Powered By Blogger

sobota, 26 stycznia 2013

Czy AL-DAMCAR to SZAMBALLA?




W latach 80. ubiegłego wieku, kiedy w Polsce powiały nowe wiatry i dzięki przemianom polityczno-ustrojowym otwieraliśmy się powoli na świat, miałem niezwykłe szczęście zetknąć się z opowieścią o tajemniczej miejscowości Damcar – na której zamieszkiwali arabscy mędrcy Średniowiecza i Odrodzenia. Pierwszą wzmiankę na jej temat znalazłem w pracy jednego z polskich historyków, która to praca traktowała o alchemii i jej implikacjach naukowych, historycznych, kulturowych, i innych.  Interesujący nas fragment brzmi tak:

Mistycyzm najzupełniej wyraził się w ruchu różokrzyżowców. Różokrzyżowcy pojawili się w 1614 roku, w Kassel w Niemczech w czasie wojen religijnych. Działalność ich zapoczątkowało ukazanie się anonimowych pism skierowanych do uczonych i władców ówczesnego świata. Głośne stało się zwłaszcza dzieło zatytułowane „Fama Fraternitatis, albo Odkrycie najchwalebniejszego Zakonu Różanego Krzyża”, opisujące losy tajemniczej postaci, określanej inicjałami C.R.C.

Owym tajemniczym człowiekiem miał być pewien Holender, urodzony w 1378 roku, który jako młody chłopiec wyjechał na Wschód, gdzie w Damaszku studiował mądrości starożytnych. Odwiedził on również tajemnicze miasto Damcar w Arabii, gdzie został wtajemniczony w najwyższe arkana wiedzy hermetycznej i otrzymał „Księgę M” objaśniającą wszystkie tajemnice bytu.

C.R.C. powrócił do Europy, założył Zakon Róży i Krzyża. Składał się z 8 członków, którzy zaprzysięgli celibat i tajemnicę swej działalności. Wiek jednak minął, wobec czego zakon postanowił zwerbować nowych członków, tym bardziej, że istniała pilna potrzeba zreformowania świata i odrodzenia ludzi...

W następnym, 1615 roku ukazała się dalsza część wyżej wspomnianego „dzieła”. Utwór ów – „Confessio Fraternitatis, albo Wiadomości o Wielebnym Stowarzyszeniu Czcigodnego Różanego Krzyża” – ostrzegał, że różokrzyżowcy są o krok od opanowania Europy i przebudowania jej na obraz Damcaru mądrych Arabów.

Wreszcie w 1616 roku ukazało się „Chemiczne Wesele Christiana Rosenkreutzera, Anno 1459”. Po raz pierwszy też zostało wymienione nazwisko owego domniemanego Holendra i rozszyfrowany jego łaciński odpowiednik: Christianus Roseae Crucis – C.R.C. [...]

Wymienione trzy dzieła sprawiły, że o różokrzyżowcach zaczęto mówić. Przystąpiono również do zwalczania ich, choć – na dobrą sprawę – nikt nie wiedział, czy istnieją i o co właściwie im chodzi, poza dość mglistą zapowiedzią „reformowania świata”. Przeto pojawili się i obrońcy. Gorąco bronił ich alchemik niemiecki Michael Maier (1568-1622), angielski alchemik i mistyk – Thomas Vaughan (?-1666), zaś astrolog angielski – John Heydon opisał nawet swe odwiedziny w podziemnym zamku różokrzyżowców w zachodniej Anglii oraz podróż do złotej siedziby ich zakonu na jakiejś wyspie na Morzu Arabskim. [...]

Różokrzyżowcami byli m.in. Saint Germain vel kawaler Saint-Galt, hr. Alessandro Cagliostro vel Giuseppe Balsamo oraz słynny uwodziciel kobiet, a zarazem alchemik i czarodziej Giacomo Casanova.(=> Z. Zwoźniak – „Alchemia”, Warszawa 1978)



Dalekie echa tych rojeń (czy tylko) można znaleźć na stronach powieści sensacyjnych Antala Szerba (1901-1945), Zbigniewa Nienackiego (1929-1994) i Umberto Eco, którzy z detalami opisali tajemnicze groby, zamki i cuda dokonywane przez różokrzyżowców żyjących co najmniej 120 lat i względnie nieśmiertelnych – dzięki możliwości zapadania w hibernacyjny sen wydłużający wielokrotnie życie! A także (a juści!) o ich skarbach, oczywiście nieprzebranych... (=> A. Szerb – „Legenda Pendragonów”, Warszawa 1987; Zb. Nienacki – „Pan Samochodzik i tajemnica tajemnic”, Warszawa 1975, sfilmowana w koprodukcji polsko-czechosłowackiej w 1988 roku, w reżyserii Kazimierza Tarnasa oraz U. Eco – „Wahadło Foucaulta”, Warszawa 1993) Nie wiadomo, kim naprawdę był ten Różokrzyżowiec – C.R.C. – być może nie było go wcale, a jego nazwisko powstało od słów: Chrześcijański Różany Krzyż – Christiani Roseae Crucis. Wspomniany tutaj Antal Szerb pisze o pierwszym Różokrzyżowcu, iż był to: lekarz-cudotwórca i alchemik, który według „Fama Fraternitatis...” przywiózł z Arabii ze sobą wszelkie mądrości Tajemniczego Grodu, gdzie żyli mędrcy arabscy. Chodziło – rzecz jasna – o Al-Damcar. Jedno jest pewne, że autorem tych różokrzyżowskich traktatów jest niemiecki teolog i ezoteryk, luterański pastor Johann Valentin Andreä (1587-1654) oraz jego ludzie. 

Powołani autorzy oczywiście zajmowali się oni tylko i wyłącznie sensacyjno-przygodową stroną istnienia stowarzyszeń różokrzyżowskich, które – jak pisze Jacek Golędzinowski – opuściły scenę dziejów równie nagły i tajemniczy, w jaki się na niej pojawiły. Wprawdzie – pisze on – działają jeszcze ośrodki ruchu w Anglii i Stanach Zjednoczonych, ale nie towarzyszy im zainteresowanie opinii publicznej w stopniu znanym w przeszłości. (=> J. Golędzinowski – „Jawne historie tajemnych stowarzyszeń”, Łódź 1990) Nie jest to zupełnie ścisłe, bowiem część różokrzyżowskich ansamblei ujawniła swą działalność pod koniec XX wieku – jak np. AMORC, natomiast w dalszym ciągu ponoć tajne są ansamlee należące do tzw. Perskiego Różokrzyża. Ujawnienie się jest związane z – jak to oświadczają – dalszym prowadzeniem prac nad doskonaleniem człowieka i Ludzkości.



Różokrzyżowcy wydają się być strażnikami nie tyle skarbów – o co podejrzewa ich m.in. Umberto Eco, który utożsamia ich z Templariuszami, którzy to po pogromie urządzonym im przez króla Francji Filipa IV Pięknego (1268-1314), jego chciwych ministrów Marigny’ego i Nogareta oraz awiniońskiego papieża Klemensa V (?-1314), po 1307 roku zeszli do podziemia i założyli Zakon Różokrzyżowców – ale tajemnej tradycji, Starożytnej Mądrości i Sekretnej Doktryny, co chociażby widać czarno na białym w opracowaniach ich dotyczących oraz krążących w Internecie.

