Dokument o Onkalo (Finlandia), wykutym w litej skale
na głębokości 400 metrów pod poziomem morza składowisku odpadów radioaktywnych.
Pozostawione tam toksyczne materiały przestaną być niebezpieczne dopiero po stu
tysiącach lat. Reżyser Michael Madsen
przegląda się tej niezwykłej budowli i zastanawia nad jej ewentualną
przyszłością. Jednocześnie dokonuje refleksji nad światem i osiągnięciami
człowieka, które pozostawi po sobie.
piątek, 27 kwietnia 2012
Atomowe cmentarzysko w Onkalo (w 26. rocznicę katasrofy w Czarnobylu)
środa, 25 kwietnia 2012
TAK dla atomu, NIE dla rozumu?
Na pewnym portalu internetowym niedawno przeczytałem
wpis:
TAK dla atomu, NIE
dla demagogii!
Zapraszamy na
pikietę 26 kwietnia (czwartek) o godzinie 16:00 pod Kancelarią Premiera (Al.
Ujazdowskie 1/3)
Energia jądrowa to czysta
ekologicznie i tania energia. Tylko własne elektrownie jądrowe zapewnią Polsce
niezależność energetyczną. Dlatego dajmy odpór tym wszystkim, którzy za obce
pieniądze, w niemieckim lub rosyjskim interesie usiłują dziś zablokować rozwój
energetyki jądrowej na terenie Polski! Karmią społeczeństwo mrzonkami o
możliwości zastąpienia jej energią odnawialną, gdy nawet taki mały kraj jak
Dania, wykładając na ten cel środki, których Polska nie ma i długo mieć nie
będzie, nie jest w stanie uzyskać większości potrzebnej jej energii ze źródeł
odnawialnych, uzyskując ją głównie z węgla.
Praktycznym skutkiem
zaniechania energetyki jądrowej w Polsce byłaby dewastacja wielkich połaci
kraju nowymi odkrywkami węgla brunatnego i import energii z rosyjskiej
elektrowni jądrowej budowanej dziś tuż pod naszą granicą w strefie
kaliningradzkiej. A może pseudoekologom spod znaku Greenpeace i Zielonych 2001
właśnie o to chodzi??? Dlaczego nie słychać żadnych protestów przeciw
rosyjskiej elektrowni?
Dajmy odpór
przeciwnikom energii jądrowej, zorganizujmy się w ogólnopolską siłę zdolną
wywalczyć politycznie realizację programu jądrowego dla Polski!!!
* * *
No i mamy polski realpolitik.
A ja już myślałem, że jest to jakiś polityczny głos rozsądku w zalewającym nas
morzu bełkotu. Zawiodłem się czytając ten post. No cóż - tak zawsze jest, kiedy
polityka zaćmiewa ludziom zdrowy rozsądek, co widać po wypocinach autora.
Najlepsza była odpowiedź na to jednego z internautów, a
oto i ona:
O tych pomysłach już
słuchać się nie chce gdyż nawiedzonych i tak nie przekona. Co nie powiedzieć i
tak ta sama stara śpiewka. Pomijając już poważne argumenty, ciekawe czy ci
szczerzy zwolennicy wiedza dla kogo więcej tej energii potrzeba? No bo na pewno
nie dla chłopa ze wsi który to już tylko on nasza własność prywatną w garści
trzyma. Reszta zniszczona lub za grosze sprzedana.
To nie my tej
energii potrzebujemy lecz obce kapitały, które w większości jak niewolników nas
traktują. 1500 zeta i do roboty panowie a kapitał w ich krajach za granicą jak
znalazł się przyda. A że Polak już doszczętnie zgłupiał to czemu nie zaserwować
sobie nowych elektrowni. Energia do produkcji na wynos kapitału potrzebna, a i
elektrownia jako inwestycja też się opłaca bo nie cwaniacy obcy właściciele
lecz te głupie istoty z tych 1500 złociszy przez 50 lat w podatkach spłacać będą.
Nic dziwnego że o naszym kraju wybrani swoje zdanie maja..
....POLSKA TO ZŁOTY
INTERES......
Już kiedyś pisałem że
niedawno Obama oficjalnie ogłosił że chce 2 nowe elektrownie za 8,5 miliarda
USD postawić. Nasz "naczelnik " od truskawek 2 mniejsze za około 100
mld PLN chce wybudować. Ile to na sałatę będzie? Już wam mówię!!!! - 8,5 mld
USD do naszych 33 mld USD. Dotarłooooooo...... !!!!
Dotarło – różnica wynosi 24,5 mld USD, które pójdzie do kieszeni rządzącej nami bandy cwaniaków,
aferzystów i aferałów o lepkich rękach i brudnych sumieniach, bo rzecz jasna o tą
kasę tutaj tylko chodzi. Przecież przy tej okazji będą się chcieli nachapać
kumple Tuseka & Co. Od siebie dodam, że budowa elektrowni jądrowej w kraju,
w którym nie ma ani złóż rud uranowo-torowych, ani rafinerii uranu, o
przetwórniach paliwa już nie wspominając, jest fanaberią kilku zadufanych w
sobie, złodziejskich politykierów i niczym innym. I dziwię się tylko UPR, że
popiera te idiotyczne pomysły Tuska i jego kamaryli. Dlatego nie wierzę ani
całej prawicy, ani w cuda tuskowe, które miały być, a których jak nie było tak
nie ma.
A co do ceny prądu „z atomów”, to poszybuje ona w górę
jak rakieta, bo trzeba będzie spłacić zobowiązania, jakie przy okazji się zaciągnie,
nie mówiąc już, że koszta budowy i przede wszystkim eksploatacji elektrowni
atomowej są też niebagatelne. Podejrzewam, że Francuzi już dali w łapę komu
trzeba, a płatni naganiacze i sprzedajni „uczeni” wciskają ludziom kit o
„agentach Kremla” i obiecują gruszki na wierzbie... Komu się przy okazji
odbierze świadczenia? – oczywiście znów emerytom, rencistom i inwalidom!
Czechom i Słowakom też obiecywano, jaki to będzie
taniutki prąd – ułamek halerza za kilowat. Dzisiaj płacą i płaczą. Mają razem 4
elektrownie jądrowe i skażony trytem Wag i inne rzeki. Oczywiście wszystko jest
OK., tylko coraz młodsze dzieci chorują na białaczkę i nowotwory złośliwe. Ale
oczywiście o tym się nie pisze, bo lobby atomowe skutecznie wygasza wszelką
krytykę.
I jeszcze jeden głos:
…A ciebie przymusowo
przesiedlić w okolice reaktora i tobie podobnych. Niestety powiedzenie głupich
nie sieją oni się rodzą jest prawdziwe. Agentura sabotuje – taa… ta sama co
rozwaliła Fukuszimę, czyli fizyka i siły przyrody. Koszty związane z awarią
szacowane na 120 mld USD, taaaa… nas na to stać jak zrobią elektrownie jak
autostrady, to będziemy świecić jak świetliki. Ale jest szansa że jednak nie, a
każdego debila co jest na „tak” na przymusową wycieczkę krajoznawczą do
Fukuszimy i minimum 5 godzin przy elektrowni i kąpiel w odpadach z niej, znaczy
na plaży w oceanie a na koniec rybka z okolicznego łowiska.
To truizm, ale trzeba go powtarzać: w kraju, w którym nie
można wybudować kilometra autostrady bez usterek nie ma nawet co marzyć i
elektrowni atomowej!!! Tam jest wymagana dokładność do siódmego miejsca po
przecinku i nie da się zastąpić betonu piaskiem czy ołowiu cyną! Co do
wycieczek, to może nie od razu do Fukushimy, ale do Czarnobyla. Ot przejechać
się, posiedzieć z dwie godziny w sarkofagu i pośpiewać wieczorem nad Prypecią.
