Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą GRU. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą GRU. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 8 sierpnia 2013

Ogniste kule nad Górą Umarłych: co mówią biegli sądowi? (2)

Zwłoki członka Grupy Diatłowa znalezione na stoku


Władimir Wieliczko[1]


32-letni mieszkaniec Iwano-Frankowskiej Obłasti – Aleksiej Huculiak przeleżał nago w śniegu przez 1 godzinę i 20 minut, ustanawiając tym samym nowy rekord. Temperatura powietrza wynosiła -15°C. Poprzedni rekord – 1 godzina – należał do Japończyka. Ale do rzeczy.

Od wsi Wiżaj grupa Diatłowa szła na nartach. We wsi 2-gi Siewiernyj jeden z uczestników wyprawy poczuł się źle i powrócił. Tak więc pozostało dziewięciu członków ekspedycji. I cała ta grupa zginęła w niewyjaśnionych do dziś dnia, a do tego być może nawet mistycznych, okolicznościach. Dlaczego mistycznych? A to dlatego, że nie biorąc pod uwagę materiałów z tej sprawy, do dziś dnia nie zostały przedłożone racjonalne wyjaśnienia co do okoliczności ich zguby jak i możliwości otrzymania takich obrażeń, jakie u nich stwierdzono.


Wszystkiemu winna lawina


W toku poszukiwań, na stoku o wysokości 1079 m n.p.m. (niedaleko od Otortenu) znaleziono namiot rozcięty w kilku miejscach. Namiot był przysypany śniegiem i nieco przyklapnięty pod jego ciężarem. W środku nie było nikogo, chociaż rzeczy leżały na miejscu. Na dół, wzdłuż stoku biegły ślady 8-9 ludzi, które wkrótce zaginęły w śniegu – zob. rys. Na dole, na skraju lasu znajdowały się zamarznięte ciała trzech turystów. Dalej, u wysokiego cedru znaleziono ciała jeszcze dwojga. Ta dwójka była rozebrana do bielizny i leżała u resztek ogniska. Jedna ze stron cedru była ogołocona z gałęzi. Gałęzie te leżały tam i nie znajdowały się w ognisku. Oficjalna przyczyna zgonu wszystkich turystów – śmierć wskutek wychłodzenia organizmu na tle odniesionych obrażeń mózgowo-czaszkowych. Na zakończenie poszukiwań sformułowano następujący wniosek: grupa Diatłowa znajdowała się na noclegu w namiotach i została przysypana lawiną, zginęli wszyscy, przy czym niektórym udało się uciec w dół i, ubrani jedynie w bieliznę, zmarli z powodu wychłodzenia organizmów.


Niewiarygodne hipotezy


Kiedy udostępniono szerokiej publiczności rezultaty medyczno-sądowej ekspertyzy, ukazały się jakieś niedoróbki w tych sądowych badaniach. Należały do nich: niedokładności w opisie obrażeń ciała, rozmyte, niedokładne, niecałkowicie uzasadnione wnioski na temat przyczyn śmierci, o warunkach i możliwościach przetrwania panujących w górskich rejonach reglowej tajgi w warunkach zimowych i temperaturze powietrza poniżej -20°C, przy huraganowym wietrze, a i na dodatek z obrażeniami ciała. No i właśnie od tego rozpoczęła się „diatłomania”. Teraz, po upływie wielu lat, pojawiło się mnóstwo hipotez na temat przyczyn śmierci ludzi z grupy Diatłowa. No i pojawiła się wersja technogenna, próba nowego rodzaju broni, neutronowej czy próżniowej bomby[2], infradźwięków, ultradźwięków, a także atak Pozaziemian, no i oczywiście – jakżeby inaczej – akcja krwawego KGB! Przecież bez tego by się nie obyło.[3] To są hipotezy, które uzyskały największą popularność. Ale były jeszcze i inne: napad wściekłego niedźwiedzia, zatrucie alkoholem metylowym czy po prostu pijacka bójka. I one były brane pod uwagę!


W dół, tylko w dół!


W swoim czasie, autor tych słów znajdował się jeśli nie pod wpływem, to był przynajmniej zainteresowany tymi „skrajnymi” hipotezami. A tak naprawdę, to wszystko było bardzo banalne.

Na namiot, w którym oni wszyscy odpoczywali czy nawet spali, zsunęła się śnieżna lawina. Rzecz jasna, nie taka największa! Zawaliła ona śniegiem namiot, ale nie cały, tylko jego część. Ludzi, którzy znajdowali się z kraju, przygniotło. Pozostali usiłowali wydostać się z namiotu i rozcięli go z boku, bowiem wejście było zawalone śniegiem. A na zewnątrz był huraganowy wiatr, którego prędkość wynosiła 100 km/h (to jest 10°B – czyli solidny sztorm!) i na dodatek temperatura – jak już mówiłem powyżej wynosząca poniżej -20°C! Co mogli zrobić? Odkopywać namiot gołymi rękami? Ile czasu to pochłonie? Co najmniej godzinę, jak nie więcej. A za tą godzinę oni zamarzliby przy namiocie wprost na śmierć. Jedyne wyjście – to iść z wiatrem na dół. Na dół i tylko na dół – pod osłonę lasu! Tam można by było ukryć się przed wiatrem. Rannym pomagali iść. Ubrali na siebie wszystko, co można było znaleźć – i poszli, a nawet pobiegli. A potem zaczęły się odmrożenia, utrata sił u rannych i pomagających im ludzi, zaczęła się panika i dezorganizacja.

Odnotujmy jeszcze jeden czynnik: w tym czasie studenckie grupy nie miały dobrego wyposażenia. Według statystyki z lat 70., na wyprawach o średniej kategorii (a właśnie taką miała ta wyprawa) ginęło i odnosiło obrażenia wielu ludzi, a to dlatego, że brakowało im doświadczenia i wyposażenia. I tak właśnie banalnie – jeżeli można tutaj użyć tego słowa – zakończyła się ta wyprawa.

Szkic miejsca tragedii Grupy Diatłowa


Wersja zasadnicza


Dlaczego tak sądzą sądowi medycy? – zapytacie. A oto dlaczego: obrażenia ich ciał, okoliczności ich powstania, okoliczności ich śmierci są potwierdzone przez obiektywne dane. A wszystkie pozostałe hipotezy o przyczynach zgonów okazują się być czysto spekulacyjnymi i niczym nie uzasadnionymi.

I na koniec – to, że tak właśnie a nie inaczej z nimi było, potwierdzają jak raz akta z sekcji zwłok. Cos takiego robi się wtedy, kiedy dla ekspertów wszystko wydaje się banalne i setki razy widziane.

A teraz wyobraźcie sobie, że gdyby było w to zamieszane KGB czy np. Pozaziemianie. Czy w takim przypadku dali by zwłoki do ekspertyzy rejonowym śledczym i patologom? NIGDY! Dlatego właśnie to właśnie decyduje o tym, że wersja naturalnej śmierci wskutek działania naturalnych czynników: lawina, mróz, wiatr i odniesione obrażenia – jest wersją zasadniczą. I innej nie ma.


