Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą meteoryt. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą meteoryt. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 lutego 2025

Meteoryt „Pułtusk”

 


Stanisław Bednarz

 

W dniu 30 stycznia 1868 roku w okolicach Pułtuska spadł największy meteoryt na ziemiach polskich zwany jako meteoryt „Pułtusk”. Tego dnia około godziny 19-tej mieszkańcy wsi w okolicach Pułtuska: zobaczyli kulę ognistą, która stawała się wielka jak księżyc w pełni i tak jasna, że nie można na nią było patrzeć. Potem światło zgasło i usłyszano potężną przewlekłą detonację, zakończoną serią odgłosów przypominających wystrzały karabinowe lub werble.

Mieszkańcy wsi słyszeli świst spadających setek kamieni o ziemię, dachy i drzewa, lód na Narwi. Meteoryt eksplodował  w warstwach atmosfery  i zamienił się w tzw. deszcz meteorów kamiennych. Jest do dzisiaj uznawane jako największy deszcz meteorytów  na  świecie. Bolid leciał z południowego zachodu na północny wschód  widoczny był od Wrocławia po Królewiec  w postaci kuli ognia z długim ogonem. Warszawiacy wybiegli z domów myśląc że jest pożar ponieważ barwa zmieniał się z białej na ciemnoczerwoną. 

Obszar spadku fragmentów, tzw. elipsa rozrzutu, wynosił 127 km² i jest zobrazowany na załączonej mapie. Masę całkowitą rozdrobnionych fragmentów obliczono na 8863 kg, a ich ilość na kilka tysięcy. Największe fragmenty spadły w okolicach wsi Rzewień. Największy okaz ważący 9,09 kg znajduje się w Muzeum Historii Naturalnej w Londynie, w Warszawie w Muzeum  PAN - 8,10 kg, ponadto w Muzeum w Berlinie znajduje się okaz o wadze 8,07 kg. Był to meteoryt kamienny  typu chondrytów  z udziałem żelaza a, jego planetoida macierzysta była planetoida (6) Hebe z pasa planetoid pomiędzy Marsem i Jowiszem. Miejsce upadku do dzisiaj przyciąga dziesiątki poszukiwaczy, ponieważ te fragmenty są w dużej cenie na giełdach.  Na  pokazanym medalu zaznaczone jest 10 miejsc w Polsce upadku wielkich meteorytów, ale ten jest największy. Mieszkaniec Warszawy z ulicy Dobrej  zobrazował przelot bolidu co jest załączone.

 


Meteoryt Pułtusk - elipsa rozrzutu odłamków

Moje 3 grosze

 

(6) Hebe - to duża (205 × 185 × 170 km) asteroida z tzw. głównego pasa planetoid, zawierająca około 0,5% masy całego pasa. Jednak ze względu na jej pozornie wysoką gęstość właściwą (większą niż gęstość Księżyca), Hebe nie znajduje się wśród dwudziestu największych asteroid pod względem objętości. Wskazuje to na niezwykle zwarty, solidny obiekt, który nie ucierpiał z powodu kolizji, co nie jest typowe dla asteroid tej wielkości – zazwyczaj są one luźno związanymi stertami gruzu.

Pod względem jasności, Hebe jest piątym najjaśniejszym obiektem w pasie asteroid po Weście, Ceres, Iris i Pallas. Ma średnią wielkość opozycji +8,3 mag., co odpowiada średniej jasności Tytana. Hebe została odkryta 1 lipca 1847 roku przez Karla Ludwiga Hencke, jako szósta odkryta asteroida (stąd jej numer w nawiasie).[1]

W tym kontekście ciekawa jest wzmianka o dużej gęstości Hebe. Hebe składa się w dużej części ze skał krzemianowych i kompozytów żelazowo-niklowych. Wikipedia podaje jeszcze jeden ciekawy fakt, otóż 5 marca 1977 Hebe zasłoniła gwiazdę Gamma Ceti (jasność +3 mag.). Podczas obserwacji tego zjawiska Paul Maley znajdujący się o kilkaset kilometrów od głównego pasa zakrycia i śledzący bliską koniunkcję planetoidy z gwiazdą zauważył dodatkowe półsekundowe zakrycie tej gwiazdy, co – zdaniem obserwatorów – świadczyło o posiadaniu przez planetoidę księżyca. Według tej obserwacji obiekt miałby około 20 km średnicy i w momencie zakrycia znajdował się mniej więcej 900 km od planetoidy. Nazwano go roboczo „Jebe”. Nie udało się jednak potwierdzić istnienia tego satelity.[2]

Istnieje możliwość, że Meteoryt „Pułtusk” był właśnie takim księżycem Hebe i wskutek impaktu czy działania grawitacji innej planetoidy zerwał więź grawitacyjną z macierzystą asteroidą i poleciał w kierunku Ziemi.

 

sobota, 26 października 2024

Jeszcze o pozaukładowym meteorycie

 


 

W swoim artykule Jan Stradowski podaje, że odtajniono dane o niezwykłym zdarzeniu. W 2014 r. w atmosferze Ziemi spłonął obiekt spoza Układu Słonecznego! Dowództwo Kosmiczne Stanów Zjednoczonych przyznało, że w 2014 r. na niebie nad Papuą-Nową Gwineą pojawił się obiekt pozaukładowy. To meteoryt półmetrowej średnicy, który pochodził spoza Układu Słonecznego.