Czym była i jest ta Starożytna Mądrość Różokrzyżowców? To, co głosili członkowie Bractwa musiało być wywrotowe i powodowało spore zamieszanie, bo  Różokrzyżowców obawiano się jeszcze bardziej, niż masonerii. I problem w tym, że nikt za bardzo nie wiedział, gdzie ich szukać... Sir Brinsley Le Poer-Trench w swych pracach twierdzi, że mądrość ta jest niczym innym, jak wiedzą z Atlantydy, którą Wielcy Wtajemniczeni przekazywali z pokolenia na pokolenie. (=> B. Le Poer-Trench – „Operation Earth”, „Men Among Mankind” i „In My Soul I Am Free”) Osobiście jestem tego samego zdania, z tym jednak, że wiedza ta jest wypatrzona, wykoślawiona, przeładowana symboliką i całkowicie niezrozumiała nawet dla nich samych. Przekazywano ją na tej samej zasadzie, jak przekazuje swą gnozę każda religia, w której po pewnym czasie rytuały i symbolika przesłania sens i treść antycznej czy nawet pra-antycznej wiedzy. Nie ma się czemu dziwić, wszak od czasu zalania wysp Imperium Atlantydzkiego przez wody Atlantyku upłynęło 12.000 lat! – no, a historia Ludzkości też nie sprzyjała przekazywaniu resztek tej wiedzy, że wspomnę tylko prześladowania i represje ze strony Kościoła rzymsko-katolickiego i Inkwizycji. (=> M. Baigent & R. Leigh – „Eliksir i kamień”, Warszawa 1998) W takim kontekście, ów mityczny Al-Damcar jawi się jako azyl Ostatecznej Mądrości w morzu ciemnoty i fanatyzmu religijnego. De facto ów tajemniczy Damcar to zbitka dwóch nazw miast: Damaszku i Kairu = DAMascus + CAiRo, w których przebywał i studiował C.R.C.



 Pierwszy Różokrzyżowiec być może przebywał w tych centrach arabskiej (a w przypadku Kairu także i egipskiej) wiedzy i religii, skąd przywiózł do Europy tamtejszą wiedzę medyczną, astrologiczną, astronomiczną, chemiczną, farmaceutyczną, alchemiczną, itd. itp. Wszak w tych czasach, to właśnie Wschód przodował w tych naukach, że wspomnę tylko Hermesa Trismegistosa (2700 p.n.e.), Osthanesa (500 p.n.e), Ptolomeusza II Philadelphosa (285-246 p.n.e.), Marię Prophetissę alias Marię  Żydówkę (I w p.n.e.), Bolosa-Demokryta alias Pseudo-Demokryta, Komanosa – którzy byli związani z Egiptem, a od VII w n.e. inicjatywę w rozwoju alchemii i nauk pokrewnych przejmują Arabowie: Dżabir ibn-Hajjan vel Geber (760-815), Muhammed ibn-Zakarijael-Razi alias Rhazes (850-925) – to ten właśnie, który oświadczył, ze zna doskonały sposób na robienie złota i został... lekarzem! I dalej: Abu Ali al-Hussajn Ben Abdullah ibn-Sina znany jako Avicenna (980-1037), Abu Dżafar ibn-Tofail i inni. Nie zapominajmy, że sama nazwa alchemia znaczy tylko tyle, co al-Khemeja – z krainy Khem – z Egiptu...

Trzecim ośrodkiem nauk tajemnych była Persja (dziś Irak) i jej „miasta akademickie”: Jundishapur i oczywiście Bagdad. Rzecz jasna C.R.C. nie mógł ich spotkać osobiście, ale mógł zapoznać się (i zapewne zapoznał) z ich pismami, które znajdowały się w arabskich bibliotekach. To właśnie dlatego C.R.C znany jest przede wszystkim jako lekarz. NB, innym słynnym lekarzem stosującym metody leczenia z medycyny arabskiej był Michel de Nostredame z Salon zwany Nostradamusem (1503-1566), znany przede wszystkim ze swych przepowiedni losów Francji, Europy i świata. Arabskie metody leczenia i lekarstwa były znacznie lepsze i skuteczniejsze od europejskich, stąd – jako pogańskie – znajdowały się pod specjalnym nadzorem funkcjonariuszy Świętej Inkwizycji...

 Wspomniany tutaj Jacek Golędzinowski pisze w zakończeniu rozdziału poświęconego różokrzyżowcom, że:
...Powiada się, że autentyczni, oryginalni różokrzyżowcy wyemigrowali do ... Indii (!) zamieniając protestantyzm na buddyzm. Pogląd ten nie wydaje się uzasadniony, bowiem materialne świadectwa działalności Bractwa nie sięgają dalej, niż na wyspę Mauritius. Mistrzowie róży i krzyża najprawdopodobniej stopili się z ruchem wolnomularskim albo też zapadli w sen na kolejne sto lat...
Nie sądzę, by była to prawda. Faktem niezbitym jest obecność ansamblei różokrzyżowskiej na Mauritiusie już od roku 1736, jednakże niewiele wiadomo o jej działalności poza tym, że włączono do niej także kobiety, a jedna z nich Leonia Constantia była Kapłanką Claremont i Mistrzynią Loży. Kolegium to znane jest ze swej działalności od 1794 roku. (=> http://www.S.R.I.A.ChristianRosecreuz.htm) Wyspa Mauritius znajduje się na Oceanie Indyjskim, mniej-więcej gdzieś w połowie drogi pomiędzy Afryką a Indiami. Wyspa została odkryta przez Portugalczyków w 1505 roku. Skolonizowana została przez Holendrów w 1638 i nazwana imieniem księcia Maurice de Nassau. Francuzi kontrolowali wyspę podczas XVIII wieku i zmienili jej nazwę na Ile de France. Wyspa została odebrana przez Brytyjczyków w 1814 i przywrócono jej dawną nazwę. Czyżby więc legendarnym al-Damcarem był właśnie Mauritius? Być może, ale nie wytrzymuje to krytyki, natomiast...



Wzmianka o Indiach i konwersji na buddyzm brzmi w tym kontekście bardzo prawdopodobnie, bowiem Różokrzyżowcy poszukiwali także źródeł wszelkiej Wiedzy Dawnej a Tajemnej, a ta ostatnia znajdowała się (wedle ich wiedzy) zawsze na Wschodzie – także w Indiach, Tybecie i Mongolii. Jeżeli więc Wielcy Mistrzowie dowiedzieli się – a na pewno się dowiedzieli – od podróżników i mistyków w rodzaju Mikołaja Roericha (1874-1947) i jego syna Georgija, Mikołaja Notowicza, śri Svami Abhedananda (1866-1939) czy Ferdynanda Antoniego Ossendowskiego (1878-1945), itd. o istnieniu krainy mędrców zwanej Szamballą – Aghartą, to doszli do wniosku, że to właśnie jest ów al-Damcar – kraina Mędrców ze Wschodu, w której przebywały takie postacie historyczne, jak Paspa, książę Siddartha Guatama vel Siakyamuni zwany Buddą (566-486 p.n.e.), sułtan Zahir ud-din Muhammad alias Baber (1483-1530) i Issa (Jezus) z Nazaretu zwany Chrystusem i inni... (=> „Nieznane życie Jezusa”, Zakopane 1993; F. A. Ossendowski – „Przez kraj ludzi, zwierząt i bogów”, Poznań 1930) A zatem trop wiedzie może nie tyle do Indii, ale do Azji Środkowej w ogóle – od Śri Lanki do Mongolii i od Chin do Afganistanu. To tam bije źródło wiedzy dawnej, wielkiej i zagadkowej, a pochodzącej być może ze świata, którego już nie ma...

Czyż jest to przypadek, że właśnie tam hitlerowscy uczeni prowadzili dziwne poszukiwania wszelkich informacji na temat podziemnego świata Agharti i tajemniczych broni hinduskiej Starożytności? Nie, to nie przypadek. Hitlerowskie kierownictwo doskonale zdawało sobie sprawę z tego, że takie bronie istniały kiedyś na tej planecie (chociażby z poematów „Mahabharata” i „Ramayana”) i gorączkowo poszukiwało każdej wskazówki, każdego strzępu informacji, który wskazałby drogę do możliwości jej ponownego wyprodukowania i użycia. To pewnik. Czy po to samo – starożytną wiedzę i mądrość cywilizacji z czasów Atomowych Wojen Bogów (a tak naprawdę tylko ludzi wyposażonych w nieprawdopodobne możliwości techniczne przerastających możliwości zrozumienia ludzi z XIX i XX stulecia) – udali się także Wielcy Mistrzowie Zakonu Różokrzyżowego? Kto wie, czy to nie oni nie dopuścili uczonych spod znaku swastyki oraz sierpa i młota do tych źródeł wiedząc, czym jest brunatny i czerwony totalitaryzm i to, że historia powtarza się tyle razy, ile tylko może. (=> Al. Mora – „Atomowe wojny bogów”, w „Kamenie”, Lublin 1979/80; M. Jesenský – „Bogowie atomowych wojen” Ústi nad Labem 1998) Wydaje mi się, że jest to jedno, jedyne logiczne wyjaśnienie ich exodusu do Indii i zmiany wyznawanej religii. I tylko pozostaje pytanie: czy znaleźli oni tam swój Damcar i źródło wiedzy – Dawnej Wiedzy, którego tak poszukiwali? I co z nią zrobią – czy zachowają ją dla siebie i ku doskonalenia Ludzkości, czy też porzucą ją na zawsze wiedząc, że może ona wyrządzić Ludzkości więcej szkód, niż pożytku? Oto jest zagadka historyczna na miarę naszej epoki.