Moje 3 grosze


Przedstawione przez autora scenario broni się doskonale. Takie wypadki znane są i u nas – że wspomnę tutaj zagładę zespołu Frysiów na Babiej Górze w 1935 roku, o czym pisałem w książce „Projekt Tatry”. W lutym 1935 roku miała miejsce najbardziej znana tragedia zespołu Frysiów. Na Babiej Górze zamarzli na śmierć: Kazimierz Fryś (lat 33), Janina Fryś (lat 32), Stanisław Olejczyk (lat 30) i Helena Bałachowska (lat 19). Wszyscy wymienieni zginęli na szczytowej kopule Diablaka w potężnej kurniawie. Biała ciemność, rozproszenie grupy, panika – to wszystko doprowadziło do śmierci 4 osób, przy czym Frysiówną znaleziono nieopodal schroniska Beskidenvereinu, którego ścianę minęła o metr NIE WIDZĄC JEJ!!!

Podobnie było parę lat temu z dwoma dziewczynami z Częstochowy, które omal nie stały się kolejnymi ofiarami Wielkiej Baby.[4]

Podobne przypadki znane są także z Tatr, gdzie niejednokrotnie zimno, wyczerpanie i nieprzygotowanie do trudnych warunków oraz stan zdrowia powodował śmiertelne wypadki podobne do opisanych powyżej.  

A zatem zagadka Przełęczy Diatłowa przestała być zagadką – jest to jeszcze jeden wypadek górski i NIC PONADTO. Wszelkie opowieści o cudownościach towarzyszących tym wydarzeniom są legendami miejskimi. I tylko jedno pytanie pozostało otwarte: czym było pomarańczowe światło zarejestrowane przez fotografa ekspedycji na kadrze nr 33? Według mnie, mogła to być po prostu jakaś rakieta wystrzelona z poligonu rakietowego w Pliesiecku, która mogła zawałęsać się nad Północny Ural i została sfotografowana przez Jurija Kriwoniszczenkę i widziana przez miejscowych Mansyjczyków. To także wyjaśnia, dlaczego ich rysunki i relacje „wyparowały” z akt. Po prostu naruszały tajemnicę państwową i kiszą się teraz gdzieś w archiwum GRU na Chodynce…


Tekst i ilustracje – „Tajny XX wieka” nr 18/2013, ss. 22-25
Przekład z j. rosyjskiego –
Robert K. Leśniakiewicz ©





[1] Autor jest ekspertem z zakresu medycyny sądowej z 30-letnim stażem – przyp. red.
[2] Czyli bomby paliwowo-powietrznej – także implozyjnej lub termobarycznej.
[3] Tendencja ta występuje wszędzie we współczesnym świecie – na Wschodzie jak i na Zachodzie. Jest ona fundamentem i filarem wszelkich teorii spiskowych.

poniedziałek, 11 marca 2013

Nazistowski Hogwart: Obiekt Königsberg-13




Konstantin Kariełow


Po II Wojnie Światowej na miejscu ruin zamku królewskiego w Królewcu (dzisiaj Kaliningrad, dawniej Königsberg) przeprowadzono wykopaliska, ale w 1967 roku decyzją I sekretarza Obkomu (komitetu obwodowego) KPZR Nikołaja Konowałowa ruinę zamku wysadzono w powietrze.

Cztery średniowieczne budowle rozmieszczone w centrum Starego Miasta na wyspie Kneiphof miały jeden adres: Königsberg 13. Jakiś wiek temu znajdowało się tam jedno z najbardziej zagadkowych laboratoriów świata. Czym się tam zajmowano i nad jakimi zagadnieniami pracowano, a przede wszystkim po co je tam założono?



Mistyczna stolica Europy


Od czasu swego założenia i aż do naszych dni Królewiec jest miastem mistycznych zagadek i zadziwiających tajemnic. Poczynając od XIV wieku w nim czują się najzupełniej pewnie i bezpiecznie zamieszkali tam magowie i czarnoksiężnicy, których sława rozprzestrzeniła się daleko poza granice ówczesnych Niemiec. Na wyspie Kneiphof istniały całe szkoły okultystyczne, które zajmowały się zbieraniem i badaniem czarnoksięskiej wiedzy i niewyjaśnionych zjawisk.

Przez całe długie stulecia mistyczne szkoły i uczelnie nie interesowały nigdy państwa. Wszystko się zmieniło po dojściu do władzy Adolfa Hitlera, który bardzo poważnie odnosił się do nauk okultystycznych. To właśnie wtedy, w czasie istnienia III Rzeszy powstało i osiągnęło największy rozkwit laboratorium Königsberg-13.

Zasadnicze zadania tego laboratorium były następujące:
v Skrupulatne badania nad astrologią;
v Badania nad magią;
v Badania nad hipnozą;
v Badania dawnych czarnoksięskich praktyk…
v …i na tej zasadzie skonstruowanie potężnej „cudownej” broni…

…a wszystko na pohybel wrogom Tysiącletniej Trzeciej Rzeszy.  Niestety – żadnych dokumentów mówiących o utworzeniu takiej placówki naukowej na terytorium dawnego ZSRR nie znaleziono – wszystkie archiwa Königsbergu-13, które wpadły w ręce radzieckiego dowództwa zostały przekazane Amerykanom w zamian za maszyny i ich wyposażenie. W rezultacie czego relacje o laboratorium są nieskładne i urywane. Wiadomo tylko, że zaczęło ono swą pracę na długo przed początkiem II Wojny Światowej i było ono GANZE GEHEIM – tak  że w samym Królewcu nikt nie wiedział o jej istnieniu.



Ofiary czarnej nauki


Jedno z wydarzeń, przypisywane działaniami pracowników laboratorium Königsberg-13 miało miejsce w 1929 roku na oczach wielu naocznych świadków. Hitler właśnie szedł do władzy i niektórzy niemieccy dziennikarze mogli sobie jeszcze pozwolić na nie traktowanie na serio przyszłego Führera III Rzeszy. W czasie swej wizyty w Prusach Wschodnich Hitler się przeziębił i ochrypł – i mowa, z którą wystąpił w największej Sali Królewca – Stadhalle – delikatnie mówiąc była do niczego. Swoje wystąpienie lider nazistów zakończył patetyczną frazą: Przyjechałem tutaj zdobyć Königsberg! Później jedna z popularnych miejskich dziennikarek napisała krytyczny artykuł, w którym zdrowo przejechała się po fizycznych niedoskonałościach oratora i jego chorych marzeniach.

Po kilku dniach od opublikowania artykułu, do redakcji gazety przyszedł młody człowiek i na znak swego głębokiego uznania wręczył dziennikarce bukiet kwiatów i dużą tabliczkę czekolady. W czasie przerwy obiadowej, wszyscy pracownicy wydawnictwa, w tym dama o ostrym języku, udali się do kawiarni i tam stali się świadkami strasznej sceny. Kiedy kobieta rozpakowała tabliczkę czekolady i ugryzła jej kawałek, rozległ się  nieestetyczny i niezwykły dla czekolady odgłos rozgryzanego szkła. Z jej ust pociekła krew, ale kobieta z nieprzytomnym błyskiem w oku nie przestawała jeść szklaną płytkę. Kiedy widzowie otrząsnęli się z szoku, to udało się im jej odebrać ostatni kęs grubego szkła. Kobietę hospitalizowano – miała straszne rany jamy ustnej i przełyku i przez długi okres czasu nie mogła mówić, nie mówiąc już o tym, że nie rozumiała, gdzie się w ogóle znajdowała.



