Powered By Blogger

czwartek, 5 września 2013

KATASTROFA QUASI-UFO POD KALISZEM W 1944 ROKU


Na temat UFO-katastrof na Zachodzie wypisano całe morze atramentu i nakręcono kilometry taśmy filmowej. Co obrotniejsi zrobili z tego całkiem dochodowy biznes, że wspomnę tylko Roswell, które zarabia na ufologicznych turystach 8-10 milionów dolarów rocznie! U nas jakoś nikt nie nauczył się jeszcze zarabiać na ufologii prawdziwych pieniędzy - i dobrze, bo to zostawia swobodę działania nam - ufologom.

W Polsce mieliśmy kilka wydarzeń, które można podciągnąć pod UFO-katastrofy. Pod tym pojęciem należy rozumieć rozbicie się lub awarię Nieznanego Obiektu Latającego, który rozleciał się (eksplodował, rozpadł się, itd.) w powietrzu lub w wodzie albo spadł na ziemię i pozostawił po sobie trwałe ślady fizyczne lub relacje świadków w formie podań, legend czy konkretnych dokumentów pisanych, zdjęć, filmów, zapisów wideo, itd. itp. Taka jest najprostsza definicja UFO-katastrofy.

Przypomnijmy sobie pokrótce te wydarzenia:
1.         6 sierpnia 1662 roku, tajemniczy obiekt latający wyrżnął w kopułę szczytową Slavkoskieho štitu w słowackich Tatrach Wysokich, rozniósł go na skalne bałwany, które utworzyły tam rumowisko, zaś rykoszetem odbity od szczytu spadł wreszcie w okolicach dzisiejszej wsi Štrba. Choć całe wydarzenie miało miejsce na Słowacji, to jednak interesuje nas, bowiem ów NOL nadleciał od północy - czyli znad Polski. Możliwy meteoryt

2.        Lato 1938 roku, okolice Jeleniej Góry. Dyskoidalny NOL spadł w Górach Kaczawskich. Legenda głosi, ze został zabrany przez hitlerowców do Berlina. Inna wersja legendy mówi o kompleksie Der Riese w Górach Sowich. Ostatnio mówi się, że był to tylko humbug...

3.        Czerwiec 1945 - a tak najprawdopodobniej, to chodzi o wczesne lata 50. - okolice Ustki. Doszło tam do katastrofy latającego spodka prawdopodobnie niemieckiej konstrukcji lotniczej znanej jako V-7 Vril lub Haunebu.

4.        21 stycznia 1959 roku, port handlowy w Gdyni. Do basenu nr 4 (dziś im. Józefa Piłsudskiego) wpada dziwny, ognisty obiekt. Poszukiwania jego szczątków były bezowocne. Znaleziono natomiast jedną lub nawet dwie EBE, które wywieziono do ZSRR. Możliwy trzeci stopień radzieckiego statku kosmicznego.

5.        19 marca 1996 roku. Do Zatoki Pomorskiej wpadają trzy obiekty, które omal nie posłały na dno polski prom pasażersko-samochodowy m/f Wawel. Możliwe, że były to meteoryty.

6.        14 stycznia 1993 roku, Jerzmanowice. Tajemniczy obiekt rozwala górną część Babiej Skały i powoduje znaczne zniszczenia w promieniu 0,7-2 km od epicentrum. Możliwy meteoryt lub silna bomba albo głowica rakiety...

7.        15 kwietnia 1995 roku, okolice Węgorzewa. Ćwiczący żołnierze znajdują dziwny aparat w kształcie spodka, który został następnie zabezpieczony przez żołnierzy GROM-u i przewieziony w nieznanym kierunku. Być może był to amerykański bądź rosyjski aparat szpiegowski, który spadł na terytorium naszego kraju.


W lutym 2001 roku, do opisanych wydarzeń doszło jeszcze jedno, a mianowicie - katastrofa Nieznanego Obiektu Latającego w okolicach Kalisza w czasie II Wojny Światowej. O incydencie tym powiadomił mnie słynny krakowski ufolog Pan Bronisław Rzepecki, który 7 marca 2001 roku przesłał mi relację, którą był otrzymał od sympatyka ufologii i współpracownika „Świata UFO” Pana Dominika Janiaka z podkaliskiego Jedlca. Według świadków tych wydarzeń, sprawa przedstawiała się następująco:

... Korzystając z okazji, chciałbym się z Panem podzielić pewną informacją, która przekazał mi mój znajomy. [...]
Otóż przed paroma dniami jadąc z Kalisza do Włocławka, przejeżdżając przez wieś Celków w powiecie kaliskim, mój znajomy Józef K. opowiedział mi o pewnym zdarzeniu, które miało miejsce podczas ostatniej wojny we wsi Kuźnica (znajdującej się w pobliżu Celkowa) w latach 40. (Mój rozmówca nie potrafił sprecyzować daty, jednak było to około roku 1943) W godzinach porannych cała wieś została obudzona potężną eksplozją, do której doszło na polach Kuźnicy. Po jakimś czasie na miejsce eksplozji zaczęła ściągać miejscowa ludność, jednak na miejscu był już ktoś z miejscowego posterunku żandarmerii. [...] Wszyscy, którzy zbliżali się do tego miejsca byli przeganiani. Żandarm czy żandarmi na miejscu wypadku pozostali do czasu przybycia z oddalonego o kilkanaście kilometrów Kalisza wojska. wojsko (trudno dziś powiedzieć, jakiej formacji) przyjechało i na ciężarówki załadowało wszystko, co pozostało z tajemniczego obiektu. [...]
(To właśnie od ludności polskiej tam zamieszkałej) pan Józef K. wielokrotnie słyszał tę historię. Po wojnie ponoć dużo się o tym mówiło w okolicy. Według opinii okolicznych mieszkańców, na gruntach Kuźnicy eksplodowała cudowna broń Hitlera. Po wojnie okoliczni mieszkańcy byli zdania, że na skutek błędu zboczyła ona z kursu i zmieniła kierunek lotu, eksplodując w okolicy Kalisza. Mój rozmówca powiedział mi także (dowiadując się u starszych mieszkańców wsi), że niektórzy obserwowali lot tego obiektu. Nie pamięta, jak go opisywali, ale pamięta, ze wydawał on dźwięk jakby ktoś ciągnął metalowe garnki po bruku.
Już po wybuchu Niemcy wypytywali ludzi, czy coś widzieli, jednak nikt z mieszkańców wsi, w obawie o swe życie nie przyznał się do obserwacji lecącego obiektu, wyjaśniając Niemcom, że obudził ich huk. Niemcy dali wiarę tym zapewnieniom. Na korzyść mieszkańców wsi wpłynął fakt, że do eksplozji doszło we wczesnych godzinach rannych, kiedy wszyscy jeszcze mogli spać.
Będąc tam w drodze powrotnej do Kalisza zrobiłem kilka zdjęć pozostałego po wybuchu krateru. W chwili obecnej miejsce to znajduje się na terenie prywatnego lasku - około 40-letniego. Lej powstały po wybuchu ma średnicę kilkunastu metrów i jak zapewniał mnie mój rozmówca, w przeszłości był o wiele większy. Do zmniejszenia się jego średnicy przyczynił się sam właściciel pola, który rozplantował istniejący wokół niego wał ziemny i woził doń ziemię i inne pozostałości organiczne z gospodarstwa w celu jego zasypania.
Dziś lej jest wypełniony wodą gruntową, i jak zapewnia mnie właściciel gospodarstwa woda kiedyś była tam głęboka. Ponoć Pan Józef jako dziecko uczył się w nim pływać, natomiast starsi chłopacy byli kryci przez wodę i próbując stanąć na środku nie mogli dosięgnąć dna.
Na pewno nie był to samolot, gdyż tych w czasie ostatniej wojny kilka spadło w okolicach Kalisza i nie wyrządziły takich szkód. Ponoć eksplozja bomby była tak silna, że w jej wyniku popękały mury w niektórych niemieckich gospodarstwach rolnych.

Tyle relacji pana Janiaka. W połowie marca postanowiłem zbadać rzecz in situ. Rzecz w tym, że podobną historię opowiadał mi mój dziadek Franciszek Baranowicz, który w czasie wojny pracował jako kuk na rzecznej barce, która pływała po Warcie. Otóż widywał on od czasu do czasu jakieś dziwne przelatujące - szczególnie nocą - obiekty, które wydawały dziwne dźwięki i od czasu do czasu eksplodowały tworząc ogromne leje w okolicach Konina... I rzecz najciekawsza, po wojnie weszli tam Rosjanie i pozostali na bardzo długo. Do 17 września 1993 roku. Co tam robili i co tam znaleźli - okryte jest mgłą tajemnicy... Jedno jest pewne - byli to żołnierze sił powietrznych i rakietowych. (!!!) Być może teraz, po latach uda się trochę uchylić jej rąbka???