* * *

Zagadka ta jest nadal nie rozwiązana, chociaż…

Pojawiło się pewne światełko w tunelu i zamierzam nim podążyć. Jest nim stwierdzenie i udowodnienie faktu przebywania Templariuszy u naszych południowych sąsiadów. Rycerze Świątyni Salomona zamieszkiwali Słowację – wtedy Górne Węgry – i byli na żołdzie królów węgierskich. Budowali swe komandorie i klasztory nieopodal granic Polski – te niewiele się zmieniły od XII wieku i zapewne wpływy Templariuszy mogły sięgnąć także Krakowa… I to właśnie tam – w ruinach słowackich hradów i dokumentach pozostałych po Czerwonych Mnichach ze słowackich podań i legend – należałoby szukać wskazówek co do rozwiązania wielu zagadek związanych z Templariuszami i tajnymi stowarzyszeniami, które powstały na bazie ich zakonu, a które przechowywały dawną wiedzę uzyskaną przez nich na Wschodzie.



Te badania już trwają, i bez względu na ich rezultat, i tak wydarliśmy kolejną tajemnicę historii i udało się nam ją przedstawić publiczności – mowa o potwierdzeniu pobytu Rycerzy Świątyni na Słowacji – a że te historie są ze sobą powiązane jak liny jedna z drugą, to sądzę, że gdzieś wśród słowackich kopców znajduje się niejedna informacja na interesujące nas tematy i przed nami jest jeszcze niejedno odkrycie…     

piątek, 25 stycznia 2013

Północna Szamballa: ziemia nieznana


Lokalizacja masywu Łujawrurt na Półwyspie Kola


Dimitrij Sokołow

Szamballa to mityczna kraina znajdująca się w Tybecie, w której mieszkają Wielcy Nauczyciele prostujący drogi Ludzkości. Zgodnie z legendą, jest ona widzialna i dostępna tylko dla świętych ludzi.

We wrześniu 2012 roku mija równo 90 lat od ekspedycji Aleksandra Barczenki na Półwysep Kola. To była najbardziej zagadkowa ekspedycja z epoki Związku Radzieckiego. Wszystkie jej materiały są ukryte w archiwach do dziś dnia. Znany podróżnik i geolog Aleksandr Gurwic przez ponad 50 lat badał i zbierał wszystkie dostępne materiały o tej wyprawie. Teraz zdecydował się podzielić swymi odkryciami z naszym korespondentem.

Dokładna mapa masywu - jego kształt sugeruje, ze jest to dawno wygasły wulkan


Atomowe i psychotroniczne bronie „tych dawnych”


Pytanie: Aleksandrze Borysowiczu – kto i w jakim celu zorganizował tą ekspedycję?
Odpowiedź: Zgodnie z informacjami, które uzyskałem z wielu nowo odkrytych źródeł, we wrześniu 1922 roku specjalny (ultratajny) oddział WCzK wysłał w centrum Półwyspu Kola, w rejon górskiego masywu Łujawrurt/Łowozierskije Tundry unikalną ekspedycję. Dowodził nią Aleksandr Wasiliewicz Barczenko – wszechstronnie utalentowany człowiek: biolog, geograf, geolog, historyk i pisarz. Jego zastępcą do spraw naukowych był Aleksandr Aleksandrowicz Kondiajn – astrolog i astronom, tłumacz z kilku języków w tym hindi, chińskiego i japońskiego. Przede wszystkim przed Barczenką postawiono zadanie: znaleźć magazyn „wiedzy tych dawnych” i znaleźć w nim informacje na temat technologii wytwarzania atomowej i psychotronicznej broni masowego rażenia – jakbyśmy to dzisiaj nazwali. 



A. W. Barczenko i uczestnicy jego wyprawy


P.: Czy udało się wykonać to zadanie?
O.: Tego nikt nie wie na pewno, bowiem wszyscy uczestnicy i organizatorzy tej ekspedycji zostali rozstrzelani w latach 30., a archiwa tak ekspedycyjne jak i prywatne wpadły w głąb pancernych szaf NKWD. Zasłonę tajemnicy rozpostartą nad tą ekspedycją nieco odkrył artykuł profesora Moskiewskiego Państwowego Uniwersytetu Walerija Diemina, opublikowana w 1997 roku z gazecie „Nauka i religia”.


Uratowane zapiski


I tak ekspedycja została sformowana w Piotrogrodzie, i w 1921 roku wyjechała do Murmańska. Rok spędzono tam na przygotowaniach: zakupach ekwipunku, przyrządów naukowych, żywności, naborze uczestników i przewodników. Oficjalną „przykrywkę” ekspedycji wydało Murmańskie Gubernialne Towarzystwo Ekonomiczne, które wydało ekspedycji wszelkie zezwolenia i pełnomocnictwa do ekologicznego (??? – chyba ekonomicznego, w tamtych czasach nie istniało jeszcze pojęcie ekologii – uwaga tłum.) przebadania regionu przylegającego do łowozierskiego powiatu. Na początku września 1922 roku badacze przebyli 65 km łodziami na jeziorze Luujävr/Łowoziero (60°02’N - 035°00’42”E – przyp. tłum.) i zdesantowali się na brzegu zatoki Motka-guba. Tutaj właśnie rozbito obóz-bazę, z którego wyznaczono radialne trasy poszukiwań. (Dokładną mapę tego terenu Czytelnik może znaleźć na stronie 

Masyw Łujawrurtu i święte jezioro Siejdoziero

P.: Skoro wszystkich uczestników rozstrzelano, a archiwa utajnione, to skąd wiadomo o marszrutach ekspedycji?
O.: O nich dowiedziałem się z resztek zapisków Aleksandra Kondiajna, części jego dziennika, który zdążył on przekazać swojej rodzinie z Permu przed aresztowaniem. Dzisiaj bez tego trudno byłoby cokolwiek powiedzieć na temat dokładnych marszrutach ekspedycji rejonie Łujawrurtu, o znaleziskach i odkryciach. Wszystkie prośby B. N. Demina o otrzymanie zezwolenia na zaznajomienie się z archiwum Barczenki i z materiałami ekspedycji zostały odrzucone.


Kwiat lotosu


Wydarzenia związane z ekspedycją do Północnej Szamballi przyszło mi odtwarzać literalnie po ziarnkach prawdy. Zwłaszcza cenną była informacje, które uzyskałem z prac A. P. Tomaszewskiego bezpośredniego uczestnika wyprawy Nikołaja Roericha w Himalaje, generała-majora Narkomatu (Narodowego Komisariatu – ministerstwa w ZSRR – przyp. tłum.) G. I. Siniegubowa, Ł. M. Wiatkina – podpułkownika lotnictwa polarnego, teraz historyka i pisarza… Pomogły także prace niemieckiego historyka Arnolda Schotza i fińskiej badaczki Christiny Lechmus – dokładnie odpowiadające na pytanie: dlaczego Barczewko w poszukiwaniu wiedzy dawnych ludzi skierował się w konkretne miejsce, a nie przeszukiwał metr po metrze cały Półwysep Kolski. Schotz znalazł w bibliotece Uniwersytetu Laplandzkiego dzienniki Nikołaja Roericha. W nich opisał on swoją podróż do Karelii w okresie od 1917 do 1918 roku; tam właśnie wspomina się, że Roerich także przebywał w Łujawrurcie i znalazł tam zamurowane wejście do tego magazynu wiedzy z kamiennym zamknięciem z kształcie kwiatu lotosu.
P.: A co ma do tego Barczenko i jego ekspedycja?
O.: Dokładnie wiadomo, że Roerich znał Barczenkę z jego działalności literackiej, bowiem obaj udzielali się w jednym z piotrogrodzkich dzienników. Najprawdopodobniej Roerich przekazał Barczence namiary na wejście do tego magazynu wiedzy „tych dawnych”. Według Christiny Lechmus – Roerich w czasie swego pobytu w Karelii bywał w helsińskim uniwersytecie (w tym czasie cała Karelia należała do Finlandii i dopiero w czasie Wojny Północnej w latach 1939-40 znaczna jej część została zaanektowana przez ZSRR – przyp. tłum.) i tam w archiwum historycznym o bardzo ograniczonym dostępie, znalazł on relację o ekspedycji z tego uniwersytetu do Łujawrurtu w lecie 1897 roku, pod kierownictwem ornitologa Johana Palme.