Czarodzieje czy szarlatani?


Co się właściwie działo w ultra-tajnych pomieszczeniach laboratoriów Königsberg-13? W pamiętniku jednego z mieszkańców Królewca znaleziono wpis datowany na lipiec 1943 roku: idąc raz na wieczorny spacer po Kneiphopf spotkał on buddyjskich mnichów w białych i czerwonych szatach, co bardzo go zdumiało. Rzecz w tym, ze Hitler zabronił działalności wszelkim mistyczno-okultystycznym organizacjom, a badania okultystyczne mogły być prowadzone tylko za zezwoleniem i pod kontrolą Führera.

Wnętrze laboratorium, jak już się powiedziało, było rozmieszczone w czterech jednopiętrowych blokach, i wyglądało dostatecznie dziwnie. Na parterach znajdowała się ogromna ilość przedmiotów kultowych ze wszystkich kultur, narodów i czasów – były tam prawosławne ikony, maski i tanki z Tybetu oraz dawne bronie Wikingów. Była tam także ogromna lodówka z wielką ilością wanien, w których znajdował się lód i wycięte oczy najrozmaitszych zwierząt przywiezione z kombinatów mięsnych.

W laboratorium istniał oddział, którego pracownicy zajmowali się rzucaniem uroków ze szkoły „Laleczek starej Magdy” założonej w Królewcu jeszcze w XV wieku. Ci ludzie robili woskowe lalki podobne toczka w toczkę do polityków niechętnych czy wrogich Hitlerowi i Rzeszy. W otwory oczne wkładali oczy zwierząt. Potem ludzie, którzy posiadali możliwości wpływania na drugich, w odpowiedni dzień i godzinę wbijali w lalki grube, srebrne igły zakończone bursztynowymi kuleczkami. Trudno powiedzieć, czy w ten sposób szkodzono ofiarom magów, jednak kiedy w 1942 roku powiadomiono sir Winstona Churchilla, że jego lalka jest nakłuwana przez nazistów, to on się mocno tym zdenerwował.

Wiadomo, że jeden z pracowników Königsberg-13 jasnowidz i astrolog Hans Schurr stworzył przepowiednię zagłady III Rzeszy jeszcze na początku lat 40. On także przewidział dokładnie, że Königsberg padnie po trzech dniach w kwietniu 1945 roku. Oczywiście mu nie uwierzono i nie zwrócono uwagi na jego przepowiednie. Jednak kiedy w marcu 1945 roku, Armia Czerwona podeszła do Königsbergu to wtedy hitlerowcy zamordowali Hansa Schurra za nieszczęśliwe proroctwo.



Wiatr-morderca


Oprócz wszelkiej maści okultystycznych nauk, laboratorium Königsberg-13 zajmowało się badaniem takich trywialnych na pierwszy rzut oka rzeczy, jak… przeciągi.

Ruch potoków powietrza na wąskich średniowiecznych ulicach Królewca ukazują zadziwiające proces. Wystarczy powiedzieć, że wiatrowskazy na domach umieszcza się na dwóch poziomach: pierwsze – na dachu – pokazują ogólny kierunek wiejącego wiatru, zaś drugie umocowane niżej – przemieszczanie się powietrza na ulicach. Siła wiatru czasami bywa taka, że przyciska ona ludzi do ścian domów i musza mocno się natrudzić, żeby poruszać się z obranym kierunku!

Poznanie kierunku wiatru dawało niemało korzyści i pozwalało wykorzystać tą wiedzę w różnych celach, np. dla zastraszania: postawiło się koło odpowiedniego okna metalową konstrukcję, która uderzana wiatrem wydziela tajemnicze dźwięki i głosy. Wiatr wykorzystywano do zabijania ludzi. Specjaliści z Königsberg-13 opracowali cienkie, mocne, lekkie stalowe pióra, które puszczone na wiatr mogły zabić człowieka w dowolnie dużej odległości przenikając do wnętrza jego uszu.

Przeciągi podpowiedziały jeszcze bardziej wyrafinowane sposoby zabijania. I tak np. człowieka, którego chciano uśmiercić regularnie zapraszano w gości i nieodmiennie sadzano na tzw. gościnnym fotelu z wieloma dziurkami w oparciu. Fotel stawiano tak, że on znajdował się na przeciągu, pod ciągłym wpływem chłodnego powietrza. Po kilku takich wizytach płuca człowieka czerniały, a on sam umierał na zapalenie płuc.

I to jest wszystko, co wiemy – niestety – na temat Königsberg-13 i jego złowrogiej działalności. Tym, którzy się tym zainteresowali proponuje wyjazd do Kaliningradu i zobaczyć wszystko na własne oczy, chociaż po laboratorium pozostał jedynie fundament, tym niemniej Królewiec jest nadal bardzo zagadkowym i interesującym miastem.


Moje 3 grosze


Ten pierwszy człon tytułu dodałem sam, boż przekładając ten artykuł przypomniały mi się znane z literatury sci-fi instytucje zajmujące się czarami: rosyjski INBADCZAM w Sołowcu i Zakład Magotechniki INUINU w Kitieżgradzie z powieści braci Strugackich, Hogwart, Drumstrang i Beau Baton z powieści Pani Rowling, Czar-Tech z filmów Disneya… W nich wszystkich, poza funkcjami dydaktycznymi, były to placówki naukowe, w których magowie prowadzili badania nad czarami i je wciąż ulepszali oraz wymyślali nowe. A tutaj proszę – Niemcy jak się okazuje też mieli (i to bynajmniej nie jeden!) swój Czar-Tech na wzór Cal-Techu czy MIT, w którym pracowało się nad tym, by mordować ludzi, a nie im pomagać… - co zresztą wynikało z samej pseudofilozofii hitleryzmu zawartej w „Mein Kampf”.

Zdumiewa fakt, że Rosjanie tak po prostu przekazali Amerykanom dokumenty dotyczące Königsberg-13. Teza ta wydaje się być niewiarygodną, bowiem trudno przypuścić, by w GRU nie zrobiono chociaż ich fotokopii, tym bardziej, że istniał w nim wydział zajmujący się podobną problematyką, co podaję na odpowiedzialność red. Bogusława Wołoszańskiego. Idę o zakład, że fotokopie tych dokumentów „kiszą” się gdzieś na Chodynce na dnie archiwum GRU.

