Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą strefa anomalna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą strefa anomalna. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 14 marca 2022

Miloš Jesenský, Robert K. Leśniakiewicz - „Zaginieni w górach”

 

Widok ze Strzebla na masyw Luboni i Pasmo Babiogórskie (Internet)

Tytuł oryginału – „STRATENÍ V HORÁCH. Záhadné prípady v Tatrách, Tríbeči a na Babej hore”. Recenzja

Jest to w zasadzie zbiór krótkich tajemniczych opowieści z regionu. Autorzy pokrótce wyjaśniają każde niewyjaśnione zdarzenie, komentują stan wyjaśnień i wiedzy, a kursywą dokumentują zeznania z okresu, głównie z prasy, lub ustne zeznania świadków.

Wybrałem więc bardzo sprawdzone podejście, które od razu przypomniało mi jednego z najsłynniejszych austriackich naukowców-mistyków, Viktora Farkasa (przetłumaczyłem wszystkie jego książki), który w okresie rozkwitu tajemnicy był jednym z absolutnych bestsellerów w naszym kraju. Sami autorzy wspominają innego autora z pierwszego pokolenia uczniów Dänikena, Petera Krassę (prawdopodobnie także dlatego, że współpraca Krassa z Robertem Habeckiem była równie owocna, jak współpraca Jesenskiego z Leśniakiewiczem).

Niewątpliwą zaletą recenzowanej książki jest też fakt, że autorzy łączą literaturę z innymi rodzajami sztuki, zwłaszcza z filmem (patrz np. „Pastorałki tatrzańskie” z „Trzydziestu spraw majora Zemana” – serial znany także w Polsce). W ten sposób zapewniają szersze ramy kulturowe dla ich enigmatycznego skupienia, które część społeczności czytelniczej nadal uważa za „nieodpowiednie”.

Przetłumaczyłem około pięćdziesięciu tytułów tajemnic z języka niemieckiego, więc mogę docenić niemal uniwersalną różnorodność tajemnic, od tajemniczych zniknięć, przez przesunięcia w czasie, UFO, duchy, klątwy i wiele innych, po tajemnicę, która była dla mnie odkryciem i czytam to z wielkim zainteresowaniem: to teoria szklanych tuneli w podziemiach, o których mówi się, że są w stanie bardzo szybko przenieść człowieka z jednego miejsca na świecie do drugiego. Moim błędem jest to, że nie wiedziałem o książce „Jesenský Secrets of the Moon Cave” (Allpres, 2008), która dotyczy nawet tego zjawiska w związku z podziemną krainą Agharti, w przekładzie czeskim.

Doceniam to, że autorzy konsekwentnie unikają wszelkiej sensacji i przekręcania wniosków przez czytelnika. Zawsze ma możliwość wyrobienia sobie opinii na temat wydarzenia. Ponadto naprawdę dokładna lista komentarzy na końcu książki może pozwolić na jeszcze głębsze przyjrzenie się temu zjawisku.

Dobrze, że autorzy nie wahali się pozostać na terenie słowacko-polskim, gdzie niewykształcony czytelnik nigdy nie spodziewałby się takiej studni tajemnic. Przypomniałem sobie moich byłych uczniów, którym brakowało, że każda tajemnica jest zawsze bardzo odległa (Indie, Roswell, Chiny itp.). Ja sam opisałem im jako najbliższą geograficznie zagadkę bawarską jaskinię z przesunięciem w czasie, o czym mówi również ballada Erbena. Jeśli jeszcze kiedyś będę uczył, to publikacje Jesenskiego i Leśniakiewicza dostarczą mi bogatego materiału.

Na zakończenie przypomnę tylko, że recenzowana książka jest bardzo czytelna. Bałem się, że jeśli monotematyczna koncentracja na osobach zaginionych, prędzej czy później znudzi czytelnika. To nie zdarzyło się przypadkiem! Niewątpliwie manifestuje się tutaj niezwykłe doświadczenie literackie („ręka pisana”) autorów, którzy dziś śmiało mogą konkurować z II pokoleniem uczniów Dänikena.