Nikołaj Roerich - pierwszy badacz tajemnic Szamballi


Tajna baza


P.: Ile mamy Szamballi w świecie?
O.: Wyliczenia uczonych zajmujących się tym tematem mówią o tym, że takich Szamballi na Ziemi mamy siedem – po jednej na każdym kontynencie. Do dziś dnia znanych jest pięć miejsc możliwej lokalizacji Szamballi:
v w Tybecie (50 km od Lhassy);
v w Egipcie – w rejonie Asuańskiej Zapory i Elektrowni Wodnej;
v na Półwyspie Kolskim (Łujawrurt);
v na Antarktydzie – rejon stacji Łazariewskaja, i na koniec…
v …w Peru – w rejonie jeziora Titicaca. 
(ze swej strony mógłbym dorzucić jeszcze kilka innych, jak choćby rejon Babiej Góry w Polsce, Wielkiej Fatry na Słowacji, pogranicze chińsko-mongolsko-kazachsko-rosyjskie, pogranicze afgańsko-pakistańskie, Uluru w Australii… - słowem takich lokalizacji może być o wiele więcej, niż tylko siedem – przyp. tłum.) Co się tyczy Północnej Szamballi, to była ona zlokalizowana przez niemieckiego geografa Hermanna Wirtha, założyciela znanego towarzystwa okultystycznego Ahnenerbe, już w latach 30. (Wirth tak jak pozostali dwaj współzałożyciele Ahnenerbe był nazistowskim pseudonaukowcem i szarlatanem, a po wojnie został uznany za zbrodniarza wojennego, podobnie jak całe stowarzyszenie Ahnenerbe – przyp. tłum.) Przygotowania do jej zdobycia Niemcy zaczęli już w 1939 roku, rozmieszczając na Półwyspie Kola w zatoce Zapadnaja Lica sekretną bazę dla okrętów podwodnych, pod kodową nazwą Basis Nord. Dowódcą bazy został wyznaczony gen. Karl Haushofer – jeden z największych specjalistów z zakresu „dawnej wiedzy”. (I jednocześnie architektów doktryn politycznych III Rzeszy, a także przymierza antykominternowskiego oraz jednym z ludzi bezpośrednio odpowiedzialnych za wybuch II Wojny Światowej  – przyp. tłum.) Ten sam, który organizował i wysyłał szereg oficjalnych i sekretnych ekspedycji do Tybetu. Poprzez terytorium Norwegii, a potem wzdłuż wybrzeża Półwyspu Kola wiodła droga zaopatrzeniowa – w ten sposób do Basis Nord napływały: sprzęt, żywność, paliwo, amunicja, dla pełnej obsady garnizonu bazy. Wraz z początkiem wojny w 1941 roku, Niemcy ruszyli w kierunku Łujawrurtu, ale ich tam nie dopuszczono.


Tajemniczy kamień - ołtarz ofiarny znaleziony w okolicach świętego jeziora Siejdoziero


Łujawrurt i Siejdoziero – droga w nieznane


W przekładzie z języka Saamów łu oznacza burzliwy, javr – jezioro, a urt – góra, a wszystko razem – góra przy burzliwym jeziorze. Jest to wygasły 300 mln lat temu wulkan (niektóre źródła podają 400 MA – przyp. tłum.), który w dniu dzisiejszym jest już mocno nadgryziony erozją. Całkowity obszar lawowego wylewu i korpusu wulkanu liczy sobie 550 km². Masyw wznosi się nad tundrę na 1000 kilometrów (pomyłka w druku – najwyższy szczyt Angwundasczorr mierzy sobie jedynie 1120,6 m – przyp. tłum.) i tworzy on górskie cyrki. Wewnątrz masywu znajduje się kotlina o powierzchni 40 km², wypełniona wodami Siejdoziera (w języku Saamów Siejdjärv co oznacza: siejd – święty, järv – jezioro – święte jezioro. W literaturze polskiej spotkałem się z nazwą Jezioro Duchów – przyp. tłum.) do którego wpada 12 rzek i potoków, które nie zamarzają nawet w noc polarną. (Ten fenomen jest łatwy do wyjaśnienia – najwidoczniej wulkaniczne ciepło jeszcze przebija się przez skorupę ziemską – przyp. tłum.)

Cały masyw górski jest poprzecinany głębokimi szczelinami. Północno-zachodnia część jeziora jest odgrodzona potężnym skalnym murem, na którym doskonale odcina się czarna sylweta saamskiego olbrzyma Kujvy, o wysokości 74 metrów. Według saamskiej legendy, dawno, dawno temu napadli na nich jacyś „dziwni cudzoziemcy”, ale główny szaman swoimi zaklęciami przygwoździł „nieziemskiego potwora” do kamiennej ściany, albo zaklął jego ducha w kamień. Być może właśnie dzięki tej legendzie powstała nazwa jeziora – Siejdjärv. Saamowie boją się tego miejsca, omijają je dużym kołem, zaś turystom nie rekomendują fotografowanie Kujvy.

P.: Tak więc gdzieś koło tej figury na skale należałoby poszukać wejścia do podziemi podziemnej pracywilizacji?
O.: Zgadzam się, wszak o tej czarnej figurze wzmiankowali w swych dziennikach Johan Palm, Roerich i zastępca ds. naukowych ekspedycji Barczenki – Aleksandr Kondjain… Osobliwość reliefu Kujvy jest jeszcze w tym, że on nie niszczeje pod wpływami atmosferycznymi, w odróżnieniu od skały, na której się on znajduje. ..

Ale główną osobliwością Łowozierskiej Tundry jest jej magmatyczny cokół o średnicy 6 km. Geolodzy twierdzą, że wulkan ten wyrzucał ultrapłynną lawę, która wylewa się na powierzchnię ziemi bez wybuchów i popiołów wulkanicznych, podobnie jak krem wylewający się z rurki. Dlatego tam nie powinno być jakichkolwiek kraterów. W tym czasie skład chemiczny lawy wskazuje na to, że w czasie stygnięcia w lawie powstają szczeliny, a to sugeruje, że w magmatycznym cokole Łujawrurtu mogą istnieć wewnętrzne pęknięcia, wysokie do 30 m i o powierzchni powyżej 1 km² - wielkich, naturalnych sal… Być może to właśnie w nich znajduje się Nieznane.


Źródło – „Tajny XX wieka”, nr 37/2012, ss. 26-27
Przekład z j. rosyjskiego –
Robert K. Leśniakiewicz ©   

czwartek, 24 stycznia 2013

Bomba dla towarzysza przewodniczącego


Przywódca ZSRR Nikita Chruszczow - Szalony Niki, jak nazywali go zachodni dyplomaci...


Iwan Barykin

Pierwszy w świecie reaktor jądrowy zbudowano w 1942 roku na Uniwersytecie Chicago w USA. Reaktor nie miał systemu chłodzenia i pracował na minimalnej mocy.
- My wam pokażemy kuźkinu mat’! - To zdanie rzucone przez N. S. Chruszczowa z trybuny Zgromadzenia Ogólnego ONZ pół wieku temu wprawiło w osłupienie cały świat.
- „Co radziecki przywódca miał na myśli?”, „Kim jest matka Kuźmy?”  - krzyczały nagłówki wszystkich gazet świata.