Jak dotąd jednym z dwóch znanych obiektów 1I/‘Oumuamua, który pojawił się niedawno, sławę zawdzięcza dwóm cechom. Pierwszą jest jej ogromna prędkość, większa niż wynikałaby z działania sił grawitacyjnych. Obserwacje wykazały, że obiekt ten porusza się z szybkością 93 tys. km/h (~25,83 km/s) i cały czas przyspiesza. Przyspieszanie uważa się za skutek stałego wyrzucania z niej gazu i pyłu.

Drugą dziwną cechą, jaką ma ten obiekt spoza Układu Słonecznego, jest jego nietypowy kształt. Przypomina wydłużone i spłaszczone cygaro. Czy to przypadek? Prof. Abraham Loeb, astrofizyk z Harvardu, spekulował publicznie, że ‘Oumuamua może być wrakiem statku kosmicznego zbudowanego przez pozaziemskie cywilizacje. Kometą zainteresował się nawet instytut SETI. Jednak obserwacje nie wykazały niczego, co sugerowałoby, że mogłaby być tworem sztucznym.

W rekordach CNEOS, które przejrzał Amir Siraj był tam zapis o meteorycie, który 8 stycznia 2014 r. został zaobserwowany nad wyspą Manus, S 02°04’ – E 146°54’. Siraj spostrzegł, że miał on nadzwyczaj dużą prędkość. Oszacowano ją na ok. 209 tys. km/h (~58,06 km/s). Oczywiście dane te były utajnione z wiadomych względów.

Rozpoczęła się kilkuletnia walka biurokratyczna o odtajnienie danych. Ostatecznie jednak USSC oficjalnie przyznało, że w 2014 r. nad Ziemią spłonął półmetrowy meteoryt pozaukładowego pochodzenia. Prof. Loeb planuje wyprawę w celu znalezienia tego meteorytu lub jego szczątków.

 

Wyspa Manus

Moje 3 grosze

 

Byłoby cudownie dopaść wreszcie jakiś okruch materii spoza Układu Słonecznego. Artykuł ten jest z 2022 roku. Jak dotąd wyprawy nie zorganizowano i meteorytu nie odnaleziono. Trudno się dziwić, nie zapominajmy, że chodzi o ogromny obszar Pacyfiku o głębokości 1000 - 2000 m i więcej. Technicznie rzecz nie jest łatwa – przypominam jak trudne były poszukiwania malajskiego Boeinga-777 zaginionego w 2014 roku…

Poza tym kwestia rozmiarów. Inkryminowany obiekt 1I/‘Oumuamua ma jakieś 400 m długości, zaś Meteoryt Papua-Nowa Gwinea tylko 0,5 m średnicy.

Kolejna kwestia – jego prędkość wtargnięcia w atmosferę naszej planety. Wynosiła ona 58 km/s z ułamkiem. Rzeczywiście, dość wysoka zważywszy fakt, że średnia prędkość skał z nieba wynosi około 30-40 km/s. Ale prędkość ta wcale nie jest najwyższa, bo jeszcze szybszymi są:

v θ-Centaurydy (60 km/s),

v η-Akwarydy (66 km/s),

v τ-Cetydy (66 km/s),

v τ-Akwarydy (63 km/s),

v Lipcowe Pegazydy (70 km/s),

v Perseidy (59 km/s),

v π-Erydanidy (59 km/s),

v Aurygidy (66 km/s),

v Wrześniowe Perseidy (64 km/s),

v δ-Aurygidy (64 km/s),

v ε-Geminidy (71 km/s),

v Orionidy (66 km/s),

v Leo Minorydy (62 km/s),

v Leonidy (71 km/s),

v α-Monocerydy (60 km/s),

v σ-Hydrydy (58 km/s),

v Coma Berenicydy (60 km/s).

Jak widać, jest tego trochę. A do tego można by doliczyć meteoryty z roju Antyhelion, których średnia prędkość wynosi wprawdzie 30 km/s, ale mogą się trafić jakieś szybsze bryły… Tak czy owak, przy takiej prędkości meteor mógłby się rozlecieć już w górnych warstwach atmosfery i rozproszyć na dużej powierzchni Ziemi. No chyba że…

Chyba że jest to jakiś fragment tzw. ciemnej materii, która wcale nie musi być tą hipotetyczną, mityczną ciemną materią, ale zwyczajną – tyle że zbudowaną z superciężkich pierwiastków z tzw. Drugiej i Trzeciej Wyspy Stabilności – o Z > 110, tzn. mających powyżej 110 protonów w jądrze i więcej. Teoretycznie takie pierwiastki są możliwe, aliści nikt ich jeszcze nie widział, ale z kolei badanie gęstości niektórych asteroid – np. (33) Polihymnia wskazuje na to, że znajdują się tam pierwiastki o gęstości większej niż gęstość osmu, a zatem być może będące z Wysp Stabilności. Takie pierwiastki mogą powstać w czasie kolizji gwiazd neutronowych albo na samym początku istnienia Wszechświata, bądź innych wszechświatów, który przybyły do naszego. Tego nie możemy wykluczyć.

