František Kovar
Góry Tribeč są dla wielu
synonimem tajemnic. Wybraliśmy jednak wędrówkę ze zdrowym sceptycyzmem. Naszym
celem była trasa ze Skýcova do Ješkowej Ves. To był jeden z tych pięknych,
zwykłych letnich dni, kiedy niebo bez jednej chmury, a słońce przyjemnie grzeje
w koronach drzew. Nic nie wskazywało na to, że ta wycieczka powinna być z
drogi.
Komfort
zastąpiony dzwonieniem w głowie
Przez pierwsze dwie godziny
cieszyliśmy się klasyczną letnią wędrówką. W lesie pachniało igłami, światło padało
na chodnik i szybko szliśmy do przodu. Jednak komfort stopił się w jednej
chwili. Nagle wszyscy zaczęliśmy czuć się słabi, ale bardzo nieprzyjemnie
gwizdać w uszach. To nie był dźwięk z otoczenia, a raczej dziwny ciśnienie,
który od razu wyprowadził nas z równowagi.
W tym momencie przeżyliśmy
kolejny szok. Wyjęliśmy telefony, żeby sprawdzić lokalizację, ale nawigacja
kompletnie oszalała. Pokazywała absurdalne współrzędne, a strzałka na mapie
skoczyła chaotycznie, jakbyśmy w sekundę przesuwali się setki metrów dalej.
Pomimo tego, że jeszcze było słonecznie i jasno, opanowało nas intensywne
uczucie dezorientacji i niepokoju. Las, który jakiś czas temu był przyjazny,
nagle stał się dziwny i zagmatwany.
Spotkanie
z rzeczywistością na skraju lasu
Nie wiedzieliśmy gdzie jesteśmy
ani w jakim kierunku iść. Postanowiliśmy zrobić jedyną logiczną rzecz - zejść
ze wzgórza w nadziei, że trafimy na jakąś ścieżkę. Kiedy wreszcie wyszliśmy z
gęstego zarośla na łące zobaczyliśmy starszego mężczyznę, który piłuje drewno.
To spojrzenie dało nam ogromny spokój. Podeszliśmy do niego i trochę zaskoczeni
zapytaliśmy: „Proszę p[owiedzieć, gdzie jesteśmy? Zgubiliśmy się, jak trzeba iść
do Ješkowej Vsi.” Facet wyłączył piłę, spojrzał na nas i całkowicie spokojnym
głosem odpowiedział: „Gdzieś ty był? Jesteś w Skýcovie”.
Tajemnica,
która pozostaje w lesie
Mieliśmy poczucie jakbyśmy
zostali pokonani. Szliśmy dwie godziny z rzędu, zgodnie z wskazówkami i naszymi
szacunkami, w kierunku dalej, ale góry po prostu zawróciły nas w ten jasny
letni upał i wróciły do miejsca, w którym zaczęliśmy wycieczkę. Nie wiemy, czy
była to anomalia magnetyczna, która pomyliła nie tylko nasze urządzenia, ale i
zmysły. Ale od tamtego dnia legend Tribeč już nie traktujemy lekko.
Opracował - ©R.K.Fr.
Sas - Leśniakiewicz