Wyrób 602


Ten typowo rosyjski idiomat był niezrozumiały dla przeciętnego mieszkańca świata. Te pogróżki, wzmocnione dodatkowo postukiwaniem butem Chruszczowa po mównicy, nabrały złowieszczego charakteru. On oczywiście nie miał na myśli małego, wrednego żuczka, nalanka czarnego (Anisoplia austriaca), który jest szkodnikiem zbóż, i nie jego matkę – a coś bardziej realnego. To Nikita Siergiejewicz wyjaśnił w dniach Kryzysu Karaibskiego, kiedy to świat stał na krawędzi wojny termojądrowej:
- My was imperialistów, pochowamy!

Jak zamierzał tego dokonać, okazało się w czasie jego oświadczenia na XXII Zjeździe KPZR. W tym samym dniu, na Nowej Ziemi zdetonowano ładunek termojądrowy, który 10.000 razy przewyższał swą mocą bombę atomową zrzuconą na Hiroszimę. Wyrób 602 – taki nadano kryptonim tej bombie termojądrowej – mógł w mgnieniu oka zetrzeć z powierzchni ziemi Nowy Jork i inne przylegające doń miasta. Z lekkiej ręki Nikity Chruszczowa, bombie nadano nazwę Kuźkina mat’, choć jej konstruktorzy nazwali ją Iwan.

Pewnego razu miałem okazję spotkać się ze specjalistą od ładunków nuklearnych, weteranem przedsięwzięć podwyższonego ryzyka, płk N. G. Kosteckim.
- Prace nad złożeniem Wyrobu 602 – opowiadał on – zaczęły się w 1954 roku w nuklearnym centrum badawczym Czelabińsk-70, choć Snieżyńsk – gdzie znajdowało się nuklearne centrum – nie miał niczego wspólnego z Czelabińskiem. Snieżyńska nie znajdziecie na żadnej mapie świata. Jest on odcięty od świata gęstym lasem, głęboka tajemnicą, zasiekami z drutu kolczastego, wieżami obserwacyjnymi i punktami kontrolnymi na wjeździe. Mieszkają w nim uczeni-jądrowcy wraz z rodzinami, którzy podpisali lojalkę o nieujawnianiu tajemnicy.

Poligon atomowy na Nowej Ziemi


W tajnej kuźni nuklearnej tarczy


Nikołaj Georgiewicz okazał się być bardzo interesującym rozmówcą. Pół życia spędził on na nuklearnych poligonach.
- Latem 1961 roku, Wyrób 602 był gotowy – opowiadał dalej. – Wyglądało to jak zwykła bomba, takich tutaj było na kopy, chociaż ta w czymś przypominała rekina z podłużnym, błyszczącym korpusem, ogonem i swymi rozmiarami – 12 metrów długości. (W takim razie i przy takich wymiarach pasowałaby do niej nazwa Megalodon – uwaga tłum.) Jej moc – 100 Mt TNT – (sto milionów ton trotylu – przyp. tłum.). Uczeni obawiali się, że po takiej eksplozji nasza planeta „wyskoczy z szyn”, to znaczy z orbity. Ale Chruszczow nie ustępował: Jak trzeba będzie, to zrobicie nawet bombę na tysiąc megaton. Tylko tak pogrzebiemy imperialistów. Nikita Siergiejewicz nie myślał, że z nas też nic nie zostanie. Ale „setka” go piliła, bo chciał zameldować o niej na zjeździe partii. Powstało pytanie o miejscu detonacji Kuźkinyej mati. Nie było nad tym specjalnej dyskusji – oczywiście na Nowej Ziemi! Powierzchnia 82.600 km2, cały archipelag – to jeden wielki poligon. Ale w strefie rażenia o promieniu 1000 km znajduje się Workuta, Dudinka i co najważniejsze – Norylsk z jego kombinatem miedzio-niklowym (i diamentowym – przyp. tłum.) A port Dickson znajduje się w odległości 500 km. Tak więc zdecydowano zrobić połowę tego ładunku – zamieniono 2 tony uranu-238 na dwie tony ołowiu. Moc bomby spadła, lecz nie do 50, ale do 57 Mt. No i wreszcie nadszedł Dzień X. Wczesnym rankiem na naszych oczach mamaszę wywiózł na platformie wojskowy ciągnik i z wielką ostrożnością wywiózł na lotnisko. Tam już na nią czekał strategiczny bombowiec Tu-95M. Luki bombowe trzeba było pozostawić otwarte – bomba ledwie się mieściła. Z ziemi wyglądało to tak, jakby gigantyczny jastrząb niósł w szponach ogromne jajko…


Car Bomba i porównanie jej mocy z mocą bomby atomowej Little Boy i  bomby wodorowej Castle Bravo zdetonowanej na archipelagu Marshalla


Wierzchem na bombie


Jak potem opowiedział Kosteckiemu dowódca bombowca, ppłk Andriej Durnowcew – było śmiesznie lecieć można powiedzieć – wierzchem na bombie. A nuż wybuchnie? – toż to nawet molekuły po nas nie zostaną… Czas lotu znów nie taki długi, a ciągnie się strasznie. No i wreszcie rejon celu – półwysep Suchoj Nos.   
       
Zrzut! Bomba poleciała z wysokości 10.500 m i zanurzyła się w gęstej pierzynie obłoków. System dużych spadochronów zmniejszył prędkość jej opadania.
- Trzeba było szybko odlecieć, bo inaczej walnie w nas fala uderzeniowa i spalimy się w diabły. Boże – przenieś nas i ratuj! Za 188 sekund będzie wybuch na wysokości 4000 metrów, a my oddaliliśmy się tylko na 115 km. Mało – pomyślał Durnowcew. – Naraz samolotem szarpnęło jak nie wiem co, ledwie wyrównaliśmy. Dobiegł do nas straszliwy huk, cud ze nie rozerwało nam bębenków w uszach. Twarze oblał nam żar. Daleko na dole zauważyliśmy rozszerzającą się kulę ognia w kolorze jasnopomarańczowym, u której pojawiła się grubiejąca nóżka. Co działo się w rejonie zrzutu, to można sobie było tylko wyobrazić. Jak później opowiadali chłopaki z samolotu-laboratorium – a mieli oni za zadanie sfilmować tą jądrową Apokalipsę – ziemia w promieniu dziesiątków kilometrów stopiła się i wyglądała jak ślizgawka. Zginęła połowa pogłowia reniferów, których ilość przed wybuchem wynosiła około miliona. Stada ptaków w czasie wybuchu spłonęły w powietrzu. Znajdujące się w odległości 100 km od epicentrum czajki oślepły. Padły tysiące białych niedźwiedzi. Przez całe lata wozili potem na kontynent poparzonych promieniowaniem Nieńców. Wszyscy oni sądzili, że spod ziemi wyszedł wtedy duch Omol.

Teraz, ponad pół wieku później, my zadajemy pytanie: po co to wszystko było? Zadowolić rozdęte ambicje Nikity Chruszczowa? Prawdę powiedziawszy, ten ostatni był bardzo zadowolony z wyniku eksperymentu. Co więcej – oświadczył, że na tym nie poprzestanie. I wydał polecenie dokonania prac nad projektem bomby o mocy 1000 Mt, 109, miliarda ton czyli kolejny rząd wielkości – 1 Gt – gigatony TNT! Dzięki Bogu, po trzech latach przyszedł na jego miejsce L. I. Breżniew i odwołał ten rozkaz. Ale Amerykanów my przestraszyliśmy. Tam doskonale rozumieli, że Rosjanie nigdy nie użyją takich bomb, bo w przeciwnym przypadku na Ziemi nie zostanie nikt: zginie cała Ludzkość.
- Czym się zakończył ten lot dla dowódcy tego Tu-95 i jego załogi? – zapytałem Kosteckiego.
- Hmmm… czym? Wytartował w ten dzień majorem, a wrócił jako podpułkownik. Jego i zastępcę przedstawiono do orderu Bohatera Związku Radzieckiego. Tylko, że nie długo pożyli, jak i pozostali członkowie załogi. Wszyscy dostali potężne dawki promieniowania. Dostało się także załodze samolotu-laboratorium. U wielu rozwinęła się ostra choroba popromienna. Pozostały, jak pamięć po nich, zrobione zdjęcia z Apokalipsy…



Wybuch Car Bomby i fazy tworzenia się grzyba poeksplozyjnego, który dosięgnął pułapu 50 km, dzięki czemu radioaktywny fall-out rozprzestrzenił się na całą północną hemisferę Ziemi... 


