Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą meteoryty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą meteoryty. Pokaż wszystkie posty

piątek, 5 sierpnia 2022

Meteoryt z Galanty

 


Martin Hodas

 

W pobliżu Galanty (N 48°12’24” – E 017°43’31”) spadł podobno meteoryt „z drzewem genealogicznym” i szukają jego fragmentów. Meteoryt był specyficzny dlatego, że znana była trajektoria jego lotu.

Meteoryt miał spaść w pobliżu Galanty pod koniec czerwca. Naukowcy odkryli, że jego fragmenty mogą znajdować się na obszarze objętym przez trzy pobliskie gminy, dlatego trwają dla nich aktywne poszukiwania. TV Markíza poinformowała o tym w reportażu.

Do tego wydarzenia miało dojść 25 czerwca. Stało się to krótko przed godziną 20-tą, i dlatego meteoryt na jeszcze jasnym niebie nie wzbudził niczyjej uwagi.

Jednakże obiekt zauważono w obserwatorium w Hurbanovie i na Morawach. Na podstawie tych danych można było obliczyć trajektorię jego lotu. Jeżeli idzie o miejsce impaktu, to mowa jest o wsiach Pusté Úľany, Pavlice i Abrahám.

Informacje o torze lotu są dokładnie tym, co umieściłoby meteoryt w rzadszej kategorii.

- W muzeach znajduje się około 60 000 meteorytów, ale mniej niż 40 ma znaną trajektorię, więc powiedziałbym, że należą one do tak znaczącej grupy – powiedział TV Markíza docent Ján Svoreň z Instytutu Astronomicznego Słowackiej Akademii Nauk.

Taki fragment meteorytu może później trafić także do muzeum, nawet z nazwiskiem odkrywcy – twierdzi słowacki astronom.


Drugi unikat ze Słowacji?

 

TV Markíza przypomina, że ​​w czołowej grupie meteorytów od wielu lat znajduje się inny przedstawiciel Słowacji - meteoryt koszycki, który spadł na terytorium Słowacji w 2010 roku.

Jego średnica wynosiła około 1,5 metra, ostatecznie odnaleziono 218 kilkukilogramowych fragmentów.

Kiedyś był dopiero 15. na świecie „z rodowodem”, co oznacza, że ​​naukowcy byli w stanie określić nie tylko, gdzie wylądował, ale także z jakiej części wszechświata pochodził. Dokładniej, pochodzi z głównego pasa planetoid między Marsem a Jowiszem.

 

Moje 3 grosze

 

Czytając ten artykuł zastanawiałem się nad tym, jakie byłyby skutki upadku takiego obiektu na wysuszone łąki czy lasy. Pożar w Czeskiej Szwajcarii też daje do myślenia i kto wie, czy właśnie jego początkiem był spadek takiego kosmicznego pocisku zapalającego? A czemużby nie? Kto wie, czy za większością pożarów lasów nie stoją właśnie tacy „goście” z Kosmosu. Ludzie zajęci lokalizacją i likwidacją pożarów nie zwracają uwagi na takie rzeczy, jak kamienie z nieba. A przecież taki kamlot jest rozgrzany do białości i jego spadek na suchą ściołę może utworzyć punkt otwartego ognia. Sama energia impaktu może rozesłać odłamki i iskry w promieniu kilkunastu metrów i już mamy ognisko pożaru, co nieśmiało daję pod rozwagę PT strażakom i meteorytologom.

 

Źródło: https://zive.aktuality.sk/clanok/DCzMf5G/pri-galante-zrejme-spadol-meteorit-s-rodokmenom-patraju-po-jeho-ulomkoch/?fbclid=IwAR1ujRsojIvR_LJgBF3mBjU_kiPbOBJ0oszcu7aGLQANTPn2T6dKZarOJgs

Przekład ze słowackiego - ©R.K.F. Sas - Leśniakiewicz

 

 

 

niedziela, 12 września 2021

Ziemia pod obstrzałem

 


Od czasu do czasu czytamy w prasie czy w Internecie o „przystojnych” bolidach czy meteorytach, które nocami i dniami rozświetlają nasz nieboskłon. Niekiedy są one brane za samoloty czy inne pojazdy powietrzne, czasami za UFO – szczególnie jak ich trajektoria czy barwo wydaje się obserwatorom dziwna. Chciałbym pokazać Czytelnikom dwie mapki ukazujące gęstość meteorytowego obstrzału naszej planety i jego moc wyrażoną w kilotonach TNT – kt, w latach 1988-2021.