Jestem absolutnie przekonany, że te wszystkie czary-mary, hokus-pokus i smęty-rymęty są niczym innym, jak echami konkretnej wiedzy. Bardzo dawnej wiedzy, która z biegiem wieków coraz bardziej była niezrozumiała dla coraz bardziej prymitywnych mieszkańców Ziemi, aż wreszcie stała się religią lub systemem wierzeń w grupach i związkach w rodzaju np. masonerii. Przypominam: od katastrofy Atlantydy upłynęło sto dwadzieścia jeden wieków! – 363 pokolenia! Tylko najprostsze i najbardziej przyswajalne informacje miały możliwość przetrwać ten gigantyczny szmat czasu. Pozostałe treści stały się niezrozumiałe i dzięki temu przetrwały w formie religii, bo tylko tak mogły dotrwać do naszych czasów. To zresztą uchroniło tą wiedzę od zapomnienia, ale nie od niezrozumienia. I dopiero teraz zaczynamy rozumieć jej sens – kiedy nauka znów zaczyna osiągać poziom umożliwiający dostrzec coś znajomego w magicznych zaklęciach, rytuałach czy artefaktach. O tym doskonale wiedzieli Hitler, Göring, Himmler i inni zbrodniczy kapłani Czarnego Zakonu SS. Nad tym samym pracuje się po cichu na całym świecie. Po prostu zaczynamy powoli dochodzić do poziomu technicznego dawnych Supercywilizacji: Atlantydy, Mu, Lanki i posiadanych przez nie środków zniszczenia…

I tylko obyśmy nie powtórzyli ich losu.


Tekst i ilustracje – „Tajny XX wieka” nr 49/2012, ss. 4-5
Przekład z j. rosyjskiego –
Robert K. Leśniakiewicz ©       

niedziela, 20 stycznia 2013

Przybysze: Kody dostępu




Dimitrij Sokołow

19 września 1961 roku, parę Betty i Barneya Hillów porwali Przybysze. Pokazali im „gwiezdną mapę” – wedle której porywacze przylecieli z planety podwójnego systemu gwiezdnego w konstelacji Sieci (Reticulum).

Ostatnimi czasy, kierownictwo służb specjalnych różnych państw zaczęły odtajniać dokumenty dotyczące Nieznanych Obiektów Latających i kontaktów z pozaziemskim Rozumem. Podobne dokumenty istnieją w Anglii, Niemczech i USA. Nie inaczej jest i w Rosji.


O tym właśnie rozmawiałem z generałem rezerwy byłym pracownikiem Sztabu Generalnego MON Federacji Rosyjskiej Aleksiejem Sawinym. Przez 20 lat kierował on ekstra tajną wojskową jednostką, która mimo wszystkich politycznych zawirowań, zajmowała się analizowaniem informacji o charakterze ufologicznym (podkreślenie moje – tłumacz).


Mamy kontakt!


Pytanie: Aleksieju Jurewiczu, czy to prawda, że panu i pańskim kolegom udało się uzyskać realne dowody na istnienie pozaziemskich cywilizacji?
Odpowiedź: Jakkolwiek zabrzmi to dziwnie, ale tak. Wszystko zaczęło się od tego, że w połowie lat 90. grupa ufologów wystosowała list do Michaiła Gorbaczowa o tym, że w najbliższych dniach spodziewają się przylotu pozaplanetarnych Gości. Ich spotkanie z przedstawicielami naszego kraju ma mieć miejsce w rejonie miasta Zarafszan w Uzbekistanie. Zorganizowanie tego spotkania zlecono MON. Po krótkich przygotowaniach nasza komisja wyleciała do Uzbekistanu i przeprowadziła tam niezbędne czynności. Jednakże kontakt z Przybyszami nie przebiegł, a my powróciliśmy do Moskwy.

Miedzy innymi, w procesie przygotowania i oczekiwania sformowaliśmy rząd interesujących hipotez, które zaczęliśmy rozpracowywać od razu po przybyciu na miejsce służby. W czasie jednego z eksperymentów, kiedy to oficera występującego w charakterze kontaktowca-odbiorcy, posadzili w fotel i on nastroił się na potrzebną falę, badaczom udało się zarejestrować jakąś informację. Jej treść wychodziła poza okrąg problematyki badawczej. Początkowo pomyśleliśmy, że to pomyłka naszego odbiornika. Ale kiedy w specjalny fotel posadzono drugiego oficera i stworzono mu odpowiednie warunki, to ponownie przekazał on informację nieoczekiwanej treści… Mówiąc krótko – ktoś zapraszał nas do kontaktu myślowego (telepatycznego? – uwaga tłum.) podając nam jakieś cyfry – i jak zrozumieliśmy, były to słowa. Wszystko to zapisano na nośnikach audio i video, a potem w czasie 14-16 godzin analizowaliśmy informację zapomniawszy o śnie i odpoczynku. Następnego dnia powtórzyliśmy serię doświadczeń – i znów wyszliśmy na niewiadomego kontaktowca. Stało się jasnym, ze prowadzimy z Kimś dialog, który z każdą minutą staje się coraz bardziej sensownym.


Reguły dialogu z Przybyszami


P.: O czym wam opowiedzieli ci dziwni Rozmówcy?
O.: Dostaliśmy „kody dostępu” do rozmów z różnymi „kosmicznymi abonentami”. Był to cały zestaw literowo-cyfrowych kombinacji. Dostaliśmy w sumie około 300 takich kodów. Poza tym dostaliśmy współrzędne bazowania statków kosmicznych Obcych w Moskwie i okolicach. W tych miejscach byli nasi pracownicy i wykonali tam prace naukowe. Do tego nie kontaktowała się z nami jedna cywilizacja, ale całe stowarzyszenie przedstawiciele różnych światów, doskonale rozumiejących się nawzajem i które miały jakieś wspólne plany.
P.: Czy wasi pracownicy w czasie kontaktów z Przybyszami znajdowali się w odmiennych stanach świadomości?
O.: W odmienne stany świadomości w pełnym tego słowa znaczeniu nasi pracownicy nie wchodzili. My posługiwaliśmy się kodami i doświadczeniem w pracy w reżimie aktywności podświadomości. Wszystko to odbywało się przy pełnej samokontroli. Kontakt fizyczny z Przybyszami także był, ale tylko na naszą prośbę. Prawdą jest, że nasza praca zaczęła się od fizycznego kontaktu, kiedy przed nami pojawiła się grupa Obcych, nader przypominających Ziemian, ale mających jawne atrybuty pozaziemskiego pochodzenia. Rozmowa z Nimi ciągnęła się przez kilka godzin, w większości mówili Oni, wtajemniczając nas w reguły kontaktu. My także zadawaliśmy Im pytania i komentowaliśmy Ich wiadomości.


Wizyta na pokładzie UFO


W ogóle procedura kontaktu z Nimi z Ich strony była bardzo poprawna. Prawdę powiedziawszy, nie poczuliśmy, by Oni mieli jakieś szczególne zainteresowanie nami. A w ogóle Oni wiedzieli o nas wszystko, a nawet więcej, niż przypuszczaliśmy… Do obcowania z nami na planie fizycznym – zgodnie z moja radą – wybrali Oni czterech ludzi z naszej grupy, z którymi nawiązali aktywny kontakt telepatyczny. Przybysze zaprosili także dwie kobiety z naszej ekipy na pokład statku kosmicznego. Pozostałych członków ekipy, w tym i mnie, woleli pozostawić w nieświadomości. Prawdą jest, że Oni w czasie kontaktów telepatycznych w miejscach bazowania Ich statków, dopuszczali się do wcielenia się w nasze ciała i odbywali wraz z nami wirtualne spacery i to nierzadko… Jeden dzień naszych prac był nawet pokazany w TVR-1, w programie pt. „Biały kruk”.
P.: Czy udało się wam uzyskać od Przybyszów jakieś pożyteczne technologie albo informacje o tym jak prawidłowo powinna rozwijać się nasza cywilizacja?
O.: Rozpoczęliśmy tą pracę i otrzymaliśmy już pierwsze rezultaty… Jednakże wydarzenia związane z rozpadem ZSRR przeniosły nasza uwagę na inne tematy. Zamroziliśmy badania problemu UFO, jedynie od czasu do czasu w celu podtrzymania naszej metodyki nawiązywania kontaktów.