Pokojowe urządzenia Kosteckiego


Nikołaj Gieorgiewicz był człowiekiem skromnym. Nie był gdzieś na stronie w czasie eksperymentów i nie został pułkownikiem za piękne oczy. Ale nie chciał o tym mówić, zmienił temat na pokojowe próby nuklearne. Dowiedziałem się zatem, że laureatem Państwowej Nagrody został on za sporządzenie nowych konstrukcji urządzeń nuklearnych do celów pokojowych. Większość z nich zamierzano wykorzystać przy budowie magistralnego kanału, którym wody syberyjskich rzek byłyby skierowane do wysychającego Morza Kaspijskiego. Jednakże ten projekt nie był wykorzystany. Pieniądze przeznaczone na ten projekt skierowano na budowę BAM-u. Ale i tak jego urządzenia posłużyły krajowi. Podziemnym wybuchem jądrowym otworzył on ogromne złoże rudy w Apatytach. Rudę zaczęto wydobywać po dwóch latach po dekontaminacji terenu. Na Uralu po odpaleniu ładunku jądrowego we wnętrzu góry powstała wielka jama (kamuflet), z której odpompowano miliony metrów sześciennych gazu. W Uzbekistanie wybuchem atomowym zamknęli gazową fontannę, która paliła się przez dwa lata. Ładunki Kosteckiego przywracają życie starym polom naftowym, w których było jeszcze dużo czarnego złota…


Jak „ułożyli… 16 marynarzy”


I wszystkich tych rzeczy dowiedziałem się w czasie jednego ze spotkań z Nikołajem Gieorgiewiczem. Zapytałem się go, czym się zajmował przez długie lata, zanim  zajął się pokojowymi wybuchami atomowymi.
- W końcu lat 50. na poligonie w Kapustin Jarze przeprowadzaliśmy próby morskiej rakiety z głowicą jądrową. Potem w nie uzbrojono nasze SSBN. W celu skontrolowania prób rakiety w warunkach morskich, imitujących morskie kołysanie, na jednym z obszarów poligonu był zamontowany unikalny system urządzeń wahliwych. Według zadanego programu, urządzenia te imitowały kołysanie, jakiemu są poddane okręty podwodne na morzu. Doświadczenia prowadzone w głębinach Oceanu Światowego wykazały, że ustawione na SSBN rakietowe systemy są w stanie przeprowadzić uderzenie jądrowe z każdego miejsca Wszechoceanu. Czasami zdarzały się w czasie badań nienormalne sytuacje. W latach 70. na poligonie na Nowej Ziemi zostały zdetonowane megatonowe rakiety na potrzeby Marynarki Wojennej – wspomina Nikołaj Gieorgiewicz. – Dwa ładunki poleciały i eksplodowały, jak trzeba, ale start trzeciego nie przebiegł tak jakbyśmy chcieli i to z wielu przyczyn. Trzeba było szybko wyjechać i zbadać przyczyny i zapobiec możliwości samoczynnego wybuchu. Przypominaliśmy w tym momencie samobójców. Po pierwsze dlatego, ze złowieszczy ładunek mógł eksplodować w każdej chwili, po drugie – w sztolni – w której po dwóch pierwszych ładunkach nagromadziła się ogromna ilość promieniotwórczych substancji. Włożyliśmy specjalne antyradiacyjne kombinezony i weszliśmy do boksu. Przed nami ujrzeliśmy fantastyczny obraz: głowicowa część rakiety wisiała na łańcuchach, a pod nią był skruszony przez falę uderzeniową granit. Wystarczyło odłączyć w głowicy źródła zasilania, ale nie mieliśmy gwarancji, że łańcuchy nie wytrzymają i rakieta nie spadnie na spąg. Przewidując to położyliśmy na spąg 16 materaców. Położyliśmy je i zabraliśmy się za główne zadanie. I właśnie wtedy doszło do niemal komicznego zdarzenia. Dostaliśmy rozkaz natychmiastowego przerwania robót. Młoda szyfrantka pisząc teleks do Moskwy o położeniu pod głowicę 16 materaców popełniła czeski błąd w ostatnim słowie i wyszło jej „16 matrosów”! Admirał przeczytał to, złapał się za serce i wychrypiał: - NATYCHMIAST PRZERWAĆ ROBOTY!

Wyszli ze sztolni jednak cali w skowronkach. Dostali niezłe dawki radioaktywności, ale głowicę unieszkodliwili.

Zdarzało się niemało drugich nieszczęśliwych sytuacji wymagających od nich poświęcenia i heroizmu. O takich właśnie ludziach pracujących przy ładunkach i doświadczeniach atomowych, główny konstruktor z nuklearnego centrum badawczego E. I. Zababachin powiedział: Dlatego właśnie nie było Trzeciej Wojny Światowej, bo byliście wy – projektanci jądrowej tarczy.


Źródło – „Tajny XX wieka”, nr 37/2012, ss. 4-5
Przekład z j. rosyjskiego –
Robert K. Leśniakiewicz © 

środa, 23 stycznia 2013

Eskadra UFO startowała z Księżyca?


Okolica Księżyca, z której wystartowała eskadra NOK


Coś zaskakującego dzieje się na naturalnym satelicie Ziemi.

Od dłuższego czasu Księżyc bombardowany jest przez niezidentyfikowane obiekty! Coś zaskakującego dzieje się na naturalnym satelicie Ziemi. W sieci aż roi się od nagrań ukazujących dziwne zjawiska, zachodzące wokół Srebrnego Globu, których na razie nie udało się nikomu w sposób racjonalny wytłumaczyć. Pojawiło się natomiast mnóstwo – mniej lub bardziej absurdalnych – teorii spiskowych. Najpopularniejsza z nich głosi, że Księżyc jest bombardowany przez UFO.

Niezawodni internauci poruszyli kwestię coraz większej liczby tajemniczych obiektów, które krążą wokół Księżyca. Zauważają oni, że wzrasta liczba nagrań, na których dostrzec można zagadkowe punkty. Bywa, że przelatują one obok najbardziej zbliżonego do Ziemi ciała niebieskiego lub sprawiają wrażenie oddalania się od niego. Co ciekawe, bywa także, że obiekty zmierzają w jego kierunku, a potem – jak się wydaje – uderzają w niego.
Wiele osób sugeruje, że nie trzeba nawet przygotowywać swojego materiału, by stwierdzić, że coś z tym naszym Księżycem jest nie tak. Liczne anomalie można odnaleźć również, przeglądając profesjonalne filmy, pochodzące np. z kamer NASA umieszczonych przy Międzynarodowej Stacji Kosmicznej.

Szczególnie spektakularny wydaje się materiał, który zadebiutował we wrześniu 2012 r. Widać na nim trzynaście świetlistych punktów, które oddalają się od Księżyca. Film, który został umieszczony w serwisie YouTube, wyświetlono ponad 750 tysięcy razy. Jego autor stwierdził, że do jego nakręcenia wykorzystał teleskop oraz profesjonalną lustrzankę. Zapewnił też, że nie manipulował przy obrazie. (Źródło – http://nnka.wordpress.com/2013/01/20/cos-zaskakujacego-dzieje-sie-na-naturalnym-satelicie-ziemi/)


Przebieg startu i odlotu eskadry NOK z okolic krateru Keplera...


...i ten sam widok w powiększeniu - obiekty są wyraźnie widoczne na tle Księżyca, co oznacza, że doskonale odbijają światło albo że świecą same...