Efekt podobny... Problem bowiem polega na tym, że efekty napromieniowania
małymi dawkami wychodzą w drugim i kolejnym pokoleniu – co pokazały skutki atomowych
bombardowań Hiroszimy i Nagasaki. Dzięki nim wciąż przedwcześnie umierają tam
tzw. hibakusha – ofiary bomby A.
Przy okazji autor cytowanych wybździn bezczelnie kłamie
twierdząc, że Greenpeace nie protestuje przeciwko rosyjskim reaktorom – otóż
protestował od pierwszej chwili swego istnienia! Dość wspomnieć akcje na Morzu
Ochockim przeciwko wylewaniu skażonej wody trytem w wody morza. Tzw. proces
Nikitina też miał związek m.in. z radzieckim/rosyjskim przemysłem atomowym,
itd. itp.
Polski po prostu NIE STAĆ na budowę i eksploatację elektrowni
jądrowych. I niech to wreszcie dotrze do naszych rodaków, którym chce się
wcisnąć do ręki odbezpieczoną bombę (przede wszystkim finansową), której
eksplozja znów zaowocuje kryzysem, na którym znowu zarobi krocie mała grupa
cwanych kombinatorów, a po kieszeni dostanie szary obywatel...
wtorek, 24 kwietnia 2012
Oczekiwane niepowodzenie
Sonda międzyplanetarna Mars-4
Pamiątkowa plakieta misji Mars-4 i Mars-5
Władimir
Grakow
Lodowa pokrywa na Biegunie Południowym Marsa jest tak
duża, że gdyby ja roztopić, to powierzchnia Czerwonej Planety pokryłaby się
11-metrową warstwą wody. Mniej więcej tyle samo lodu jest na północnej czapie
biegunowej Marsa.
Każdy start aparatu kosmicznego w przestrzenie
Wszechświata jest zawsze przyjmowane z zadowoleniem. To jest zrozumiałe –
kosmiczny aparat to przedmiot dumy z osiągnięć ojczystych, demonstracja potęgi
technicznej i ekonomicznej władzy. No i każde włączenie silników boostera
stanowi spełnienie marzeń i wizji naukowców, budzi ich nadzieję, że lot
przebiegnie pomyślnie. No bo przecież zadania, jakie ma do spełnienia ten
kosztowny niebieski posłaniec, powinny być wykonane i przynieść określone korzyści.
Ale okazuje się, że był w historii kosmonautyki epizod, kiedy to nikt z
wąskiego grona ludzi związanych z programem kosmicznym nie liczył na
powodzenie…
Mars – twardy orzech
Badania Marsa były dla nas od samego początku – podobnie
jak w USA – bardzo trudne, a szczególnie lądowanie na Czerwonej Planecie. Jest
na niej atmosfera – wprawdzie rozrzedzona, ale jest. Wieją w niej bardzo silne
wiatry. Dlatego lądować na niej jest o wiele trudniej, niż na Księżycu, z jego
bezpowietrzną przestrzenią, gdzie aparatowi wystarczy tylko silnik hamujący,
czy na Wenus – gdzie znajduje się gęsty woal atmosfery też pomaga w lądowaniu i
wyładowaniu ładunku na powierzchnię planety na niewielkim spadochronie. Na tle
powodzenia w badaniu tych ciał niebieskich, zupełnie inaczej przedstawia się
sprawa badań Marsa.
Żeby mieć pewność, że sprawa wypali, w ZSRR w 1973 roku
przygotowano całą partię bezpilotowych maszyn – cztery automatyczne stacje
międzyplanetarne. To bardzo dużo, bo zazwyczaj budowano jedną, góra dwie na
rok.
Gwiezdna eskadra
Ogólnie rzecz biorąc, to program lotów na Marsa wyglądał
tak: Mars-4
i Mars-5
miały stanowić sztuczne satelity Marsa i miały prowadzić wiele ciekawych badań
naukowych, ale przede wszystkim fotografowanie jej powierzchni. A Mars-6
i Mars-7
wypuszczają aparaty do sondowania atmosfery i lądowania na powierzchni
Czerwonej Planety. Poza trym wszystkie te stacje miały za zadanie badać warunki
w przestrzeni międzyplanetarnej. […]
Przygotowania do lotu przebiegały mniej czy więcej
sprawnie od momentu wyprawienia stacji na kosmodrom w Bajkonurze. Wszystkie
cztery aparaty (a z lądownikami sześć) cierpliwie czekały na start. I naraz
miało miejsce niezwykłe wydarzenie. A tak naprawdę to katastrofa.
Szybko nie znaczy
dobrze
Okazało się to, kiedy w fabryce, w której wyprodukowano
sondy, testowano niesprawną mikroelektronikę, i wyjaśniło się w czym leżała
przyczyna katastrofy. Okazało się, że istniała pewna niedokładność w jej
konstrukcji i to nie tylko w tym, ale w całej serii aparatów kosmicznych. W
ciągu 6-12 miesięcy usterka ta dawała o sobie znać i aparaty te oczywiście
zawodziły… A wszystkie Marsy miały aparaturę złożoną m.in.
właśnie z tych felernych części!
A to oznaczało, że nie pomoże nawet ich dublowanie czy
potrajanie – wszak zero pomnożone przez dowolną liczbę stanowi zawsze zero…
Sytuacja klasycznie patowa, bez wyjścia. Odpalać boostery? I potem czekać,
kiedy wcześniej czy później stacje przestaną odpowiadać na komendy z Ziemi i
zamienią się w bryły martwego metalu? Czy zatem odwołać starty? A to przecież
koszty dziesiątki milionów rubli, które za czasów ZSRR przeliczało się z
dolarem amerykańskim po kursie niemal 1
: 1, wyrzuconych na wiatr, a same stacje kosmiczne – pod młotek…? Koszmarny
dylemat. Rozgorzały spory nie na żarty. I wszystkie te Marsy w lipcu i sierpniu
1973 roku zostały wystrzelone w kierunku Czerwonej Planety. W ZSRR mieli
nadzieję, że kosmiczne maszyny zdołają przysłużyć się nauce.
Częściowe powodzenie
Już we wrześniu, według oświadczenia TASS:
…uczeni
przedsięwzięli pewne środki po utraceniu łączności z systemami telemetrycznymi
jednej z sond kosmicznych…
Jednak zlikwidować awarii się nie udało i TASS była
zmuszona do przekazywania sucho i beznamiętnie relacji i utracie łączności ze
wszystkimi sondami kosmicznymi.
…stacja kosmiczna Mars-4 przybliżyła się do planety 10
lutego 1974 roku. Wskutek uszkodzenia pokładowych systemów silników hamujących
nie włączyły się one, i stacja przeleciała w odległości 2200 km od powierzchni
Marsa.
Stacja przeleciała koło Marsa i znikła gdzieś bez śladu w
przestrzeni kosmicznej. Ale nie opuściła ona Układu Słonecznego, bowiem jej
prędkość na to była za mała (przypominam, że VIII = 16,7 km/s –
uwaga tłum.) Najprawdopodobniej teraz krąży ona gdzieś pomiędzy orbitami
Jowisza i Marsa, jeżeli – rzecz oczywista – nie została zniszczona w zderzeniu
z jakimś meteoroidem czy asteroidą.