I jeszcze jeden przypadek, który należałoby dodać do sprawy istnienia na Ziemi obiektów pozaukładowych. Jest to sprawa tzw. Meteorytu Grenlandzkiego. Pisałem o nim tak:

Inną, niemniej frapującą ciekawostką był Meteoryt Grenlandzki, który spadł na Ziemię w dniu 7 lub 9 grudnia 1997 roku na Grenlandię. Nie byłoby w tym niczego dziwnego, gdyby nie fakt, że energia tego impaktu wyniosła około 20-25 kt TNT - czyli więcej, niż energia wybuchu bomby atomowej Little Boy, która zamieniła w perzynę Hiroszimę. Najciekawszym jest jednak to, że informacje tą zdjęto ze światowego serwisu informacyjnego PAP w ciągu 2 godzin! - tak, że podał ją jedynie nasz „Super Express” piórem red. Ewy Jabłońskiej. Potem w jednym z pism ukazał się artykuł na temat poszukiwań tego właśnie meteorytu na Grenlandii, ale którego - ponoć - nie znaleziono. To dziwne, ale powinien pozostać jakiś ślad impaktu na lodowym pancerzu Grenlandii - jednak go nie było, ergo albo meteoryt eksplodował w powietrzu, jak Tunguski Meteoryt, albo nie był to żaden meteoryt, albo był to jakiś satelita wojskowy Rosjan, Amerykanów czy Chińczyków, a może nawet Atlantydów?... na razie to sprawa z „Archiwum X” i nie widać rozwiązania.

Pan Roman Rzepka jest zdania, że 9 grudnia 1997 roku na Grenlandię w okolicy miejscowości Nuuk (d. Godthåb), na N 64°20’ – W 054°30’, spadł meteoryt, który poruszał się z niezwykłą prędkością w atmosferze Ziemi - aż 56 km/s (znów!!!). Wychodzi więc na to, że meteoryt ten pochodził z głębin Galaktyki! Szczątków meteorytu nie znaleziono – podobno… i to właśnie było argumentem „pro” dla ortodoksyjnych uczonych  twierdzących, że takich meteorytów po prostu nie ma… - bo nie mają one prawa przedostać się w głąb Układu Słonecznego. Uczonego, który pracował w renomowanym Instytucie im. Nielsa Bohra w Kopenhadze – dr. Larsa Lindberga Christiansena za wygłoszenie poglądu o tym, że to był meteoryt pozaukładowy, po prostu zwolniono z pracy w trybie natychmiastowym…

Jak dotąd, to sprawa Meteorytu Grenlandzkiego jest otwarta. Podejrzewam, że został on jednak znaleziony i podzielił los wszystkich niewygodnych ortodoksyjnej nauce artefaktów w rodzaju „sześcianu Gurtla” czy „kuli z Żabna” - został zniszczony lub kiśnie gdzieś na dnie piwnicy Instytutu Nielsa Bohra albo jakiejś amerykańskiej bazy lotniczej…

Na szczęście są jeszcze prawdziwi uczeni, którzy może je znajdą?

No właśnie. A ja chciałbym jeszcze powrócić do mojego pomysłu, który ukazał się parę lat temu na łamach „Meteorytu”. Chodziło mi o to, że niejeden meteoryt mógłby być znaleziony… na hałdach pokopalnianych n a Śląsku czy Lubelszczyźnie, słowem tam, gdzie coś się wydobywa spod ziemi. przecież wiek Ziemi wynosi te 4,5 mld lat, zaś wiek pokładów węgla sięga Karbonu, a zatem przez ten czas mogło zlecieć z nieba nawet kilka tysięcy meteorytów. Wystarczy po prostu przeszukać odrzuty z urobku i znalazłoby się niejedno… Kto wie, czy nie znalazłyby się meteoryty z superciężkich pierwiastków? Myślę, że warto byłoby poszukać.  

 

Na podstawie: Vice.com, Science Alert, arxiv.org.

https://www.national-geographic.pl/kosmos/odtajniono-dane-o-niezwyklym-zdarzeniu-w-2014-r-w-atmosferze-ziemi-splonal-obiekt-spoza-ukladu-slonecznego-220412010626/?fbclid=IwY2xjawGGE6JleHRuA2FlbQIxMAABHUNPGQrl3RbCDQ0GGvQVlpfwsXThhcR-SBYAan_B3V3QOhVt5sl3esPMhw_aem_plG20V_7OHx0cTCIL3E64A

sobota, 5 listopada 2022

A jednak to CNEOS 2014-10-08!

 

Czy tak wyglądał obiekt CNEOS 2014-10-08? 

Radek Kosarzycki

 

Inny obcy obiekt dotarł na Ziemię 4 lata wcześniej

 

1I/`Oumuamua nie była pierwsza!

Planetoida 1I/`Oumuamua odkryta w 2017 r. jest pierwszym obiektem pochodzenia międzygwiezdnego odkrytym w Układzie Słonecznym. Okazuje się jednak, że w pobliżu Ziemi taki obiekt przeleciał także cztery lata wcześniej. Co więcej, skończył swój lot na Ziemi.

Taka historia musi pobudzać wyobraźnię. Spróbujmy, jest weekend, kto nam zabroni pofantazjować. Zamknijcie oczy i wyobraźcie sobie czarne gwieździste niebo rodem z „Gwiezdnych Wojen” czy „Star Treka”. Widzicie same gwiazdy na czarnym jak smoła niebie.

Co ciekawe, gwiazdy nie układają się w żadne znane gwiazdozbiory. Czujecie ciepło na plecach swojego skafandra kosmicznego. Uruchamiacie silniczki manewrowe, aby się obrócić o 180 stopni. Okazuje się, że za waszymi plecami znajdowała się jednak jakaś gwiazda. Jest trochę mniejsza od Słońca, znacznie bardziej czerwona niż żółta. Jesteś w jakimś układzie planetarnym, ale nie jest to Układ Słoneczny.