* * *

Owszem, obejrzałem sobie ten film – jest bardzo spektakularny. Przedstawia rzeczywiście jakieś obiekty wylatujące z krateru Kepler - 08°06’ N - 038°00’ W. Jest to jeden z najciekawszych kraterów uderzeniowych – stosunkowo młody, bowiem otacza go promienista aureola, podobnie jak krater Kopernika czy Tycho. Mierzy on 32 km średnicy i 2600 m głębokości. Jego dziwność polega na tym, że właśnie w jego okolicy zaobserwowano wiele TLP – krótkotrwałych fenomenów księżycowych.

Na filmiku zamieszczonym na YT - http://www.youtube.com/watch?feature=player_embedded&v=CtyFQRkhW9g widzimy kilkanaście punktowych obiektów wylatujących od strony Księżyca, a dokładniej od strony głównego krateru Keplera. Ich lot jest początkowo prostoliniowy, a potem zaczyna się lekko zakrzywiać. Ciekawe, czym są te obiekty?

Zakładając, że film jest autentyczny i nie zrobiono w nim jakichś „poprawek”, to należy stwierdzić, że daje on do myślenia. Oczywiście poza UFO w postaci Nieznanych Obiektów Kosmicznych - NOK mogłyby to być albo bryły materiały wulkanicznego wyrzucone erupcją z komina wulkanu z prędkością przewyższającą prędkość ucieczki z Księżyca – czyli ok. 2,4 km/s. Należy zauważyć, że trajektoria tych brył jest zakrzywiona, a zatem te NOK podlegają prawu ciążenia i księżycowej grawitacji…

Druga możliwość, to ucieczka z księżycowego pola grawitacyjnego materii wybitej impaktem jakiegoś meteoroidu w powierzchnię Srebrnego Globu. Takie wydarzenia mają swe miejsce i na Ziemi znajdujemy meteoryty stanowiące odłamki materii wybitej uderzeniem meteoroidów ze skorupy Księżyca. Wydaje się, że wyjaśnienie to jest zadowalające.

Jest jednakże małe ale, a mianowicie – gdyby doszło do erupcji, to musielibyśmy widzieć także erupcję gazów jej towarzyszących. Tego na filmie nie widać. Podobnie w przypadku impaktu też musielibyśmy zauważyć najpierw lecący meteoroid, a potem błysk impaktu i podniesioną nim chmurę materii poimpaktowej. Tego nie zauważyłem. A zatem przyczyna tego zjawiska musi być inna. Jaka? – tego na razie nie wiem.      

wtorek, 22 stycznia 2013

Tajemnice jeziora Issyk-Kul


Tajemnicze jezioro Issyk-Kul z wysokości orbity...


Erik Aubakirow

Kirgiski epos „Manas” składa się z 500.000 wersów i jest objętościowo większy od takich światowych eposów jak „Iliada” i „Odyseja” (20-krotnie), „Szachname” (5-krotnie) czy „Mahabharata” (2,5-krotnie).

O jeziorze Issyk-Kul istnieje wiele legend. W każdym nabrzeżnym osiedlu możecie usłyszeć swoje własne, inne od wszystkich, legendy i mity. Są to opowieści o pięknych dziewczynach, które tęskniąc do prawdziwej miłości rzucały się ze skały; o smokach zamieszkałych w jeziorze; o młodzieńcach, którzy przekształcili się w wiatry… Niektóre z tych legend mają swoje realne podstawy.

... i na mapie


Mogiła Czyngiza Chana


Istnieje kilka faktów historycznych, świadczących o tym iż wspaniałe pogrzeby Czyngiza Chana na Ordosie były inscenizowane, zaś ciało wielkiego wodza wraz z nieprzeliczonymi bogactwami zostało ukryte w nieznanym miejscu. Gdzie archeolodzy i łowcy skarbów ich nie szukali tej mogiły! – i w Mongolii, i w Chinach, i w Kazachstanie. Ale kirgiscy staruszkowie są przekonani, że mogiła wielkiego wodza znajduje się pod falami jeziora Issyk-Kul.

Opowiadają, że syn chana Czagataj wywiózł ciało ojca do podlegających mu ziem issyk-kulskich, kazał wykonać mu trumnę z bardzo rzadkiego drzewa – górskiej arczy, do której złożono doczesne szczątki wielkiego zdobywcy. Widziałem nawet deski z arczy, którą tutaj nazywają tał. Koszyki wyplatane z tału dobrze trzymają wodę i są bardzo odporne.

Grób władcy i jego skarby złożono w jakiejś jaskini, zamurowano a następnie zalano wodą jeziora. Jak mówi legenda, wszystkich uczestników pogrzebu zamordowano, by tajemnica nie została wyjawiona. Z ich głów został zrobiony na brzegu kurhan. Takie to czasy i takie też prawa…

Czy jest to prawda, czy nie – nie wiadomo. Ale kiedy tylko mówią o grobie wielkiego zdobywcy, to ja zawsze wspominam uśmieszek i słowa jednego z torie (tak w Kazachstanie nazywają potomków Czyngiza Chana):
- Gdzie znajduje się prawdziwa mogiła Czyngiza Chana wie wielu ludzi. Setki a może i tysiące. Ta tajemnica jest przekazywana z pokolenia na pokolenie, z ojca na syna, z dziadka na wnuka. Wiedzą, ale nic nie powiedzą, a to dlatego, że jej otwarcie wyzwoliłoby krwiożercze duchy wojny, nienawiści, śmiercionośnych chorób i innych nieszczęść i bestialstwa. Kiedy otwarto grób Tamerlana w Samarkandzie, to na drugi dzień zaczęła się dla nas Wielka Ojczyźniana Wojna. (22 czerwca 1941 roku – przyp. tłum.) A przecież Czyngiz Chan był o wiele potężniejszy od „Żelaznego Timura”…

Jezioro urzeka ludzi swym majestatycznym pięknem


Zatopione miasta


Tamerlan był na Issyk-Kulu co najmniej trzy razy – w 1376, 1389 i 1392 roku. Długo i bezskutecznie usiłował on podbić tamtejsze plemiona, a wszystkie jego pochody kończyły się jednym i tym samym – kiedy pojawiały się jego wojska, plemiona udawały się na koczowiska, kiedy odchodziły – plemiona powracały. Tak więc „żelazny kulawiec” na jednej z wysp zbudował twierdzę, gdzie – wedle pogłosek – trzymał swe skarby i znacznych jeńców wojennych. Potem ta wyspa poszła pod wodę.

I rzeczywiście – na dnie jeziora znaleziono wielką ilość zatopionych średniowiecznych i starożytnych budowli. Pod wodami Issyk-Kulu znajduje się dawna stolica Skifousuńców - Czigu. Tam tez znajdują się rozmyte przez wody kurhany, w których chowano Skifosaków, a także cudownie zachowane przedmioty z ich czasów: brązowe toporki i naramienniki, samo-ostrzące się kindżały-akinaki, i inne artefakty w tym złote płytki funkcjonujące jako pieniądze.

Issyk-Kul ma swój unikalny, mało zbadany, obieg wody, której poziom już to podnosi się już to opada. Proces ten może przebiegać powoli lub szybko- jako rezultat procesów tektonicznych, których efektami jest przemieszczanie się gigantycznych mas wody z jezior leżących powyżej. Przy tym dochodzi do zatapiania terenów przybrzeżnych. Przychodzi czas, i woda odchodzi, ludzie powracają na brzegi jeziora, a za jakieś 500-700 lat wszystko znowu znajduje się pod wodą.

Zdumiewająca przeźroczystość wody pozwala dostrzec budowle, które znajdują się na dnie wielometrowej głębiny. Dzięki oszukańczemu efektowi załamania światła wydaję się one całkiem blisko. Zanurkuj – i dosięgniesz je ręką.

Płyta kamienna z wyrytym na niej krzyżem Nestorian. Dziwnie przypomina on krzyż jaki był na herbie Ubogich Rycerzy Świątyni Salomona - Templariuszy...



