejscowościach. Obrona była skuteczna, żaden piorun nie strzelił w zabudowania… (Daniel Laskowski)

wtorek, 18 lutego 2025

Tatrzańskie osobliwości: -41.13°C w cieniu…

 


Stanisław Bednarz

 

O Litworowym Kotle w masywie Czerwonych Wierchów zrobiło się głośno. W Litworowym kotle w poniedziałek rano (17.II) pobito nieoficjalnie  rekord Polski w najniższej temperatury -41,13 stopni. Padł zatem rekord Żywca z 10 lutego 1929 -40,6°C.

Nie bardzo chcę ten rekord uznać bo miejsce nie jest reprezentatywne np. na Kasprowym w tym samym momencie było -20 stopni.  Było to zjawisko lokalne  zaraz wyjaśnię  dlaczego. Litworowy Kocioł to cyrk lodowcowy położony w masywie Czerwonych Wierchów, na wysokości około 1800 metrów nad poziomem morza. Tego typu zagłębienia najczęściej otoczone są wysokimi grzbietami górskimi, między którymi dawno temu formował się lodowiec, oraz jednym nieco niższym wałem, zbudowanym z materiału skalnego niesionego przez lód. Litworowy Kocioł ma około 70 metrów głębokości. Leży w cieniu wysokich szczytów takich, jak Krzesanica, Małołączniak i Kozi Grzbiet, co powoduje występowanie tam mrozowiska, czyli zagłębienia stanowiącego pułapkę dla zimnego powietrza. Ciężkie, zimne powietrze spływa w dół i nie ma jak się stamtąd wydostać. Efekt ten najłatwiej zaobserwować w bezchmurne, bezwietrzne noce, gdy powierzchnia terenu wychładza się bardzo szybko, a ruch powietrza blokuje inwersja temperatury. Na dodatek otaczające Litworowy Kocioł szczyty blokują dostęp światła słonecznego, przez co przez wiele dni w roku na dno zagłębienia nie pada ani jeden promień.




Pomiary warunków termicznych w Litworowym Kotle prowadzone są na stacji automatycznej. Wstępne analizy pochodzą z lat 2015-2016, a od 2022 roku temperatura mierzona jest przez całą dobę. Termometry umieszczone są pod osłoną radiacyjną, na maszcie o regulowanej długości - tak, aby znajdowały się około 2 metrów nad ziemią niezależnie od grubości pokrywy śnieżnej. Wszystkie te czynniki sprawiają, że niska temperatura jest odnotowywana w Litworowym Kotle nawet w lipcu - w 2022 roku zanotowano tam -5,7 st. C, gdy w wielu innych częściach kraju panowały upały. Jest to mrozowiskowy biegun zimna w Polsce ale trudno go nazwać reprezentatywnym dla całych Tatr. Na pobliskim Kasprowym było tylko -20°C.  To jest eksperyment Uniwersytetu w Poznaniu, to nie jest stacja IMGW. Z powodu że nie jest to oficjalna stacja IMGW, a siedlisko łowców mrozu, rekord nie będzie uznany.

 

Moje 3 grosze

 

Uważam, że rekord ten powinien być uznany chociażby dlatego, że został odnotowany przez automatyczną staję meteo. Prawdą jest, że w Litworowym Kotle jest zawsze – czy niemal zawsze – zimno, co stwierdziłem w 1992 roku, kiedy wyprawiłem się do Doliny Litworowej. Prawdę powiedziawszy to odradzam takie wycieczki niedoświadczonym turystom… Poza Kotłem było +25°C czy nawet więcej, zaś w Kotle jakieś 10… Trząsłem się z zimna, a przecież był czerwiec.

Czytając materiały zamieszczone w mediach elektronicznych przyszło mi do głowy, że to właśnie pogoda mogła doprowadzić do niektórych wypadków na Czerwonych Wierchach. Nagłe uderzenie chłodnego powietrza plus deszcz i mgła mogły doprowadzić do nieszczęścia. Tak mogło być w przypadkach opisanych przeze mnie w książce „Projekt Tatry” (Kraków 2002). Oczywiście nie we wszystkich, bo część z nich mogła wydarzyć się z innych przyczyn, które nadal stanowią ponurą tajemnicę Tatr…   

sobota, 30 marca 2024

Kalima 2 nad Jordanowem

 


Koniec marca i początek Triduum Paschalnego zafundowały nam różnorakie atrakcje pogodowe. Otóż skończyły się zimne noce, powiało od południa i zrobiło się zupełnie letnio! Temperatura z +2,1°C podskoczyła do +22°C, zaś wilgotność powietrza z 80-90% spadła do 41%. Wiatr halny wysuszał błyskawicznie glebę i ściołę, a drzewa zaczęły szybko pokrywać się kwiatami i zielenią liści. Nawet nasza magnolia dała sobie radę z przymrozkami i pokazała swe piękne kwiaty!