Po chwili orientujesz się, że jasne punkty porozrzucane w okolicy gwiazdy, to krążące wokół niej planety. Znajdujesz się bowiem nad tym tajemniczym układem planetarnym, a nie w jego płaszczyźnie. Nie wiesz jak się tu znalazłeś i nie wiesz „kiedy” tutaj się znalazłeś. To zresztą całkowicie nieistotne. Twoją uwagę przykuwa fakt, że dwie krążące wokół gwiazdy planety przelatują właśnie bardzo blisko siebie. Przecież taki układ nie może być stabilny. Dochodzisz do wniosku, że musi to być młody układ planetarny, w którym jeszcze dochodzi do przepychanek grawitacyjnych: tu się coś zderzy, tam coś dostanie kopa grawitacyjnego i poleci albo prosto w gwiazdę, albo w ogóle zostanie wyrzucone z układu planetarnego. O, tam właśnie nad wyraz szybko leci niewielki kamień, pewnie osiągnął prędkość ucieczki z pola grawitacyjnego swojej gwiazdy. No i dobra, poleci i będzie leciał przez miliony albo miliardy lat przez pustkę przestrzeni międzygwiezdnej. Nikt go nigdy więcej nie zobaczy.

 

Miliony lat później…

 

Skała wyrzucona w pierwszej scenie z układu planetarnego obserwowanego przez kosmicznego podróżnika w czasie i przestrzeni leci przez przestrzeń międzygwiezdną od milionów lat. Zasadniczo się nie zmieniła, choć jej powierzchnia uległa jakiejś minimalnej erozji. Ostatnio jednak zaczęło się dziać coś ciekawego. Jedna z gwiazd w otoczeniu zaczęła stawać się coraz jaśniejsza i z każdym stuleciem, dekadą i rokiem staje się coraz wyraźniejsza. Chyba dojdzie nawet do przelotu w jej okolicach. To się akurat często nie zdarza.

Tak to mogło wyglądać...

 

Kilka tysięcy lat później…

 

Międzygwiezdny gwiazd odczuwa już ciepło żółtej gwiazdy, która już jakiś czas temu zdominowała jego otoczenie. Tak bliskiego przelotu jeszcze nigdy nie odnotowała. Co ciekawe, w ostatnim czasie na niebie pojawił się jeszcze jeden interesujący obiekt. Ten jest jednak znacznie mniejszy, początkowo świecił bardzo słabo, teraz z każdym dniem jest wyraźniejszy. Co ciekawe, nie jest czerwony, nie jest też żółty jak gwiazda, jest błękitny. Fascynujący kolor. Gdyby skała umiała myśleć, zauważyłaby, że znajduje się na kursie kolizyjnym z tym niebieskim globem.

 

W tym czasie na niebieskim globie

 

Według lokalnego czasu jest 8 stycznia 2014 roku. Nikt nie przejmuje się zbliżającą się do planety skałą, bo nikt nie wie o jej istnieniu. No prawie nikt. Jakby nie patrzeć mowa tutaj o kamieniu o średnicy zaledwie 90 centymetrów. Zupełnie przypadkiem w jej kierunku skierowane są instrumenty wykorzystywane do monitorowania otoczenia Ziemi przez amerykański Departament Obrony.

W swoich ostatnich minutach kosmiczna skała wchodzi w ziemską atmosferę z prędkością 60 km/s. Instrumenty na Ziemi rejestrują te ostatnie chwile, zapisując na dyskach prędkość, rozmiary i trajektorię lotu kosmicznego podróżnika.

Aż trudno oszacować, jak małe jest prawdopodobieństwo tego, że kosmiczna skała, która spędziła najprawdopodobniej wiele milionów lat na podróży z jednego układu planetarnego do drugiego, znajdzie się na kursie kolizyjnym z niewielką (w skali kosmicznej) Ziemią. Wystarczy jednak przywołać badania, które wskazują, że wysłane z Ziemi w 1977 r. sondy Voyager, które właśnie rozpoczęły podobną podróż międzygwiezdną najprawdopodobniej będą leciały przez kolejne 5 miliardów lat i na nic na swojej drodze nie trafią, ani na gwiazdę, ani tym bardziej na planetę.

Miejsce upadku CNEOS 2014-10-08

 

To się zdarzyło naprawdę

 

Jeżeli odejmiemy kosmicznego obserwatora z początku powyższego tekstu, to cała reszta jest prawdą. 8 stycznia 2014 roku faktycznie zarejestrowano wejście w atmosferę ziemską niewielkiej skały o średnicy 90 centymetrów, która na dodatek miała naprawdę wysoką prędkość. Skała eksplodowała nad oceanem w pobliżu Papui-Nowej Gwinei. W najnowszym artykule naukowym naukowcy przeanalizowali kierunek, z którego owa skała nadleciała, uwzględnili wszystkie możliwe oddziaływania grawitacyjne innych planet Układu Słonecznego i doszli do wniosku, że owa skała pochodziła spoza Układu Słonecznego, a więc musiała powstać w pobliżu zupełnie innej gwiazdy.