…lądownik stacji
kosmicznej Mars-6 dokonał w dniu 12
marca lądowania na powierzchni planety. Niestety, w niewielkiej odległości od
powierzchni Marsa urwała się z nim łączność…
…lądownik stacji Mars-7 po oddzieleniu się od orbitera
stacji wskutek zakłócenia pracy pokładowych systemów przeleciał koło planety w
odległości 1300 km od jej powierzchni…
Wygląda na to, że jedynie Mars-5 do końca wypełnił
swe zadanie, ale na dłuższą metę była to klęska całego programu gwiezdnej
eskadry. Jej wyniki były mizerne. Uczonym udało się zbadać atmosferę Marsa:
zmierzyć temperaturę, ciśnienie, skład chemiczny (znaleziono m.in. ślady
warstwy ozonowej) i określono parametry pary wodnej. Mars-5 przekazał barwne
obrazy powierzchni o rozdzielczości do 100 m, zbadał magnetosferę Marsa – ok. 1000
razy słabsze od ziemskiego i 7-10 razy silniejsze od międzyplanetarnego, i
zbadał relief planety. […]
…Mina wieki. Ludzkość opanuje cały system słoneczny i
poczesne miejsce w muzeach na Księżycu i Marsie zajmą Łunochody, stacje Mars
i inne aparaty kosmiczne, które krążą teraz gdzieś w Kosmosie. Śmieszne,
prymitywne maszyny z XX wieku. I jakiś ciekawski maluch zobaczywszy dziwny
proporczyk z jeszcze dziwniejszym herbem nieistniejącego już kraju zapyta ojca:
- A co to takiego to CCCP?
Ciekawe, jak na to pytanie odpowie ojciec…?
Źródło: „Tajny XX wieka” nr 3/2012, ss. 4-5
Przekład z j. rosyjskiego –
Robert K. Leśniakiewicz ©
poniedziałek, 23 kwietnia 2012
Zmasakrowani przez UFO czy pocisk rakietowy? (2)
Lokalizacja wsi Wiżaj oraz gór Otorten i Cholat Sjakl na mapie z 1968 roku
Lokalizacja Przełeczy Diatłowa na nowszej mapie z lat 70. lub 80.
Zatem scenariusz zdarzeń mógł wyglądać następująco: z poligonu rakietowego w Pliesiecku wystrzelono rakietę, która „urwała się z łańcucha” i poleciała w kierunku Uralu.
Nieprawdą jest, że kosmodrom w Pliesiecku oddano do
użytku dopiero pod koniec 1959 roku. Kosmodrom ten został oddany w kwietniu
1958 roku, a pierwszy oficjalny start rakiety miał miejsce
w 30 lipca 1959 roku. A ile było nieoficjalnych…?
Jak podaje Wikipedia: Plesieck to rosyjski kosmodrom
położony 170 km na południe od Archangielska i 800 km na północ od Moskwy. Założony
w 1960 roku na terenie obwodu archangielskiego. Wykorzystywany do wysyłania
bezzałogowych satelitów Ziemi, głównie wojskowych: zwiadowczych,
meteorologicznych, łącznościowych, wczesnego ostrzegania, poszukiwania zasobów
naturalnych, nawigacyjnych, naukowych i innych. W okresie ZSRR utajniony. Do 12
kwietnia 2002 z Plesiecka wysłano 1929 satelitów i ponad 500
międzykontynentalnych rakiet balistycznych. Jak podają rosyjskie władze,
Plesieck ma być głównym kosmodromem Rosji. Te wszystkie rozbieżności wynikają
właśnie z najwyższego stopnia utajnienia, w jakim trzymano fakt istnienia tego
kosmodromu. NB, jak to podaje Wiktor
Suworow w swych książkach, ochraniany on był przez siły uderzeniowe GRU –
SPECNAZ, a także przez „podpadziochy” – agentów GRU, którym tu i ówdzie
podwinęła się noga... Dlatego też z tego kosmodromu w opisywanym czasie mogła
wystartować próbna rakieta z głowicą bojową.
Niektórzy „badacze” tego wypadku twierdzą, że w tym
czasie – w 1959 roku – ZSRR jeszcze nie posiadał żadnych rakiet klasy
ziemia-ziemia i prace nad nimi dopiero trwały. Jest to kłamstwo. Prace nad
rakietami w ZSRR trwały od początku wojny (czyli od 1941 roku), czego
rezultatami były pociski rakietowe RS-8 do samochodowych wyrzutni
rakietowych znanych jako Katiusze oraz na samolotach
szturmowych. Poza tym radziecka marynarka wojenna używała niekierowanych pocisków
rakietowych klasy woda-ziemia i woda-woda – których używano już w czasie
Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Więc opowiastki o tym, że ZSRR nie posiadał
pocisków rakietowych klasy ziemia-ziemia
są bajeczką dla grzecznych dzieci. Co więcej, pod koniec lat 50. pracowano już
i najprawdopodobniej strzelano pociskami ziemia-przestrzeń
kosmiczna, o czym mogą świadczyć wydarzenia w Gdyni.
Prace nad pociskami rakietowymi opartymi na technologiach
niemieckich pocisków samobieżnych i rakietowych „V” zaczęły się w 1943 roku –
równolegle z badaniami nad A-projektem (czyli bombą A - zob. „Bractwo bomby”
rosyjski serial dokumentalny w reż. 2005 – emitowany przez POLSAT PLAY), do
którego potrzebne były wektory przenoszenia. Rosjanie doszli do hitlerowskich
poligonów w Podkarpackiem, które zajęli – nawiasem mówiąc na prośbę…
Churchilla. Opisałem to w mojej pracy „Powojenne losy niemieckiej Wunderwaffe”
(Warszawa 2008), gdzie stwierdziłem wprost, że radzieckie próby z niemieckimi broniami
„V” były prowadzone właściwie już od 1944 roku, a nie jak się powszechnie
mniema, od 1947.
A zatem z kosmodromu w Pliesiecku wystrzelono rakietę,
która miała spaść na stepy Kazachstanu. Skąd to wiadomo? – to oczywiste –
Kazachstan był jednym wielkim poligonem, więc lądowisko rakiet także tam się
znajdowało. Zresztą wszystkie radzieckie statki kosmiczne lądowały w okolicach
Karagandy i Celinogradu, więc możemy przypuścić, że ta rakieta także tam
leciała. Mogła też lecieć w kierunku Semipałatyńska, gdzie nad poligonem mogła
zdetonować nuklearną głowicę bojową. Niestety, wskutek jakiejś wady
konstrukcyjnej, eksplozji silnika czy czegoś jeszcze, rakieta rozerwała się w
powietrzu nad Uralem. Jej fragmenty lecą w kierunku namiotu.
I ten moment widzi ktoś z ekipy Działowa. Szczątki
rakiety świecące w powietrzu i sprawiające wrażenie pomarańczowych kul ognia,
lecą w kierunku obozu. Bezgłośnie, bo dźwięk przenosi się w górach bardzo
dziwnie, podobnie jak fala radiowa. Czasami słyszymy kogoś odległego o kilka
kilometrów nie słysząc kogoś oddalonego o kilka metrów od nas… Być może
ostrzegł ich jakiś odgłos eksplozji czy trzepnięcie fali uderzeniowej… Tak czy
owak przerażeni ludzie na wpół ubrani wybiegają z namiotu i uciekają przed
siebie z wiadomym skutkiem. Dochodzi do skokowego, szokowego wychłodzenia
organizmu.
Ludzie szukają schronienia przed spodziewanym
niebezpieczeństwem i zamarzają na śmierć. Czworo z nich wpada do jaru. Wysokość
jego ścian wynosi 4-6 m. To jest wysokość co najmniej piętra, a zatem jest
gdzie polecieć i o co się rozbić. Obrażenia mogą przypominać uderzenia o
pojazd. Spadek z tej wysokości na skałę może zabić. Poza tym była to mroźna
noc, było tam -30°C. Czy ludzie z rozbitymi czaszkami i połamanymi żebrami byli
w stanie przeżyć na takim mrozie? Poważnie w to wątpię.