Ziemia pod obstrzałem meteorytowym wg agencji rządowych USA. Moc eksplozji podano w kilotonach trotylu

Na mapkach widać Meteoryt Czelabińsk, którego moc eksplozji wynosiła niemal 0,5 Gt (według Rosjan) albo 440 kt (według Amerykanów) oraz kilka innych o mniejszej mocy wybuchów w atmosferze. Ale dla mnie najciekawszy jest Meteoryt Grenlandzki. Pisałem o nim onegdaj tak:

 

Inną, niemniej frapującą ciekawostką był Meteoryt Grenlandzki, który spadł na Ziemię w dniu 7 lub 9 grudnia 1997 roku na Grenlandię. Nie byłoby w tym niczego dziwnego, gdyby nie fakt, że energia tego impaktu wyniosła około 20-25 kt TNT - czyli tyle, ile energia wybuchu bomby atomowej „Little Boy”, która zamieniła w perzynę Hiroszimę. Najciekawszym jest jednak to, że informacje tą zdjęto ze światowego serwisu informacyjnego PAP w ciągu 2 godzin! - tak, że podał ją jedynie nasz „Super Express” piórem red. Ewy Jabłońskiej. Potem w jednym z pism ukazał się artykuł na temat poszukiwań tego właśnie meteorytu na Grenlandii, ale którego - ponoć - nie znaleziono. To dziwne, ale powinien pozostać jakiś ślad impaktu na lodowym pancerzu Grenlandii - jednak go nie było, ergo albo meteoryt eksplodował w powietrzu, jak TM, albo nie był to żaden meteoryt, albo był to jakiś satelita wojskowy Rosjan, Amerykanów czy Chińczyków, a może Atlantydów?... na razie to sprawa z „Archiwum X” i nie widać rozwiązania.

Roman Rzepka jest zdania, że 9 grudnia 1997 roku na Grenlandię w okolicy miejscowości Nuuk (d. Godthåb), na N 64°20’ – W 054°30’, spadł meteoryt, który poruszał się z niezwykłą prędkością w atmosferze Ziemi - aż 56 km/s. Wychodzi więc na to, że meteoryt ten pochodził z głębin Galaktyki! Szczątków meteorytu nie znaleziono – podobno… i to właśnie było argumentem „pro” dla ortodoksyjnych uczonych  twierdzących, że takich meteorytów po prostu nie ma… - bo nie mają one prawa przedostać się w głąb Układu Słonecznego. Uczonego, który pracował w renomowanym Instytucie im. Nielsa Bohra w Kopenhadze - dr Larsa Lindberga Christiansena za wygłoszenie poglądu o tym, że to był meteoryt pozaukładowy, po prostu zwolniono z pracy w trybie natychmiastowym…

Jak dotąd, to sprawa Meteorytu Grenlandzkiego jest otwarta. Podejrzewam, że został on jednak znaleziony i podzielił los wszystkich niewygodnych ortodoksyjnej nauce artefaktów w rodzaju „sześcianu Gurtla” czy „kuli z Żabna” - został zniszczony lub kiśnie gdzieś na dnie piwnicy Instytutu Nielsa Bohra albo jakiejś amerykańskiej bazy lotniczej…

I tutaj jeszcze jedna ciekawa dygresja: pod koniec XIX wieku, wielki Juliusz Verne napisał powieść pt. „Łowcy meteorów”, w której występuje ogromny złoty meteoryt o wartości 60.000.000.000.000.000 ówczesnych franków - teraz można by to pomnożyć przez 100. Ten cudowny meteoryt miał spaść na południowy skraj wysepki Upernivik (Uppernavick, Upernavik) na N 72°51’30” – W 053°35’18”. Czyżby była to prorocza wizja genialnego pisarza, podyktowana niezwykle wyostrzoną, wręcz wodnikową intuicją?... Zaiste, niewiele się pomylił, zaledwie o kilkaset kilometrów!