Owa skała to CNEOS 2014-10-08. Teraz to ona jest pierwszym zidentyfikowanym obiektem międzygwiezdnym w Układzie Słonecznym. Badacze przyznają, że obiekty tego typu mogą uderzać w Ziemię z częstotliwością jednego uderzenia na dekadę. To z kolei oznacza, że na powierzchni Ziemi mogą znajdować się liczne skały pochodzenia międzygwiezdnego. Może zatem, zamiast patrzeć daleko w gwiazdy, szukając czegoś ekscytującego, powinniśmy patrzeć pod nogi. Kto wie, czy kamienie, które teraz przetaczają się pod naszymi stopami kilka milionów lat temu nie przemierzały przestrzeni międzygwiezdnej.

Swoją drogą, warto wspomnieć, że być może to jeszcze nie jest koniec historii CNEOS 2014-10-08. Już w 2023 roku grupa naukowców kierowana przez Aviego Loeba (a jakże!) planuje wyprawić się w miejsce potencjalnego miejsca jej upadku, aby podjąć się poszukiwań. Powodzenia!

 

Moje 3 grosze

 

Mało która wiadomość nie sprawiła mi większej radości w ostatnim czasie! Po prostu dlatego, że po raz któryś potwierdza się teoria o swobodnym przepływie materii z jednego układu gwiezdnego do drugiego. I pomyśleć, że jeszcze kilka lat temu była to naukowa herezja, za którą można było stracić posadę! I to w takim demokratycznym i tolerancyjnym kraju jak Dania…

Znalezisko czekające na dnie Pacyfiku stanowiłoby namacalny dowód na powyższą hipotezę. Ale nie tylko.

Parę lat temu rzuciłem ideę przeszukania wysypisk hałd kopalnianych pod kątem poszukiwań meteorytów, które w dawnych epokach geologicznych powinny spadać częściej na Ziemię, a więc i na pokłady węglonośne. Reszta jest prosta – wydobyte na powierzchnię ziemi leża czekając na odkrywcę. Myśl tą przelałem na papier i ukazała się w jednym z numerów „Meteorytu” – pisma Polskiego Towarzystwa Meteorytowego – dzięki Panu Andrzejowi Kotowieckiemu. A zatem nie musimy jechać do Papui – Nw. Gwinei, wystarczy wybrać się na Śląsk czy Turoszowa, Konina, Wałbrzycha i Lublina. Pomyślnych łowów!

 

Źródło - https://www.msn.com/pl-pl/wiadomosci/nauka-i-technika/oumuamua-nie-by%C5%82a-pierwsza-inny-obcy-obiekt-dotar%C5%82-na-ziemi%C4%99-4-lata-wcze%C5%9Bniej/ar-AA13Lopu?ocid=msedgdhp&pc=U531&cvid=93c9596e5f46450c8454e38e158300de

poniedziałek, 8 sierpnia 2022

Pożarowe lata: czynniki pozaziemskie

 


Opracowując wraz ze Stanisławem Bednarzem nasze pogodowe podsumowania poszczególnych miesięcy, ostatnimi czasy zwróciliśmy szczególną uwagę na ogromną ilość pożarów występującą na wszystkich kontynentach naszej planety. Szczególnie niebezpieczne są ogromne burze ogniowe, ogniste samumy, które nawiedziły tajgę na Syberii i Kanadzie, a także lasy eukaliptusowe Australii. Płonął Amazonas i lasy równikowe Konga. Ogień trawił Kalifornię oraz lasy Włoch, Grecji, południowej Francji, Hiszpanii i Portugalii. U nas paliły się składowiska śmieci i odpadów – podpalane celowo by pozbyć się problemu a przy okazji zrobić dobry interes.




Nie muszę dodawać, że pożary uwalniają do atmosfery kolejne tony dwutlenku węgla pyłu i sadzy, które wzmagają efekt cieplarniany i są powodem katakliktycznych powodzi wskutek opadów wywołanych obecnością jąder krystalizacji w górnych warstwach atmosfery. Takie zjawiska obserwowano w czasie np. wojen, kiedy dymy i pyły wzniesione megapożarami powodowały deszcze i ochłodzenie klimatu.  




 Oczywiście powodem powstania wielu z nich jest zwyczajna ludzka nieostrożność czy złośliwość. Wszak wielu jest idiotów, których kręci rozniecanie ognia. Piromaniacy i piromani stanowią – na szczęście – niewielki procent populacji. Gorzej jest w czasie wojen, bo nad nimi nikt nie panuje. Ale te wszystkie nieszczęścia powoduje ludzka bezrozumna i destrukcyjna działalność i to jest zrozumiałe.




Tymczasem w całej naszej historii miały miejsce pożary, które wydawały się być rozniecane przez jakieś tajemnicze siły z zewnątrz.

·        Kroniki odnotowały taką burzę ogniową w Polsce, w 1473 roku, kiedy to spaliły się ogromne powierzchnie leśne.

·        Pierwszy z wielkich pożarów miał miejsce w Londynie, w dniach 2-3.IX.1666 roku. Z dymem poszło niemal całe miasto, a przynajmniej jego drewniana zabudowa.

·        Następnym był potężny pożar Kopenhagi, który strawił większą część miasta z drewna, a co wydarzyło się 20.X.1728 roku.

·        Potężny pożar ogarnął Atlantę (GA) w dniu 11.XI.1864 roku. I jak zwykle spłonęła drewniana zabudowa miasta.

