LATAJĄCY TALERZ Z SZAMBALI
Tatiana Samojłowa
Praktycznie rzecz biorąc, we wszystkich rosyjskich grubych księgach poświęconych problemowi NOL-i, chociaż w największym skrócie opowiada się, jak znany rosyjski filozof i malarz Nikołaj Roerich podróżując po Azji Środkowej i Tybecie zaobserwował UFO.
Relacja Roericha...
Niestety, autorzy wyżej wspomnianych książek ograniczyli się do podania cytatu z wydanej w Związku Radzieckim książki N. Roericha „Serce Azji”, który brzmi tak:
Słoneczne i bezchmurne rano – lśni jasne, niebieskie niebo. Naraz jeden z buriackich lamów podnosi rękę:
- A co to takiego? Biała napowietrzna kula? Aeroplan?
I naraz zauważamy, jak na wysokim pułapie porusza się coś błyszczącego lecąc z północy na południe. Z namiotów przyniesiono trzy silne lornetki i obserwujemy biały, sferoidalny obiekt, lśniący w słońcu, doskonale widoczny na tle niebieskiego nieba. Porusza się on bardzo szybko. Potem zaobserwowaliśmy, jak zmienia kierunek lotu bardziej na południowy-zachód i znika za śnieżną granią Humboldta.
Ale przecież Roerich nie był tam sam i nie tylko on pozostawił po sobie opublikowany opis tej Obserwacji Dalekiej. Jeżeli zwrócimy się do innych źródeł informacji, to klasyczny szyld „UFO” nie będzie wyglądał tak jednoznacznie dla tylko tego fragmentu relacji. Już w drugiej swej książce „Szambala promieniejąca” N. Roerich opisuje zupełnie innymi słowami to Spotkanie:
Niedaleko od Ułan-Dawana widzieliśmy ogromnego, czarnego grzyba lecącego w pobliżu naszego obozu. On leciał na spotkanie czegoś świetlistego i pięknego, co leciało na południe nad naszym obozem i świecącego w blasku Słońca.
... i relacje innych świadków.
W środku lat 70. ubiegłego wieku, udało mi się usłyszeć historię opowiedzianą przez pewnego naukowca z Mongolii doc. dr Curena Sjanżawę. Okazało się, że jego dziadek był przewodnikiem ekspedycji Roericha. Nikołaj Konstantynowicz wspomina kilkakrotnie o nim w swych dziennikach. Jego dziadek miał w młodości doskonały wzrok koczownika i myśliwego, i on opowiedział swemu wnukowi detale tej opisanej przez Roericha obserwacji NOL-a, które to szczegóły pozwalają spojrzeć nieco inaczej na naturę tego zjawiska. Kiedy członkowie ekspedycji rozbiegli się po namiotach za lornetkami, orzeł nabrał dużej wysokości i obleciał prawdopodobną zdobycz. To świadczyło o po pierwsze - raczej niewielkiej prędkości poruszania się obiektu, a po drugie – dało możliwość ocenić rozmiary obiektu poprzez porównanie z rozmiarami ptaka. Według słów Mongoła – był on rozmiarów dużej jurty.
Ale nie tylko to jest ciekawe. W nocy dziadek Curena zobaczył na niebie poruszające się i migoczące światło, który dokładnie powtórzyło trajektorię obiektu, który leciał za dnia.