Jedną z miłych niespodzianek było to, że w dwóch konkretnych przypadkach autorzy podają również naukowe wyjaśnienie zjawisk, które pierwotnie należały do ​​tajemnic (np. tajemnicze błyski na szczycie góry jako odbicie promieni słonecznych w zwierciadłach, ale widoczne tylko z pewnego miejsca). Nie jest to tak powszechne u naukowców od tajemnic.

Ze zrozumiałych powodów nie znam stanu wydawania takich tytułów na Słowacji, dlatego dodam spostrzeżenie z Czech, bo część książek autorów została również przetłumaczona na język czeski. W naszym kraju w latach 90. nastąpił rozkwit poszukiwań tajemnic i na początku nowego tysiąclecia, wtedy czytelnicy domagali się kolejnych tytułów, ale okazało się, że studnia tematyczna tajemnic jest w zasadzie wyczerpana (więc nadal pisano by o tym samym ). Dziś minęły dwie dekady od tego stanu, a zainteresowanie tajemnicami nadal się utrzymuje (m.in. dzięki „tajemniczym” serialom telewizyjnym według projektów A. Vašíčka). Co więcej, dla wielu Czechów, Słowacja pozostaje sprawą serca, niezależnie od podziałów politycznych.

Gorąco polecam publikację ocenianego tytułu w języku słowackim i osobiście nie mam wątpliwości, że zasługuje on również na czeskie tłumaczenie, ponieważ geograficznie „lokalne” tajemnice wciąż są bardzo poszukiwane.

 

Dr Rudolf Řežábek,  red. naczelny

środa, 4 września 2019

Zagadki Smierdiaczego jeziora


W okolicy tego jeziora często pokazują się UFO...

Jurij Sołomonow


Krater Janisjarwi o średnicy 14 km w zachodniej Karelii jest wypełniony wodą i tworzy astroblemowe jezioro, jest ono jednym ze starszych podobnych utworów na terytorium Rosji. Jego wiek wyliczono na 700.000.000 lat.

Astroblemy – kratery meteorytowe zwane także impaktowymi – są dość rzadkimi utworami na powierzchni Ziemi, ale każdy z nich jest unikalnym i interesującym. W odległości 140 km na wschód od Moskwy, w głębinach Szaturskich Lasów znajduje się niewielkie, niczym się wyróżniające na pierwszy rzut oka jezioro, jakich wiele rozmieszcza się na przestrzeni błotnistej krainy Mieszczery. Jezioro znajduje się na dziale wodnym rzeczek Polja i Wojmiega, niedaleko od nich zbiegu, i ma ono średnicę zwierciadła wodnego wynoszącą 200 m. Do pewnego czasu, jezioro te nazywane Smierdiaczie[1] było znane tylko dla miejscowych, którzy łowili tam ryby. Ale naraz wszyscy zaczęli o nim mówić.


Zwyczajne odkrycie


Wszystko zaczęło się w 1983 roku, kiedy miłośnik astronomii Nikołaj Filin z miasta Roszal (Obwód Moskiewski) zwrócił uwagę na otaczający ten akwen ziemny wał. Oto jak opisuje to Filin:
Zbliżając się do jeziora zwróciłem uwagę na dziwny wzrost wysokości zaczynającej się w odległości 200-300 m od brzegu jeziora. Przy samym brzegu wyniesienie stawało się stromsze, a po tym, jak wspiąłem się na obwał, ścieżka ostro poszła w dół i przede mną w całej krasie ukazało się jezioro. Ono leżało w głębokiej, idealnie okrągłej kotlince…

Lokalizacja Smierdiaczego Oziera na mapie Rosji...

Wykonawszy kilka zdjęć jeziora Filin zadzwonił do Komitetu ds. Meteorytów, gdzie poradzono mu, by zwrócił się do estońskich uczonych mających duże doświadczenie w badaniach jezior kraterowych i astroblemów.[2] Zbadawszy dane od Filina, estońscy naukowcy – J.V. Kestlane i K.H. Miela w 1985 roku wysnuli hipotezę o tym, że jezioro to jest kraterem meteorytowym.