Jak Oni wyglądają?


Chcieliśmy przede wszystkim znać szczegóły: opis wyglądu Przybyszów,  ustrój społeczny Ich cywilizacji, miejsce pochodzenia, wygląd Ich planety z której ci Goście przybyli na Ziemię…
Dlatego część pytań dotyczących tych spraw przekazaliśmy jednej z pracownic z naszej grupy. Ona bezpośrednio wchodziła w kontakt z Gośćmi na poziomie zwyczajnej rzeczywistości. Nazwiemy ją Walentyną Iwanowną.
P.: Proszę opowiedzieć, co czuł pan w czasie kontaktu z przedstawicielami pozaziemskiej cywilizacji?
O.: Było to przede wszystkim poczucie czegoś niezwykłego, historycznie ważnego i znaczącego wydarzenia. Ale my byliśmy przygotowani do wykonywania niezwykłych zadań i dlatego te wydarzenia, które przecież były już na krawędzi fantastyki naukowej, odnieśliśmy się do nich jak do pracy, którą trzeba było wykonać.
P.: Proszę powiedzieć, jak wyglądali Przybysze?
O.: Ich wygląd jest prawie zwyczajny, jak i Ziemian. Średniego wzrostu, krzepkiej budowy ciała, przyjaźni… Oni posługiwali się ledwie co słyszalna mową, zaś pomiędzy sobą porozumiewali się telepatycznie (czego domyśliliśmy się od razu), potrafili czytać nasze myśli sformułowane w formie pytań i odpowiedzi. Tak i w Ich aparycji było coś całkiem prawidłowego, symetrycznego i idealnego.
- To Transformery – pomyśleliśmy. Ale to nas nie przerażało czy peszyło. Przyjazny ton i tembr Ich głosów, doskonałe maniery i subtelne żarty robiły nasze kontakty przyjacielskimi i otwartymi. Szkoda, że nie mogliśmy się dogadać i zrobić sobie wspólne zdjęcie…
P.: Skąd oni przybyli?
O.: Nie pytaliśmy o to. Seanse łączności telepatycznej dały nam informacje o wielu cywilizacjach. Doszliśmy do wniosku, że lepiej będzie się z Nimi zapoznać, żeby potem nie zaliczyć jakiejś wpadki przy rozmowach. A przede wszystkim chcieliśmy uzyskać Ich zgodę na dalsze kontakty.
P.: Czy widział pan Ich statek kosmiczny?
O.: Statków kosmicznych nie widziałem, podobnie jak kontakty przebiegały na neutralnym terytorium – nieopodal stacji metra Tiepłyj Stan, o godzinie 04:00. Potem nam się udało zwiedzić Ich statek tak w rzeczywistym (jeden raz) jak i eteroenergetycznym kształcie poprzez dotykowe odczucia. Tak raz w czasie jednego z takich kontaktów w 1991 roku, sfilmowali to operatorzy z TVR-1.


Urzędnicy z ONZ nie są Im potrzebni


P.: Dlaczego Przybysze nie wchodzą w oficjalny kontakt z przedstawicielami Ludzkości, np. z kierownictwem ONZ?
O.: Dlatego, że są po temu przyczyny. To Oni przejawili inicjatywę spotkania się z nami. Nas po prostu zaprosili. A urzędników z ONZ Oni nie potrzebują. Co nowego i pożytecznego mogą uzyskać nasi Bracia w Rozumie w czasie rozmów z oficjalnymi osobami? Zapewne pan pomyślał, że Ich interesują jakieś negocjacje o zamiarach, spotkaniach na szczycie w przyszłości? My dla Nich jesteśmy dziećmi, które przez kilka milionów lat swego istnienia nie rozwiązały żadnego problemu duchowej egzystencji: nie tylko nie zapobiegły wojnom, ale przekształciliśmy je w środek służący do masowego niszczenia samych siebie, a wszystko w imię interesów małych grup silnych tego świata. A co zrobiliśmy z otaczającą nas Przyrodą? Szczerze mówiąc, było nam wstyd, kiedy zadając Przybyszom nasze pytania o moralności, gospodarce, itd. itp., bezwiednie porównywaliśmy Ich odpowiedzi do naszej tzw. cywilizacji!
P.: A zatem po co Im kontakt z naszą cywilizacją?
O.: Oni są badaczami dynamiki naszego rozwoju. Co się tyczy pracy z naszą grupą wcale nie oznacza, że Oni specjalnie weszli w kontakt z Ziemianami. Sądzimy, że Oni dali nam szansę i patrząc na to, jak z jej skorzystamy zadecydują, czy rozszerzą ten kontakt z nami, czy go zakończą.



Moje trzy grosze


Przyznaję, że wszystko to brzmi niezwykle i bardzo w duchu „Nieznanego Świata”, z którym współpracuję od dawna. Ale nie cieszmy się zbytnio, bo te wszystkie treści brzmią aż za dobrze, by mogły być prawdziwe.

Zwróćmy uwagę na parę faktów: oto generał rezerwy opowiada dziennikarzowi o ultra-tajnej jednostce wojskowej, która zajmowała się telepatycznymi kontaktami z Obcymi. Brzmi to wiarygodnie, ale czy nie jest zastanawiającym fakt, że z racji tej ultra-tajności wszystkie informacje, które przekazał dziennikarzowi stanowią ścisłą tajemnicę wojskową, służbową, państwową – a zatem tajemnicę stanu! A przecież są tajemnice – a tajemnice stanu szczególnie – które nigdy nie są przedawniane i nigdy nie wychodzą na światło dzienne. I chociaż one same już przeminęły, to jednak są one strzeżone tak, jakby nadal były aktualne. Przykład – pierwszy z brzegu: katastrofa gibraltarska…

Co więcej, pan generał rezerwy opowiada o tym tak, jakby zapomniał, że w spec-służbach – wszystkich! – obowiązuje Prawo Burdego, które brzmi: TEN, KTÓRY WIE – MILCZY. TEN, KTÓRY MÓWI – NIE WIE NIC. W ZSRR i Rosji za wiele mniejsze rzeczy ludzi rzucano w kazamaty Łubianki czy na konwejer na Chodynce. A pan generał w rezerwie paple o największych tajemnicach z radością dziecka, które zaczęło właśnie mówić. Nie kupuję tego, bo sam pracowałem w służbach i wiem, że lwią większość ich tajemnic zabiera się ze sobą do grobu. Cudów w tej robocie nie ma: paplesz – idziesz do piachu, a to, co wypaplałeś będzie szybko zapomniane lub wymazane z pamięci ludzkiej, albo ośmieszone.