Pisarz Oleg Szyszkin w swej książce „Bitwa o Himalaje” przytoczył świadectwa także i innych naocznych świadków, w szczególności lekarza ekspedycji dr K. N. Riabinina:
Około godziny 10:30 rano zauważyliśmy wielkiego, czarnego orła, który leciał z zachodu na wschód. Potem zwróciliśmy uwagę na to, że Buriat Cultim patrzy na kierunek S-SW. Podszedłszy doń zauważyliśmy, że na bardzo dużej wysokości jaskrawo biały obiekt, który szybko i płynnie przemieszczał się po niebie w kierunku grzbietu Humboldta. Zdążyliśmy przynieść trzy lornetki, i wszyscy jak nas tam było siedmiu, dokładnie obserwowaliśmy to zjawisko. Chociaż obiekt już się oddalał, to przez lornetkę można było dokładnie zobaczyć jego podługowaty, owalny kształt, z jednym bokiem oświetlonym słońcem i oddalającym się stopniowo w kierunku południowym. Przypuszczaliśmy, że to jakiś aerostat, a pośród Buriatów mówiło się o balonie wypuszczonym przez Chińczyków z «oparami benzyny». Uśmialiśmy się z tego ostatniego przypuszczenia, bowiem najbliższym punktem, z którego on mógł wystartować było miasto Sü-chou leżący o sześć dni marszu stąd, przy czym przez te wszystkie dni wiatr wiał z zachodu.
Opublikował także swoją obserwację w książce „Z ekspedycją Roericha po Azji Centralnej” jeszcze jeden świadek naoczny - dowódca ochrony ekspedycji – płk N. W. Kordaszewskij:
Spojrzałem w górę w kierunku, w którym zwróciły się głowy obserwujących, i zobaczyłem nie orła, ale lśniącą w słońcu kolorem biało-żółtym dużą kulę.
- Jaki tam orzeł, to kula! – powiedziałem do podchodzącego właśnie Nikołaja Konstantynowicza i rzuciłem się do namiotu po lornetkę. Przy jej pomocy szybko odnalazłem na niebie dziwny obiekt. Mniej więcej około kilometra nad nami przesuwała się w powietrzu kula. Nie widać było ani siatki, ani lin nośnych czy gondoli albo kosza. Roerich z żoną, kilku Mongołów i ja obserwowaliśmy to zjawisko. Kula poruszała się w linii prostej ze wschodu na zachód i naraz skręciła pod kątem prostym na południe i powoli znikła za najbliższym śnieżnym grzbietem górskim... Było oczywistym, że ten – nie mogę tego nazwać inaczej, jak sferyczny aerostat – zmienił swój kurs, jakby za ostrym przełożeniem steru.
Wybaczymy pułkownikowi piechoty porównanie zmiany kursu do nagłego przełożenia steru na sferycznym aerostacie: ani balony, ani aerostaty nie mają sterów, bo one poruszają się w strumieniach prądów powietrznych – atmosferycznych. A taki prąd na dużej wysokości może „wybrać” dowolny kierunek, w tej liczbie także przeciwne temu, jaki ma wiatr nad powierzchnią Ziemi. Tak zatem po prostu balon wpadł w strumień powietrzny o innym kierunku. I tutaj pułkownik sam sobie zaprzeczył – wszak nie widział on żadnego kosza czy gondoli u tego balonu, a zatem nie miał on załogi, która mogłaby przełożyć hipotetyczny ster...
Analiza incydentu.
Analizując ten incydent O. Szyszkin wskazuje na swoje przypuszczenie:
Ten NOL zaobserwowany nad obozowiskiem Roericha był niczym innym, jak bezpilotowym balonem, którego wypuszczono z bazy znajdującej się w Mongolii, w przygranicznym mieście San-Chin. Takie balony były wypuszczane w roku 1926 roku przez radzieckich uczonych i aeronautę W. B. Szostakowicza. Jeszcze 7 czerwca 1926 roku odbył on próbny lot. Balony te wykorzystywano do badań atmosferycznych w Mongolii i do sporządzania dokładnych map tego regionu. Poza tym balon z aeronautą na pokładzie wypełniał także misje zwiadowcze nad terytorium Chin. Poza tym wykorzystywano je do łączności w sytuacjach awaryjnych, zrzucał on ładunek ze znacznikiem i wiadomościami.
Jak więc widzimy, zagadka NOL-a zaobserwowanego przez ekspedycję Roericha może mieć całkiem proste wyjaśnienie. I tylko płk Kordaszewskij wnosi w swej relacji element mącący tą klarowną wersję – z jednej strony twierdzi on, że był to aerostat, a z drugiej – nie zauważył on ani gondoli czy chociażby kosza dla załogi...