Ale w te dni zrobiło się jeszcze ciekawiej, bowiem nad Europą pojawił się układ baryczny, który ściągnął znad Afryki masy ciepłego, wygrzanego, suchego powietrza saharyjskiego, który sprowadził wiosnę do Europy. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie… No właśnie – gdyby nie to, że powietrze to uniosło ze sobą ogromne ilości lekkiego pyłu tworzącego płowo-szarą zawiesinę, która zmętniała znacznie przyziemne warstwy atmosfery. Nazwałem to Kalima 2 (arab.: piasek), bo ta pierwsza pojawiła się nad Jordanowem pod koniec lutego br.


Różnica polegała na tym, że Kalima 1 miała swe źródło na Saharze Zachodniej, a konkretnie w Algierii, gdzie jeszcze w latach 60-tych Francuzi dokonali 17 testów nuklearnych i dlatego pyły Kalimy 1 były lekko radioaktywne – do 180 nSv/h. Piaski Egiptu i Libii – skąd pochodzą pyły Kalimy 2 są „czyste” i nasze pomiary zatrzymały się na wartościach 80-100 nSv/h, co mogło być spowodowane m.in. skokiem promieniowania słonecznego i/albo kosmicznego.






Tak czy inaczej, po raz trzeci czy czwarty w tym roku mamy nawiewy saharyjskich pyłów, co jest uciążliwe szczególnie dla osób mających kłopoty z alergiami – a szczególnie z układem oddechowym. Mam nadzieję, że wszystko wróci do normy po pierwszym solidnym deszczu, szczególnie iż po wietrze halnym zazwyczaj przygodzą opady deszczu lub śniegu, które oczyszczają powietrze.   





 

piątek, 21 października 2022

Klątwa litery „I”?

 

Krajobraz po huraganie IAN...

Dlaczego nazwy huraganów rozpoczynających się tą samogłoską są najczęściej wyrzucane z listy nazewnictwa?

Eksperci podkreślają, że najważniejszą rolę w tej kwestii odgrywa czas.

Co takiego jest w nazwach zaczynających się na literę „I”, że sygnalizują zbliżający się potencjalnie niebezpieczny huragan? Jak wyjaśniają meteorolodzy, wyczucie czasu.

 

IAN uderzył w Florydę jako jeden z najpotężniejszych huraganów, jakie kiedykolwiek nawiedziły Stany Zjednoczone. IRMA zdewastowała Karaiby, osiągając potworną siłę piątej kategorii. Z kolei IGOR przyniósł ogromne zniszczenia na półwyspie Avalon w kanadyjskiej prowincji Nowa Fundlandia.

Historia jest usiana szczątkami niszczycielskich huraganów w Basenie Atlantyku. Jeśli jednak przebadasz historię burz tropikalnych, zaczniesz zauważasz pewien trend: wiele tych najgroźniejszych i najtragiczniejszych w skutkach nosi nazwy rozpoczynające się na literę „I”.

W rzeczywistości huragan IAN z 2022 roku będzie prawdopodobnie 14. huraganem „I”, który przejdzie na wieczny odpoczynek, dodając kolejną skazę do litery, która rozpoczyna nazwę huraganu „na emeryturze” częściej niż jakakolwiek inna w alfabecie.

Co takiego jest w burzach z literą „I” w nazwie, że stają się one wyraźnie bardziej zabójcze niż ich inne alfabetyczne odpowiedniki? Czy istnieje klątwa burzy numeru 9? Czy to po prostu tylko zbieg okoliczności?

Spojrzenie na ten ciekawy wzór powinniśmy zacząć od krótkiego przypomnienia nadawania nazw huraganom.