Byli to doświadczeni narciarze i wspinacze, ale… - no
właśnie - przypomina mi się akcja na Babiej Górze, która miała miejsce w dniach
21/23 stycznia 2012 roku, kiedy to omal nie zamarzło tam na śmierć 27 osób!
Cytuję relację GOPR:
Od soboty 21
stycznia ratownicy GOPR brali udział w akcji ratunkowej członkom Klubu
Turystyki Górskiej. Turyści wyruszyli z Przełęczy Krowiarki o godzinie 14 przez
szczyt Babiej Góry do schroniska na Markowych Szczawinach (zagrożenie lawinowe,
opad śniegu, bardzo silny wiatr). Po zapadnięciu zmroku powiadomili GOPR, że
nie są w stanie zejść ze szczytu. W wyniku akcji ratunkowej sprowadzono jedną
grupę do schroniska, z tej grupy jedna poszkodowana trafiła do szpitala. W
późnych godzinach nocnych dwie osoby, które nie dotarły do szczytu zostały
sprowadzone i przekazane pogotowiu ratunkowemu na Krowiarkach. W niedziele
ratownicy sprowadzili grupę 7 osób którzy biwakowali na szczycie Babiej Góry i
nie chcieli pomocy w czasie nocnej akcji z soboty na niedzielę. (Sekcja Babiogórska Beskidzkiej
Grupy GOPR) Podobne przypadki znam także z Tatr – zainteresowanych odsyłam do pracy
„Projekt Tatry” (Kraków 2002).
Jak widać, nawet najbardziej doświadczeni turyści ulegają
wypadkom na tak – wydawałoby się – łatwym i niewysokim (1725 m) szczycie, jakim
jest Babia Góra, której główny szczyt zwie się – nomen-omen – Diablak. Wystarczył
spadek temperatury, wiatr podnoszący zamieć i ci ludzie po prostu otumanieli.
Gdyby nie akcja GOPR, to mogłoby dojść tam do masakry, jak parę lat wcześniej
na Pilsku. Wysokość gór w okolicy Przełęczy Diatłowa jest porównywalna z Babią
Górą, więc siłą rzeczy warunki też muszą być podobne, z tym wszakże
zastrzeżeniem, że Przełęcz Diatłowa leży dalej na północ – koło 60 równoleżnika,
a co za tym idzie – w surowszych warunkach pogodowych.
A co z pociskiem? Najprawdopodobniej jego szczątki spadły
nieco dalej i to nie one spowodowały śmierć 9 osób – zostały one potem zabrane
przez wojsko. Być może na okolicę spadło tylko trochę radioaktywnego pyłu z
rozbitej głowicy. Oczywiście nie był to 40K, tylko coś innego – np. 235U
czy 240Pu – dlatego zabrano niektóre narządy do badań. Bajeczkę o
potasie-40 podano na żer gawiedzi, by nie mówiono o uranie czy plutonie.
Klasyczne goebbelsowskie zagranie, w którym z prawdą mija się o włos. Zadziałał
mechanizm podobny do Incydentu z Roswell oraz Incydentu nad Maury Island.
Reszta już jest prosta. Ekipa poszukiwawcza z kosmodromu
znajduje miejsce spadku szczątków pocisku i usuwa te, które najbardziej rzucają
się w oczy, nie ruszając niczego innego. Nie zapominajmy, że wszystko, co
dotyczyło BMR i ich wektorów w ZSRR i USA było TAJNE NAJWŻSZEGO ZNACZENIA.
Dlatego posprzątano prowizorycznie, co się dało posprzątać, a potem wpuszczono
na to miejsce wyprawę poszukiwawczo-ratunkową, która zabrała znajdujące się na
widoku ciała i namiot z bagażami. Następnie wojsko zamyka teren i… sprząta
dalej. Przy okazji znalezieni zostali pozostali, kiedy warstwa śniegu stopniała
na tyle, by ich ciała się „objawiły”… Potem drogą propagandy szeptanej tworzy
się i rozpowszechnia Legendę o tajemniczym wydarzeniu. Dokładnie tak, jak w
przypadku UFO-katastrofy Roswell czy na Spitzbergenie. Podobnie jak stworzono
Legendę Eksperymentu Filadelfijskiego. Podane przez Wikipedię wyjaśnienie faktu
zamknięcia terenu jest nieprzekonywujące, bo dlaczego ludzie mieliby iść
właśnie na miejsce wypadku? Chyba że było tam coś, czego ich oczy nie mogły
zobaczyć…
Śmierć dziennikarza Jarowoja w 1980 roku też wpisuje się
w ten schemat, a szczególnie zniszczenie dokumentacji, którą on zebrał. KGB czy
GRU zamykała usta nie takim chojrakom, więc nie ma się czemu dziwić – podobnie
jak w przypadkach amerykańskich robiły to FBI i AEC, w rodzaju Incydentu nad
Maury Island, śmierć świadka czy osoby zajmującej się takim Incydentem działa
ZAWSZE na korzyść Legendy. A w pewnych wypadkach służby specjalne wolą kogoś
uciszyć na amen, niż przyznać się do tego, że prowadziło się jakieś lewe
działania – związane z obronnością, lotami kosmicznymi, energią jądrową,
badaniami genetycznymi, itd., itp. – w walce o władzę nad światem. W tym
przypadku przyznam rację zwolennikom STD.
Notabene, zwolennicy STD wskazują na dziwne powiązanie
liczby „9” z katastrofami w tamtym rejonie: 9 członków ekipy Działowa, 9
załogantów i pasażerów samolotu, który rozbił się na Przełęczy Diatłowa w 1991,
czy 9 Mansyjczyków, którzy zginęli tam według legend krajowców. Od siebie mogę
dorzucić także i to, że wszystkie atomowe okręty podwodne ZSRR, które poszły na
dno czy miały ciężkie problemy, też miały w swych numerach taktycznych cyfrę
„9”… Ale to już jest osobna sprawa dla ezoteryków, parapsychologów, numerologów
czy stronników STD.
A zatem śmierć tych młodych ludzi nastąpiła wskutek
działania czynników naturalnych, a nie interwencji „nieznanych sił”. Jedyną
„nieznaną siłą” była tutaj Armia Radziecka, która wykonując test
rakietowo-nuklearny nie zadbała o jego bezpieczeństwo – o ile można mówić o jakimkolwiek
iluzorycznym bezpieczeństwie w przypadku zabaw z bronią masowej zagłady…
A oto garść opinii
ludzi z branży:
Mariusz Fryckowski
(KKK, TOKiS) - „UFO to pretekst” – i miałem rację
wybierając ten tytuł.
Zofia "Eleonora"
Piepiórka (KKK)
- Przeczytałam artykuł i wszystko brzmi
prawdopodobnie biorąc pod uwagę bliskość radzieckiego poligonu wojskowego itd.
Jednak nie uwzględniłeś jednej sprawy... Dlaczego ta góra od wieków (??) nosi
nazwę "Góra Śmierci"? To samo
dotyczy szczytu Babiej Góry - Diablak! Przed laty byłam tam - po drodze
wdepnęliśmy do Ciebie! Gdy byliśmy na szczycie - szłam z Izą pierwsza, a Tomek
szedł za nami i robił zdjęcia. Po wywołaniu zdjęć okazało się, że za nami
ciągnęła sie szara smuga jak wąż... Iza całą wyprawę opisała i Bronek to
opublikował w "Czas UFO".
