niedziela, 22 kwietnia 2012

Zmasakrowani przez UFO czy pocisk rakietowy? (1)


video



Ta ponura zagadka czeka już 53 lata na swe rozwiązanie. Tragedia rozegrała się na Uralu i poniosło w niej śmierć 9 młodych ludzi. Zainteresowałem się nią, bowiem przypomina mi ona niektóre dziwne wydarzenia z naszych, polskich gór, które opisałem w swej pracy „Projekt Tatry” (Kraków 2002), jednakże różni się ona od nich skalą wydarzenia. A oto powszechnie znane fakty, które zamieściła internetowa Wikipedia:



* * *



Tragedia na Przełęczy Diatłowa wydarzyła się w nocy, 2 lutego 1959, na wschodnim stoku góry Cholat Sjakl w północnej części Uralu. Dziewięcioro uczestników studenckiej wyprawy w góry Uralu poniosło śmierć w niewyjaśnionych ostatecznie do dziś okolicznościach. Na cześć przywódcy wyprawy, Igora Diatłowa, przełęcz, gdzie doszło do tragedii, nazwano Przełęczą Diatłowa.

Lokalizacja Przełęczy Diatłowa na mapie sprzed 1959 roku
(Internet)

Ekspedycja



25 stycznia 1959 roku grupa dziewięciu studentów Politechniki Uralskiej w Jekaterynburgu wyruszyła na narciarską wyprawę w północną część Uralu, w towarzystwie doświadczonego 37-letniego przewodnika Aleksandra Zołotarewa. Celem wyprawy był szczyt Otorten; planowana trasa w porze zimowej oznaczona była jako trasa trzeciej, najtrudniejszej, kategorii. Wszyscy uczestnicy wyprawy mieli duże doświadczenie w podobnych wyprawach i byli przygotowani na niezwykle surowe warunki, jakie oczekiwały ich zimą w górach Uralu; Igor Diatłow planował wyprawę do Arktyki i traktował wypady podobne do wyprawy w okolice Otortenu jako przygotowanie do arktycznej podróży. W skład ekspedycji wchodzili:

 Igor Diatłow - student wydziału radiowego, 23 lata

 Zinajda Kołmogorowa - studentka wydziału radiowego, 22 lata;

 Ludmiła Dubinina - studentka ekonomii, 21 lat;

 Aleksander Kolewatow - student wydziału geotechnicznego, 25 lat;

 Rustem Słobodin - student wydziału inżynierskiego, 23 lata;

 Jurij Krywoniszenko - student wydziału inżynierskiego, 24 lata;

 Jurij Doroszenko - student ekonomii, 21 lat;

 Nikołaj Thibeaux-Brignolle - student wydziału inżynierskiego, 24 lata;

 Aleksander Zołotarew - przewodnik, 37 lat;

 Jurij Judin - student ekonomii



25 stycznia wieczorem ekspedycja dotarła pociągiem do miasta Iwdiel w obwodzie swierdłowskim. Następnego dnia ciężarówka zabrała studentów do miejscowości Wiżaj - najdalej wysuniętej na północ zamieszkałej osady w tym rejonie. Po przenocowaniu, 27 stycznia wyprawa wyruszyła w stronę góry Otorten. Następnego dnia Jurij Judin zachorował i musiał zawrócić do Wiżaju, podczas gdy reszta kontynuowała wyprawę; jak się wkrótce okazało, Judin był jedynym członkiem wyprawy, który pozostał przy życiu.



31 stycznia ekspedycja, maszerując wzdłuż rzeki, dotarła na krawędź piętra wysokogórskiego. Członkowie wyprawy zbudowali mały schron, gdzie pozostawili zapasy żywności na drogę powrotną, po czym kontynuowali podróż. Wieczorem 1 lutego dotarli na zbocze góry Cholat Sjakl. Pierwotnie wyprawa planowała ominąć tę górę i przejść przez położoną nieopodal przełęcz; jednak z uwagi na pogarszającą się pogodę, zboczyli z kursu i znaleźli się na zboczu góry, gdzie postanowili rozbić obóz i przeczekać złe warunki atmosferyczne. Cholat Sjakl w języku miejscowego ludu Mansów oznacza dosłownie "górę śmierci"; nazwa ta miała się okazać bardzo ponurą przepowiednią.