Pan Dominik Janiak postanowił zbadać rzecz in situ i w kwietniu 2002 roku udał się do Kuźnicy, by porozmawiać z miejscowymi. Odwalił on kawał dobrej, solidnej reporterskiej roboty, za co mu z tego miejsca serdecznie dziękuję! Efektem tego były dwa obszerne e-maile, które odeń otrzymałem, a które pozwolę sobie tutaj zacytować:

15 kwietnia 2002, godz. 22:45

[...] Po rozmowach z mieszkańcami Kuźnic i okolic doszedłem do wniosku, że upadek NOL-a w tej wsi nie był UFO-katastrofą w sensie rozumienia go jako pojazdu obcych Istot. Była to najprawdopodobniej któraś z tajnych broni III Rzeszy. [...] Większość z moich rozmówców informowała, że upadek bomby - bo tak ten obiekt jest nazywany przez wszystkich miejscowych - nie był jedynym tego dnia w tych okolicach! Jak informował mnie sołtys z Kuźnicy - Pan Mieczysław K. w tym samym dniu podobna eksplozja miała miejsce kilka kilometrów na północ od Kuźnicy, w lasach pomiędzy Stropieszynem a Słuszkowem. Upadek obiektu w tym miejscu potwierdził mi pan Władysław K. Należy on do koła łowieckiego i jest myśliwym. Jak mnie zapewniał, niejednokrotnie oglądał ten lej po bombie - ponoć jest to najpopularniejsze miejsce spotkań myśliwych. [...]
I wreszcie trzecie miejsce zlokalizowane w okolicach wsi Rozdżały, położonej w odległości jakichś 2-3 km w linii prostej, z lekkim odchyleniem na wschód od Kalisza. Jak dotąd nie mam na ten temat wiele informacji, poza tą od mieszkańca Kuźnicy - Pana Stanisława W. [...]
I co ciekawe - wszyscy moi rozmówcy opisując trajektorię obiektu twierdzili, że nadleciał on od strony wsi Ceków lub Kosmów. Przyglądając się kraterowi w Kuźnicy można odnieść także takie wrażenie. Punkt pomiędzy oboma wsiami znajduje się na linii prostej prowadzącej dalej do Konina!!! Do tych eksplozji doszło w październiku lub listopadzie 1944 roku, ale nie udało się ustalić konkretnej daty. Wszyscy świadkowie twierdzą jednak, że wybuch nastąpił około godziny 16:00.

Następny e-mail był jeszcze dłuższy wnosił następne elementy do tej układanki:

16 kwietnia 2002, godz. 13:33

[...] Kolejny świadek - Pan Stanisław K. jesienią 1944 roku siedząc na podwórzu gospodarstwa zauważył, jak od strony wsi Ceków nadlatuje CZERWONA BECZKA - przedmiot podobny do 200-litrowej beczki do kiszenia kapusty. Świadek wbiegł do domu, by powiadomić matkę o obserwacji. W tej samej chwili usłyszał potężna eksplozję, która spowodowała znaczne zniszczenia domu. Obiekt w locie wydawał dźwięki zbliżone do czegoś pośredniego pomiędzy szumem a świstem - coś jak śśśiiiiiiii!!!...
Po eksplozji, jeszcze tego samego dnia pojawiło się Gestapo, zaś w dniu następnym pojawiło się wojsko z dwoma pustymi ciężarówkami, przeznaczonymi do załadowania na nie odłamków.
Co ciekawe, świadek twierdzi, że miejsce po eksplozji było dostępne dla ludzi w chwili, gdy było tam obecne wojsko!!! Świadek zbierał wraz z innymi dziećmi odłamki po bombie - określił je jako wykonane z bardzo twardego, metalowego materiału, przypominającego duraluminium.
A teraz najciekawsze! -
[...] Wśród gapiów była jego matka znająca niemiecki, która zdołała zrozumieć rozmowy Niemców określające niektóre wymiary leja: głębokość - 17 m, obwód - 80 m. Jednak najciekawsze jest to, że ponoć była mowa o tym, że bomba miała pochodzić z ośrodków badawczych Gdyni lub Gdańska!!! Poza tym Niemcy mówili, że część bomby eksplodowała a część utknęła w piasku.
Wracając do zniszczeń, to Pan W. twierdzi, że ziemia i kamienie były rozrzucone na kilometr. Prawdą jest również, że podmuch eksplozji powybijał szyby i zrzucił doniczki z parapetów w wielu gospodarstwach w innych pobliskich wsiach.
Wszyscy rozmówcy są zgodni co do tego, że wojsko niemieckie pojawiło się drugiego dnia o świcie. Świadkom wydaje się, że obiekt miał kształt cygara i szedł od niego strumień ognia. Najbardziej zdumiewający jest opis podany przez pana Mieczysława K., który twierdzi, że obiekt miał wygląd KULISTY. Taka kula, jak balon, która poruszała się stosunkowo wolno. Jego brat Jan K. twierdzi, że obiekt miał kształt DUŻEJ ŻARÓWKI, która świeciła, jakby gwiazda leciała - jednakże obaj świadkowie nie widzieli tego obiektu, a znają go z opowiadań osób trzecich.   

No cóż - sprawa wygląda moim zdaniem następująco: hitlerowcy zamierzali użyć broni V przeciwko wojskom radzieckim, które wtedy jeszcze stały na linii Wisły. Wypróbowywali je w Wielkopolsce z dobrym skutkiem - stąd leje na polach podkaliskich i podkonińskich miejscowości. Na szczęście nie udało się im ich wykorzystać w czasie ofensywy wojsk polskich i radzieckich, i cała ta rakietowa machina wojenna wpadła w ręce żołnierzy 2. Frontu Białoruskiego lub 1. Frontu Ukraińskiego...

Nie sądzę, byśmy mieli tutaj do czynienia z klasycznymi UFO, a właśnie z tajnymi broniami III Rzeszy. Opisy podane przez świadków, z którymi rozmawiał pan Janiak pasują jak ulał do tego, co widzieli i przeżywali mieszkańcy Londynu czy Antwerpii atakowanych przy pomocy pocisków odrzutowych V-1 i pocisków rakietowych V-2. Relacje te przypominają także relacje Szwedów, Norwegów, Finów i Duńczyków z wydarzeń „skandynawskiego rakietowego lata 1946 roku” - o czym piszę w mojej książce „Powojenne losy niemieckiej Wunderwaffe” (Warszawa 2008). Tak czy inaczej, stoimy w obliczu konkretnej zagadki historycznej, którą powinni się zająć nie ufolodzy, ale przede wszystkim historycy i eksploratorzy.


* * *


Tak już na marginesie, to pragnę dodać, że podobne leje i ślady po potężnych eksplozjach oraz związane z nimi opowieści na temat lotów niemieckich rakiet V znajdują się w okolicach Olesna na Śląsku Opolskim. A wszystko wskazuje na to, że – o ile były to rakiety – były one odpalane gdzieś na południu Śląska i to być może w rejonie Gór Sowich, gdzie znajdują się tajemnicze podziemia kompleksu Riese. Wedle słów jednego z więźniów Gross Rosen – na stacji kolejowej w Oberwüstegiesdorf/Głuszyca Górna on i jego koledzy widzieli lory kolejowe na których znajdowały się rakiety A-4/V-2 przykryte od góry plandekami, ale doskonale widocznymi z boku. Było to najprawdopodobniej jesienią 1944 roku.

Powyższe spostrzeżenia przekazuję Kolegom z Dolnego Śląska – może te dane pozwolą na pchnięcie do przodu ich badań kompleksów Riese? 



List z Regionalnej Grupy Rekonstrukcyjnej www.scholdorf.pl:

Pozwoli Pan, że wszystko wyjaśnimy. Krater ten nie jest niczym wyjątkowym w tej okolicy. Odnaleźliśmy już ich ponad 8. Są pozostałościami po testach rakiet V-2 wystrzeliwanych na przełomie lata i jesieni w 1944 roku. Rakiety nie przylatywały z Riese ale z poligonu we wsi Wierzchucin w Borach Tucholskich. Niektóre z nich nie eksplodowały albo eksplozja była mama, to powodowało, że do dziś odnajdujemy ich części. Żandarmeria była doskonale poinformowana, miejsce eksplozji było przez nią chronione, by nie dopuścić miejscowych do jej tajemnic. Z poligonu z Borowa przyjeżdżały ciężarówki po kawałki rakiety. Sądząc po opisie eksplozja była ogromna, co znaczy że rakieta była w pełni uzbrojona 960 kg materiału wybuchowego. W niektórych przypadkach była nadzwyczaj mała wtedy różnice wagi wypełniano złotem, by zrównoważyć wagę rakiety. Chodziło o to, by test był jak najbardziej prawidłowy. Celność była mizerna stąd taki rozrzut kraterów. Sięgają nawet pod Wieruszów. Badamy wszystkie kratery, ten zasypany jest śmieciami. Jest duża szansa, że na dnie krateru jest czubek rakiety. Ludzkie opowiadania trzeba często  weryfikować. W jednym wypadku ludzie mówili, że po eksplozji zgasły światła w całej wsi gdzie elektryfikacje przeprowadzono dopiero w latach 60-tych. Namacalnymi dowodami są części rakiet lub złom balastowy. Tak wygląda tajemnica kraterów w tych rejonach. Pozdrawiamy i zapraszamy na naszą stronę internetową gdzie opisujemy takie miejsca.
 