·        Fatalną była data 8-10.X.1871 roku, kiedy to doszło do wielkiego pożaru w Chicago (IL), który strawił większość drewnianej zabudowy tego miasta. Opowiastkę o krowie, która przewróciła lampę naftową wkładam między bajki, jako że tego samego dnia spłonęły miasta Peshtigo (WI oraz MI), gdzie miała miejsce prawdziwa burza ogniowa i największy pożar w historii USA, potem Holland, Manistee i Port Huron (MI).

·        W dniu 17.IV.1886 roku potężny pożar wybuchł w Stryju na Ukrainie, gdzie również spłonęła drewniana zabudowa miasta.

·        W maju 1901 roku płonęło Jacksonsville (FL).

·        W dniu 13.I.1939 roku potężny pożar ogarnął lasy w australijskim stanie Victoria. Przyczyną była długotrwała susza i upały dochodzące do +45,6°C.

·        Po drugiej stronie Pacyfiku płonęły lasy w okolicach Winthorn (WA), który to megapożar zaczął się 12.VIII.1940 roku. Podejrzewa się, że była to dywersja niemiecka bądź japońska, ale dowodów na to nie ma, jako że USA nie były jeszcze w stanie wojny z tymi mocarstwami.

·        Do tej ponurej listy należałoby dodać naszą Kuźnię Raciborską, gdzie 26.VIII.1992 roku doszło do burzy ogniowej, która zdewastowała ogromne połacie tamtejszych lasów. Pamiętam jak jadąc z Wrocławia w tydzień po tym pożarze czułem jeszcze zapach dymu w powietrzu…   

W tych przypadkach pożary wybuchały nagle i trudno je było opanować. Zagadką też było to, co je spowodowało.

I tak narodziło się najciekawsze moim zdaniem rozwiązanie tego problemu, a mianowicie – pożary te mogły być spowodowane przez… meteoryty, a po 1959 roku także spadający z orbity kosmozłom.

Co do meteorytów, to sprawa wydaje się być prosta – wystarczy wspomnieć wydarzenia z 30.VI.1908 roku, kiedy to na syberyjską tajgę spadło Tunguskie Ciało Kosmiczne i eksplodowało z siłą 3-30 Mt na wysokości kilku kilometrów nad ziemią. Eksplozja powaliła i spaliła kilka tysięcy ha lasu i zabiła mnóstwo zwierząt i kilkunastu Ewenków.

Podobne wydarzenia rozegrały się kilka lat temu, kiedy na tajgę spadł Mamski Meteoryt. Spaleniu uległo kilka ha tajgi… Sprawa wydaje się być oczywista. Kamienie z nieba spadają rozgrzane do białości i jako takie są w stanie podpalić suchą ściołę, las czy wysuszone uprawy. Jestem absolutnie pewien, że szalejące w Rosji i Kanadzie pożary tajgi mają swe źródła także w Kosmosie!

A jako że Ziemia jest niemal w ¾ pokryta Wszechoceanem, to większość meteorytów wpada do niego, czasami trafiając w statki. Tak było w XIX wieku, kiedy meteory trafiały i zatapiały brytyjskie brygi Eclipse i Sagittarius, a w dniu 4 lub 5.XII.1872 roku, amerykańska brygantyna Mary Celeste została znaleziona bez załogi, której ucieczkę z jej pokładu mógł spowodować deszcz meteorów… Kto wie, czy nie spotkało to także okrętu pomocniczego US Navy (AC-4)  USS Cyclops w marcu 1918 roku…




Pozostała jeszcze sprawa tzw. kosmozłomu.

Pod pojęciem kosmozłomu rozumiemy wszystkie szczątki rakiet i inne obiekty, które znajdują się na orbicie wokółziemskiej i mogą w każdej chwili spaść na Ziemię już to rozgrzane do białości, już to płonące jak bomby zapalające. Aktualnie kosmozłom powinien być zdeorbitowany w tzw. Punkcie Nemo na Oceanie Spokojnym. Jest to najbezpieczniejsze miejsce, położone o tysiące kilometrów od zamieszkałych lądów, znajduje się na S 45°52,6 – W 123°23,6, -5000 m n.p.m. Niestety, nie zawsze się to udaje i takie kawały metalu spadają na Ziemię grożąc jej mieszkańcom. Tak ostatnio było w Indonezji i w Australii, na które spadły szczątki rakiet nośnych jednej z prywatnych korporacji kosmicznych oraz szczątki chińskiej rakiety nośnej. Nie spowodowały wprawdzie pożaru, ale wcale nie jest powiedziane, że nie mogły. Wystarczy sucha trawa czy ścioła i rozgrzany kawał złomu… i bieda gotowa. Jak widać, burzliwy rozwój astronautyki ma swe ciemne, a raczej ogniste strony. Jeżeli dodać do tego efekt globalnego ocieplenia, to rzeczywiście robi się groźnie.  