Swoje badania kontynuował także Nikołaj Andriejewicz Filin. W 1985 roku zmierzył on głębokość jeziora i ocenił ja na 20 m, chociaż miejscowi twierdzili, że sięga ona 50 m, o czym mówi także komputerowy model wybuchu.

W czasie pierwszej naukowej ekspedycji pobrano próbki z gruntu jeziora, a z rdzeni z brzegów znaleziono nawet kamienie różnej wielkości, zaś w glinie znaleziono deformacje świadczące o eksplozji. Przedsięwzięto próby znalezienia meteorytu, ale wskutek przyczyn obiektywnych musiano od tego odstąpić.

...i widok z orbity...
...i z pokładu samolotu

Od końca lat 90-tych, zaczęła się nowa fala zainteresowania badaniami jeziora. Dzięki wysiłkom pracowników Laboratorium Meteorytyki Instytutu Geochemii i Chemii Analitycznej im. W.I. Wiernadskiego, którzy zebrali i zbadali próbki gruntu z okolic jeziora, zostały znalezione próbki gruntu zwitryfikowanego, zeszklonego przy upadku meteorytu. W ten sposób definitywnie udowodniono impaktowe[3] pochodzenie krateru i jeziora.

W 2004 roku, grupa KOSMOPOISK przeprowadziła akcję fotografowania lotniczego rejonu jeziora, i dane uzyskane w ten sposób wprowadzono do komputerów, wskutek czego doszli oni do wniosku, że nie tylko Smierdiacze ale także inne jeziora z tego rejonu wykazują postmeteorytowe pochodzenie! – a samo ciało kosmiczne w czasie lotu przez atmosferę rozpadło się na wiele fragmentów. Jednakże jest to tylko hipoteza.

Bezimienne jezioro w tajdze o niemal idealnie kolistym kształcie spowodowanym przez impakt jakiegoś obiektu kosmicznego 10.000 lat temu...

I tak jedna z hipotez na temat pochodzenia jeziora Smierdiaczego głosi, że był to impakt meteorytu, który wedle obliczeń miał ok. 20 m średnicy, masę 11-13 tys. ton, a energia impaktu wynosiła ok. 250 kt TNT. Wiek tej formacji wynosi ok. 10.000 lat.[4]
 
Jakie jeszcze procesy geomorfologiczne mogły uformować taką misę jeziorną?


Hipotezy i fakty


Jeden z aktywnych badaczy jeziora dr nauk geograficznych Aleksiej Sawostin wysunął następujące hipotezy. Wedle jego słów, po pierwsze – należy odnotować procesy krasowe – czyli rozmywanie przez wodę nasyconą dwutlenkiem węgla, czyli słabym kwasem węglowym – H2CO3 – skał węglanowych – czyli zawierających wapień - Ca.[5] Wapienie zalegają na pewnej głębokości pod grubą warstwą czwartorzędowych osadów Niziny Mieszczierskiej. Procesy krasowe mogą formować otwory nad podziemnymi pustkami, głębokie zamknięte kotły, itd. itp. W miejscu zalegania skał węglanowych jeziora zjawisk krasowych jest dużo i nie są rzadkością. Ale występowanie kolistego wału na brzegu Smierdiaczego jeziora nie można wyjaśnić zjawiskami krasowymi.

Hipoteza numer dwa jest związana z czwartorzędowym lodowcem, którego woda z tajenia uformowały przestrzenie niziny Mieszczery z wielką ilością lodowcowo-piaskowych osadów. Jeziorne misy znajdują się pomiędzy chełmami[6], pojawiły się one na miejscy tajania martwych lodów.

Trzecia hipoteza o powstaniu tego jeziora jest antropogeniczna. Mieszczera jest bogata w pokłady torfu, którego wydobycie pozostawia okrągłe kotliny szybko wypełniane wodą. Charakterystyczny kolor jeziora – czerwonobrązowy. Ale rozpytanie wśród miejscowych mieszkańców przeprowadzone przez członków Moskiewskiego Oddziału Towarzystwa Miłośników Astronomii doprowadziło do wyjaśnienia, że w rejonie jeziora Smierdiaczego nie było kopalni torfu, a do lat 70-tych XX wieku woda w nim była przeźroczysta.