środa, 4 września 2013

Wojna meteorologiczna?



Czyżby powrót do SDI/NMD?

Portal WP:

Przyznali się! Świat narażony na śmiertelne niebezpieczeństwo

Jeśli ktoś do niedawna jeszcze miał wątpliwości, czy naukowcy albo wojsko dysponują mechanizmami, które pozwalają na zmienianie pogody, powinien się wyzbyć wszelkich złudzeń. Ci, którzy odpowiedzialni są za powstawanie takich rozwiązań, sami odsłaniają przed nami następne karty. Przysłuchując się kolejnym rewelacjom, jednego możemy być pewni - manipulowanie pogodą staje się codziennością. Na nadchodzącej konferencji naukowcy zaprezentują założenia dotyczące funkcjonowania specjalnego lasera, który będzie służył np. do generowania opadów deszczu albo frontów burzowych.

O tym, że istnieją instrumenty, które pozwalają naukowcom wpływać na pogodę, wiadomo nie od dziś. O stosowanie broni, za pomocą której można modyfikować sytuację meteorologiczną, niejednokrotnie oskarżane było wojsko. Ale dziś kwestia stosowania narzędzi do zasiewania chmur czy wywoływania burz przestała pozostawać wyłącznie w sferze domysłów. Naukowcy sami przyznają, że na bieżąco rozwijają technologię, która pozwala jeszcze wydajniej oddziaływać na sytuację pogodową. W ten sposób kolejna wyśmiewana przez lata teoria spiskowa została potwierdzona.

Już w przyszłym miesiącu w Genewie odbędzie się konferencja naukowa, podczas której spotkają się eksperci z różnych ośrodków badawczych. Jednym z głównym tematów, jaki poruszony zostanie w czasie debaty Laser Pogoda i Klimat 2013 (LWC 2013), będzie zastosowanie narzędzia w postaci lasera, który wysyłając krótkie impulsy w kierunku atmosfery, pozwoli na zasiewanie chmur w dowolnym miejscu albo wywoływanie burz.

Coraz bardziej udoskonalona aparatura, o której tak chętnie opowiadają naukowcy, umożliwia indukowanie formacji składających się z kryształków lodu oraz na kondensację wody, która przekształca się w chmury. Wszystko odbywa się przy zastosowaniu intensywnych impulsów świetlnych. Naukowcy przyznali, że przeprowadzone zostały już pierwsze testy z użyciem tego typu urządzenia.

"Ultrakrótkie impulsy laserowe skierowane do atmosfery stworzyły obiecującą perspektywę związaną z narzędziem, które pozwoli na modulację pogody i badanie klimatu" - przyznali cytowani przez dziennik "The Daily Telegraph" naukowcy z Uniwersytetu Genewskiego.

Na razie badacze opowiadają tylko o pozytywnych aspektach zastosowania rozwiązań w postaci nowoczesnych laserów pogodowych. Eksperci nie mają wątpliwości, że dzięki takim urządzeniom będzie można sprawić, że silne opady deszczu albo gwałtowna burza zostanie wywołana, gdy chmura albo front atmosferyczny znajdować się będą z dala od dużych siedlisk ludzkich albo miejsc, gdzie wielka woda mogłaby spowodować znaczne straty materialne. Specjaliści wierzą, że w ten sposób będzie można uniknąć np. powodzi. Laser ma też pozwolić na dokładniejsze śledzenie zmian klimatu.

Przedstawiciele środowisk naukowych, którzy nie mogą się nachwalić nowej metody, twierdzą, że już wkrótce będzie można stosować mechanizm, który nie tylko będzie niezawodny, ale też będzie mógł zmieniać pogodę na żądanie w dowolnej sytuacji - i to bez zastosowania środków chemicznych.

W przeszłości próby sterowania pogodą przeprowadzane były wielokrotnie. W latach 60. XX w. starania takie realizowały Stany Zjednoczone, które próbowały "pobudzić" huragan zanim ten uderzy w ląd. Odbywało się to przy użyciu jodku srebra. Podobne działania stały się udziałem Związku Radzieckiego, który po katastrofie w Czarnobylu starał się zasiać chmury nad Moskwą, by w ten sposób ochronić mieszkańców stolicy przed radioaktywnym opadem. Ostatnie, przeprowadzone na dużą skalę manewry, związane z próbą wpływania na pogodę, zrealizowały Chiny w przededniu igrzysk olimpijskich w Pekinie.

Konferencja Laser Pogoda i Klimat, która odbędzie się we wrześniu w Szwajcarii, będzie już drugim tego typu sympozjum. Pierwsze odbyło się w 2011 r. Jej organizatorem będzie działająca przy ONZ Światowa Organizacja Meteorologiczna.

(rc/ac/niewiarygodne.pl)  

* * *

Efektownie to brzmi, ale czy jest możliwe? Podgrzanie chmur burzowych laserem w celu wywołania opadów ma sens, chociaż ciekawy jestem, jakie zjawisko fizykalne jest odpowiedzialne za ten efekt? Chodzi chyba nie o podgrzanie chmury, ale o zjonizowanie cząsteczek powietrza i wody w niej zawartej, co może spowodować opady.

Metoda zasiewania chmur przy pomocy jodku srebra, metalicznego srebra albo argentoratu zdaje egzamin, ale jest kosztowna. Faktycznie – po katastrofie w Czarnobylu Rosjanie i Czechosłowacy zmniejszali zapylenie powietrza poprzez powodowanie deszczów tą metodą. Jeżeli idzie o lasery, to słabym punktem jest ilość energii, która trzeba przeznaczyć na spowodowanie jonizacji powietrza w chmurach… Być może taką „maszynką do pogody” był niedawno zamknięty HAARP. Mikrofale przezeń emitowane jednak nie były wstanie doprowadzić atmosfery do zrzucania z niej wody w postaci opadów, więc zdecydowano sięgnąć po mocniejszy środek emitujący bardziej energetyczne promieniowanie – laser. Ale to nie jest najmniejszym zmartwieniem. Zapoznajmy się z podsumowaniem tego lata – jest ono bardzo ciekawe:

Klimatyczne lato rozpoczęło się u nas chłodno i deszczowo. Ja przed tym chłodem uciekłem na Hel, gdzie pracowałem w tamecznym Fokarium. Przez dwa tygodnie mieliśmy tam cudowną, letnią, słoneczną pogodę z rześkimi nocami i cieplutkimi dniami. Natomiast z przerażeniem wsłuchiwałem się w doniesienia z domu i z południa kraju, gdzie pogoda wprost oszalała: powódź w Sudetach, powodzie w Niemczech, Austrii i Czechach, podtopienia w Miechowie i pn. Małopolsce…

CZERWIEC - wedle zapisków Pana Stanisława Bednarza, przez I połowę czerwca pogoda w naszym regionie była koszmarna. Przez większość czasu było pochmurno i padał deszcz. Nieco lepiej było w II połowie czerwca, kiedy lało nieco mniej. Temperatura najwyższa +36,0°C została odnotowana w dniu 21.VI, zaś najniższa +6,0°C w dniu 2.VI. W dniu 10.VI uderzył w nasze miasto wiatr szkwałowy. Dnia 21.VI o godzinie 17:25 w mieście rozległ się przeraźliwy huk jakby wybuchu, ale nikt nie był w stanie stwierdzić, co było jego źródłem – czyżby jakiś meteor à la ten z Czelabińska??? Jedno jest pewne – coś się działo wokół Ziemi w tym okresie, bowiem będąc na Helu wieczorem 10.VI zaobserwowałem pojawienie się tzw. srebrzystych obłoków – zawieszonych na wysokości 80 km nad ziemią drobnych cząstek żelaza z pyłu pometeorytowego. A przecież w tym czasie zaledwie 5 rojów meteorytowych: omega-Skorpidy z częstotliwością 5 błysków/h; tau-Herkulidy – 2 b/h; Arietydy – 54 b/h; Sagittarydy – 5 b/h, theta-Opiuchidy – 2 b/h. Czyżby miało to związek z wydarzeniami w Czelabińsku, nad Kubą i Kalifornią na początku roku? Tymczasem dzięki obfitym deszczom rzęsiście sypnęło grzybami! – tylko w dniu 17.VI Pan Bednarz znalazł 60 borowików, ja – tylko 20… Sumarycznie w czerwcu spadło nam 133,77 l/m² wody w czasie 17 deszczowych dni i 10 burz.