Opinie Czytelników

 

To nie jest tak, meteoryty owszem wpadając w atmosferę topią się,  ale spadają na Ziemię już z temperaturą taką że nie wywołają pożaru. Są wyhamowywane przez atmosferę. Zresztą na załączonych zdjęciach ten złom nie wywołał pożaru. Ja myślę że są to pożary wywołane przez burze lub celowe wypalanie lasów aby w ten sposób odsłonić "legalnie" - zwalając na przyrodę, złoża mineralne. Sprawdź pod względem złóż? Może to być też celowe podpalenie aby wpływać na zmiany pogodowe. Artykuł uważam za dobry bo sumuje i przypomina największe pożary. Pozdrawiam serdecznie. (Andrzej Kotowiecki)

Na sto procent jest jak napisałeś. Meteoryty to norma ale jeszcze kilkadziesiąt lat temu nikt nie pomyślał o kosmo złomie, a zjawisko będzie się szybko zwiększać. (K A ZE K)

Dobrze, że wspomniałeś o Meteorycie Tunguskim i Mamskim. Założę się o każdą sumę, że gdyby nie to, że była zima i śnieg, to upadek Meteorytu Czelabińskiego spowodowałby pożary w jego elipsie rozrzutu. Poza tym nie zapominajmy, że była to eksplozja o sile 0,5 Mt i gdyby była niżej, to sam puls promieniowania elektromagnetycznego eksplozji mógłby zapalić las czy łąki. (Daniel Laskowski)  

piątek, 15 lipca 2022

Wybuch nad Nową Zelandią

 


Adam Hunt

 

Kula ognista eksplodowała nad Nową Zelandią – równoważnik trotylowy wynosi 1,8 kt.

Ogromna kula ognista była widziana w locie nad Nową Zelandią, w dniu 7 lipca br., być może był to fragment większego meteorytu, który spadł do morza.

Meteoryt był zauważony na niebie nad Cieśniną Cooka która rozdziela główne wyspy Nowej Zelandii, w świetle dziennym w dniu 7.VII.2022 r.

Świadkowie opisali meteor jako „olbrzymią, jasnopomarańczową kulę ognia”, która wytworzyła „smugę dymu, który wisiał wokół przez kilka minut”. Przypuszcza się, że kula ognia została spowodowana przez mały meteor o średnicy do kilku metrów, który rozpadł się w atmosferze, wywołując grzmot dźwiękowy, gdy eksplodował z mocą 1800 ton trotylu.

Fala uderzeniowa generowana przez rozdrobniony meteor została wykryta przez GeoNet, sieciowe sejsmometry używane do wykrywania trzęsień ziemi, które rejestrowały powstające w wyniku tego fale dźwiękowe. Zdarzenie wytworzyło również jasny błysk światła, który został zarejestrowany przez satelity używane do wykrywania piorunów na całym świecie. Meteor prawdopodobnie rozdrobnił się nad oceanem, a zatem jego fragmenty będą nie do odzyskania.

 

Źródło: https://www.tweaktown.com/news/87340/fireball-meteor-explodes-over-new-zealand-tnt-equivalent-of-1800-tons/index.html?fbclid=IwAR2W2GdHTDl91WEnuWhWHgWAFHjrTU_oNhuNHvYrexpeDY99_vTLXc0LNJE

Przekład z angielskiego - ©R.K.F. Sas - Leśniakiewicz

czwartek, 20 maja 2021

Ciało niebieskie

 


Michaił I. Bizin

 

Nie każdy ma szczęście zobaczyć, jak spada meteoryt, a tym bardziej go znaleźć. 60 lat temu, kiedy byłem jeszcze dzieckiem, wracałem wraz z ojcem z łaźni i naraz ujrzeliśmy, jak powoli, pod kątem 45° zbliżała się do nas świecąca kula o średnicy piłki do tenisa. Uderzywszy w ziemię odbiła się dwukrotnie i świecąc znieruchomiała na poboczu ścieżki, którą szliśmy. Chciałem oblać ją wodą, ale ojciec powiedział, że to meteoryt i że jak się go szybko schłodzi, to może wybuchnąć. Wtedy poszukałem strumyka i wrzuciłem go do niego. 

Na drugi dzień zabrałem meteoryt. Kiedy położyłem go na wagę, to strzałka pokazała 200 gramów. Komukolwiek opowiadałem o tym, to nikt nie wierzył, że tak ciężki meteoryt leciał tak wolno…

 

Źródło: „Niewydumannyje istorii”, nr 52/2019, s. 31

Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz

środa, 16 września 2020

Spadają i znikają…

 

Wieś Iwięcino w Zachodniopomorskim - miejscowość w której spadł niezwykły "meteoryt"...

O dziwnych „meteorytach”, które spadają z nieba i znikają po upadku dowiedziałem się po raz pierwszy w latach 90., kiedy to zbierałem materiały do książki „Projekt Tatry” (Kraków, 2002). Wtedy to miało miejsce ciekawe wydarzenie w niewielkiej miejscowości Iwięcino na Pomorzu Środkowym, w powiecie koszalińskim, N 54°17’45” – E 016°16’33”. Opisałem to tak w mojej książce:

 

Mimo tego, że wioska Iwięcino leży koło Suchej Koszalińskiej w województwie zachodniopomorskim, to zainteresowały mnie wydarzenia, które tam się rozegrały w dniu 18 lutego 1998 roku, około godziny 04:00 CET. Opisał je najpierw tygodnik „Chwila dla Ciebie” i pozwolę sobie zacytować fragmenty tego raportu:

Z KOSMOSU DO IWIĘCINA

Coś takiego może zdarzyć się raz w życiu! - Zdarzyło się to 18 lutego br. około 4 nad ranem - mówi pani Beata z Iwięcina.