Tak więc jezioro mogło powstać pod wpływem krasowych, wodnolodowcowych i impaktowych procesów. Na korzyść tej ostatniej wersji mówi kolisty wał wokół jeziora, deformacja warstw ziemi, okrągły kształt jeziora i jego znaczna głębina. Ale jest to jedynie hipoteza. Rzecz jasna, dokładne zbadanie obiektu z dokładnymi pomiarami głębin, zbadanie wału kraterowego i otaczających go warstw gleby oraz ich składu chemicznego i fizycznego. Jeżeli hipoteza o jego meteorytowym pochodzeniu jest słuszna, to będzie to najbliższy Moskwie krater impaktowy, któremu należałoby nadać status Pomnika Przyrody.


Dlaczego go tak nazwano?


Niezbyt przyjemna nazwa jeziora jest oczywiście związana ze specyficznym,  nieprzyjemnym zapachem jego wody.  Wokół niego silnie cuchnęło siarkowodorem – H2S. Zapach był na tyle silny, że do jeziora lepiej się było nie zbliżać. Ale z biegiem czasu, gdzieś w latach 70-tych nieprzyjemny zapach znikł. Uważa się, że kiedy przeprowadzono gazociąg z Roszalia do Baksziejewa, to robotnicy przekopali strumienie tak, że one wpadały do jeziora i rozcieńczyły świeżą wodą siarkowodór.

Jest i druga wersja tego toponimu. Dawno, dawno temu na wale stała kaplica. W zagadkowych okolicznościach ziemia się zatrzęsła, zatoczyła się i potem się rozstąpiła – i kaplica wpadła do jeziora. A w kaplicy na swe nieszczęście znajdował się służący w niej diak. Budowla natychmiast poszła pod wodę, unosząc ze sobą kapłana. I tak powstała nazwa jeziora od słów smiert’ i diaczaja.


Legendy i opowieści


W latach 2005-2007 w okolicach jeziora pracowała ekspedycja Moskiewskiego Oddziału Towarzystwa Miłośników Astronomii, której uczestnicy poza zbadaniem samego jeziora zajmowali się rozpytywaniem miejscowych i turystów zbierając legendy i opowieści.

Jezioro z ogromną prędkością obrastało mistycznymi legendami, historiami i opowieściami – już to przez swą dziwną nazwę, już to przez idealne zwierciadło wody, ewentualnie bądź to z powodu dziwnego pejzażu dookoła. Brzegiem jeziora biegnie duży wał, co nadaje mu wygląd krateru. Roślinność składa się z gołych pni bez gałęzi i liści, a ciemnych barw dopełnia błotnista ziemia w niektórych miejscach. Jak opowiadali miejscowi, w okolicach jeziora często spotyka się pioruny kuliste i obserwuje się dziwne zjawiska atmosferyczne – szczególnie wieczorem i w godzinach nocnych. Na początku na niebie widać świecący półokrąg, który światłosiłą niewiele ustępuje Księżycowi. Potem obiekt zaczyna się rozszerzać, szybko rozpościerając się na nieboskłonie. Następnie zjawisko zaczyna ciemnieć, pozostawiając na skraju jasny obrys, który znika jako ostatni. Drzewa i trawy wyrastają tutaj do ogromnych rozmiarów, i przybierają dziwne kształty. A wedle słów jednego z miejscowych, dawno temu natknął się on na paproć rosnącą na wysokość człowieka! Niektórzy zaś widzieli drzewa z… kwadratowymi pniami! 

Tajemnicze brzegi Smierdiaczego jeziora

Turyści, którzy przebywali w takich miejscach twierdzą, że jezioro ma wpływ na czynności żywego organizmu. Zagubione wśród lasów i błot, jezioro nie dopuszcza do siebie badaczy. Możecie je nie znaleźć – nawet jeżeli znacie miejsce jego położenia. A czarna woda może nie wypuścić kąpiących się ze swej toni. Wprawdzie w tym ostatnim zdarzeniu nie ma niczego mistycznego – pnie drzew, które wpadły do wody tworzą drugie dno jeziora i mogą one zaklinować nogi niefortunnego pływaka.