LIPIEC – ten miesiąc był już o wiele łaskawszy, jeżeli idzie o ilość opadów, która wyniosła 61,06 l/m², które spadły w czasie 10 dni z deszczem i w czasie tylko 3 burz! Po 15.VII odnotowałem kolejny wysyp grzybów oraz pojawienie się czerwonych jagód na jarzębinie… Co do temperatury, to najwyższa i rekordowa zarazem miała miejsce w dniu 29.VII o godzinie 17:15 i wyniosła +38,3°C, co pobiło rekord odnotowany w dniu 21.VII.2007 roku, kiedy to termometr pokazał 38 kresek powyżej zera. Najniższa temperatura +11,0°C pojawiła się w dniach 8 i 22.VII.  Należy dodać, że w czasie dni z temperaturą powyżej +25°C, a których odnotowałem 16, wilgotność powietrza spadła do 20% - czyli mniejszej niż kartka papieru! Co jeszcze ciekawsze – nie odnotowano drastycznych skoków ciśnienia, które trzymało się średniego poziomu 1013 hPa. Według amerykańskiej agencji NOAA ten lipiec był 341. miesiącem z temperaturą wyższą od średniej wieloletniej – co stanowi kolejny dowód na istnienie Efektu Globalnego Ocieplenia. No i…

…SIERPIEŃ – który rozpoczął się kontynuacją słonecznej i letniej pogody. Jeszcze w lipcu w Internecie pojawiła się głupawka puszczona przez jakiegoś półmózgiego panikarza, że jedna z rosyjskich bądź ukraińskich elektrowni jądrowych eksplodowała i mamy powtórkę z Czarnobyla. W I dekadzie przeprowadzałem regularne pomiary skażeń promienistych i nie stwierdziłem żadnych – wartości skażeń utrzymywały się na poziomie 0,05 – 0,18 μSv/h czyli na poziomie radioaktywnego tła Ziemi w naszym rejonie. W I dekadzie Pani Aura znowu zaszalała i w dzień mordowała nas wysoką temperaturą w granicach +28…+37,9°C. W dniu 6.VIII na terytorium naszego kraju ogłoszono – po raz pierwszy w historii – ALARM UPAŁOWY! – i skrócono godziny pracy niektórych urzędów… Wściekłe upały uspokoiły się trochę w dniu 9.VIII, kiedy to przeszły dwie burze, które po dwóch kolejnych burzach 10.VIII dały razem 18.72 mm deszczu. Potem temperatura znów poszybowała w górę, a wilgotność powietrza spadła.  Dnia 21.VII NASA zaalarmowała media o gigantycznym wybuchu na Słońcu, z czego miała powstać straszliwa burza magnetyczna, która z kolei miała spowodować koniec naszej cywilizacji. Oczywiście świat nadal istnieje – wbrew nie-pobożnym życzeniom dziennikarskich półmózgów – o czym jeszcze napiszę w innym miejscu. Za to można było obserwować wspaniałe deszcze meteorów z rojów: Perseidów i Akwarydów – czyli tzw. łez św. Wawrzyńca… Za to w III dekadzie miesiąca powiało jesienią – temperatury nocne spadły poniżej +10°C, zaś dzienne nie przekraczają +20°C. Chmury, mgły i wciąż wiejące wiatry z północy – północnego-wschodu. W dniu 25.VIII doniesiono mi o tym, że w lasach Przykca pomimo upiornej suszy pojawiły się borowiki ceglastopore zwane pociecami i prawdziwki! – sprawdziłem na Ciosku i Końskich Ugorach, i faktycznie – miał miejsce pojaw borowikowatych w naszych lasach, niewielki ale zawsze to coś...

Ogółem lato jak lato, bywało gorzej – że wspomnę lipcowe powodzie i mordercze susze. Możemy się tylko cieszyć, że Natura oszczędziła nam tego, co było udziałem reszty kraju: powodzi, podtopień, gradobić czy trąb powietrznych, co wydaje się być zasługą Ojca Założyciela naszego miasta, który lokował Jordanów we wcale – jak się okazuje – bezpiecznym miejscu. Miejmy nadzieję, że wskutek przesunięcia pór roku nie dojdzie do opadów śniegu w środku jesieni, jak to ostatnio bywa i że jesień będzie w miarę normalna: deszczowa i pochmurna, ale także ciepła – czego sobie i Wam życzę.

No właśnie – dziwnym jest to przesunięcie pór roku o jakieś 1-1,5 miesiąca, co szczególnie wyszło w tym roku, kiedy to prawdziwa zima uderzyła w nas w marcu i I połowie kwietnia… To zjawisko jest na razie niezrozumiałe i czy może być ono efektem manipulowania pogodą…?

Zmartwieniem jest to, że – o ile doniesienia „The Daily Telegraph” są prawdą – został poważnie obniżony próg możliwości wpływania na pogodę przez człowieka, a co za tym idzie – w szerszym zakresie sterowanie nią i możliwości szkodzenia innym ludziom poprzez powodowanie katastrofalnych suszy, katakliktycznych powodzi, opadów śniegu czy gradobić… Ale to jeszcze nie wszystko, bowiem nie potrafimy przewidzieć tzw. długofalowych skutków tych ingerencji, które są całkowicie nieobliczalne. Efekt globalnego ocieplenia - EGO doprowadził do rozchwiania się dynamiki atmosfery – w niektórych regionach Ziemi pogoda stała się całkowicie nie do przewidzenia! Kiedy do tego dojdzie nieodpowiedzialne gmeranie przy tym bardzo czułym urządzeniu, jakim jest klimat Ziemi, to skutki mogą przewyższać to, co pokazują hollywoodzcy twórcy filmów katastroficznych. Zatrzymanie się Golfstromu, nowa Epoka Lodowa w Eurazji i Ameryce Północnej i jednocześnie potworne susze w pasie równikowym… Życie organizmów wyższych na planecie będzie poważnie zagrożone, a może nawet wymrzeć. Ziemia przeszła w swej historii przez podobne kataklizmy, tym razem jednak spowodowane one będą rękami człowieka, a nie przez siły Przyrody.

Wojna meteorologiczna jest czymś jeszcze gorszym od wszystkich programów kosmicznych w rodzaju SDI i NMD, bowiem dotknie wszystkich bez wyjątku mieszkańców Ziemi. 

wtorek, 3 września 2013

KATASTROFA FLAGOWCA



Jest to zupełnie nieznany u nas epizod z historii poznawania i podboju Arktyki, który dopiero teraz ujrzał światło dzienne. Pisze o nim Walerij Usolcew z Chabarowska na łamach rosyjskiego czasopisma „Kalejdoskop NLO” nr 45(312)/2003 z dnia 3 listopada 2003 roku. Nie ma o nim ani słowa w popularnych książkach Stefanii Sempołowskiej czy Aliny i Czesława Centkiewiczów, dlatego uznałem, że należy opowiedzieć o nim także polskiemu Czytelnikowi.


Powietrzne giganty


W latach 20. im 30. XX wieku, świat oszalał na tle żeglugi powietrznej. Srebrzyste giganty – sterowce – uważane były za środek transportu przyszłości, doskonałym w celach komercyjnych i wojskowych. Tak więc Amerykanie budowali ogromne sterowce typu Acron, które miały na swym pokładzie pięć samolotów myśliwskich, które mogły zeń startować i na nim lądować, jak na napowietrznym lotniskowcu.

Także Niemcy przodowali w budowaniu statków powietrznych. Firma Zeppelin zbudowała 130 komfortowych pasażerskich statków powietrznych o nośności do 100 ton każdy, dla których podróż w Arktykę czy z międzylądowaniami dookoła świata nie stanowiła żadnego problemu. Flagowiec niemieckich sterowców LZ-129 Hindenburg obsługiwał linię transatlantycką z Europy do Ameryki, a swym komfortowym wnętrzem przypominał transatlantyckie cunardowskie liniowce. [...]

Oczywiście, młoda Republika Rad też nie chciała odstawać od „rekinów kapitalizmu”. Jeszcze u końca 1931 roku, przy Głównym Zarządzie Państwowej Floty Powietrznej ZSRR została powołana do życia specjalna instytucja o nazwie „Diriżablestroj”, która skupiła kilkanaście grup pracujących w zakresie budowy i eksploatacji sterowców, w celu stworzenia radzieckich statków powietrznych. W końcu lutego 1933 roku, zbudowano pierwszy, półsztywnej konstrukcji sterowiec SSSR W-5, zaś w 1934 roku, jeszcze większy statek powietrzny – CCCP B-6 Oсcоавиахим[1]. Ten radziecki flagowy sterowiec po raz pierwszy podniósł się z ziemi w świątecznym dniu – rocznicy Rewolucji Październikowej – 5 listopada 1934 roku. Objętość kadłuba tego sterowca wynosiła 18.500 m³ i wypełniona była wodorem. Długość statku powietrznego wynosiła 104,5 m, natomiast mógł on osiągnąć wysokość 4.500 m z payloadem 8.500 kg. Trzy silniki o łącznej mocy 815 KM pozwalały na rozpędzenie tego sterowca do prędkości 113 km/h.