Wracając do Góry
Śmierci... czyżby tam wcześniej bywały takie tragiczne wypadki? Co o tej górze
mówią legendy? Z moich doświadczeń na jeziorze Wdzydze wiem, że w pobliżu Baz
Kosmicznych szaraków dzieją się takie rzeczy, co opisałam w art. "Bazy
Kosmiczne na dnie jez. Wdzydze". Tam została porwana przez UFO 40 letnia
Małgorzata, która chodziła o kulach i z nogą w szynie. Tam gdzie znalazł ja
Stanisław (sąsiad) nigdy by nie weszła -
bo po co wchodzić w bagno i gęste i wysokie sitowie? Nie mogła
wyjść sama z tego miejsca bez pomocy. Była więc skazana na śmierć, bo
nikt by jej tam nie szukał, a sąsiad zostałby oskarżony o morderstwo... Byłaby
to kolejna niewyjaśniona tragiczna zagadka dla wszystkich!!! I
pouczająca.... Weź to pod uwagę w
przypadku tragedii 9 młodych osób w tych górach, bo bliskość tego poligonu to
"zasłona dymna" dla Bazy Kosmicznej Szaraków i ich celów wobec naszej
cywilizacji... Być może dlatego tam właśnie jest ten poligon...
W górach i
jeziorach są różne Bazy Kosmiczne... o tym w symbolu mówi również proroctwo
Apokalipsy.
Pozwolę sobie na ustosunkowanie się do części tej opinii
– otóż Babia Góra cieszy się w środowisku turystyczno-krajoznawczym i
przewodnickim paskudną opinią. Jej humory i humorki pogodowe są szeroko znane i
tylko fakt bliskiej lokalizacji kilku wsi, w których można otrzymać pomoc
powoduje to, że ofiar nie jest dużo, tym niemniej wielu ludzi wspomina swe nieprzyjemne
przygody na tym szczycie. Penetracja Babiej Góry zaczęła się gdzieś w XIV-XV
wieku i od tej pory trwa zafascynowanie pięknem tego masywu górskiego, która
jest jedynym szczytem typu alpejskiego w Beskidach. Dlatego ludzie
nieprzygotowani do wędrówki po skalistych zboczach i głazowiskach w czasie złej
pogody są narażeni na najzupełniej „zwyczajne” niebezpieczeństwa znane z
wypadków taternickich. Stąd te wszystkie „diabelstwa” w nazewnictwie punktów
topograficznych tego masywu.
Stanisław Bednarz
(TMZJ) - Według mnie na pewno nie zgodzisz się z ta
teorią: północny Ural ma swoje kaprysy przy których Babia Góra to pestka.
Śmierć na pewno nastąpiła na skutek nagłej hipotermii. Na pytanie dlaczego opuścili namiot odpowiadam: nastraszyli
ich tubylcy, a te mieszczuchy uciekli w
panice i to było bezpośrednią przyczyną ich śmierci. Rozproszenie w tych
warunkach klimatycznych i w tych górach oznacza nieuniknioną śmierć. Prozaiczne
ale bardzo prawdopodobne.
Owszem, to jest bardzo możliwe, szczególnie że znaleziono
ślady pobytu osób trzecich na terenie tego obozowiska i niekoniecznie mogły to
być ślady po żołnierzach AR… I kolejny głos:
Elżbieta Kowalska
(KKK) - Jestem absolutnie za wariantem wojskowym. Ural
jest przedprożem Syberii, a więc terenem trudnym i niedostępnym. Nie zapominajmy, że obok przemysłu militarnego, roi się tam od kopalń surowców, na bazie
których, tenże przemysł się skutecznie rozwija.
Po prostu, tablica Mendelejewa i to ta bardzo wysoka, cenna półka.
Oficjalne poligony
wojskowe, jest podaniem do wiadomości nic nie znaczących punktów. Były, są i
będą, niech się ludziska cieszą. Nie jest też tajemnicą, że istnieją, nie tylko
poligony, czy miejsca na mapie, o których świat dowiaduje się z
kilkudziesięcioletnim opóźnieniem, albo …wcale. W polskich warunkach, przypomnę,
jest to np. Borne Sulinowo. Są też polskie obiekty wojskowe, które
przeszły, cichą reformą, z rąk
rosyjskich w amerykańskie. Zwykły układ polityczny, o którym przeciętny
człowiek nie ma pojęcia. To tak jak z prokuratorem i adwokatem. Na sali sądowej
skaczą sobie do gardeł, a po sprawie idą na wódkę. Tajne bazy są wszędzie, w każdym kraju (o
„ukochanym” USA nie wspomnę), dlatego nie czepiajmy się tych Rosjan tak.
Armia rosyjska w
tych latach już miała dobre doświadczenia z rakietami. Mamy początek 1959 roku,
czyli ZSRR ma za sobą wystrzelenie Sputnika
1 i 2 (1957 - ten z Łajką), Sputnika
3 (1958) i za klika miesięcy wystrzelą Sputniki
4 i 5 (1960 - z legendarnymi
Biełką i Striełką). Obojętnie co media mówią, ZSRR, USA i Anglia doskonale
porozumiewały się w tej sprawie, nawet na gruncie prywatnym (szczeniak po
którymś z psów został podarowany Prezydentowej USA J. Kennedy!). Niech więc nie
pisze nikt bzdur o rosyjskiej nieaktywności rakietowo-kosmicznej.
Ogólnie rzecz
ujmując – armia wie co się tam stało. Nie jest to w artykule jasno napisane,
ale jeśli dobrze rozumiem, przed grupą dochodzeniowo-śledczą, a nawet
ratownikami, wcześniej było tam wojsko.
Pytam, po co? W jakim celu, na tak długo zamknięcie obszaru, szybkie raporty, sprzątanie terenu i de
facto, milcząca ocena wypadku. Żadnych dyskusji i tłumaczeń. Problem w tym, czy
dowiemy się kiedyś prawdy. Może
ekshumacja, choć po latach, mogłaby przynieść kilka odpowiedzi, a przynajmniej
wykluczyć pewne elementy. Mam dziwne przekonanie, że Rosjanie się na takie
coś nie zgodzą.
I jeszcze parę
innych refleksji …
Dziwi mnie, jako
przyrodnika, zachowanie zwierzyny (będzie drastycznie). Otóż, jest trudna zima,
niskie temperatury, pewnie i duża pokrywa śnieżna, góry. Zwierzyna mięsożerna
chce przeżyć. Jeśli otrzymuje taki „prezent” od Natury, to bez wahania
korzysta, bo to jest jej być albo nie być. Jeśli wypadek miał miejsce ok.
2.02., ciała znaleziono ok. 26.02, a nawet 4.05. i były nienaruszone (z
wyjątkiem jednego), to, albo tam nie
było żadnych ptaków i ssaków, szczególnie
drapieżnych (w co nie wierzę), albo, potencjalny pokarm był niejadalny,
z jakiś powodów? I jeszcze jedno. Moim zdaniem, powinno się przeanalizować
rosnące tam drzewa. Otóż, drzewa długo pamiętają. Tak, tak… ówczesne 40-50-latki,
dziś mają ok. 100 lat. Analiza zapisów
na słojach, może przynieść zaskakujące dane.
Uszkodzenia ciała
- rany, stłuczenia, złamania – w
warunkach takich jak trudne góry, mróz, stres, świadomość, że nikt mi nie
pomoże, są dodatkowym obciążeniem dla każdego organizmu. Przychylam się absolutnie
do wersji odwrócenia sytuacji z rzucaniem ludzi przez falę uderzeniową. To
wysoce prawdopodobne w wersji militarnej.
Sięgnięcie do
przekazów tamtejszej ludności, mogłoby też rzucić światło na …zachowanie
wojska. Podobnie, jak z pogańskimi głazami narzutowymi, do których uparcie,
mimo zakazów Kościoła, ludzie wędrowali. I co zrobił Kościół? „Ochrzcił” je. I
tak z Diabelskiego kamienia”, zrobił się kamień
jakiegoś świętego, np. św. Wojciecha. Od tego momentu, wierni już czcili
kamień legalnie. To taka analogia do przemyślenia. Podtrzymywanie wierzeń tubylców jest często
wykorzystywana i utrwalana.