Tragedia na przełęczy



Zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami Diatłow po powrocie z góry Otorten miał wysłać znajomym telegram z zawiadomieniem o sukcesie wyprawy; według planu ekspedycji, mieli powrócić do Wiżaju najdalej 12 lutego. Gdy do 20 lutego nie doczekano się żadnych wieści, Politechnika na żądanie rodzin uczestników wyprawy wysłała pod górę Otorten ekspedycję ratunkową.



26 lutego ekspedycja natrafiła na namiot wyprawy Diatłowa. Był poważnie uszkodzony, jego powierzchnia rozcięta - jak potem ustalono - od wewnątrz; od namiotu prowadziły ślady stóp, kierujące się w stronę przeciwnego brzegu przełęczy i odległych o mniej więcej półtora kilometra sosen na krawędzi lasu, jednak po 500 metrach ślady te zniknęły pod śniegiem.



Gdy ratownicy dotarli do sosen, odnaleźli pod nimi szczątki małego ogniska oraz zwłoki Krywoniszenki i Doroszenki, bose i ubrane jedynie w bieliznę. Podczas drogi powrotnej do namiotu odnaleziono w śniegu kolejno ciała Diatłowa (300 m od sosen), Słobodina (480 m) i Kołmogorowej (630 m); pozy, w jakich ich znaleziono, wskazywały, że próbowali oni powrócić do namiotu. Badania ciał wskazały, że wszystkie pięć osób zmarło z powodu hipotermii - zamarzło na śmierć. Jedna z osób miała lekko pękniętą czaszkę, jednak zdaniem anatomopatologów nie było to obrażenie zagrażające życiu.



Po długich poszukiwaniach, 4 maja w położonym nieopodal jarze odnaleziono pod warstwą śniegu cztery pozostałe ciała. W tym przypadku zwłoki miały poważne obrażenia: Thibeaux-Brignolle miał strzaskaną czaszkę, zaś Zołotarew i Dubinina zmiażdżone klatki piersiowe (jak opisali patomorfolodzy, obrażenia przypominały te odnoszone podczas wypadków drogowych); dodatkowo brakowało języka i części twarzy Dubininy.



Ślady wskazywały, że członkowie ekspedycji byli zmuszeni nagle opuścić namiot; pomimo że temperatura tamtej nocy wynosiła między -25 a -30°C, część z nich była częściowo rozebrana, niektórzy byli boso bądź mieli założony tylko jeden but. W maju 1959 śledztwo w sprawie dramatu na przełęczy umorzono; według ustaleń organów śledczych, w tym czasie w rejonie przełęczy nie stwierdzono przebywania nikogo innego poza członkami ekspedycji. Według oficjalnej wersji, przyczyną śmierci członków wyprawy było "działanie nieznanej siły".



Hipotezy



Wokół tragedii na przełęczy Diatłowa narosło wiele hipotez i teorii spiskowych. Członkowie rodzin ofiar założyli specjalną fundację, której celem jest ustalenie prawdy o tragicznych wydarzeniach w nocy 2 lutego 1959.



Udało się ustalić w przybliżeniu chronologię zdarzeń. Nad ranem 2 lutego 1959 grupa wędrowców nagle, w pośpiechu opuściła namiot; zamiast rozwiązać go, przecięła jego bok. Studenci i przewodnik - część z nich ubrana, część w strojach mniej lub bardziej niekompletnych - dotarła do rosnącej około 1,5 km od namiotu wielkiej sosny, na krawędzi lasu, nieco poniżej namiotu. Pozostali tam przez około dwie godziny, rozpalając ognisko; kompletnie ubrani wędrowcy pożyczyli niektóre części garderoby niekompletnie ubranym. Połamane gałęzie wskazywały, że studenci wspinali się na sosnę, prawdopodobnie by zobaczyć, co dzieje się z porzuconym namiotem; być może, lekkie pęknięcie czaszki jednego z nich było spowodowane upadkiem.