W czasie trzech lat eksploatacji, SSSR W-6 wylatał 1.500 godzin, a załoga pod dowództwem P. Pankowa zaliczyła na nim 5,5 dobowy lot bez lądowania. Był to rekord świata, który Amerykanom udało się pobić dopiero po 20 latach. Poza tym załoga SSSR W-6 niejednokrotnie zaliczała loty bez międzylądowania do Leningradu[2], Pietrozawodzka, Kazania i Swierdłowska. Poza tym sterowce obsługiwały linię towarowo-pasażerską Moskwa – Ural – Syberia – Daleki Wschód i wykonywały zadania na rzecz marynarki wojennej.


Papaninowcy


Na początku 1938 roku, nasz kraj żył losami odważnej czwórki badaczy na dryfującej krze lodowej stacji arktycznej Biegun Północny: I. Papanina, E. Krenkela, P. Szirszowa i E. Fiedorowa. Zdesantowani na lód jeszcze w dniu 21 maja 1937 roku, przedryfowali na krze prawie 9 miesięcy, 2.500 km z okładem – od Bieguna Północnego do Morza Grenlandzkiego. Prąd wynosił ich krę na Atlantyk.

A oto, co pisała na ten temat gazeta „Krasnaja Zwiezda” w tych dniach:
2 lutego, Krenkel nadaje na Wielką Ziemię: »W rejonie stacji łamie się lód w odległości 70 m od nas. Lód jest do horyzontu, ale nie ma możliwości posadzenia tutaj samolotu. Mieszkamy w brezentowym namiocie ma krze lodowej o rozmiarach 50 x 30 metrów. Nasze położenie: 74°03’N – 060°30’W.«
Lodołamacz SS Tajmyr z samolotami U-2, Sz-2 i wiatrakowcem na pokładzie wyszedł z Murmańska, aby oswobodzić statek SS Murmaniec, który od tygodnia jest uwięziony w lodach grubych na metr, w odległości około 300 km od Papaninowców...
Trwa przygotowanie dwóch załóg, które samolotami CKB-30 pod dowództwem znanego polarnego lotnika, Bohatera Związku Radzieckiego – I. T. Spirina wylecą z Moskwy do Murmańska, a stamtąd do Papaninowców.
W Kronsztadzie szybko kończą remont lodołamacza SS Jermak, na którym do miejsca pobytu Papaninowców popłynie prof. O. J. Szmidt.
No, ale z Kronsztadu do kry Papaninowców dwa tygodnie szybkiego marszu lodołamacza. I za ten czas z dryfującą stacją i polarnikami może stać się wszystko...

2 lutego, dowódca eskadry sterowców – Nikołaj S. Gudowancew – otrzymuje od załogi sterowca SSSR W-6 Ossoawiachim, która gotuje się do kolejnego rejsu na trasie Moskwa – Nowosybirsk – Moskwa, raport w sprawie możliwości uratowania Papaninowców przez sterowiec. I jeszcze tego samego dnia, szef GZPFP ZSRR – W. S. Mołokow – wydaje polecenie wykonania tej operacji ratunkowej.

Rozumiejąc ważność zadania, kierownictwo GZPFP ZSRR i eskadry sterowców, załoga SSSR W-6  zostaje wzmocniona przez specjalistów. W tempie ekspresowym zostaje zamontowany dźwig, który może opuścić na lód i podnieść dwumiejscową kabinę ratowniczą, w której zamierza się podejmować z kry polarników na pokład statku powietrznego. Sprawdza się powłoki balonetów, ładuje się zapasy żywności, paliwa i ciepłej odzieży. Przygotowania do odlotu szły pełną parą 24 godziny na dobę.

Jeszcze nikt tak nie przygotowywał się do takiej operacji ratunkowej z wykorzystaniem sterowca. Nikt takiej operacji nie przeprowadzał wcześniej, ale po stronie załogi była odwaga i mistrzostwo oraz doświadczenie. Weźmy na przykład Nikołaja Siemionowicza Gudowancewa – jeszcze do ukończenia przezeń Moskiewskiej Wyższej Uczelni Aeromechanicznej, w 1930 roku latał sterowcem Komsomolskaja Prawda, Potem na SSSR W-2 Smolnyj i SSSR W-2 Krasnaja Zwiezda. Rok 1938 powitał on jako dowódca eskadry sterowców i miał on wylatane 2.000 godzin za sterami statku powietrznego, zaś na piersi order Czerwonej Gwiazdy – za udział w jednej z wypraw ratowniczych. Pierwszy oficer SSSR W-6Aleksiej Aleksandrowicz Ritsland był jednym z  czołowych specjalistów w kraju. Przez ostatnie cześć lat pracował w lotnictwie arktycznym. Prowadził on lotniczy zwiad lodowy na Morzu Barentsa i Morzu Karskim, brał udział w akcji ratowniczej rozbitków z SS Czeluskin, i przecierał powietrzne szlaki nad Jenisejem. W roku 1935 dokonał on wraz z Mołokowem złożonego przelotu na trasie: Krasnojarsk – Jakuck – Nogajewo – Uellen – Nordwik – Krasnojarsk. W następnym roku uczestniczył w rejsie wzdłuż wybrzeża radzieckiej Arktyki, pokonując w powietrzu 30.000 km samolotem SSSR N-2. Za te wszystkie wyczyny odznaczono go orderem Czerwonego Sztandaru Pracy.

Wiele jeszcze dobrych słów można powiedzieć o członkach załogi Ossoawiachimu.

Pogoda w czasie startu sterowca nie sprzyjała lotowi. Na całej trasie synoptycy ostrzegali o silnym wietrze, zamieci i niskim pułapie chmur. No, ale nie można było zwlekać, a to dlatego, że – jak pisały gazety – Sytuacja u brzegów Grenlandii pogarszała się. Wiał silny wiatr i padał gęsty śnieg. SS Tajmyr wolniej, niż to zakładano – przebijał się przez lody. SS Murmaniec stracił możliwość ruchu i dryfował razem z lodami.


Na ratunek!


Kra z czwórką odważnych Papaninowców wciąż zmniejszała swoje rozmiary. I m.in. dlatego tak szybko podjęto decyzję o starcie SSSR W-6, tym bardziej, że na to piliła sama załoga. Ossoawiachim wystartował z Dołgoprudnego. Uczestniczyli w tym wydarzeniu także członkowie rządu sowieckiego: A. Mikojan i Ł. Beria, dyrektor „Diriżablestroju” komkor[3] Charikow, co podkreślało pilność i ważność zadania.

Dnia 5 lutego 1938 roku, o godzinie 19:00, oświetlone reflektorami ogromne cygaro sterowca podniosło się z ziemi i wzięło kurs na Północny Ocean Lodowaty.[4]

Wystartowaliśmy – wspomina już w dniu dzisiejszym inżynier pokładowy Władimir Adolfowicz Ustinowicz – i zaczęła się huśtawka. Sterowcem rzucało w górę i w dół. Lecieliśmy cały czas w śnieżnym szkwale, który trwał dzień i noc, zaś silny boczny wiatr powodował kołysanie. Gudowancew nakazał zmianę wachty co godzinę. W ciągu doby Ossoawiachim powinien wylądować przy jeziorze Kildin koło Murmańska na dolichtunek, a potem już lecieć na ratunek Papaninowcom.




Przy takim kołysaniu – opowiada dziś 85-letni Ustinowicz – załoga męczyła się straszliwie, ale wszystkie służby sterowca były pełnione bez zarzutu. Dniem w czasie mojej zmiany wychodziłem na grzbiet sterowca i przeprowadzałem inspekcję poszycia naszego statku – od nosa po stery...

Dnia 6 lutego, Ustinowicz zauważył, że oficerowie nawigacyjni nie mogli zgrać wskazań wysokościomierzy barometrycznych z opisami wysokości sopek wulkanicznych, które mijał sterowiec. Czemu mieliśmy wierzyć: wysokościomierzom czy mapom? Dowódca zdecydował się na lot na pułapie 600 m, to znaczy powyżej szczytów sopek uwidocznionych na mapie.

O godzinie 19:30, starszy mechanik pokładowy N. Koniaszin po obchodzie sterowca zameldował dowódcy: Na pokładzie wszystko w porządku... - ale nieszczęście już zbliżało się do odważnej załogi.