- Wstałam, by nakarmić dziecko. Nagle w oknie ukazało się światło! Żółtawe, podobne do światła żarówki, ale bardzo ostre. Podeszłam do okna. Zobaczyłam świecący półksiężyc. Spadał z nieba z dużą prędkością. Najpierw szybko, potem  wolniej.  Nad ziemią 3 razy światło zapaliło się i zgasło.(!!!) Jak twierdzą inni świadkowie - zjawisko było znakomicie widoczne także w Darłowie, około 15 km od Iwięcina.

Następnego dnia pani Beata opowiedziała o wszystkim matce. Obie postanowiły poszukać tego, co spadło z nieba. Wkrótce znalazły spory, ciepły, błyszczący w dotyku kamień. Mama pani Beaty pracująca w miejscowej szkole zaniosła znalezisko do dyrektora szkoły - jednocześnie nauczyciela fizyki.

- Zastanawialiśmy się, co to jest - mówi dyr. Zimnowłodzki - rozważałem, czy nie jest to fragment meteorytu? (...)

Dyrektor mgr inż. Włodzimierz Zimnowłodzki posłał „meteoryt” do mgr Andrzeja S. Pilskiego z Fromborka, który orzekł, że to jest zwyczajny ziemski kamień,  a nie meteoryt. No cóż - dyrektor Zimnowłodzki zaciął się jednak i obiecał, że będzie szukał tego meteorytu...

Poprzez redakcję „Chwili dla Ciebie” skontaktowałem się z dyrektorem Zimnowłodzkim i w czerwcu 2001 roku otrzymałem od niego list z informacjami uzupełniającymi relacje zamieszczone w tym czasopiśmie. Potwierdzało to moje przypuszczenia - na terenie Polski Obcy zaczynali jakieś tajemnicze działania, w których kamienie odgrywają czołową rolę!... i to już od 1991 roku.

 

Tak mi się wtedy wydawało. Byłem pod urokiem teorii Wilka-Bzowskiego o kanałach i sieciach nawigacyjnych UFO, i wydarzenie to pasowało do tej hipotezy. Rzeczywistość jednak okazała się inna i – jak zwykle – ciekawsza. Okazało się bowiem, że nie był to żaden meteoryt, a jeżeli nawet, to bardziej może spokrewniony z pwdre ser – odchodami gwiazd niż z uczciwymi kamieniami z nieba.

O innym ciekawym incydencie opowiedziała mi pewna osoba z Jordanowa, która na wiosnę 2019 roku zaliczyła niezwykle ciekawą obserwację świecącego „kamienia”, który spadł pod mur sąsiedniej posesji. Około godziny 02:00 CET świadek wyszła z domu na podwórko. W pewnej chwili zauważyła lecący powoli z ciemnego nieba świecący czerwono przedmiot, który bezgłośnie spadł pod mur stodoły na sąsiedniej posesji i powoli zgasł. Kiedy się rozwidniło, kobieta poszła poszukać domniemanego „meteorytu” i mimo dokładnych poszukiwań nie znalazła nic…

Z kolei ja zaliczyłem kolejną obserwację w nocy 15/16.IX.2020 r., kiedy to o godzinie 02:05 CEST obudziła mnie moja suczka Nina prosząc o wypuszczenie na podwórko. Wstałem więc i wyszedłem z nią na zewnątrz. Stanąłem w półotwartych drzwiach wiodących na podwórko. Nina stanęła przy mojej nodze. Trochę mnie to zdziwiło, bo zazwyczaj wypadała na podwórko, a teraz stała patrząc na mnie. Spojrzałem przed siebie i nieco w prawo i mój wzrok wychwycił niewielką plamkę dość silnego światła jakieś półtora metra od nas.

Owa plamka białego światła miała długość 2-3 cm i skojarzyła mi się z jakimś odłamkiem gałęzi przerośniętym świecącą grzybnią opieńki miodowej. Jednakże szybko przypomniało mi się, że grzybnia świeci zielonym lub niebiesko-zielonym światłem, zaś to „coś” świeciło białym światłem, które szybko przygasało i może po 15 sekundach całkiem zgasło. Ninę jakby odblokowało – smyrgnęła w krzaki, a ja poszedłem do domu po latarkę. Po pół minucie wróciłem na to miejsce uważnie świecąc po trawie i ziemi. Nie znalazłem niczego.

Ponownie wszcząłem poszukiwania po wschodzie słońca. Rezultat był identyczny – nic, nawet kawałków gałęzi, które Nina przynosiła czasem z ogródka… - a jestem absolutnie pewien, że mi się to nie przyśniło.

Dlaczego skojarzyło mi się to z pwdre ser? – zapytacie. Ano dlatego, że pwdre ser też po jakimś czasie paruje, schnie, słowem znika. Tak samo jak te świecące „meteoryty”. Zagadka jak na razie jest nierozwiązana.

I co najciekawsze – nasze psy starają się unikać tych miejsc, jakby coś im tam zagrażało. Ale co???

Czy moi Czytelnicy spotkali się z takim zjawiskiem? Bardzo proszę o odzew.   


Opinie z KKK

 

Wiesz, co mi przyszło do głowy? To, że możemy mieć do czynienia z jakimiś przejawami działania tzw. ciemnej materii. Mogłeś widzieć taki niewielki fragment ciemnego świata, który na Twych oczach ulotnił się, a raczej wrócił do niewidzialności… Coś takiego opisałem w jednym z moich opowiadań pt. „Świetlana”, które właśnie publikujesz na blogu „Xsięgi niewydane”. Nie mam dowodów, ale coś takiego może być możliwe… (Daniel Laskowski)