Gdy Kriwoniszenko i Doroszenko zmarli z wyziębienia, Diatłow, Kołmogorowa i Słobodin podjęli próbę dotarcia do namiotu; cała trójka zamarzła po drodze. Pozostali, po zabraniu umarłym niezbędnych części odzieży (Dubinina miała stopy owinięte spodniami Kriwoniszenki), zdecydowali się skryć głębiej w lesie, gdzie, błądząc w mroku, wpadli do jaru. Thibeaux-Brignolle zginął od razu; wkrótce po nim na skutek wychłodzenia i odniesionych obrażeń zmarła Dubinina. Zołotarew, by ogrzać się, zabrał jej kurtkę; wkrótce jednak podzielił jej los. Niedługo potem z wyziębienia zmarł Kolewatow.



Nie udało się ustalić, dlaczego grupa doświadczonych i niejednokrotnie już podróżujących w podobnych warunkach wspinaczy nagle opuściła namiot i dlaczego przez mniej więcej dwie godziny nie odważyła się do niego powrócić. Pojawiło się kilka hipotez na ten temat.



Atak Mansów



Mansowie, poirytowani faktem, że wędrowcy wkroczyli na ich tereny, mogli w nocy zaatakować obozowisko, by przegonić intruzów. Jednak wcześniej podobnych zachowań w tym rejonie nie stwierdzano; Mansowie generalnie nie przejawiali agresji wobec nieuzbrojonych obcych wędrujących przez ich tereny, a dodatkowo nie stwierdzono żadnych śladów, wskazujących na to, że tragicznej nocy na przełęczy był ktokolwiek inny poza ekspedycją Diatłowa.



 Lawina



Członkowie ekspedycji, słysząc w nocy podejrzany hałas, mogli uznać go za dźwięki nadchodzącej lawiny i w pośpiechu opuścić namiot. W powiązaniu z inną teorią, uważano, że nad obozowiskiem mógł w nocy przelecieć wojskowy samolot odrzutowy; hałas silnika mógł być błędnie zinterpretowany jako huk schodzącej lawiny. Jednak stok, na którym ekspedycja rozbiła namiot, był o wiele zbyt płaski, by mogła z niego zejść lawina; Diatłow i Zołotarew - doświadczeni przewodnicy wysokogórscy - ustawili namiot ekspedycji w miejscu, gdzie zagrożenia lawinowego nie było. W miejscu tragedii nie było też żadnych śladów, wskazujących na zejście lawiny.



 Wojskowe eksperymenty lub ćwiczenia



Członkowie innej ekspedycji, przebywającej w tym czasie 50 kilometrów na południe od przełęczy, opowiadali o dziwnych pomarańczowych kulach, jakie widzieli na niebie na północ od swojej pozycji (mniej więcej w rejonie Góry Śmierci). Dodatkowo, ubrania niektórych ofiar wykazywały niewielką radioaktywność; członkowie rodzin ofiar twierdzili, że oddane im ciała miały nietypowy, pomarańczowy odcień skóry, a w rejonie Cholat Sjakl znaleziono sporo części jakiegoś tajemniczego urządzenia. Przyczyniło się to do powstania hipotezy, jakoby w rejonie góry Otorten wojsko prowadziło loty ćwiczebne bądź testowało nowe samoloty odrzutowe bądź nowe rodzaje broni, co przyczyniło się do tragedii.