A oto, co oznajmiły o ostatnich godzinach lotu sterowca Ossoawiachim agencje prasowe:
Sterowiec szczęśliwie przeleciał nad Pietrozawodzkiem i Kemiu, i 6 lutego zbliżył się do stacji Kandałaksza... Około godziny 20:00 otrzymaliśmy alarmujące wieści od tamtejszych mieszkańców, którzy obserwowali przelot sterowca w rejonie stacji Biełoje Morie (położonej 19 km od Kandałakszy). Mieszkańcy ci słyszeli silny huk, po którym ucichł szum silników sterowca, a on sam znikł im z pola widzenia. W rejon domniemanej awarii wysłano natychmiast grupy poszukiwawcze.

... do Murmańska zostało tylko kilka godzin lotu…

- Na jakieś pół godziny przed katastrofą, Gudowancew odesłał mnie na odpoczynek, ponieważ w Murmańsku inżynier pokładowy będzie miał pełne ręce roboty – wspomina Ustinowicz.


Katastrofa


I tym samym czasie, kiedy inżynier pokładowy udaje się na spoczynek, z boku pojawiły się silne światła. Gudowancew nie wie, że to kolejarze obawiając się zderzenia sterowca z pobliską górą Niebło-gorą zapalili na jej szczycie ogniska, aby załoga W-6 mogła się zorientować według nich. Dlatego też rozkazał on zapytać Murmańsk, co to za światła. Nagle dokładnie na kursie sterowca, ze śnieżnego szkwału, pokazało się coś wielkiego i ciemnego...
- Lecimy na górę! – wrzasnął oficer G. Miagkow.
- Ster w prawo i do góry, do oporu! – jak echo odpowiedział Gudowancew.

Nos sterowca ostro zadarł się w górę i IV oficer W. Paczekin skręcił sterem kierunkowym w prawo, do oporu. Przy prędkości 110 km/h i widzialności zaledwie 150 metrów, załoga miała w zapasie jedynie 5 sekund, by przekazać sygnał do gondoli silnikowej – „maszyny stop!” i wyrzucić balast... Ale tych sekund było za mało.

Zgrzyt i trzask łamanego szkieletu sterowca zagłuszył na chwilę ryk polarnej wichury. Statek powietrzny masą swych 20 ton z okładem łamał drzewa na stoku Niebło-gory, która nie była zaznaczona na mapie wydanej w 1904 roku.
- Właśnie leżałem w hamaku nad gondolą załogi, kiedy obudził mnie straszny trzask i wstrząs. Poczułem dym i zrozumiałem, że się palimy. A przecież nad głową znajduje się ogromna »cysterna« z wodorem! Już raz przeżyłem pożar w sterowcu – wspomina Ustinowicz. – Przebiłem się przez ścianę i wypadłem na zewnątrz. Żarzące się odłamki konstrukcji sterowca obijały się o drzewa i spadały w dół. Śnieg był głęboki i to mnie uratowało.

Mechanik pokładowy K. P. Nowikow:
- Światła pogasły. Żeby wyłączyć silnik musiałem po omacku szukać wyłącznika. Szukam, ale nie znalazłem drzwiczek. Gołymi rękami złapałem gorące poszycie, wytaszczyłem się do pasa ciągnąc złamaną nogę. Wreszcie oswobodziłem się. Paliła się na mnie odzież i włosy. Zaryłem się w śniegu. Nie mogłem wstać i postanowiłem odczołgać się od płonącego sterowca. Słyszę głos Ustinowicza: »Kto jeszcze żyje?!...« Zebrało się sześć osób. Zapaliliśmy ognisko...

IV oficer pokładowy – W. I. Paczekin:
- Znalazłem się wśród szczątków statku powietrznego, zaś z wierzchu nakryła mnie powłoka. To tutaj właśnie zaczął się pożar. I naraz wypadłem ze sterowca do jakiejś jamy. Tam już znajdowali się Nowikow, Ustinowicz, Matiuszin, Worobiew. Wszyscy byli w takim stanie, że nie mogli powiedzieć nawet słowa...

Katastrofa sterowca SSSR W-6 Osoawiachim miała miejsce w odległości 18 km na zachód od stacji Biełoje Morie. Szczątki statku powietrznego zostały rozrzucona na 150 m od szczytu Niebło-gory. Następnego ranka ze stacji Kandałaksza na pomoc rozbitkom przyszli sportowcy – narciarze i żołnierze WOP. Żywych rozbitków dostarczono do szpitala w Kandałakszi.


Kto winien?


Wiele gazet pisało w te dni o katastrofie Ossoawiachimu. Zdawało się, że cała Moskwa wyległa by pożegnać tych, którzy w niej zginęli. Urny z prochami 30 odważnych ludzi, którzy lecieli na pomoc innym były niesione na rękach od Domu Związkowego do Cmentarza Nowodiewiczego. Na brązowej płycie pomnika załogi W-6 poniżej konturu sterowca wyryto nazwiska poległych i napis: W tej katastrofie zginęli najlepsi synowie Ojczyzny, założyciele radzieckiego lotnictwa balonowego, którzy oddali siebie ideom wielkiego narodu radzieckiego.

Z czyjej winy doszło do tej katastrofy? Sądzi się, że doszło do niej poprzez zbieg nieszczęśliwych okoliczności. Po pierwsze – załoga W-6 była przygotowana do wypełnienia zupełnie innych zadań, i gdyby nie sprawa Papaninowców, to nie doszłoby do tego tragicznego lotu. Po drugie – lot odbywał się w ekstremalnie trudnych warunkach pogodowych, i w normalnych warunkach – nawet w nocy – załoga zauważyłaby złowrogą górę i ominęłaby ją. I najważniejsze – sama trasa była zaplanowana według przestarzałej mapy, na której nie było nie tylko Niebło-gory, ale i innych przedmiotów terenowych! Innych map tego rejonu nie było – po prostu NIE BYŁO! Specjaliści z Instytutu, którzy wydali tą mapę szybko znaleźli się w piwnicach Łubianki...[5]

O tej liczącej sobie 65 lat katastrofie na północnym niebie na stokach Niegło-gory można mówić różnie. Ale nie można odmówić załodze W-6 jednego – odwagi, męstwa i poświęcenia - z jakim nie bacząc na nic, lecieli na ratunek Papaninowcom. To pięknie świadczy o ich postawie i męstwie.


---oooOooo---


Oczywiście media w PRL niczego nie pisały o tej katastrofie z wiadomych względów. Dobrze więc, że można wreszcie mówić o tej katastrofie, która przecież nie przyniosła Rosjanom żadnej ujmy, a wręcz odwrotnie! Całkowicie zgadzam się z Autorem tego artykułu w jego ostatnim akapicie.

Tak już nawiasem mówiąc, to Polska nie ma wielkich tradycji lotów polarnych (wyjątkiem są polarni lotnicy, jak np. Zygmunt Lewoniewski, który zaginął w niewyjaśnionych okolicznościach nad Arktyką – to temat na osobną historię!), ale chcielibyśmy przypomnieć tutaj pewien polski epizod z wyprawy sterowca Italia w 1928 roku.


Italia nad Jordanowem?


Wyjaśnijmy od razu, że chodzi tutaj o słynny sterowiec Italia słynnego konstruktora lotniczego i polarnika – gen. Umberto Nobilego (1885-1978), który zasłynął swymi konstrukcjami sterowców we Włoszech i Związku Radzieckim. Zasłynął on także swym udziałem w wyprawach sterowcami Norge (1926) i Italia  (1928) do Bieguna Północnego. W czasie tej ostatniej Italia uległa katastrofie i po siedmiotygodniowej Odysei polarnej, w czasie której zginął inny polarnik – słynny pogromca Bieguna Południowego – Roald Amundsen – gen. Nobilemu udało się wydostać z białego piekła lodów. Cały świat pasjonował się tą wyprawą, którą teraz można porównać z wyprawami kosmicznymi. Mało kto jednak wie, że wyprawa ta ma być może również nasz – lokalny, jordanowski – epizod, który chciałbym tu przypomnieć.

Italia wyruszyła w swój biegunowy rejs w dniu 15 kwietnia 1928 roku, o godzinie 02:00,  z Mediolanu w kierunku Oslo i dalej do szpicbergeńskiej King’s Bay. Był to statek powietrzny o imponujących rozmiarach: 115 m długości, 18,5 m szerokości i 38 m wysokości, pojemności 19.000 m³ i udźwigu 20.000 kg, którego powierzchnia została pomalowana dwukolorowo: u góry była błękitno-popielata, zaś u dołu – szarozielona. Napędzały go trzy silniki o mocy 720 KM, które mogły rozpędzić powietrznego olbrzyma do prędkości marszowej 120 km/h.

Za Triestem sterowiec wpadł w silną burzę, która go uszkodziła i poniosła ku Karpatom – jak pisze Stefania Sempołowska – ale Nobilemu udało wydobyć się z opałów, i doprowadzić Italię do Jezierzyc k./Słupska, gdzie zatrzymał się na dwa tygodnie – do dnia 3 maja 1928 roku, skąd poleciał on via Sztokholm do Vadsö, zaś 6 maja Italia przybyła do King’s Bay.