Atak istot
pozaziemskich, to kolejna bzdura. Nawet jeśli (!!!), to obdarowane inteligencją
piątej generacji nie pozwoliłyby „ofiarom” na kilkusetmetrową ucieczkę,
wspinaczkę na drzewo, palenie ogniska, z jaru też by ich wyciągnęli.
Tak czy owak, chyba
nie ujrzymy prawdy.
Świetna analiza – nic dodać nic ująć. Strzał w
dziesiątkę! Szczególnie trafnym jest spostrzeżenie, iż ciała ludzi nie zostały
ruszone przez zwierzęta. A przecież przełęcz Diatłowa jest otoczona lasami, w
których na pewno zamieszkiwały wilki, rysie, rosomaki i inne drapieżniki, które
musiałyby zwęszyć obfity posiłek! Wyłączamy niedźwiedzie, bo te w lutym jeszcze
smacznie spały.
I jeszcze dodam coś od siebie coś dla stronników teorii o
meteorytowym pochodzeniu tego fenomenu: Przełęcz Diatłowa leży mniej więcej na
61 równoleżniku. Mniej więcej na tym samym na którym spadło Tunguskie Ciało
Kosmiczne w 1908 roku – 60°55’ N, i ukazało się UFO nad Pietrozawodskiem -
61°47’ N w 1977… Czyżby więc 61 równoleżnik stanowił linię leżącą pod ostrzałem
jakichś okruchów Wszechświata, które zachowują się nietypowo? Ale czy w tej
nietypowości nie jest jakaś metoda???
To też ciekawe spostrzeżenie, ale obawiam się, że rację
mają ci, którzy widzą w tym wszystkim rękę człowieka, a nie Przyrody… Rzecz
ciekawa, bo kiedy zapytałem Rosjan, co o tym sądzą, ci odsyłali mnie do
internetowych stron na temat tragedii na przełęczy Diatłowa i nabierali wody w
usta, co też stanowi pewnego rodzaju wskazówkę…
Prawda o tym wydarzeniu spoczywa jak na razie ukryta
bardzo głęboko w pancernych safesach służb specjalnych Federacji Rosyjskiej i
zapewne wiele jeszcze wody upłynie w Wołdze, zanim zostanie ujawniona, zapewne
już nie za naszego życia. Pozostaje więc czekać i przekazywać informację o tej
tragedii następnym pokoleniom, chyba że rację miał dr Hermann Zdzisław Scheuring pisząc, że: …istnieją archiwa tajne, do których profani nie mają dostępu i których
tajemnice nigdy nie ulegają przedawnieniu… („Czy królobójstwo?”, Londyn
1964). Jeżeli mamy rację i była to sprawka Strategicznych Wojsk Rakietowych
ZSRR i FR, to przez lata wydarzenia te będą obrastały w legendy generowane
przez specsłużby i ludzi pozostających na ich usługach tworzonych w celu jego
zaciemnienia czy wręcz… rozmycia. Tak było w przypadkach tzw. „ufokatastrof” w
USA czy UK.
Oby nie.
* * *
Polecane inne źródła:
1.
Tajemnica
Przełęczy Diatłowa (film) - http://www.youtube.com/watch?v=7hE_bCv7Glk
2.
Tajemnica
Przełęczy Diatłowa (film) - http://www.youtube.com/watch?v=v2wogBJ0TPs&feature=related
niedziela, 22 kwietnia 2012
Zmasakrowani przez UFO czy pocisk rakietowy? (1)
Ta ponura zagadka czeka już 53 lata na swe rozwiązanie.
Tragedia rozegrała się na Uralu i poniosło w niej śmierć 9 młodych ludzi.
Zainteresowałem się nią, bowiem przypomina mi ona niektóre dziwne wydarzenia z
naszych, polskich gór, które opisałem w swej pracy „Projekt Tatry” (Kraków
2002), jednakże różni się ona od nich skalą wydarzenia. A oto powszechnie znane
fakty, które zamieściła internetowa Wikipedia:
* * *
Tragedia na Przełęczy Diatłowa wydarzyła się w nocy, 2
lutego 1959, na wschodnim stoku góry Cholat Sjakl w północnej części Uralu.
Dziewięcioro uczestników studenckiej wyprawy w góry Uralu poniosło śmierć w
niewyjaśnionych ostatecznie do dziś okolicznościach. Na cześć przywódcy
wyprawy, Igora Diatłowa, przełęcz, gdzie doszło do tragedii, nazwano Przełęczą
Diatłowa.
Lokalizacja Przełęczy Diatłowa na mapie sprzed 1959 roku
(Internet)
Ekspedycja
25 stycznia 1959 roku grupa dziewięciu studentów
Politechniki Uralskiej w Jekaterynburgu wyruszyła na narciarską wyprawę w
północną część Uralu, w towarzystwie doświadczonego 37-letniego przewodnika
Aleksandra Zołotarewa. Celem wyprawy był szczyt Otorten; planowana trasa w
porze zimowej oznaczona była jako trasa trzeciej, najtrudniejszej, kategorii.
Wszyscy uczestnicy wyprawy mieli duże doświadczenie w podobnych wyprawach i byli
przygotowani na niezwykle surowe warunki, jakie oczekiwały ich zimą w górach
Uralu; Igor Diatłow planował wyprawę do Arktyki i traktował wypady podobne do
wyprawy w okolice Otortenu jako przygotowanie do arktycznej podróży. W skład
ekspedycji wchodzili:
Igor Diatłow - student wydziału
radiowego, 23 lata
Zinajda Kołmogorowa - studentka
wydziału radiowego, 22 lata;
Ludmiła Dubinina - studentka ekonomii,
21 lat;
Aleksander Kolewatow - student wydziału
geotechnicznego, 25 lat;
Rustem Słobodin - student wydziału
inżynierskiego, 23 lata;
Jurij Krywoniszenko - student wydziału
inżynierskiego, 24 lata;
Jurij Doroszenko - student ekonomii, 21
lat;
Nikołaj Thibeaux-Brignolle - student
wydziału inżynierskiego, 24 lata;
Aleksander Zołotarew - przewodnik, 37 lat;
Jurij Judin - student ekonomii
25 stycznia wieczorem ekspedycja dotarła pociągiem do
miasta Iwdiel w obwodzie swierdłowskim. Następnego dnia ciężarówka zabrała
studentów do miejscowości Wiżaj - najdalej wysuniętej na północ zamieszkałej
osady w tym rejonie. Po przenocowaniu, 27 stycznia wyprawa wyruszyła w stronę
góry Otorten. Następnego dnia Jurij Judin zachorował i musiał zawrócić do
Wiżaju, podczas gdy reszta kontynuowała wyprawę; jak się wkrótce okazało, Judin
był jedynym członkiem wyprawy, który pozostał przy życiu.
31 stycznia ekspedycja, maszerując wzdłuż rzeki, dotarła
na krawędź piętra wysokogórskiego. Członkowie wyprawy zbudowali mały schron,
gdzie pozostawili zapasy żywności na drogę powrotną, po czym kontynuowali
podróż. Wieczorem 1 lutego dotarli na zbocze góry Cholat Sjakl. Pierwotnie
wyprawa planowała ominąć tę górę i przejść przez położoną nieopodal przełęcz;
jednak z uwagi na pogarszającą się pogodę, zboczyli z kursu i znaleźli się na
zboczu góry, gdzie postanowili rozbić obóz i przeczekać złe warunki
atmosferyczne. Cholat Sjakl w języku miejscowego ludu Mansów oznacza dosłownie
"górę śmierci"; nazwa ta miała się okazać bardzo ponurą
przepowiednią.