Teoria ta została odrzucona przez wojskowych: choć obecnie nad rejonem Cholat Sjakl przebiega cywilny korytarz powietrzny, w 1959 roku nie był on jeszcze wytyczony. Północny Ural leżał w głębi terytorium ZSRR i w jego pobliżu nie było żadnych baz lotniczych; rozmieszczone były one bliżej granic Związku Radzieckiego, by w razie zagrożenia móc je odeprzeć, nim dosięgnie ono terytorium ZSRR. Najbliższa baza lotnicza znajdowała się w pobliżu Swierdłowska, ponad 600 km od miejsca tragedii; stacjonujące tam samoloty Jak-9 i MiG-15 nie miały wystarczającego zasięgu, by dotrzeć w rejon góry Otorten i następnie powrócić do bazy. W miejscowości Iwdiel znajdowały się samoloty, ale były to cywilne maszyny An-2. Poligon, gdzie Armia Czerwona testowała nowe samoloty, mieścił się w miasteczku Żukowskie pod Moskwą; nowe rodzaje uzbrojenia testowano zaś we Władymirowce pod Astrachaniem. Wojsko nie prowadziło żadnych testów w trudno dostępnych rejonach Uralu, gdzie odzyskanie ewentualnych szczątków maszyny bądź pocisku byłoby niezwykle trudne i kosztowne. Radioaktywność obecna na ubraniach niektórych ofiar mogła być efektem przypadkowego skażenia na Politechnice Uralskiej; źródłem skażenia był potas-40, rzadki izotop promieniotwórczy nie stosowany do celów wojskowych. Tajemniczy odcień skóry ofiar, o jakim mówili członkowie ich rodzin, mógł być efektem oparzenia słonecznego lub zmian pośmiertnych; tajemnicze części urządzenia odnalezione na górze okazały się częściami starej, nieużywanej od lat wieży radarowej.



Uszkodzenie twarzy Dubininy przypisano działaniom drapieżników, np. lisów.



Nie ustalono, w jaki sposób powstały obrażenia trzech ofiar znalezionych w jarze; był on o wiele zbyt płytki (4-6 m), by przy wpadnięciu do niego, ofiary mogły doznać takich obrażeń (strzaskanie czaszki i zmiażdżenie klatek piersiowych), nie mogły one również być efektem np. pobicia przez nieznane osoby.



Do dziś oficjalnie nie ustalono, dlaczego w środku nocy ofiary opuściły namiot, co powoduje, że wciąż pojawiają się nowe teorie spiskowe, zakładające np. działanie istot pozaziemskich. Pojawiła się też duża ilość informacji o rzekomym utajnieniu części dokumentów dotyczących dramatu na przełęczy i o zamknięciu terenu, gdzie doszło do tragedii, przed osobami postronnymi. W rzeczywistości całość dokumentacji wypadku na przełęczy była i jest dostępna; teren zaś zamknięto z obawy przed innymi podobnymi zdarzeniami.



W roku 1967 Jurij Jarowoj, dziennikarz ze Swierdłowska, napisał książkę "Najwyższy stopień trudności", opartą na tragedii. Zebrał on również spory zbiór dokumentów i zdjęć związanych ze sprawą. Gdy w roku 1980 zginął w wypadku drogowym, jego zbiory zaginęły, co spowodowało pojawienie się kolejnych spiskowych teorii, choć jak się okazało same okoliczności wypadku nie budziły wątpliwości, a zawartość mieszkania mieszkającego samotnie Jarowoja po jego śmierci po prostu wywieziono w całości na wysypisko śmieci.



* * *



Rzeczywiście, wydarzenie to, które rozegrało się w okolicy góry Otroten - (61°51’ N - 059°20’ E; 1182,0 lub 1234,2 m n.p.m.) i sąsiedniego szczytu Cholat Sjachl (Cholatczachl – 61°45’ N – 059°27’ E; 1079 lub 1096,7 m) jest zagadkowe i bardzo trudne do wyjaśnienia. Trudne o tyle, że skończyło się ono tragicznym finałem – zmasakrowane zwłoki dziewięciorga ludzi nie dały odpowiedzi na to, co stało się owej feralnej nocy na przełęczy Diatłowa.