Tyle Stefania Sempołowska. A nam wciąż chodzi po głowie pewna myśl. Otóż kiedyś słyszeliśmy taki czterowiersz z czasów międzywojnia:

Od bieguna do bieguna
Pędzi balon Zeppelina
Aż urwała mu się lina
I pękł balon Zeppelina...


Wierszydło jak wierszydło – słyszeliśmy gorsze. Pytanie: skąd się ono wzięło? Słyszeliśmy je od kogoś, kto z lotnictwem nie miał nic wspólnego, i nigdy nie interesował się wyprawami polarnymi. Człowiek ów twierdził, że pamięta je jeszcze z przedwojennej szkoły, gdzie na lekcji geografii omawiano rewelacje z wypraw polarnych. Jordanów, to dziwne miasto. Pamiętamy, jak kiedyś w czasie rozbiórki pewnego domu zauważyliśmy, że ściana działowa była wzmocniona grubą tekturową płachtą, na której ku naszemu zdumieniu znajdował się wyblakły, ale wyraźny, rysunek techniczny... niemieckiego U-Boota typu XX!!! (NB, to jest kolejna zagadka historyczna naszego miasta...) A zatem ów wierszyk był może dalekim echem wydarzenia, którego świadkami byli jego rodzice?

Zwracamy się zatem z prośbą do najstarszych mieszkańców naszego regionu, by spróbowali sobie przypomnieć, czy w dniach 16-18 kwietnia 1928 roku nie zaobserwowali przelotu ogromnego, dwubarwnego statku powietrznego nad naszymi stronami? Jeżeli tak, to byłby niezmiernie ciekawy fakt historyczny i pewna satysfakcja, iż nasi przodkowie też w pewnym sensie uczestniczyli jako naoczni świadkowie w wydarzeniu, które bulwersowało cały ówczesny świat tak, jak dzisiaj bulwersują nas loty załogowe do ISS lub wyprawy sond Mars Express, Mars Spirit albo Stardust...

Bardzo prosimy ewentualne sygnały w tej sprawie!

* * *

Niestety, nie potwierdziła się hipoteza o przelocie Italii nad Jordanowem, nie znaleźli się żadni świadkowie, co jest zrozumiałe. Ale spróbować było warto. Zamykam na razie cykl artykułów o sterowcach i ich przygodach, przypadkach i – jak widać – również wpadkach…

Czy mylono sterowce z UFO? Zapewne nieraz, szczególnie że obecnie sterowce wracają do łask jako tańsze i bezpieczniejsze w eksploatacji od samolotów. Poza tym – jak wykazałem to w poprzednich materiałach – są one również bardzo użyteczne dla wojska jako przede wszystkim latające platformy zwiadowcze i radiozwiadowcze. Obawiam się, że pod tym względem nie powiedziano jeszcze ostatniego słowa.     


Przekład z j. rosyjskiego i opracowanie –
 Robert K. Leśniakiewicz ©

-----------------------------------------------------
[1] Osoawiachim, to organizacja obrony cywilnej, przeciwlotniczej i przeciwchemicznej w byłym Związku Radzieckim.
[2] Dzisiaj Sankt Petersburg.
[3] Stopień w Armii Czerwonej odpowiadający stopniowi generała-majora. Polski odpowiednik – generał broni.
[4] Tak Rosjanie określają wszystkie morza około Bieguna Północnego.
[5] Siedziba KGB w Moskwie.

poniedziałek, 2 września 2013

Kręgi na śniegu w Moskwie i Kijowie



BOL w Moskwie

To wydarzyło się w nocy 20/21 grudnia [1990 roku]. Dokładnego czasu nie podam, ale gdzieś po zakończeniu późno-wieczornego wydania „Dziennika TV”. Moją uwagę przyciągnęło jakieś niezwykłe światło w oknie. Wyglądało na to, że na ulicy jest jasno jak w dzień. Podszedłem do okna i zobaczyłem wiszącą kulę, która świeciła białym światłem, o średnicy jakichś 2-3 m. Przetarłem oczy i nie wiem dlaczego, doszedłem do wniosku, że to światło latarni ulicznej. Podniosłem żaluzję, chciałem się upewnić, że to od niej idą takie odbicia... I wtedy znów ujrzałem tego BOL-a o średnicy 2-3 m, jak poprzednio.

Wyszedłem na korytarz - miałem tam torbę z aparatem fotograficznym. Wyrwałem z niej aparat i pognałem do okna w kuchni. Stamtąd widziałem lepiej ten BOL, nie był on idealnie okrągły - wystawały zeń jakieś elementy.

Gdybym powiedział, że był to jakiś obiekt ze stuprocentową pewnością - nie mogę. Powiedzieć, że go tam nie było - też nie mogę... Najdziwniejsze było światło. To było tak, jak w nocy jedzie na was samochód i świeci światłami drogowymi - nie widzicie samochodu, tylko właśnie jej światła. Tak właśnie to odczuwałem - światła są, a za światłami coś się ukrywało. Samo światło oślepiało.

Ile sekund upłynęło - nie wiem. Przygotowałem aparat do zdjęcia, a w głowie lata mi myśl, ze film jest zbyt mało czuły do zdjęć nocnych. Pomyślałem, że będę robił duble. Tymczasem obiekt podnosił się , oddalał od domu i znikł za jakieś 5-6 sekund. Niemal momentalnie. Nie mogę powiedzieć, czy pionowo w górę, czy pod kątem 45°. Ot i wszystko. Postałem jakieś 30 minut przy oknie, a potem się położyłem.

Rano, około godziny dziesiątej, siedzę w kuchni i piję herbatę, a tu dzwoni do mnie sąsiad:
- Parzyłeś w okienko? Jest tam coś niepojętego... - powiada.
Spojrzałem i... Sami rozumiecie, zobaczyć coś takiego pod swym oknem... Jest się czym zdziwić.
Dokładny czas trwania obserwacji? - od 40 sekund do minuty.
Co można jeszcze dodać? Kiedy to się oddalało, to wydawało mi się, że z wierzchu pokazał się ślad w kształcie ogonka, zaś od spodem jakieś kropki. Ile? - tego nie wiem.
Ot, i wszystko. Pozostały tylko zdjęcia kręgów. Robiłem zdjęcia z okna i z ziemi - spójrzcie sami.






K. Awdiejew
„UFO Riealnost’”, nr 3/1991


Sprawa jest szalenie ciekawa, ale z drugiej strony nie nowa, bowiem niemal identyczne piktogramy miałem okazję widzieć kilka razy na... piasku plaży w rejonie Dziwnowa, jeszcze w latach 1986-87. Wtedy sądziłem, że są to formacje stworzone przez fale i wiatr, a ich regularność zrzuciłem na karb przypadku. Dziś sądzę, że być Obcy sygnalizowali nam swą obecność właśnie tworząc takie piktogramy na piasku. A teraz następna relacja z Kijowa.


UFO pojawiły się w Kijowie i pozostawiły ślady!
(z materiałów dochodzenia ufologicznego)


Rankiem, dnia 6 lutego 1997 roku, pracownicy Przedszkola nr 629 na Prospekcie Korolowa 8A w Kijowie znaleźli na podwórku 4 ogromne kręgi na śniegu, złożonych z mnóstwa współśrodkowych okręgów. Największy z nich mierzył 100 m średnicy.

10 lutego pracownicy lokalnej TV sfilmowali i sfotografowali te zagadkowe kręgi i tego samego dnia pokazano je w ukraińskiej TV.

Na prośbę deputowanego Stiepana Kuźmicza Tkaczenko i jego kolegów, udałem się na to miejsce wraz z dziennikarzami gazety „Kijiwskie Wiedomosti” Natalią I. Kurolenko i Siergiejem W. Starostienko.

Na miejscu przywitała nad kierowniczka przedszkola, pani T. M. Chmieliewskaja, która opowiedziała nam o tym wydarzeniu. Niestety, w związku z nagłym ociepleniem - temperatura od kilku dni utrzymywała się na poziomie +6°C - śnieg roztajał i udało się nam zobaczyć i obfotografować kilka fragmentów kręgów.

Wypytywaliśmy wszystkich sąsiadów Przedszkola nr 629, czy nie widzieli czegoś dziwnego w nocy 5/6 lutego i znaleźli się świadkowie, którzy opowiedzieli nam, że w tamtą noc, około godziny 4:00 obudził ich niezwykły hałas i widzieli oni w oknach jaskrawe światło, dobiegające od strony przedszkola. Rankiem ujrzeli dziwne ślady na śniegu, które sfotografowano. Dotarliśmy do dyrektora telestudia „Kupoł” Wiktora Michajłowicza Pawlenki, który udostępnił nam zdjęcia tych kręgów.