Tragedia na
przełęczy
Zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami Diatłow po powrocie z
góry Otorten miał wysłać znajomym telegram z zawiadomieniem o sukcesie wyprawy;
według planu ekspedycji, mieli powrócić do Wiżaju najdalej 12 lutego. Gdy do 20
lutego nie doczekano się żadnych wieści, Politechnika na żądanie rodzin
uczestników wyprawy wysłała pod górę Otorten ekspedycję ratunkową.
26 lutego ekspedycja natrafiła na namiot wyprawy Diatłowa.
Był poważnie uszkodzony, jego powierzchnia rozcięta - jak potem ustalono - od
wewnątrz; od namiotu prowadziły ślady stóp, kierujące się w stronę przeciwnego
brzegu przełęczy i odległych o mniej więcej półtora kilometra sosen na krawędzi
lasu, jednak po 500 metrach ślady te zniknęły pod śniegiem.
Gdy ratownicy dotarli do sosen, odnaleźli pod nimi
szczątki małego ogniska oraz zwłoki Krywoniszenki i Doroszenki, bose i ubrane
jedynie w bieliznę. Podczas drogi powrotnej do namiotu odnaleziono w śniegu
kolejno ciała Diatłowa (300 m od sosen), Słobodina (480 m) i Kołmogorowej (630
m); pozy, w jakich ich znaleziono, wskazywały, że próbowali oni powrócić do
namiotu. Badania ciał wskazały, że wszystkie pięć osób zmarło z powodu
hipotermii - zamarzło na śmierć. Jedna z osób miała lekko pękniętą czaszkę,
jednak zdaniem anatomopatologów nie było to obrażenie zagrażające życiu.
Po długich poszukiwaniach, 4 maja w położonym nieopodal
jarze odnaleziono pod warstwą śniegu cztery pozostałe ciała. W tym przypadku
zwłoki miały poważne obrażenia: Thibeaux-Brignolle miał strzaskaną czaszkę, zaś
Zołotarew i Dubinina zmiażdżone klatki piersiowe (jak opisali patomorfolodzy,
obrażenia przypominały te odnoszone podczas wypadków drogowych); dodatkowo
brakowało języka i części twarzy Dubininy.
Ślady wskazywały, że członkowie ekspedycji byli zmuszeni
nagle opuścić namiot; pomimo że temperatura tamtej nocy wynosiła między -25 a
-30°C, część z nich była częściowo rozebrana, niektórzy byli boso bądź mieli
założony tylko jeden but. W maju 1959 śledztwo w sprawie dramatu na przełęczy
umorzono; według ustaleń organów śledczych, w tym czasie w rejonie przełęczy
nie stwierdzono przebywania nikogo innego poza członkami ekspedycji. Według
oficjalnej wersji, przyczyną śmierci członków wyprawy było "działanie
nieznanej siły".
Hipotezy
Wokół tragedii na przełęczy Diatłowa narosło wiele hipotez
i teorii spiskowych. Członkowie rodzin ofiar założyli specjalną fundację,
której celem jest ustalenie prawdy o tragicznych wydarzeniach w nocy 2 lutego
1959.
Udało się ustalić w przybliżeniu chronologię zdarzeń. Nad
ranem 2 lutego 1959 grupa wędrowców nagle, w pośpiechu opuściła namiot; zamiast
rozwiązać go, przecięła jego bok. Studenci i przewodnik - część z nich ubrana,
część w strojach mniej lub bardziej niekompletnych - dotarła do rosnącej około
1,5 km od namiotu wielkiej sosny, na krawędzi lasu, nieco poniżej namiotu.
Pozostali tam przez około dwie godziny, rozpalając ognisko; kompletnie ubrani
wędrowcy pożyczyli niektóre części garderoby niekompletnie ubranym. Połamane
gałęzie wskazywały, że studenci wspinali się na sosnę, prawdopodobnie by
zobaczyć, co dzieje się z porzuconym namiotem; być może, lekkie pęknięcie
czaszki jednego z nich było spowodowane upadkiem.
Gdy Kriwoniszenko i Doroszenko zmarli z wyziębienia,
Diatłow, Kołmogorowa i Słobodin podjęli próbę dotarcia do namiotu; cała trójka
zamarzła po drodze. Pozostali, po zabraniu umarłym niezbędnych części odzieży
(Dubinina miała stopy owinięte spodniami Kriwoniszenki), zdecydowali się skryć
głębiej w lesie, gdzie, błądząc w mroku, wpadli do jaru. Thibeaux-Brignolle
zginął od razu; wkrótce po nim na skutek wychłodzenia i odniesionych obrażeń
zmarła Dubinina. Zołotarew, by ogrzać się, zabrał jej kurtkę; wkrótce jednak
podzielił jej los. Niedługo potem z wyziębienia zmarł Kolewatow.
Nie udało się ustalić, dlaczego grupa doświadczonych i
niejednokrotnie już podróżujących w podobnych warunkach wspinaczy nagle
opuściła namiot i dlaczego przez mniej więcej dwie godziny nie odważyła się do
niego powrócić. Pojawiło się kilka hipotez na ten temat.
Atak Mansów
Mansowie, poirytowani faktem, że wędrowcy wkroczyli na ich
tereny, mogli w nocy zaatakować obozowisko, by przegonić intruzów. Jednak
wcześniej podobnych zachowań w tym rejonie nie stwierdzano; Mansowie generalnie
nie przejawiali agresji wobec nieuzbrojonych obcych wędrujących przez ich
tereny, a dodatkowo nie stwierdzono żadnych śladów, wskazujących na to, że
tragicznej nocy na przełęczy był ktokolwiek inny poza ekspedycją Diatłowa.
Lawina
Członkowie ekspedycji, słysząc w nocy podejrzany hałas,
mogli uznać go za dźwięki nadchodzącej lawiny i w pośpiechu opuścić namiot. W
powiązaniu z inną teorią, uważano, że nad obozowiskiem mógł w nocy przelecieć
wojskowy samolot odrzutowy; hałas silnika mógł być błędnie zinterpretowany jako
huk schodzącej lawiny. Jednak stok, na którym ekspedycja rozbiła namiot, był o
wiele zbyt płaski, by mogła z niego zejść lawina; Diatłow i Zołotarew -
doświadczeni przewodnicy wysokogórscy - ustawili namiot ekspedycji w miejscu,
gdzie zagrożenia lawinowego nie było. W miejscu tragedii nie było też żadnych
śladów, wskazujących na zejście lawiny.
Wojskowe eksperymenty lub ćwiczenia
Członkowie innej ekspedycji, przebywającej w tym czasie 50
kilometrów na południe od przełęczy, opowiadali o dziwnych pomarańczowych
kulach, jakie widzieli na niebie na północ od swojej pozycji (mniej więcej w
rejonie Góry Śmierci). Dodatkowo, ubrania niektórych ofiar wykazywały niewielką
radioaktywność; członkowie rodzin ofiar twierdzili, że oddane im ciała miały
nietypowy, pomarańczowy odcień skóry, a w rejonie Cholat Sjakl znaleziono sporo
części jakiegoś tajemniczego urządzenia. Przyczyniło się to do powstania
hipotezy, jakoby w rejonie góry Otorten wojsko prowadziło loty ćwiczebne bądź
testowało nowe samoloty odrzutowe bądź nowe rodzaje broni, co przyczyniło się
do tragedii.