Do tego inni świadkowie – dr Riabinin i intendent ekspedycji Portniagin twierdzą, że:
Z rana wszystkim członkom ekspedycji stało się jasne, że zaobserwowany przez nas błyszczący przedmiot był powietrznym aparatem Bractwa wracającym spod Mukdenu (Shenyang) do Tybetu po wypełnieniu polecenia Taszy-Lamy znajdującego się – jak wiadomo w Mukdenie.
Jak to się mówi – świadkowie wiedzą lepiej. Jak się wydaje, jeszcze jeden klasyczny przypadek obserwacji NOL-a znalazł zwyczajne objaśnienie. Ale w takim razie czym było to dziwne, migające światło, które na nocnym niebie obserwował dziadek Curena? Balony w górach po nocy nie latają, i tym bardziej, ich nie oświetlają...
To ostatnie stwierdzenie nie jest wcale takie oczywiste, bowiem proszę nie zapominać, że trwała ekspansja Związku Radzieckiego na tereny Azji Centralnej – co opisywał m.in. Antoni Ferdynand Ossowiecki i Kamil Giżycki, którzy byli naocznymi świadkami tych wydarzeń. W Azji Centralnej poza tym krzyżowały się interesy Chin, ZSRR, Wielkiej Brytanii i USA oraz Francji i nawet Niemiec, bo każdy chciał położyć rękę na bogactwach tego regionu świata i każda metoda była dobra. Dlatego nie byłbym taki pewien, czy tylko radzieckie albo chińskie balony latały w tym czasie nad śnieżnymi graniami Himalajów... Założę się o mojego Caspera z pełnym bakiem paliwa, że ekspedycja Roericha też miała swój cel zwiadowczy, o czym się nigdy nie mówiło głośno.
Poza tym, nie zapominajmy, że właśnie w tych latach nad Półwyspem Skandynawskim zaczęły się loty tajemniczych „samolotów-widm”, które najprawdopodobniej były radzieckimi i niemieckimi maszynami szkolno-treningowymi i szpiegowskimi latającymi z Hamburga do Murmańska i z powrotem. Latały one na mocy układów z Rapallo (zawartych w 1922 roku, a dotyczących porozumień pozwalających Republice Weimarskiej obejścia klauzul Traktatu Wersalskiego), które otworzyły drogę hitlerowskiemu ekspansjonizmowi. Dane wywiadowcze przydały się potem Niemcom jak znalazł w kwietniu 1940 roku, kiedy to okręty Kriegsmarine i samoloty Luftwaffe bez specjalnego trudu opanowały Danię i Norwegię...
Nawiasem mówiąc, ciekawe jest to, że balon Taszy-Lamy (o ile to w ogóle był balon tybetański) zniosło tak daleko na północ – nad Ałtaj Mongolski (Mongol Altajn-nuuru), o tysiąc z górą kilometrów od szlaku z Shenyangu do Lhassy! Jest to raczej niemożliwe i sądzę, że był to albo radziecki, albo chiński balon zwiadowczy czy sonda meteorologiczna... Osobiście do takich misji używałbym albo samolotu, albo sterowca, a nie balonu, który zawsze jest na łasce i niełasce prądów powietrznych. NB, bardzo łatwo można wyjaśnić brak gondoli balonu zaobserwowanego przez Roericha i jego towarzyszy. Balon ten mógł ulec katastrofie, która odłączyła od powłoki nośnej wypełnionej wodorem kosz lub gondolę... I rzeczywiście – nie trzeba uciekać się do UFO!
A swoją drogą szkoda, że obalono kolejny mit o obserwacji NOL-a przed właściwą „Erą UFO”, która zaczęła się w czerwcu 1947 roku...
Przekład z j. rosyjskiego i komentarz –
Robert K. Leśniakiewicz © -