Na zdjęciach tych wyraźnie widać było jasne pasma śniegu i ciemne pasma gruntu, które układały się w wyraźny rysunek współśrodkowych kręgów. Wykonano je w śniegu o grubości pokrywy 3-5 cm. Szczególnie dobrze był widoczny mały krąg w śniegu, otoczony trzema systemami wielkich współśrodkowych kręgów. Każdy z nich zawierał 17 współśrodkowych ciemnych kręgów wolnych od śniegu. Średnica kręgu wynosiła około 8 m. Podłożem pod śniegiem były kwadratowe betonowe płyty o wymiarach 1 x 1 m. W odległości 120-130 cm od małego kręgu znajdował się największy krąg. Kręgi były w niewielkiej odległości jeden od drugiego, ale nie stykały się ze sobą. Średnica największego z nich sięgała 100 m! - składał się on z 50 pasm na przemian jaśniejszych i ciemniejszych. W kilku miejscach z centrum formacji odchodziło kilka jakby dróżek ku brzegowi kręgu. Jedna z nich wiodła na północ, druga do centrum małego okręgu - na pd-wsch.  Ścieżki te składały się z 6-8 jaśniejszych i ciemniejszych pasm. Wyglądało na to, że wykonano je dokładnie w tym samym czasie, co kręgi. W centrum największego kręgu znajdowała się depresja w ziemi o średnicy około 30 cm. (Była widoczna dokładnie, kiedy roztajał na tym miejscu śnieg.) Nie jest wykluczone, że w tym miejscu nastąpiło silne, ale krótkotrwałe nagrzanie się gruntu. Ziemia w niej była silnie zmielona i przypominała szary, drobny pył.

Najciekawsze było to, że kręgi powstały tak, jakby nie przeszkadzała im w tym rosnąca tam roślinność - krzewy i krzewinki. Człowiek nie byłby w stanie tego zrobić tak, by osiągnąć taki efekt... W niektórych miejscach kręgi wnikały w ściany 2- piętrowego domu, a następnie z nich wychodziły nie zmieniając formy i kierunku. Należy tutaj nadmienić, że śnieżne pasma były pokryte cienką warstewką przeźroczystego lodu.

Na terenie podwórka, przy ogromnej wierzbie, znajdowały się jeszcze dwa kręgi, ale ich rozmiary były znacznie mniejsze od tego największego. Gdyby nie było śniegu, to tych kręgów również nie byłoby widać, tzn. one nie były odciśnięte w gruncie, tylko w leżącym na nim śniegu.

Analiza tego anomalnego zjawiska wykazuje, że kręgi te zostały utworzone sztucznie. Na pewno wykonały je UFO i to przy pomocy czegoś w rodzaju lasera pracującego w niewidzialnych zakresach promieniowania: UV i IR. Pochłonęło to kolosalne ilości energii, bowiem należało roztopić całą masę śniegu zalegającą na powierzchni ponad 200 m²!

Powyższe potwierdzają zeznania pewnego świadka, który w tą noc widział nad Kijowem przelot kilku jaskrawych świateł. Do tego, jak mi powiedział szef Głównego Centrum Hydrologiczno-Meteorologicznego Sił Zbrojnych Ukrainy płk Jurij Wasiliewicz Łuniew , który zajmuje się badaniami NOL-i zgodnie z rozkazem MON Ukrainy, w tą noc radary oplot. wychwyciły przelot nad Kijowem kilku UFO. Należy do tego dodać, że radary nie zawsze wykrywają NOL-e przy ich zaobserwowaniu na optycznej.

Władimir Grigoriewicz Ażaża opowiedział mi także, że takie kręgi w śniegu znaleziono w dzielnicy Moskwa - Tuszyno, zaś na Ukrainie podobne kręgi odnotowano dwukrotnie na rzece Mża, o czym powiadomili go charkowscy ufolodzy. Co ciekawsze, w dniu 5 lutego zapowiedziałem kijiowskim dziennikarzom kolejny UFO-flap  na Ukrainie! I tak na drugi już dzień, moje przewidywania stały się rzeczywistością! Poza tym tu opisanym wydarzeniem, otrzymałem wiadomość z Marimpola, że 30 grudnia 1996 roku wielu mieszkańców tego miasta widziało wiszący nad miastem obiekt, który pozostał nieznanym do dziś dnia...

Siergiej Paukow
„Anomalija”, nr 11(143)/1996


        
Kręgi pojawiły się nie tylko na Prospekcie Korolowa, ale także na ulicy Wolności

Nim udało się nam zakończyć tematykę tajemniczych kręgów, które pojawiły się w lutym na Jużnoj Borszczagowkie, nasza redakcja otrzymała kolejne zdumiewające zdjęcia z Moskwy, z archiwum znamienitego ufologa Władimira Ażaży. Przekazał je nam jego kijowski kolega Siergiej Paukow.

Wczesnym rankiem, 21 grudnia 1991 roku, mieszkaniec Moskwy Konstantin Awdiejew wyjrzał z okna swego mieszkania na VIII piętrze domu na ulicy Wolności  i ujrzał... To poprzedziły dziwne wydarzenia, które rozegrały się wieczorem: nad podwórzem coś się świeciło, potem pokazała się świetlista kula o nieregularnym kształcie. Oślepiające światło, które emitował NOL nie pozwalał na dokładne przyjrzenie się detalom jego budowy. Kula wisiała przez jakiś czas nad podwórkiem, ale potem szybko wzniosła się w górę i znikła po jakichś 5-6 sekundach. I pozostawiła po sobie kręgi.


I jeszcze przypomnijmy dokumentalne zeznanie z Ukrainy, gdzie na rzece Mża zauważono NLO i pozostawione przezeń kręgi na lodzie...

Natalia Kurolienko
„Kijiwskie Wiedomosti”, 1997 r.

Przekład z j. rosyjskiego –

Robert K. Leśniakiewicz ©

niedziela, 1 września 2013

LODOWY KRĄG NA NOSSAN I PRZESTRZELINA W LJUSAN



Clas Svahn


Wciąż fascynującą zagadkę stanowią dziwne formacje lodowe znajdowane na rzekach w Szwecji. Traktuje o tym artykuł z UFO-Aktuellt nr 1/2005 pt. Issnurra i Nossan och hål i Ljusan.



Na kilka minut przed szóstą rano, dnia 5 marca 2005 roku, Nils Lundmark jechał sankami wzdłuż rzeki Nossan z Fölende do Herrljunga. Jadąc zobaczył dziwny krąg lodowy w zakolu rzeki i powiadomił o tym UFO-Aktuellt i mnie.
- Początkowo sądziłem, że wypiłem o jedną whisky za dużo – powiedział Nils. – To było takie niewiarygodne.



Zjawisko to sfilmowano i sfotografowano – m.in. zrobiła to pani Eva Carlsson z Fölende. Kręgi lodowe na wodzie odnotowano przez UFO Sverige po raz pierwszy w rejonie Föleneborna i opisano w artykułach na temat obserwacji w rejonie Piteä (1986-1987) oraz w Emån (1995-1996), w których to artykułach udowodniono, że za tymi zjawiskami stoją siły Natury.

Mechanizm powstawania kręgów lodowych jest stosunkowo prosty i łatwy do wytłumaczenia – zob. ryc. Kręgi te powstają w zakolach rzek, gdzie silny prąd powoduje powstawanie wirów wodnych, w których komasują się kawałki lodu (1). W miarę spadania temperatury powietrza i wody, kra scala się w dużą obracającą się masę lodu (2), która uderzając o caliznę lodową ulega wygładzeniu na krawędziach i jednocześnie nadaje to jej niemal idealnie okrągły kształt (3). Kręgi te mogą być wielowarstwowe i tak np. krąg na rzece Piteälven składał się z kilku warstw i miał 15 m średnicy! Wirował on majestatycznie w caliźnie lodowej i sprawiał tym niesamowite wrażenie. (NB, w ten sposób można wyjaśnić także zjawiska zaobserwowane na rzece Mża na Ukrainie, o których pisał Anton A. Anfałow na łamach kilku polskich pism. Niestety, nie wyjaśnia to powstawania takich kręgów na jeziorach... – uwaga tłum.)



Inną zagadką lodową, o której informowano UFO Sverige były tajemnicze przestrzeliny w lodzie. Pokazały się one już w listopadzie na świeżym lodzie rzeki Ljusan koło Lillävens. Jedna z teorii twierdzi, że było to spowodowane uderzeniem meteorytu(ów). Inna twierdzi, ze spowodował je silny wypływ ciepłej wody spod dna. Fenomen ten nie został jeszcze wyjaśniony, a szerzej na ten temat pisałem już w UFO-Aktuellt nr 1/2001.

Foto – Eva Carlsson & Stig Andersson


Przekład z j. szwedzkiego –

Robert K. Leśniakiewicz ©