 

Burze tropikalne czy huragany na Oceanie Atlantyckim są nazywane na podstawie sześciu list składających się z 21 nazw każda (są ułożone alfabetycznie). Jedna lista jest używana co roku, więc lista imion z 2022 roku była ostatnio wykorzystywana w 2016 roku i będzie ponownie używana podczas sezonu huraganowego w 2028 roku.

Używamy tylko 21 z 26 liter alfabetu, ponieważ trudno jest znaleźć wystarczająco dużo wspólnych nazw zaczynających się na litery: Q, U, X, Y i Z. Znalezienie wielu nazw dla huraganów staje się ważne, kiedy mamy do czynienia ze szczególnie niszczycielskim huraganem. Jeśli huragan spowoduje wiele ofiar śmiertelnych bądź wyrządzi poważne straty gospodarcze, synoptycy wycofają tę nazwę i nigdy więcej jej nie użyją z powodu wrażliwości i szacunku.

Kiedy obecny system nazewnictwa zaczął obowiązywać – tj. od połowy lat 50-tych ubiegłego wieku – meteorolodzy ze Światowej Organizacji Meteorologicznej wycofała już 94 nazwy burz i huraganów. „I” jest najczęściej wycofywaną literą – aż 13 imion rozpoczynających się tą samogłoską musiało zostać usuniętych z list. Są to: IDA (2021), IOTA (2020); IRMA (2017); INGRID (2013); IRENE (2011); IGOR (2010); IKE (2008); IVAN (2004); ISABEL (2003); ISIDORE (2002); IRIS (2001); INEZ (1966); oraz IONE (1955).

 

Możemy być pewno, że IAN z 2022 roku dołączy do tej listy po rozległych zniszczeniach, jakie pod koniec września wyrządził a Kubie oraz w Stanach Zjednoczonych.

Wyjaśnienie tego naprawdę dziwnego wzoru tragicznych burz sprowadza się do czasu. Oficjalny sezon huraganów na Atlantyku rozpoczyna się 1 czerwca i trwa do 30 listopada, a jego szczyt przypada na drugi tydzień września. Historycznie rzecz biorąc, na początku lata obserwujemy jedynie garstkę burz, po czym następuje wzrost aktywności aż do szczytu sezonu.

W normalnym roku na początku sezonu widzimy już kilka słabszych burz, które wykorzystują pierwsze litery alfabetu w układach, zazwyczaj pojawiających się i znikających bez większego rozgłosu.

 

Ten trend sprawia, że najsilniejsze burze w sezonie przypadają na środek listy nazw, a litera „I” pojawia się najczęściej w szczycie sezonu, kiedy najpotężniejsze huragany tworzą się nad tropikami.

To nie znaczy, że nie ma żadnych fuksów związanych z nazewnictwem tych wysoce destrukcyjnych burz na literę „I”.

Huragan IAN mógł w rzeczywistości otrzymać nazwę HERMINE.

23 września 2022 roku, kiedy słońce chyliło się ku zachodowi, w basenie Atlantyku pojawiły się dwa systemy wirujące na obu końcach oceanu. Obie depresje tropikalne były na skraju przekształcenia się w burze tropikalne – była to tylko kwestia tego, która z nich zrobi to pierwsza.

Układ w pobliżu wybrzeża Afryki wygrał wyścig, stając się burzą tropikalną HERMINE o godzinie 17:00. Druga depresja rozwijająca się na Karaibach została przekształcona w tropikalną burzę IAN zaledwie sześć godzin później.

HERMINE rozproszyła się nad otwartym oceanem po dwóch dniach.

 

Źródło: The Weather Network

Opracowała: Marzena Rabczewska 

czwartek, 4 sierpnia 2022

Słoneczne halo nad Gdynią

 


To zdjęcie zostało wykonane w Gdyni, w dniu 30.VII.2022 r. o g. 16:26 CEST, a nadesłał je mój stały Czytelnik Pan Paweł W.

Zdjęcie przedstawia piękne zjawisko halo (czyli kręgu) wokół tarczy słonecznej. Jest to zjawisko optyczno-meteorologiczne, za którego powstanie odpowiadają kryształki lodu. Można je zaobserwować, gdy światło Słońca albo Księżyca załamuje się i odbija wewnątrz kryształków lodu znajdujących się w chmurach pierzastych piętra wysokiego – Cirrostratusach albo we mgle lodowej. W efekcie powstaje świetlisty krąg – biały bądź w kolorach tęczy, który okala Słońce, a czasem Księżyc.