Poza tym jezioro znajduje się na granicy, czy nawet w terytorium zwanym Szuszmorska Strefa Anomalna (SSA). To właśnie tutaj mają miejsce dziwne wydarzenia, a ludzie znajdują dziwne rzeczy. U końca XIX wieku, w czasie budowy Kołomienskiego Traktu, w rejonie tego jeziora masowo ginęli ludzie. W tych miejscach znajdowano dawne pogańskie świątynie, w których ludzie wchodzili w odmienne stany świadomości.

Miejscowe megality

Na terytorium SSA zostały znalezione megality – prehistoryczne budowle złożone z kamiennych bloków. Sądzi się, że są to pozostałości dawnej słowiańskiej kultury, służących jako grobowce i miejsca pochówków albo odprawianiu pogańskich obrzędów ofiarnych. Niektórzy z miejscowych uważają, że megality te pojawiły się w XVII-XVIII w. i wykorzystywano je do jakichś czarodziejskich manipulacji. Ufolodzy zaś przypuszczają, że szuszmorskie megality są urządzeniem technicznym do kontaktów z Pozaziemskim Rozumem.

Aktualnie badania jeziora są prowadzone przez uczonych z Władimirskiego Uniwersytetu i Niżniegorodskiego Uniwersytetu. I być może wkrótce choć część jego zagadek będzie rozwiązana.


Źródło – „Tajny XX wieka” nr 4/2019, ss. 32-33
Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz 



[1] N 55°44’07” – E 039°49’21”.
[2] Astroblem, astroblema – geologiczna struktura z znacznych rozmiarach na powierzchni Ziemi, która powstaje na miejscu dawnego krateru impaktowego, meteorytowego – przyp. aut.
[3] Powstałego w czasie upadku i eksplozji dużego ciała kosmicznego – przyp. aut.
[4] Czyżby był to meteoryt z tej samej parafii, co polski Meteoryt Morasko k./Poznania oraz meteoryt z Saaremy, które także spadły ok. 10.000 lat temu?
[5] Wietrzenie to jest spowodowane przez reakcję chemiczną: CaCO3 + H2O = CO2 => Ca++ + 2HCO3- .
[6] Z ros.: chołm - łagodne wzniesienie na równinie.

niedziela, 5 lutego 2017

Widma Wąwozu Strachu



Gissarskij Chrebiet z orbity (GoogleEarth)


Michaił Gersztejn


Nieznane siły w dolinie rzeki Siamy mogą przejawiać się różnymi dźwiękami: muzyką, śpiewem, głosami ludzkimi i odgłosami kroków. One mogą zawołać człowieka po imieniu czy po prostu zwymyślać go.

Anomalną strefę na południowych odnogach Gissarskiego Grzbietu (N 38°58’41” – E 068°29’51”, średnia wysokość 4400 m n.p.m. – przyp. tłum.)  w Tadżykistanie odkryto zwyczajnie. W czasie poszukiwań Człowieka Śniegu poszukiwacze zetknęli się w niej z całym spektrum Nieznanego, w tym UFO, teleportacje i tym, co nazwali potem „przesunięciem Rzeczywistości”.


Rozbój w górach


We wrześniu 1974 roku, drużyna alpinistów pod kierownictwem instruktora Igora F. Tacła zatrzymała się na biwak w dolinie rzeki Siamy. Rankiem oni ujrzeli, że na śniegu koło namiotów widnieją ślady ogromnych stóp. Rzeczy z plecaków były wyciągnięte, a część żywności znikła. Puszki z tuszonką ktoś spróbował ugryźć: na nich pozostały ślady wielkich zębów. I chociaż musiało to-to być bardzo hałaśliwe, to nikt się nie obudził. Tacł potem dowiedział się, że miejscowe diabelstwo może „wyłączać” nawet czuwających ludzi. 