 

Znany polski ufolog Kazimierz Bzowski sądził, że Meteoryt Grenlandzki był z antymaterii i na Grenlandii doszło do wybuchu anihilacyjnego...

Ano właśnie. Dzisiaj już wiemy na pewno, że w przestrzeń Układu Słonecznego wlatują obiekty z przestrzeni międzygwiezdnej – I1/’Oumuamua i I2/Gierasimow, które są kometami z innych układów planetarnych. Takim właśnie międzygwiezdnym obiektem był zapewne Meteoryt Grenlandzki. I nie ma w tym nic dziwnego czy niezwykłego – wszak obszar Układu Słonecznego a dokładniej Obłoku Oorta, gdzie znajdują się komety rozciąga się na odległość 300-100.000 AU czyli 1,5 x 10^13 km albo 1,62 ly od Słońca, a niektóre szacunki mówią nawet o 2 ly! Możemy być pewni, że wszystkie gwiazdy z układami planetarnymi mają podobnie, a więc ich Obłoki Oorta mogą stykać się ze sobą i tym sposobem dochodzi do wymiany materii pomiędzy nimi ergo jest to zjawisko powszechne w całym Wszechświecie. Jeżeli idzie o Układ Słoneczny, to może się on stykać z potrójnym układem Tolimana (α Centaura) którego Obłok Oorta może być o wiele bardziej przestrzenny niż słoneczny, a to ze względu na to, że układ słońc Tolimana A i B okrąża także czerwony karzeł Toliman C (Proxima) w odległości 0,205 ly od nich wykonując jeden obrót na 550.000 lat.

Z grafiku przedstawionego powyżej wynika, że wkrótce będziemy mieli więcej gwiazd w naszym pobliżu, Proxima będzie w aphelium, a Toliman A i B w peryhelium. Poza nimi w ciągu najbliższych 80.000 lat do Słońca zbliży się Gwiazda (Strzała) Barnarda, Lalande 21185, Ross 248, Gliese 445 i Ross 128, ale wszystkie na odległość nie mniejszą niż 3 ly. No chyba że przypałęta się jakaś szybka gwiazda z Galaktyki albo wędrująca planeta, której jeszcze nie udało się nam wykryć. W każdym przypadku takiego pasażu gwiazd koło Słońca może dojść do interakcji pomiędzy ich Obłokami Oorta i co za tym idzie kometarnego obstrzału wnętrza Układu Słonecznego i także (niestety) Ziemi.

I tego należy się obawiać.     

wtorek, 6 lipca 2021

Z Kosmosu do Wadowic

 


W dniu dzisiejszym, przy cudownej letniej pogodzie, wybraliśmy się w podróż uczoną do Wadowic – a konkretnie do tamtejszego Muzeum Miejskiego przy ul. Kościelnej 4, w celu obejrzenia bardzo interesującej wystawy meteorytów i tektytów z prywatnych zbiorów entuzjastów meteorytologii takich jak Pana Andrzeja Kotowieckiego oraz Kazimierza Mazurka i Tomasza Ogłazy - członków Polskiego Towarzystwa Meteorytowego. Ekspozycja jest bezpłatna, więc można ją zwiedzać nie ponosząc uszczerbku na zasobach finansowych – co daję pod rozwagę młodzieżowych turystów z chudym portfelem.










Na wystawie zwracają uwagę okazy różnych kamieni z nieba, które spadły na terytorium naszego kraju. Są tam meteoryty żelazne (właściwie powinienem napisać metaliczne, a nawet polimetaliczne, bowiem zawierają one nie tylko żelazo i nikiel ale także domieszki innych metali), kamienne i żelazo-kamienne, co też jest niekiedy mylące, jako że zawierają one także domieszki węgla...











No a osobny dział poświęcony jest tajemniczym tektytom – to szczególny rodzaj kamieni stamtąd, które przypominają różnokolorowe szkło o barwie od białej do żółtej, brązowej, miodowej aż do ciemnej butelkowej zieleni. Cechują się one bardzo niską zawartością wody w swej strukturze. Niektórzy badacze, jak mgr Kotowiecki czy mgr Roman Rzepka twierdzą, że wytworzyły się one wskutek eksplozji jądrowych czy nawet termojądrowych, i że są one szczątkami obiektów kosmicznych zniszczonych w czasie atomowej wojny bogów-astronautów tysiące lat temu. W Polsce ich nie ma – najbliższe pole tektytowe mołdawitów znajduje się w Republice Czeskiej.  