Podobnie rzecz się ma z „rewelacjami” Johna Leara czy Boba Lazara na temat Strefy 51 w USA. Obaj panowie paplali w mediach i włos im z głowy nie spadł. A przecież, gdyby mówili prawdę o największych tajemnicach obronności Stanów Zjednoczonych, to obaj gryźliby ziemię, albo siedzieli w jakiejś psychuszce. Tymczasem ich opowieści są przekładane na inne języki, dyskutuje się na ich temat w TV, robi się według nich filmy, są tematami zjazdów ufologicznych… Ciekawe to jest, nieprawdaż?

No chyba że…

Właśnie – chyba że wszyscy tu wymienieni pracownicy najtajniejszych projektów ZSRR i USA po prostu… - mówią to, CO IM KAZANO. To klasyczna dezinformacja. Cel dezinformacji jest zawsze ten sam – przykryć coś, co chce się ukryć i skierować uwagę ludzi na inne tropy. Przekładając na zrozumiały powszechnie język - to tak jak u nas, kiedy wprowadza się kolejne podwyżki cen na coś, to znajduje się jakąś sensację, która przyćmiewa fakt kolejnego drenażu naszych kieszeni: a to jakaś aferka czy szwindel stulecia, a to kogoś zastali w domu, a to koniec świata i Armagedon, itd. itp.  Metoda to stara jak świat i wielokrotnie sprawdzona.  

I jeszcze jedna sprawa. Kosmici czy Przybysze są bardziej rozwinięci duchowo. No właśnie – co to znaczy? Co znaczy wyższy rozwój duchowy? Pytałem o to wielu ludzi, i właściwie nie otrzymałem żadnej zadowalającej odpowiedzi. Czy znaczy to, że będą bardziej wyrozumiali i życzliwsi światu i wszystkim żywym istotom, które go zamieszkują? Może będą mieli niesamowite – z naszego punktu widzenia – właściwości umysłu i ciała? – teleportacja, telekineza, telepatia, czytanie w myślach innych osób? Czy po prostu – jak ja to uważam – kreatywne bytowanie wśród Natury i Jej tworów, w zgodzie z Nią i poszanowaniem Jej praw? Świat w którym technika ma służyć człowiekowi, a nie występować przeciwko niemu i Naturze. Człowiek wykorzysta wreszcie wszystkie swoje potencjalne możliwości ciała i umysłu w harmonii z Naturą i samym sobą w celu uzdrowienia tego świata i przygotowania go do takiego właśnie bytowania zrównoważonego we wszystkich aspektach współistnienia i istnienia. Bo z Naturą można tylko współistnieć albo nie istnieć. Tak to rozumiem. I sądzę, że Kosmici (o ile w ogóle tutaj są) w swym rozwoju mają ten etap już za sobą.      

Tak zatem opowieść pana generała rezerwy jest dla mnie całkowicie niewiarygodna. Oczywiście służby pracują nad zagadnieniem UFO, ale na pewno nie widzą w nich statków Przybyszów, a nasze ziemskie konstrukcje, które mogą stanowić potencjalne zagrożenie militarne. Rosjanie zajmowali się UFO i rozpracowywali to zagadnienie, co widać choćby po tym, że dwaj najsłynniejsi ufolodzy Feliks Zigiel i Władimir Ażaża byli wyższymi oficerami Armii Radzieckiej – a co za tym idzie współpracującymi z lub pracującymi w GRU – co przyznali niedawno sami Rosjanie. Moja koleżanka opowiedziała mi kiedyś, że listy, które pisała do ojca pracującego w ZSRR niekiedy „znikały” gdzieś na poczcie. I co ciekawe – tylko te, w których pisała mu o UFO. Znikali także ludzie. Osobiście znam historię młodego człowieka z Orenburga, który interesował się ufologią. Po skończeniu I roku studiów na UAM w Poznaniu wyjechał do Rosji na wakacje i przepadł gdzieś wraz z całą rodziną… I to wszystko. Rosjanie zawsze umieli skutecznie bronić swych tajemnic. A bajeczki o UFO, Przybyszach i kontaktach telepatycznych są dla spragnionych sensacji ludzi marzących o oderwaniu się choć na chwilę od skrzeczącej rzeczywistości.

Taka jest właśnie nasza rzeczywistość: szara, paskudna i skrzecząca. I daję słowo, że chciałbym – i to bardzo! – żeby Oni istnieli i byli tu przy nas. Może by było nam wszystkim z tym lepiej…?


Źródło – „Tajny XX wieka” nr 36/2012, ss. 20-21
Przekład z j. rosyjskiego i komentarz –
Robert K. Leśniakiewicz ©  

środa, 25 stycznia 2012

Hochsztaplerzy w służbie SS



Powiedziano kiedyś, że by poruszyć planetę, dość znaleźć punkt oparcia poza nią; tak i ja pragnąc obalić rozum, który był doskonały, musiałem znaleźć punkt oparcia, a była nim głupota…

Stanisław Lem – „Cyberiada”

Jana Rozowa

W czasie Wielkiej Wojny Ojczyźnianej w Armii Radzieckiej służyły… wielbłądy. W sformowanej w Astrachaniu 28. Armii Rezerwowej zwierzęta te służyły jako zwierzęta pociągowe do armat. Większa część z tych bojowych wielbłądów zginęła…

Już  w 1943 roku, hitlerowski rząd Niemiec doszedł do wniosku, że kolejnego blitzkriegu nie będzie. Koniec wojny nie był jeszcze przewidzianym, ale już niektórzy wysoko postawieni urzędnicy zaczęli pomiędzy sobą ostrożnie wymawiać słowo „klęska”…  

Cudowna idea cudownej broni

A wszystko to – oczywiście – wynikało z sytuacji ekonomicznej tego kraju. Świadczy o tym cytat z wystąpienia generalnego inspektora wojsk pancernych III Rzeszy gen. H. Guderiana (1888-1954), z dnia 9 marca 1943 roku:
- Niestety, aktualnie nie ma ani jednej w pełni gotowej do boju dywizji pancernej. Jeżeli nam się uda rozwiązać to zadanie, to my wraz z Luftwaffe i podwodnymi siłami Krigsmarine odniesiemy zwycięstwo. Jeżeli nie, to wojna na lądzie stanie się zbyt ciężką i zbyt kosztowną.

Hitler miał nadzieję na przełom w wojnie, dlatego potrzebna była jakaś ratunkowa idea, która zachęciłaby żołnierzy do walki i pognębiła nieprzyjaciela. No i się pojawiła: Wunderwaffe. Cudowna broń. Coś, co uratuje Niemcy. Praca nad tym czymś – tajnym i super-ważnym – była prowadzona także i do wystąpienia Reichsministra ds. uzbrojenia i amunicji Alberta Speera (1905-1981) obiecującego krótko mówiąc „nowy kurs”. Ale teraz intensywność tej aktywności zwiększyła się do stukrotnie. W niemieckim arsenale zaczęły pojawiać się nowe rodzaje broni: myśliwce turboodrzutowe, ręczne rakietowe miotacze granatów ppanc. – czyli słynne Panzerfausty, przeciwczołgowe rakietowe pociski kierowane, nowoczesne czołgi i okręty podwodne z napędem turbinowym Walthera. Niemcy zaczęli także program budowy bomby atomowej.