Upewniwszy się, że Człowiek Śniegu to nie mit, Igor Francewicz zdecydował się go odnaleźć. Każdego lata on i jego koledzy organizowali 2-3-miesięczne ekspedycje do Pamiro-Ałtaju. Alpiniści wyjaśnili, że włochate stworzenie jest znane tadżyckim góralom pod nazwą Odami-jawoi co oznacza „dziki człowiek”. 

Rozpytując czabanów (pasterzy – przyp. tłum.) o Odami-jawoi, Tacł dowiedział się, że najczęściej spotyka się go w okolicach wejścia do Wąwozu Strachu, który znajduje się w górze rzeki Siamy. W wąwozie tym nikt z miejscowych nie chodzi – bo ktoś tam rzuca kamieniami, w nocy ze skał schodzą promienie światła, pojawiają się latające ogniste kule – BOL, niewidoczne „szatany” gadają i śpiewają na różne głosy (czyli zupełnie jak w górach Pennine w Anglii – przyp. tłum.) A cała dolina rzeki cieszy się złą sławą. 

Na turystycznych szlakach Pamiro-Ałtaju


Wrażliwy psychiatra


Upewniwszy się, że w górach dzieje się coś niezwykłego, Tacł opowiedział o tym w Moskwie. Alpinista z 35-letnim stażem od razy obwinił za to pijaństwo i używanie narkotyków. W odpowiedzi Igor Francewicz wyznaczył na lekarza kolejnej ekspedycji psychiatrę-narkologa Olega Rumiancewa. Obóz rozbito przy zejściu się Siamy z Małym Igizakiem. 

Wieczorem, 9.VIII.1981 roku, Oleg i jeszcze jedna uczestniczka ekspedycji Tatiana Nieupokojewa przeżyli nieprzyjemne wydarzenie. w niewielkim zagajniku ujrzeli oni ogromną sylwetę Śnieżnego Człowieka. W ręku Odami-jawoi trzymał świecącą kulę. Jej białawe światło pozwoliło widzieć kształty stworzenia. 

Po upływie pięciu minut po tym, jak Człowiek Śniegu ukrył się obok Tatiany upadł kamień. Podniósłszy głowy ujrzeli na górze siedzącego Odami-jawoia. W jego ręce nie było już świetlistej kuli. Kiedy na ścieżce pokazali się ludzie, stworzenie znikło. 

Kamienie, padające w niebezpiecznej odległości od świadków, z początku przypisali Śnieżnemu Człowiekowi. Jeżeli kamienie są małe – to on żartuje, kiedy są duże – to znaczy, że jest z czegoś niezadowolony. Ale niekiedy kamienie przylatywały z miejsca, gdzie nie można się ukryć. Nawet jeżeli Odami-jawoi potrafi się robić niewidzialnym, to nie może ukryć swego zapachu czy przejść po miękkiej ziemi nie pozostawiwszy odcisków stóp. A także dokładność rzutów przypomina bardziej robotę poltergeistów. 

Przemieszczanie się przedmiotów i śpiworów także przypisywano Śnieżnemu Człowiekowi. Ale akurat ta wersja zeszła na plan dalszy. Tajemnicza siła przenosiła przedmioty w zasznurowanych namiotach i zamkniętych pojemnikach, wyjmowała przedmioty z kieszeni. Uczestnicy ekspedycji unosili się w powietrzu w namiotach, nie odczuwając działania czyichś rąk. Pewnego razu człowieka przerzuciło na drugi brzeg Siamy. W innym przypadku alpinistę przeniosło na szczyt wysokiej skały. Później opowiadał, że w ogóle nie pamięta jak go tam podniosło.


Ukierunkowujące sny


Uczestnicy ekspedycji opowiadali także o zagadkowych snach z bardzo ostrymi obrazami. Wielu z nich potem twierdziło, że wcale nie spali, tylko oglądali jakiś puszczony dla nich „film”. 