Poza meteorytami znajduje się tam także mapa Polski z zaznaczonymi miejscami upadków wysłanników niebios. Zainteresowani mogą sobie obejrzeć potem miejsca impaktów ciał meteorytowych w czasie wakacyjnych wędrówek…







Wyszliśmy z Muzeum przy temperaturze +31,5°C. W samochodzie mamy dwa razy więcej. Pokładowy termometr zatrzymał się na pięćdziesięciu stopniach na plusie. Pogoda nadal słoneczna, ale pojawiają się pierwsze chmury mogące zwiastować burzę…

                                  

Wracając wpadliśmy na wspaniałą pizzę neapolitana w pizzerii Czartak w Gorzeniu Grn., a potem podziwialiśmy piękne widoki nad Mucharskim Jeziorem Zaporowym – też polecamy. Jest tam dobry dojazd już to koleją, już to samochodem. Mam nadzieję, że turystyczno-wypoczynkowe walory tego miejsca zostaną wkrótce docenione.    

piątek, 19 lutego 2021

Wysyp meteorów na pograniczu Portugalii i Hiszpanii.

 


„Coś przyciąga je tam jak magnes


W ciągu ostatnich czterech miesięcy coś bardzo dziwnego dzieje się na pograniczu Portugalii i Hiszpanii. Zarejestrowano tam bowiem prawdziwy wysp meteorów. Ostatni pojawił się tam w środę o poranku. Zdaniem astronomów oraz pasjonatów kosmosu wygląda na to, że coś przyciąga te obiekty jak magnes.

Jak poinformował dziennik La Vanguardia, do ostatniego fenomenu na niebie doszło o godz. 6 nad ranem w środę w okolicach hiszpańskiego miasta Badajoz, graniczącego z Portugalią. Obiekt zarejestrowany przez kamery miał rozwinąć prędkość około 213 km/godz.

Według pierwszych komentarzy specjalistów obiekt, który wybuchł krótko po wejściu w atmosferę, mógł być odłamkiem komety.

Astrofizycy i wielbiciele kosmosu mówią, że pogranicze portugalsko-hiszpańskie w ostatnich miesiącach niczym magnes przyciąga ciała niebieskie.

W listopadzie w rejonie wschodniego pogranicza Portugalii z Hiszpanią eksplodował w powietrzu sporej wielkości obiekt. Finalną fazę jego lotu zarejestrowało wiele kamer.

Do rzadkiego zdarzenia doszło na odcinku pomiędzy portugalskim miastem Evora a hiszpańskim Badajoz. Krótko po wybuchu w rejonie eksplozji pojawili się pasjonaci kosmosu poszukujący odłamków świetlistego przedmiotu”. (Zob. https://youtu.be/2cU4kn5tHBs)

Podobnie było w styczniu, kiedy na północno-wschodnim pograniczu Portugalii z Hiszpanią doszło do wybuchu innego ciała niebieskiego, które astrofizycy zdefiniowali jako fragment dużego meteorytu lub komety. W obu przypadkach obiekty te pędziły w kierunku Ziemi z prędkością przekraczającą 200 km/godz. (Źródło: PAP)

 

Autorowi chodziło chyba o 200 km/s, co i tak byłoby ewenementem, jako że układowe meteory poruszają się z prędkościami 20-72 km/s. NB przypomina mi to wydarzenia z końca lat 90-tych ubiegłego stulecia:

 

Wszystko zaczęło się od sensacyjnego doniesienia o przelocie czegoś, co nazwano Bolidem Skandynawskim, a stało się to wieczorem, 20.XII.1999 roku. Ów bolid zaobserwowano zrazu nad Narwikiem, Norwegia, jak leciał w kierunku S-SW z prędkością ok. 1,11 km/s, tak że po pół godzinie zaobserwowano go w szwedzkim Malmö i Kopenhagą (CPH) w Danii, jak poleciał w kierunku Kanału La Manche, gdzie widziano go po upływie kolejnych 30 minut. Tym razem leciał na SW-W, a zatem musiał on wykonać skręt o 45° na W gdzieś nad Kopenhagą! 