Po Zwycięstwie tak bardzo okupionego krwią żołnierzy radzieckich, niemieckimi wynalazkami bardzo zainteresowali się Amerykanie, ale nie o tym mowa. W historii Wunderwaffe jest jeszcze jeden nieoczekiwany aspekt, który wskazuje na to, ze pod koniec wojny Niemcy stracili już zdrowy rozsądek i dawali posłuch różnym ciemnym typom i na cudowne bronie wydawali wprost nieprawdopodobnie wysokie sumy. Wiadomo, ze prace nad rakietami V według projektów SS-Sturmbannführera barona dr Wernhera von Brauna kosztowały 5 mld RM. Jednakowoż przypomnijmy, że z 25.000 rakiet V-1 i 10.800 rakiet V-2 wystrzelonych poprzez Kanał La Manche na Londyn – cel osiągnęła tylko 1/3. Pozostałe 2/3 eksplodowały nawet nie podniósłszy się w powietrze, były zestrzelone przez brytyjskie myśliwce, albo po prostu nie doleciały…

W 1944 roku, idea cudownej broni nie przestawała drążyć niemieckich umysłów. Wśród zbawców wielkich Niemiec spotykamy znajome nazwisko – SS-Obersturmbannführer[1] Otto Skorzenny (1908-1975). Szpieg i dywersant, Skorzenny został szefem tajnej służby SS zajmującej się badaniami rozwojowymi broni specjalnego przeznaczenia. No, ale naukowe prace, to nie jego styl. Skorzenny, von Braun i SS-Brigadeführer Walter Schellenberg (1910-1952) nie zachwycali się zdalnie sterowanymi kablowo i radiowo, samobieżnymi minami Goliat, które już wypróbowano w boju[2], ale do smaku przyszły im myśli o „ludziach-torpedach” i „ludziach-pociskach”. Tak jak V-1 nie odnosiły zamierzonych skutków, więc Schellenberg wpadł na pomysł naprowadzania ich na cel przez pilotów-samobójców – kamikadze III Rzeszy… 

Ta rzutka fantazja na szczęście nie ziściła się.

Lipny profesor

Wydawałoby się, że prace nad nowymi rodzajami broni to ściśle tajna domena. Próba zrobienia balona z Ministerstwa Obrony Rzeszy a także z SS wydaje się być szaleństwem. Ale znaleźli się tacy odważni, a może szaleni, którzy tego dokonali. Świadkowie wspominali taki epizod, który miał miejsce na pięć lat przed opisanymi powyżej wydarzeniami. Otóż do SS-Reichsführera Heinricha Himmlera (1900-1945) napłynęła notatka od jakiegoś naukowca, niejakiego Hansa Erhardta czy Erharda. Zaproponował on bardzo interesujący i morderczo efektywny sposób zwalczania alianckich samolotów, a mianowicie poprzez rozpylenie w powietrzu, wprost na samoloty kłębów drobno zmielonego pyłu węglowego i podpalenie tego pyłu przy pomocy rakiety czy flary. Przy czym pan Erhard przekonywał, że „w dniu 1 kwietnia 1945 roku, w ten sposób udało się unieszkodliwić 36 brytyjskich bombowców.” I tylko że jak dotąd, to nikt nie potwierdził tej informacji.

I jakby na to nie patrzeć, to coś takiego nigdy nie mogło się zdarzyć. Taka węglowo-powietrzna mieszanina eksploduje tylko i wyłącznie w szybach czy sztolniach, w warunkach zamkniętej przestrzeni, i tylko kiedy pył węglowy i tlen znajdują się w odpowiednim stosunku i stężeniach.[3]

Ten cały Erhard okazał się niezłym oszustem. Już po wojnie zorientował się, że Amerykanie wyszukują niemieckich uczonych pracujących nad hitlerowską bronią jądrową, więc zjawił się u nich z przyjemną wiadomością, że jest posiadaczem patentu na produkcję tzw. „ciężkiej wody” tak potrzebnej w przemyśle atomowym. Amerykanie zrazu kupili tą bajeczkę, ale po czterech miesiącach zorientowali się, że to zwykła ściema i wywalili go na bruk. Nie przeszkodziło to Erhardowi dodać sobie do nazwiska tytuł naukowy.

Potem wypłynął w Szwajcarii, by zaproponować rządowi tego kraju wzmocnienie obronności tego kraju za pomocą „promieni śmierci”, a kiedy go stamtąd wyproszono, to zjawił się we Włoszech. Tam z kolei zaproponował sprzedaż patentu na silnik na wodę. Oczywistym jest, że ten silnik znajdował się tylko w jego wyobraźni.

Erhard okazał się być utalentowanym oszustem, który potrafił siebie dobrze zareklamować, potrafił być przekonywującym, wyglądał na poważnego uczonego, co pozwoliło mu zjednywać sobie wspólników i sponsorów. Wokół niego pojawili się ludzie dowierzający bez zastrzeżeń temu aferzyście, w tym dziennikarze gazety w byłej RFN – „Deutsche Soldaten Zeitung”, którzy opublikowali serię artykułów broniących jego osobę i „dokonania”. Bywa i tak!

Erhardowi udawało się długo ogłupiać porządnych skądinąd ludzi, póki nie oddano go pod sąd za niepłacenie alimentów i fałszerstwa. To wszystko zdarzyło się w jego ojczyźnie – w Niemczech. Poza tym wyjaśniło się, że nawet jego nazwisko było fałszywe, a tytuły naukowe – lipnymi.

Oręż zwycięstwa – promienie XX

W całej czeredzie fantastycznych pomysłów na cudowne bronie SS znalazł się jeden – zupełnie szczególny, a mianowicie – broń grawitacyjna! I jak widać, na promienie XX zwrócili swą szczególną uwagę specjaliści od broni przeciwlotniczych. Idea była prosta – powinny one zwiększyć ziemskie ciążenie i tym sposobem ściągać wrogie samoloty na ziemię.

Amerykanie zrazu zapalili się do tego pomysłu, postanowili zatem znaleźć autora tego pomysłu i wyprawić go ciupasem za ocean jak von Brauna et consortes. Pomysł broni grawitacyjnej wyglądał nadzwyczaj atrakcyjnie, ale… grawitacji Ludzkość nie opanowała do dnia dzisiejszego.