Dziękuję bardzo Panu Pawłowi za to zdjęcie!

środa, 12 maja 2021

Błyski na górze Biełucha

 

Lokalizacja góry Biełucha na Ałtaju

Anatolij Sliesariew (Czelabińsk)

 

W sierpniu 1992 roku, my – czelabińscy rurociągowcy-turyści – zdecydowali się na zorganizowanie zawodów sportowych – turiadę i wspiąć się na szczyt góry Biełucha, N 49°48’25” – E 086°35’22”, której wysokość wynosi 4509 m n.p.m.

 

Promienie światła ze szczelin

 

Bazowy obóz został postawiony na brzegu rzeki Katuń. A ja ze swym partnerem od liny Miszą Zajdelem  zdecydowaliśmy się wspiąć do „Lodowego Balkonu” i tamże zanocować. „Balkon” znajdował się na skale, na wysokości 4000 m n.p.m. Znajduje się tam około 10 miejsc pod namiot. Ale na „Balkonie” za bardzo wiało, więc zdecydowaliśmy się wspiąć jeszcze wyżej, aby przenocować na lodowcu.

Rozbiliśmy namiot – jak się potem okazało – na potężnym kęsie lodu pomiędzy szczelinami. Położyliśmy się spać, boż trzeba nam było wstać o czwartej rano. Przez cała noc pod nami trzeszczał lód, lodowiec się przesuwał. Było ciemno. I naraz zauważyłem, że jakieś błyski światła oświetlają namiot. A zaraz potem słyszałem trzask sunącego lodowca.

Obudziłem Miszę i opowiedziałem mu o swoich obserwacjach. Ale on bardzo się zmęczył i poradził mnie też trochę pospać. To była kwestia jego wieku: był 15 lat starszy ode mnie. Wyszedłem z namiotu i się rozejrzałem. Nad głową miałem rozgwieżdżone niebo. Panowała niezwykła cisza.

Zauważyłem, że na lodowcu z „rozrzuconych” szczelin błyskawicznie wyskakują błyski światła i w kształcie bardzo cienkiego promienia ulatują gdzieś w gwiaździste niebo. I ta cisza!

 

Mapka schematyczna narysowana przez Anatolija: 1 - obóz bazowy, 2 - "Balkon", 3 - bivacco na lodowcu, 4 - główny szczyt Biełuchy 4506 m n.p.m., 5 - rejon ukazywania się błysków

Podobne do lasera

 

Długość błysków była znacznie krótsza od burzowej błyskawicy i nie taka silna. Zjawisko to bardzo mnie zainteresowało. Jaki tam sen! Z czekanem w ręku podczołgałem się do skraju lodowego pęknięcia. Wbiłem czekan i położyłem się tak, by widzieć dno szczeliny i gwiaździste niebo. Zacząłem czekać na błysk.

Po jakichś 30-40 minutach na dnie szczeliny coś błysnęło. Błękitny promień światła podobny do lasera, bardzo cienki i bezdźwięczny wystrzelił w niebo. Miejsce, z którego on wychodził znajdowało się na dnie lodowej szczeliny. Drugi koniec promienia znajdował się w gwiezdnym niebie. Jego grubość wynosiła jakieś 2 cm i znajdował się ode mnie w odległości około 7 m.

Następnego dnia wspięliśmy się na Biełuchę i już późnym wieczorem w bazowym obozie rozpytaliśmy innych uczestników turiady o nocnych błyskach światła na lodowcu. Okazało się, że nikt nic nie widział!

 

Podpełznąłem do krawędzi lodowej szczeliny, wbiłem czekan... i zacząłem czekać na błysk. 

Sprites albo zarnice

 

W naszej grupie znalazła się młoda dziewczyna psychotronik, która była sensytywna, która wyjaśniała mnie i mojemu partnerowi mechanizm tego zjawiska. Ponoć nasza Ziemia ma dodatkowy biegun, który znajduje się w Andach. Odpowiadający jemu drugi biegun znajduje się w Ałtaju, biegun ten – w przeciwieństwie do tego andyjskiego przyjmującego kosmiczną energie – wysyła ją w Kosmos.