Od razu skontaktowałem się telefonicznie z red. Andrzejem Zalewskim z Eko-Radio PR-1, od którego uzyskałem dalsze informacje na ten temat. Wspólnie doszliśmy do wniosku, że nie mógł to być żaden bolid czy meteoryt, bo żaden meteoroid nie może wykonywać skrętów w czasie lotu atmosferycznego. Żaden! Pozostały w takim razie tylko super czy hipersoniczne samoloty szpiegowskie typu Uragan czy Aurora albo… UFO. Zresztą Bolid Skandynawski ex definitio jest UFO, boż nie wiemy, czym on był naprawdę!

Skontaktowałem się także z Panem Tora Greve z UFO-Malmö, by dowiedzieć się czegoś więcej o Bolidzie Skandynawskim. Odpowiedź, jaką otrzymałem wprawiła mnie w niejakie zdumienie:

W dniu 1999-12-20: Zjawisko zaobserwowane nad południową Szwecją i Danią było albo bolidem z roju Geminidów, albo stopniem satelity amerykańskiego wystrzelonego z Vandenberg III AFB w Kalifornii tego lata.

OK., niech i tak będzie, ale w takim razie dlaczego ów „bolid z roju Geminidów” – radiant w konstelacji Bliźniąt – RA = 112°,3 DEC = +32°,5 - leciał w cztery dni po przelocie roju (radiant promieniuje w dniach 4-16.XII z maksimum 14.XII) i na dodatek z prędkością 1,11 km/s zamiast „przepisowych” dla niego 34,4 km/s?... Trudno także przyjąć, że był to człon rakiety, bo musiałby się on już spalić na trasie Narvik – Malmö – czyli na dystansie prawie 2000 km.

Tora Greve doniósł mi o jeszcze jednym bolidzie, który pokazał się w dniu 4.I.2000 roku – i tym razem uważa się go za meteoroid z roju Kwadrantydów… Równie dobrze mogłaby to być rakieta wystrzelona z kosmodromu w Pliesiecku k./Archangielska czy jakiegoś rosyjskiego okrętu nawodnego czy podwodnego na Morzu Barentsa, ale… to akurat jest najbardziej wątpliwe.

Skojarzyłem pojawienie się Bolidu Skandynawskiego ze zbliżającą się do nas Kometą Millenijną – o oznaczeniu C/1999 S4 (LINEAR), której peryhelium wyniesie 0,977 AU w połowie lipca 2000 roku.

 

[Nawiasem mówiąc sprawiła ona zawód, bowiem można ją było obserwować tylko przez przyrządy. Ja ją widziałem na tle Plejad w Byku jako niebieskawo-zielonkawą mgiełkę na granicy widzialności… - niestety. Powtórzyła się zatem historia jak ze słynną kometą Kohoutka z 1973 roku.]

 

Poza tą kometą ekipa Marcina Mioduszewskiego znalazła jeszcze komety: C/1999 S1 z q = 0,058 AU, a zatem niemal muskającą Słońce w peryhelium jak słynna kometa P/Ikeya-Seki; dalej – kometa Kearns-Kwee, Tempel 2, C/1999 K8 i C/1999 R1. Wszystkie one zostały odkryte jesienią 1999 roku, i któraś z nich może nam realnie zagrozić…

Zagrożenie to już daje znać o sobie, czego dowodem są spadające tu i ówdzie lodowe kule przypominające gradziny, ale o ogromnych rozmiarach i masie co najmniej 10 kg! Do dnia 2.II.2000 roku bombardowane lodem były: Belgia, Hiszpania i Włochy – nikt jak dotąd nie wie, skąd wziął się ten lód… Podejrzewam, że część towarzyszących kometom drobnych ciał niebieskich – tzw. poputczykow komiety jak nazywają je Rosjanie – to są właśnie te lodowe i lodowo-kamienne bryły, które po wtargnięciu w atmosferę Ziemi rozpadają się tworząc wysokie – do 80.000 m n.p.m. srebrzyste obłoki czy świecące obłoki (silver clouds) utworzone głównie z mikrocząstek żelaza (sic!) i niższe – do 25.000 m perłowe obłoki (pearl clouds) składające się z kometarnej pary wodnej. Takie zjawiska obserwowałem m.in. latem w 1986 i 1987 roku nad Pomorzem Szczecińskim, w czerwcowe, lipcowe i sierpniowe noce, kiedy warunki do ich obserwacji były idealne. Wtedy właśnie przelatywała przez naszą cześć Układu Słonecznego słynna kometa P/Halley!