Analizując te wszystkie informacje, można dość do wniosku, że nieszczęśnicy ci albo zostali zaatakowani przez UFO, albo przez UMA. Za hipotezą o UFO przemawia brak śladów i radioaktywność ubrań. A także zaobserwowane przez innych świadków przebywających w okolicy jakieś pomarańczowe kule, które poleciały w kierunku, w którym znajdowała się ekipa Diatłowa.



Za hipotezą o odwiedzinach UMA przemawiają obrażenia, które odnieśli ci ludzie przed lub w momencie śmierci. Takiejże odpowiedzi udzieliłem Albertowi Rosalesowi, który zainteresował się tą dziwną sprawą. Ale to był mój pierwszy rzut oka, bo potem obudziły się wątpliwości, które tutaj postaram się naświetlić, a które wcale nie świadczą o tym, że przyczyną śmierci Diatłowa i jego ekipy był atak UFO i/albo UMA.



Zabierzmy się za hipotezy, które postawiono. Atak Mansów i lawinę możemy spokojnie odstawić ad acta. UMA też, bo nie słyszało się o nich w tamtych okolicach. Ałmas/t/ny występuje w górach Azji Centralnej i Mongolii, Yeti w Himalajach, zaś Hibagon w Japonii, a zatem daleko stąd. Natomiast hipoteza militarna ma pewne bardzo ciekawe aspekty, a mianowicie:

v    Czas akcji – przełom stycznia i lutego 1959 roku. Od razu przywodzi to na myśl wydarzenie w 21 stycznia 1959 roku, które miało miejsce w Gdyni, a dokładnie w porcie gdyńskim – chodzi o rzekoma katastrofę UFO, którym był amerykański satelita Zeta SCORE, który najprawdopodobniej został zepchnięty ze swej orbity przez pocisk ASAT wystrzelony przez Rosjan. Opisałem to dokładnie w opracowaniu „UFO i Kosmos” (Tolkmicko 2010);

v    Pomarańczowy odcień skóry ofiar mógł być wywołany przez opalenie skóry promieniami UV, albo przez silne promieniowanie jonizujące;

v    Sprawa korytarza powietrznego – skoro w 1959 roku nie był on jeszcze wytyczony, to co robiła tam stacja radiolokacyjna? Dlaczego ona tam się znajdowała, skoro nie była potrzebna?

v    Kolejna obiekcja dotyczy lokalizacji – Przełęcz Diatłowa to nie Północny, ale północna część Środkowego Uralu. A Środkowy Ural, to serce przemysłu wojennego ZSRR. Ta stacja radiolokacyjna miała swe uzasadnienie o tyle, że mogła stanowić ogniwo centrum obrony PLOT. tamecznego okręgu przemysłowego.

v    Obrażenia ofiar – wyglądało na to, jakby niektóre z nich zostały czymś uderzone. A może odwróćmy rozumowanie i załóżmy, że to one w coś uderzyły! Na przykład przez falę uderzeniową eksplozji. Kłamstwem jest stwierdzenie, że połamane żebra i pęknięta czaszka nie zagrażały życiu – nie przy trzydziestostopniowym mrozie i na pewnej wysokości nad poziomem morza!

v    Teren został zamknięty przez wojsko przez trzy lata. Skoro nic tam się nie stało, to dlaczego zamknięto teren? Może po to, by usunąć wszelkie ślady np. niekontrolowanego wybuchu rakiety – a właściwie jej głowicy bojowej? A może skażenia promieniotwórczego, np. po małej eksplozji głowicy jądrowej? Oczywiście nie był o wybuch atomowy, ale wybuch inicjującego materiału wybuchowego, który rozerwał głowicę i rozsiał na okolicę radioaktywny 233/235U czy 239-240Pu? To tłumaczy środki ostrożności, z jakimi potraktowano ciała zmarłych.



CDN.