A jednak takie eksperymenty nad bronią grawitacyjną były przeprowadzane w KL Buchenwald. Dzięki zeznaniom byłych więźniów tego obozu koncentracyjnego Amerykanie dowiedzieli się, że już od 1941 roku w tym KL znajdowało się zakonspirowane laboratorium, którym kierował człowiek o nazwisku Blau. Pod jego kierownictwem pracowało tam kilkunastu więźniów, którzy znali się na elektryczności, którzy opowiadali, że Blau w ogóle nie orientował się w fizyce, mechanice i elektrotechnice. Ale za to on miał bzika na tle fantastycznych możliwości promieni XX, które wytwarzały pole antygrawitacyjne, albo wpływały w jakiś sposób na pole grawitacyjne Ziemi.[4]

Dywersanci-niewolnicy

Dlaczego więc taki niegramotny w technice człowiek kierował takim projektem? O, to jest historia dla detektywa! O tym tajemniczym panu Blau, który po wojnie rozpłynął się gdzieś w masie ludzkiej, mówi wiele zeznań. Do czasu swego zamknięcia w Buchenwaldzie był on wojskowym urzędnikiem Rzeszy i miał on baczenie na różne projekty wojskowe. Autor pewnych prac, a szczególnie tychże samych promieni XX pewnego dnia wyszedł z domu i nie powrócił. Śledztwo wykazało, że uczony ten znikł zaraz po spotkaniu z panem Blau.

Urzędnika aresztowano. Rozumiejąc, że na jego szyi zaciska się pętla, Blau podał wersję przestępstwa, która była dość wiarygodna, i która uratowała go od stryczka. Przyznał się mianowicie do tego, że to on jest winnym zniknięcia uczonego i wynalazcy promieni XX, ale nie miał wyjścia. Uczony ten groził, że w przypadku nieotrzymania za swój wynalazek wygórowanej sumy pieniędzy, sprzeda go wrogom Rzeszy. Tak więc działając w „stanie wyższej konieczności” – jak stwierdził to jego adwokat – Blau uratował życie, ale zesłano go do Buchenwaldu – dobrze, że nie na szubienicę czy pod ścianę. A kiedy zaistniało zapotrzebowanie na super broń, wtedy powierzono mu kontynuowanie prac zamordowanego przez niego naukowca.

Na początku trzeba było skonstruować generator promieni XX i zbadać jego możliwości. Blau zabrał się do roboty. Potrzebował on już to potężną lampę, już to piasek monacytowy, to znowu niewyobrażalnych rozmiarów transformatory. Barak, w którym Blau pracował był owinięty kablem ze srebra i miedzi, a w jego środku znajdowało się dziwne oprzyrządowanie, ze wskazań którego nasz „badacz” niczego i tak nie rozumiał. Dla bonzów z SS ów pseudouczony rozgrywał spektakl, który miał dowieść, że praca idzie do przodu. Jeden z jego „współpracowników”, który znał się na elektrotechnice o wiele lepiej od Blau, opisał jego „eksperymenty” jako czystej krwi szalbierstwo. Jednakże – jak widać – kuratorzy Projektu Promienie XX, także dalecy byli od nauki, skoro taki jak on „specjalista” mógł ich wyprowadzić w pole…

Na wiosnę 1945 roku, radzieckie wojska wiedząc czy nie wiedząc o cudownych broniach zajęły Berlin i uwolnili świat od dżumy nazizmu. Hitler palnął sobie w łeb, nazistów złapano i osądzono. A naukowi awanturnicy i hochsztaplerzy – ci niewolniczy dywersanci na tyłach III Rzeszy, którzy wsypywali w pustkę niemieckie pieniądze i w ten sposób hamowali plany Hitlera znikli w lecie. Taka ich służba!

Od tłumacza

Muszę przyznać, że te dwa ostatnie zdania są co najmniej zastanawiające. Czyżby ci niewolniczy dywersanci byli radzieckimi agentami NKWD/NKGB lub GRU, którzy mieli za zadanie wieść hitlerowską (a potem także amerykańską) naukę na manowce? A czemuż by nie? Historia wojen i konfliktów dowodzi, że jeden szpieg dobrze umieszczony we wrogim kraju może spowodować więcej szkód, niż całe dywizje wojska, więc dlaczego nie mogłoby być w takim przypadku?

Psychologowie z GRU doskonale wiedzieli o tym, że Hitler i jego akolici mieli feblika na punkcie nauk tajemnych, więc można było obrócić to przeciwko nim poprzez umiejętne dozowanie idiotyzmów wsączanych w ich oczadziałe mózgi. Jak widać, coś takiego mogło być i najprawdopodobniej zostało wykorzystane w ramach wojny psychologicznej toczonej pomiędzy ZSRR i III Rzeszą, a potem także w czasie Zimnej Wojny z Zachodem – a w szczególności z USA. I wcale bym się nie zdziwił, gdyby się okazało, że UFO i inne medialne wytwory Zimnej Wojny zostały wymyślone wcale nie w Langley, ale na Chodynce… Dlatego właśnie pozwoliłem sobie nadać takie motto całemu temu materiałowi.

Wyobraźmy sobie taką sytuację. Oto radziecki wywiad znając głupotę i żądzę sensacji przeciętnego Amerykanina puszcza pogłoski na temat odwiedzin Kosmitów na terytorium Stanów Zjednoczonych. Wieść jest sensacyjna i rusza machina medialna. Początek zostaje zrobiony, Amerykanie zaczynają wierzyć w istnienie Obcych. I o to właśnie chodzi… Tym sposobem można robić swoje i zwalić wszystko na Kosmitów. W ten sposób przetestowano niemieckie rakiety V w lecie 1946 roku, a w 1947 już miano gotowe pociski rakietowe R-1 i R-2, zaś w cztery lata później wektory broni jądrowej – na razie tylko MRBM – pociskami średniego zasięgu, które wkrótce stały się ICBM – pociskami międzykontynentalnymi i rakietą, która wyniosła na orbitę Jurija Gagarina. Śmiem twierdzić, że to właśnie dlatego Amerykanie przegrali pierwszą rundę w rakietowym wyścigu o panowanie nad światem i w Kosmos.

Odrobili ją potem, kiedy ZSRR nie był w stanie prowadzić w tym wyścigu, bowiem słaba gospodarka nie była w stanie wydolić i wreszcie zaczęła zwalniać, by paść w latach 80. ubiegłego wieku. Ale to już osobna historia i temat z innej ballady…

Źródło – „Tajny XX wieka” nr 38/2011, ss. 16-17

Przekład z j. rosyjskiego i komentarz –
Robert K. Leśniakiewicz ©


[1] Wikipedia podaje, że był on SS-Sturmbannführerem.
[2] Wykorzystanymi m.in. przeciwko powstańcom w Warszawie.
[3] W sumie idea była niezła, bo na podobnym pomyśle opiera się działanie bomb termobarycznych – paliwowo-powietrznych. Mały ładunek wybuchowy rozprasza w powietrzu obłok ciekłego paliwa, które następnie ulega zapaleniu przez zapalnik. Obłok eksploduje wytwarzając potężną falę uderzeniową o mocy małego ładunku jądrowego, która jest czynnikiem niszczącym. Broń termobaryczna jest tańsza i poręczniejsza w użyciu od broni jądrowej i dlatego jest przed nią wielka przyszłość…
[4] Nad wykorzystaniem grawitacji jako broni najprawdopodobniej nadal pracuje się w laboratoriach wojskowych USA i Rosji. Broń taka mogłaby działać wtedy, gdyby można było wysyłać ukierunkowane pola grawitacyjne w kierunku siły żywej nieprzyjaciela, który zostałby literalnie zmiażdżony przez ciążenie. Jej działanie opisał swego czasu Siergiej Śniegów w fantastycznej epopei pt. „Dalekie szlaki”, Warszawa 1973.