W 2017 roku w TV na naszym kanale został pokazany wątek mówiący o tzw. sprites jak nazwali to Amerykanie. Bardzo krótkie błyski sprites powstają na Ziemi i lecą na duże wysokości – 40-80 km n.p.m. Amerykańscy specjaliści sfotografowali taki rozbłysk, który był bardzo podobny do tego, co widziałem na lodowcu góry Biełucha. U nas, w Rosji sprites nazywa się zarnicami.

 

Źródło: „Niewydumannyje istorii” nr 40/2019, s. 16

Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz    

poniedziałek, 24 czerwca 2019

Lodowy „Octavius”




Igor Nikitin


Oczywiście większość ludzi słuchając wystąpień uczonych dotyczących Efektu Globalnego Ocieplenia (EGO) i, niemal jednocześnie, nowej Epoki Lodowej doświadcza pewnego rodzaju rozdwojenia rzeczywistości. I w rzeczy samej: jak może być jednocześnie ocieplenie i ochłodzenie? Okazuje się, że jedno wynika z drugiego i są na to historyczne dowody.


„Pojutrze”


W 1956 roku, geofizycy Maurice Young i William Dunn postawili hipotezę, zgodnie z którą zlodowacenie (Epoka Lodowa) następuje zawsze po okresie EGO. Topnienie lodowych czap polarnych (w czasie EGO) doprowadza do właściwie niemożliwej do przewidzenia zmiany klimatu  - w tym do skoków temperatury do niemożliwych wartości. Taki właśnie skok temperatury pokazano właśnie w filmie „The Day After Tomorrow” z 2004 roku, kiedy to z powodu zatrzymania się Wielkiego Oceanicznego Konwejera (przemieszczającego wody i masy powietrzne wokół planety) temperatura powietrza w pewnych punktach Ziemi spadła do -100ºC, co spowodowało w tych miejscach śmierć wszystkiego co żyje.


Spotkanie z Octaviusem i wnętrze kubryku według relacji załogantów z Geralda


To już nie film


Jednakże są to tylko hipotezy i hollywoodzki film fabularny. A czy może się zdarzyć, że temperatura spadnie tak szybko iż ludzie nie będą w stanie zrobić czegokolwiek by się ratować? Jakby nie było, istnieje jedna historyczna relacja o podobnym wydarzeniu. To jest historia statku Octavius. 

W sierpniu 1775 roku, wielorybniczy statek Gerald płynął wzdłuż brzegów Grenlandii. Naraz od pobliskiej góry lodowej odpadła ogromna kra lodowa z wmarzniętym w nią drewnianym statkiem, na burcie którego można było odczytać jego nazwę – Octavius. 

Wszedłszy na pokład statku-widma, wielorybnicy odkryli, że jest on literalnie wypełniony trupami. Cała załoga – od kapitana do jungi[1] - była na miejscu, ale ci ludzie – sadząc ze wszystkiego – zmarli od momentalnie następującego zimna. Kilku marynarzy „spało” na kojach, kapitan siedział na swym fotelu, sternik stał wczepiony w koło sterowe. Ale najbardziej zagadkową kompozycję stworzyło ciało jednego z marynarzy: on klęczał na kolanach z krzesiwem w ręku, a przed nim na pokładzie leżała garść strużyn. Sądząc z tego wszystkiego – chciał on rozniecić ogień, ale już nie zdążył nawet skrzesać iskry…


Zamiast do Chin – na północ


Z przerażeniem obejrzeli oni statek-widmo, udali się oni w dalszą drogę, nie zapominając zabrać ze sobą dziennik okrętowy Octaviusa, a właściwie to, co z niego zostało. Z zapisów stało się jasne, że 10.IX.1761 roku, Octavius wyszedł z Liverpoolu i płynął do Chin. Dalsze zapisy się nie zachowały, ale z ostatnich można było wywnioskować, że statek jakimś sposobem wpadł w lodową pułapkę – obszar ostrego spadku temperatury. Na tym nieliczne zapisy z dziennika okrętowego się urwały. A samego Octaviusa od momentu jego spotkania z wielorybnikiem już nikt więcej nie widział…


Źródło – „Tajny i zagadki”, bn/2019, s.3
Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz



[1] Chłopiec okrętowy.