Jednakowe sny często pojawiały się po tym, jak do namiotów podlatywały świecące kuleczki. W czasie ekspedycji „Gissar-88” dwie kuleczki zbliżyły się do obozu i wleciały do namiotu, gdzie spały kobiety. Namiot jasno się zaświecił od wnętrza, ale nie zapalił się. 

Kiedy „wizyta” się zakończyła, Siergiej Kołomieńskij obudził kobiety i zapytał je, co one odczuwały. Lidia Srietinskaja widziała we śnie wielki tunel w górze i jakiś przyrząd z przyciskami, pozwalający na przemieszczenie się do każdego miejsca na Ziemi. Ona wybrała przycisk z nazwą wsi pod Kalininem, gdzie spędziła swe dzieciństwo. 

- Ja też widziałam tunel i przyciski, ale nieco później machinalnie dotknęłam przycisku, który nacisnęła Lidia – potwierdziła Tatiana Zubkowa – i ja ocknęłam się we wsi na brzegach Wołgi, i razem z Lidką weszłyśmy do domu…
Tatiana widziała rzeczy w domu mamy Lidki. Sriedinskaja była porażona dokładnością z jaką opisała nieznanego jej człowieka, dom i wieś. 

Dziwne kulki dawały się sfotografować, natomiast nikomu nie udało się złapać na taśmę „różowe widmo” – czerwonawe świecenie przypominające postać człowieka. Jak tylko ktoś wycelował w niego obiektyw, pojawiał się niebieski stożek, który siadał na aparacie czy kamerze i zaświetlał kasetę z filmem…


Nocna wizyta


W czasie ekspedycji nad Siamę niejednokrotnie widziano UFO:
- Dnia 22.VIII.1984 roku, zaobserwowano jakieś świecenie z pulsującymi promieniami światła – głosił wpis do dziennika ekspedycji „Gissar-84”. – Przez lornetkę widziano dysk regularnego kształtu ze zgrubieniem w spodniej części, o długości 30 m i wysokości 10 m. Obiekt wisiał na wysokości 1-1,5 m nad powierzchnią ziemi przez około pół godziny.
Nieopodal UFO zauważono pochylona postać człowieka w metalicznie błyszczącym kombinezonie. Naraz na jego plecy opadł promień światła i on wyprostował się. Skąd padał ów promień – tego nie wiadomo. On kołysał się i rozszerzył, a potem zaczął się przemieszczać przez piaszczysty pas, a następnie wyszedłszy z promienia skierował się w stronę rzeki. Wzrost sylwetki wynosił 190-195 cm.
Następnego dnia na piaszczystym pasie znaleziono dwa ślady niezwykłych stóp przypominające lilię (tzn. były one trójpalczaste – przyp. tłum.) Rozmiary śladów – 35 x 18 cm, długość kroku – 112 cm.
Pas gładkiego piasku zrobiono na wypadek wizyty Człowieka Śniegu, ale on przydał się także na wypadek wizyty Istoty w Kombinezonie. Wśród świadków był także szef ekspedycji – Igor Tacl. Władysław Kaniuka nie pogubił się i szybko zrobił kilka zdjęć.

[Rzecz dziwna, bo mianowicie – opis istoty z UFO pasuje wypisz-wymaluj do… - rekonstrukcji rozumnego gada – Dinozauroida! Wzrost do 2 m, trójpalczaste gadzie ślady. Przypomina się zarejestrowane przez Kazimierza Bzowskiego Bliskie Spotkanie z Ufiastym w jednej z podwarszawskiej miejscowości – co zostało opisane w tym blogu na stronie - http://wszechocean.blogspot.com/2013/01/trojgos-o-rozumnych-gadach-2.html - uwaga tłum.]  


Inna rzeczywistość


Wielu uczonych i alpinistów przeżyło tam „przesunięcie Rzeczywistości”. Całe otoczenie migotało jak obraz w niesprawnym telewizorze, a czasami znikały kolory. Oni odnosili wrażenie, że otaczający ich świat jest iluzją ukrywającą coś strasznego. 