Teoria ta została odrzucona przez wojskowych: choć obecnie
nad rejonem Cholat Sjakl przebiega cywilny korytarz powietrzny, w 1959 roku nie
był on jeszcze wytyczony. Północny Ural leżał w głębi terytorium ZSRR i w jego
pobliżu nie było żadnych baz lotniczych; rozmieszczone były one bliżej granic
Związku Radzieckiego, by w razie zagrożenia móc je odeprzeć, nim dosięgnie ono
terytorium ZSRR. Najbliższa baza lotnicza znajdowała się w pobliżu
Swierdłowska, ponad 600 km od miejsca tragedii; stacjonujące tam samoloty Jak-9
i MiG-15
nie miały wystarczającego zasięgu, by dotrzeć w rejon góry Otorten i następnie
powrócić do bazy. W miejscowości Iwdiel znajdowały się samoloty, ale były to
cywilne maszyny An-2. Poligon, gdzie Armia Czerwona testowała nowe samoloty,
mieścił się w miasteczku Żukowskie pod Moskwą; nowe rodzaje uzbrojenia testowano
zaś we Władymirowce pod Astrachaniem. Wojsko nie prowadziło żadnych testów w
trudno dostępnych rejonach Uralu, gdzie odzyskanie ewentualnych szczątków
maszyny bądź pocisku byłoby niezwykle trudne i kosztowne. Radioaktywność obecna
na ubraniach niektórych ofiar mogła być efektem przypadkowego skażenia na
Politechnice Uralskiej; źródłem skażenia był potas-40, rzadki izotop
promieniotwórczy nie stosowany do celów wojskowych. Tajemniczy odcień skóry
ofiar, o jakim mówili członkowie ich rodzin, mógł być efektem oparzenia
słonecznego lub zmian pośmiertnych; tajemnicze części urządzenia odnalezione na
górze okazały się częściami starej, nieużywanej od lat wieży radarowej.
Uszkodzenie twarzy Dubininy przypisano działaniom
drapieżników, np. lisów.
Nie ustalono, w jaki sposób powstały obrażenia trzech
ofiar znalezionych w jarze; był on o wiele zbyt płytki (4-6 m), by przy
wpadnięciu do niego, ofiary mogły doznać takich obrażeń (strzaskanie czaszki i
zmiażdżenie klatek piersiowych), nie mogły one również być efektem np. pobicia
przez nieznane osoby.
Do dziś oficjalnie nie ustalono, dlaczego w środku nocy
ofiary opuściły namiot, co powoduje, że wciąż pojawiają się nowe teorie
spiskowe, zakładające np. działanie istot pozaziemskich. Pojawiła się też duża
ilość informacji o rzekomym utajnieniu części dokumentów dotyczących dramatu na
przełęczy i o zamknięciu terenu, gdzie doszło do tragedii, przed osobami
postronnymi. W rzeczywistości całość dokumentacji wypadku na przełęczy była i
jest dostępna; teren zaś zamknięto z obawy przed innymi podobnymi zdarzeniami.
W roku 1967 Jurij
Jarowoj, dziennikarz ze Swierdłowska, napisał książkę "Najwyższy
stopień trudności", opartą na tragedii. Zebrał on również spory zbiór
dokumentów i zdjęć związanych ze sprawą. Gdy w roku 1980 zginął w wypadku
drogowym, jego zbiory zaginęły, co spowodowało pojawienie się kolejnych
spiskowych teorii, choć jak się okazało same okoliczności wypadku nie budziły
wątpliwości, a zawartość mieszkania mieszkającego samotnie Jarowoja po jego
śmierci po prostu wywieziono w całości na wysypisko śmieci.
* * *
Rzeczywiście, wydarzenie to, które rozegrało się w
okolicy góry Otroten - (61°51’ N - 059°20’ E; 1182,0 lub 1234,2 m n.p.m.) i sąsiedniego
szczytu Cholat Sjachl (Cholatczachl – 61°45’ N – 059°27’ E; 1079 lub 1096,7 m)
jest zagadkowe i bardzo trudne do wyjaśnienia. Trudne o tyle, że skończyło się
ono tragicznym finałem – zmasakrowane zwłoki dziewięciorga ludzi nie dały
odpowiedzi na to, co stało się owej feralnej nocy na przełęczy Diatłowa.
Analizując te wszystkie informacje, można dość do
wniosku, że nieszczęśnicy ci albo zostali zaatakowani przez UFO, albo przez
UMA. Za hipotezą o UFO przemawia brak śladów i radioaktywność ubrań. A także
zaobserwowane przez innych świadków przebywających w okolicy jakieś
pomarańczowe kule, które poleciały w kierunku, w którym znajdowała się ekipa
Diatłowa.
Za hipotezą o odwiedzinach UMA przemawiają obrażenia,
które odnieśli ci ludzie przed lub w momencie śmierci. Takiejże odpowiedzi
udzieliłem Albertowi Rosalesowi,
który zainteresował się tą dziwną sprawą. Ale to był mój pierwszy rzut oka, bo
potem obudziły się wątpliwości, które tutaj postaram się naświetlić, a które
wcale nie świadczą o tym, że przyczyną śmierci Diatłowa i jego ekipy był atak
UFO i/albo UMA.
Zabierzmy się za hipotezy, które postawiono. Atak Mansów
i lawinę możemy spokojnie odstawić ad
acta. UMA też, bo nie słyszało się o nich w tamtych okolicach. Ałmas/t/ny
występuje w górach Azji Centralnej i Mongolii, Yeti w Himalajach, zaś Hibagon w
Japonii, a zatem daleko stąd. Natomiast hipoteza militarna ma pewne bardzo
ciekawe aspekty, a mianowicie:
v Czas akcji – przełom stycznia i
lutego 1959 roku. Od razu przywodzi to na myśl wydarzenie w 21 stycznia 1959
roku, które miało miejsce w Gdyni, a dokładnie w porcie gdyńskim – chodzi o
rzekoma katastrofę UFO, którym był amerykański satelita Zeta SCORE, który
najprawdopodobniej został zepchnięty ze swej orbity przez pocisk ASAT
wystrzelony przez Rosjan. Opisałem to dokładnie w opracowaniu „UFO i Kosmos”
(Tolkmicko 2010);
v Pomarańczowy odcień skóry ofiar mógł
być wywołany przez opalenie skóry promieniami UV, albo przez silne
promieniowanie jonizujące;
v Sprawa korytarza powietrznego –
skoro w 1959 roku nie był on jeszcze wytyczony, to co robiła tam stacja
radiolokacyjna? Dlaczego ona tam się znajdowała, skoro nie była potrzebna?
v Kolejna obiekcja dotyczy
lokalizacji – Przełęcz Diatłowa to nie Północny, ale północna część Środkowego
Uralu. A Środkowy Ural, to serce przemysłu wojennego ZSRR. Ta stacja
radiolokacyjna miała swe uzasadnienie o tyle, że mogła stanowić ogniwo centrum
obrony PLOT. tamecznego okręgu przemysłowego.
v Obrażenia ofiar – wyglądało na
to, jakby niektóre z nich zostały czymś uderzone. A może odwróćmy rozumowanie i
załóżmy, że to one w coś uderzyły! Na przykład przez falę uderzeniową
eksplozji. Kłamstwem jest stwierdzenie, że połamane żebra i pęknięta czaszka
nie zagrażały życiu – nie przy trzydziestostopniowym mrozie i na pewnej
wysokości nad poziomem morza!
v Teren został zamknięty przez
wojsko przez trzy lata. Skoro nic tam się nie stało, to dlaczego zamknięto
teren? Może po to, by usunąć wszelkie ślady np. niekontrolowanego wybuchu
rakiety – a właściwie jej głowicy bojowej? A może skażenia promieniotwórczego,
np. po małej eksplozji głowicy jądrowej? Oczywiście nie był o wybuch atomowy,
ale wybuch inicjującego materiału wybuchowego, który rozerwał głowicę i rozsiał
na okolicę radioaktywny 233/235U czy 239-240Pu? To
tłumaczy środki ostrożności, z jakimi potraktowano ciała zmarłych.
CDN.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