 

[Zagadkę powstawania lodowych brył wyjaśniła seria eksperymentów w chłodzonych tunelach aerodynamicznych, w których zamrażano nieczystości wypuszczane ze zbiorników samolotów. Uzyskiwano w ten sposób kilkukilogramowe lodowe bryły, które odrywały się od kadłuba samolotu i spadały na pola. Jest jednak małe „ale” – co z bryłami - tzw. megakriometeorytami, które spadały z nieba, na którym nie było żadnego samolotu??? Tej zagadki nadal nie rozwiązano…]

 

A najgorsze jest to, że w dalszym ciągu tak naprawdę nie mamy żadnego sposobu obrony przed tymi kosmicznymi przybłędami. (Źródło: https://wszechocean.blogspot.com/2012/11/jeszcze-o-pwdre-ser-1.html)

 

I jeszcze jedna ciekawa informacja:

 

W latach 1998-2012 Hollywood zbił kupę kasy na katastroficznych produkcjach filmowych w rodzaju „Meteoryt”, „Armagedon” i innych, w których wszystkie wysiłki ludzi zmierzają do rozwalenia kosmicznego intruza – najchętniej przy pomocy całego ziemskiego arsenału jądrowego. Pomysły te są o tyle głupie, że asteroid rozpadając się na rój drobniejszych ciał i tak spadnie na Ziemię, spowoduje zanieczyszczenie pyłem kosmicznym atmosfery naszej planety i na dodatek radioaktywne skażenie „gorącymi” pozostałościami po eksplozji kilkuset głowic nuklearnych. Tego żaden reżyser nie brał pod uwagę…

Ekologicznych skutków rozwalenia asteroidy na drobny mak nie biorą pod uwagę nawet uczeni – a powinni. Wtargniecie takiej ilości pyłu w atmosferę tak czy owak spowoduje powstanie „zimy poimpaktowej”, która może się przekształcić w kolejne zlodowacenie. Dlatego ten właśnie wariant jest najgorszy z możliwych. Jedynym sensownym posunięciem z naszej strony powinno być zepchnięcie asteroidy na inną orbitę, która nam nie zagraża, a im szybciej opracujemy technologię takiego przedsięwzięcia i będziemy na niego mieli środki, tym lepiej dla nas. Nie zapominajmy, że aktualnie może w nas trafić asteroida 99942 Apophis i to w latach 1026 i 1036. Wprawdzie uczeni uspokajają, że prawdopodobieństwo trafienia jest małe, że niemal bliskie zeru, ale wyższe od zera, a więc może się zdarzyć… Energia impaktu Apophisa była wyliczona na ~0,51 Tt, co jednak nie spowoduje większych zmian na Ziemi – rzecz jasne poza strefą impaktu i terenach do niej przyległych.