Skarb chrześcijan-nestorian


W 1218 roku, do Doliny Czujskiej wdarł się 25-tysięczny korpus Mongołów dowodzony przez jednego z najlepszych dowódców Czengiza Chana – Dżebe (Strzała). Wraz z nim znajdował się tam syn chana – Czagataj. Mnisi z chrześcijańskiego monastyru w mieście Sujab i co bogatsi mieszkańcy zdecydowali się na ucieczkę przed groźnymi najeźdźcami. Załadowali złotem, srebrem i innymi drogocennymi przedmiotami karawanę z 200 jucznych wielbłądów oni ruszyli północnym brzegiem Issyk-Kulu w kierunku Kaszgary. Ale Mongołowie mieli wyczulony węch na złoto. Jeden z konnych oddziałów zablokował drogę i mieszkańcy miasta znaleźli się w okrążeniu wraz z nestoriańskimi mnichami.

Nocą wspólnie ukryli na brzegu lub zatopili na płyciźnie część swoich skarbów. Rankiem karawana ruszyła w góry i zatrzymała się przy jaskini, z której wypływała bystra rzeka. Na czas jakiś puścili jej wody innym korytem, a pozostałe skarby ukryli na dnie rzeki i przykryli kamiennymi płytami, poczym znów przywrócili rzece jej dawny bieg. Na jednej z płyt pozostawili swój znak – krzyż. Skarb był zatopiony.

A po Rewolucji Październikowej w 1917 roku, w krajach tych pojawił się jakiś awanturniczy prorok, który miał mapę Issyk-Kulu, na którą naniesiono miejsce ukrycia tych skarbów.

W latach 20. pojawili się poszukiwacze z takąż mapą. Pokazali ją w miejscowym Urzędzie Geologicznym i nawet otrzymali licencję na poszukiwania. W jaskini, która na mapie została oznakowana krzyżem znaleźli oni złoty młotek, który przekazali władzom. I na tym się to skończyło. Dalszych robót poszukiwaczom zabroniono, cofnięto licencję, a wszystkie informacje o tym utajniono.


Mogiła apostoła Mateusza


Z mnichami Nestorianami jest związana jeszcze jedna zagadkowa historia. Istnieje tzw. „Atlas Kataloński” sporządzony i wydany przez średniowiecznych autorów w 1375 roku, w którym dokładnie pokazano jezioro Issyk-Kul. A obok jeziora schematycznie wyrysowano klasztor. W języku katalońskim napisano tam, że miejsce to nazywa się Issykul, na brzegach którego znajduje się klasztor ormiańskich braci, w którym znajdują się doczesne szczątki św. Mateusza – apostoła i ewangelisty. (Jak podaje to Wikipedia - Nie wiadomo, gdzie i w jaki sposób zmarł apostoł. Według niektórych autorów poniósł męczeńską śmierć w Etiopii, według innych w Persji, będąc ścięty mieczem. Cerkiewna historiografia podaje jako datę jego śmierci rok 60, chociaż jest ona tylko przybliżona. Od X wieku jego grób znajduje się w Salerno – przyp. tłum.) Skąd pojawiły się te informacje u Hiszpanów, tego nie wiadomo.

Jak wiadomo, po wniebowstąpieniu Jezusa, jego uczniowie rozeszli się jako misjonarze w różne strony, do różnych krajów, niosąc wiarę chrześcijańską na cały świat. Ktoś tam poszedł do Rzymu, ktoś tam poszedł na Zachód, do Galii i Brytanii, a apostoł Mateusz – ten sam od Ewangelii – poszedł na południe, do afrykańskiej Etiopii. Po jego śmierci, jego ciało zamknięto w srebrnej trumnie i ona za jakiś czas została przetransportowana do klasztoru na brzegach Issyk-Kulu.

W 1850 roku, kataloński atlas znajdujący się w Wenecji, dokładnie zbadał młody rosyjski kartograf Piotr Siemienow. Jego ciągnęło coś na Wschód. Zwiedził on całą Azję Środkową, jako pierwszy z europejskich uczonych zbadał góry Tiań-Szań, za co otrzymał zaszczytny przydomek do swego nazwiska: Siemienow – Tiańszański.

Stworzył on bazę w mieście Wiernyj (Ałma-Ata) i co roku odbywał ekspedycje nad Issyk-Kul. Istnieje hipoteza, że został on członkiem jakiegoś tajnego, okultystycznego stowarzyszenia i szukał w jeziorze potężnego przez swe moce artefaktu – tej samej srebrnej trumny doczesnymi pozostałościami św. Mateusza Ewangelisty. Czy Siemienowi – Tiańszańskiemu udało się znaleźć mogiłę apostoła, czy ona wraz z monastyrem Nestorian skrywa się pod wodą – nie wiadomo.


Torpeda – widmo


Opowieści o smoku mieszkającym w głębinach jeziora istniały od zawsze, choć mało kto w nie wierzył. Jednak w czasie ostatnich 40 lat na wskroś pragmatyczni i realistyczni ludzie zaczęli twierdzić, że w jeziorze znajduje się jakiś duży obiekt, jakaś duża kryptyda. W mitycznego potwora wierzyli jednak tylko turyści przybywający z daleka. Miejscowi szeptali pomiędzy sobą o drugim, jeszcze groźniejszym monstrum.

W czasie II Wojny Światowej, do Ałma-Aty ewakuowano cały szereg zakładów przemysłowych, w tym także Taganrożską Fabrykę im. S. M. Kirowa wyspecjalizowanej w produkcji torped. Po wojnie fabryka ta pozostała już w mieście, z czasem zostając jednym z wiodących zakładów produkujących ten rodzaj broni w ZSRR. Ale zanim oddano torpedy do produkcji, przeprowadzano z nimi doświadczenia na wodzie. Idealnym poligonem doświadczalnym był Issyk-Kul. W oddalonym miejscu na jego południowym brzegu stworzono bazę Marynarki Wojennej, w której prowadzono doświadczenia. Do wyławiania zatopionych torped istniała specjalna brygada nurków. Pewnego razu tajna torpeda zatonęła i oni nie mogli jej znaleźć. Od tej pory wszystkie torpedy zaczęto oznaczać światłami odblaskowymi.

A tymczasem zatopiona torpeda w czasie silnych sztormów wypływa na powierzchnię wody i kiwa się jak boja na falach. Nie przedstawia ona niebezpieczeństwa, bowiem nie ma głowicy bojowej, ale stwarza ona iluzję jakiegoś morskiego potwora.


Ryby-monstra i cyjanamid


W latach 30. ubiegłego wieku uczeni-ichtiolodzy wpuścili do jeziora kilka gatunków ryb, z których większość zginęła, ale kilka gatunków przeżyło. Doskonale poczuł się w Issyk-Kulu pstrąg z armeńskiego jeziora Sewan. Potem ryba zmutowała się i stała się agresywna i zębata – pożera przede wszystkim miejscowe endemiczne gatunki ryb. Z tego powodu pstrągi stały się duże – nurkowie twierdzili, że napotykali w głębinie na dwumetrowe sztuki!

Pod koniec maja 1998 roku, do rzeki Barskoon wpadającej do jeziora wskutek awarii wpadł dwutonowy kontener z cyjanamidem (CaCN2 – cyjanamid wapnia znany także jako azotniak – przyp. tłum.) – zgodnie z oficjalnymi danymi zmarły cztery osoby, a ponad 2000 uległo zatruciu w różnym stopniu. I na próżno minister od ekologii Kirgizji występował w TV twierdząc, że cyjanamid szybko się zneutralizuje, pił szklankami wodę z rzeki, a nawet się wykąpał w zimnej wodzie. Sezon turystyczny tego roku był do niczego.

Wiele tajemnic i zagadek kryje jezioro Issyk-Kul i nie ma ono żadnego interesu w tym, by objawić je człowiekowi.

Jego przejrzysta, krystaliczna woda, chłodne górskie powietrze, gorące słońce – są wieczne. Były tutaj przed nami i będą także po nas. Nad jego gładzią rozpostarła się aura spokoju, wyciszenia i miłości…


Źródło – „Tajny XX wieka” nr 36/2012, ss. 26-27
Przekład z j. rosyjskiego –
Robert K. Leśniakiewicz ©