Podobnie być mogło w sprawie spadku „meteorytu” w okolicach wsi Skomielna Biała w dniu 30 czerwca 2001 roku. Ten przypadek jest o tyle ciekawy, że udało się zainteresować nim świat nauki. Przebieg wypadków wyglądał następująco: w dniu 30 czerwca, około godziny 5:30 rano, 19-letni mieszkaniec Skomielnej Białej zaobserwował spadek jakiegoś ciała na las, porastający zachodni stok Lubonia Wielkiego (1022 m n.p.m.) - jakieś 200-300 metrów poniżej przysiółka Surówki (Krzysie). Najpierw słyszał on dźwięki przypominający huk silnika odrzutowego, potem coś lecąc z ogromną prędkością ścinało gałęzie drzew i wreszcie zaryło się w ziemi w odległości około 15 m od zdumionego i przerażonego świadka. Po ochłonięciu z pierwszego szoku, świadek zaczął się rozglądać wokół siebie i jego uwagę przykuła dziwna, pięciokilogramowa bryła jakiejś pomarańczowo-różowawej materii, która leżała nieopodal. Była zimna i wilgotna. Sądząc, że to był właśnie przedmiot, który spadł z nieba, nasz 19-latek zapakował ja do plecaka i zaniósł do domu. Po pewnym czasie udało się zainteresować tym znaleziskiem media i naukowców z Instytutu Astronomii Uniwersytetu Wrocławskiego, którzy zanalizowali inkryminowany kawałek domniemanej głowy komety. Niestety - była to zwyczajna sól kłodawska - normalna NaCl z domieszkami mikroelementów, które nadawały jej taki dziwny kolor... Takie bryły soli są rozrzucane w lasach jako tzw. „lizawki” dla zwierzyny płowej. Inna rzecz, że - jak zaklinali się tameczni myśliwi - nikt nie wyłożył lizawek na tamtym terenie. Tak czy inaczej, rzecz można podciągnąć pod fenomen forteański.

A zatem rzecz wyjaśniona? Absolutnie nie! - a to dlatego, że do dziś dnia nie wiadomo właściwie, co wydawało takie dziwne dźwięki spadając na las pod  Krzysiami i lecąc ścinało gałęzie świerków?... Być może to coś leży tam jeszcze - leży i rośnie, i rośnie... - jak złowróżbnie ostrzegała mnie siostra po obejrzeniu kolejnego filmu Ishiro Hondy o Godzilli... A zatem może tam leżeć jeszcze ów meteoryt w postaci niewielkiego kamienia bądź odłamku metalu, albo... - albo był to spadek właśnie pwdre ser, który ulotnił się w krótkim  czasie po spadku. W takim przypadku nie znajdziemy już niczego... Oczywiście jest to tylko hipoteza i żeby ją zweryfikować powinno się przeszukać tamte lasy w promieniu co najmniej dwóch kilometrów od miejsca domniemanego impaktu tego zagadkowego ciała. Tyle napisałem w książce „Projekt Tatry”.

 

Jest jeszcze jedna możliwość, a mianowicie: świadek widział spadek właśnie takiej lodowej bryły, która finalnie roztrzaskała się o drzewa. Jej szczątki stopiły się szybko, zaś świadek wziął za nią pierwszy lepszy obiekt, który wydał mu się dziwny – a była to bryła soli… Ot i cała tajemnica. Tym niemniej pytanie pozostaje – czy była to bryła lodu z Kosmosu?

 

Opinie ekspertów:

 

Ale nie spadają 🙂 To raczej sprawa czystego nieba, małej ilości chmur - u nas niebo ciągle zakryte kitem przez to nic nie widać.

Piszący artykuł też nie zweryfikował prędkości, albo poprawił po swojemu, bo mu się wydawało w tekście źródłowym że za wysoka - otóż prędkość meteoroidów wchodzących w atmosferę/świecących Ziemi mieści się w przedziale od około 12 do 72 km/s. Podawana prędkość ok. 200 km/godz to jak marsz ślimaka dla takich zjawiska i przy takiej prędkości nie byłoby mowy o świeceniu. (Avicenna)

Też mnie to zdziwiło w tekście. Przy 200 km. na godz byłoby zwykłe "plask" o ziemię. Ostatnio to często są doniesienia z całego świata o spalających się w atmosferze przybyszach. To co sam widziałem parę lat temu nad Toruniem zrobiło na mnie wrażenie ogromne ale był to spory kawałek czegoś, spadło zdaje się do Bałtyku gdzieś koło Danii. (L.O.-O.)

Tak czy owak, sprawa jest ciekawa, bo przypomina mi wydarzenia z późnych lat 90-tych, kiedy Europa była bombardowana lodowymi kulami i pwdre ser... (Daniel Laskowski)

Jak czytam o spadających min meteorytach, to zaraz myślę co będzie jak się wkrótce trafi jakiś wielki, a czytałem, że to tylko kwestia czasu. Nie mniej jednak widoki piękne. (Kazimierz Wakuluk)