Rankiem, dnia 6.VIII.1983 roku, Aleksander Diaczkowskij postanowił zajrzeć do odkrytej przez siebie jaskini. Naraz u wejścia zaczął wiać silny wiatr, który miotał małe kamienie i zrywał liście z krzaków. Jednocześnie rozległy się powolne, ciężkie kroki idące w kierunku jaskini: raz, dwa, trzy… Aleksander przygotował aparat fotograficzny. I naraz otaczająca go przestrzeń zadrżało i powróciło na miejsce. „Zbicie” obrazu powtórzyło się kilkukrotnie, a potem wszystko wróciło do normalnego stanu. Wicher przestał wiać. 

Diaczkowskij znów usłyszał kroki, które tym razem oddalały się od wejścia do jaskini. Wychylił się z ukrycia, ale Yeti (jeżeli to oczywiście był on) nie zobaczył. Ledwie żywy młody człowiek powrócił do obozu i cały dzień przeleżał w namiocie. 

Odcisk stopy Człowieka Śniegu


Niewolnik nieznanych sił


Sądząc z relacji z Gissarskiego Rejonu, Człowiek Śniegu to nie jest po prostu dzika, włochata małpa. On może się pojawiać i znikać, chodzić po stromiznach, nosić nieznane przedmioty i okazywać psychiczny wpływ na ludzi. Z drugiej strony jest on głupi i śmiertelny. Wszyscy miejscowi opowiadają, że Odami-jawoi można zabić albo natknąć się na ich zwłoki  po jakichś katastrofach naturalnych. 

Najprędzej włochaty potwór z Gissarskiego Grzbietu to nasz nie całkiem dawny rodzic władający rozwiniętymi możliwościami psychicznymi. W anomalnej strefie on staje się ofiarą dziwnych sił, kierujących jego mózgiem. Te siły zlecają Odami-jawoi różne zadania. Dzikie stworzenie samo nie wejdzie w kontakt z człowiekiem, ale wola Gospodarzy okazuje się być silniejsza. 

W latach 1989-1992 ekspedycja naukowe przestały chodzić do tej strefy. Uczeni przerzucili się na M-ski Trójkąt w Obwodzie Permskim. Natomiast nad Siamę podążyli mistycy i zwyczajna publika pragnąca duchowego oświecenia. Jedna z takich grup zginęła, kiedy poszła w góry bez ciepłej odzieży. Niedostatek rozsądku i rozumu oni zastąpili wódką i zamarzli na śmierć. 

A potem w Tadżykistanie zaczęła się wojna domowa. Stalkerzy (eksploratorzy anomalnych stref – przyp. tłum.) woleli inne miejsca – z dala od strefy walk i spokojniejsze. Ta anomalna strefa została znów zapomniana, może dlatego, że o niej nie ma wzmianek w Internecie.


Tekst i ilustracje – „Tajny XX wieka”, nr 51/2015, ss. 34-35
Przekład z rosyjskiego - ©Robert K. F. Leśniakiewicz

poniedziałek, 7 października 2013

Miedwiedickaja Griada SA – zagadkowy poligon

Poskręcane drzewa rosnące w Miedwieckiej Griadzie SA


Aleksandr Pietuchow[1]


Pośród przyczyn powstawania stref anomalnych (SA) wylicza się obecność UFO, istnienie światów równoległych  i oczywiście działalność człowieka. Przebywanie w tych strefach nie jest bezpieczne dla zdrowia, ale nawet życia badaczy.

W 2001 roku, w Towarzystwie Naukowo-Badawczym „Kosmopoisk” został sformowany Oddział Ekspedycyjno-Poszukiwawczy (ZPO) „Stalker”, który w czasie 11 lat przeprowadzał systematyczne badania w jednej z silniejszych SA w Rosji – w rejonie Miedwiedickoj Griady w Wołgogradskiej Obłasti. 


Zagadkowe tunele


W czasie pierwszej ekspedycji, zaobserwowaliśmy kilka gwałtownych, niezwykle silnych burz, które przechodziły nad rejonem badań i naliczyliśmy 1414 silnych wyładowań atmosferycznych. Czasami błyskawice błyskały z częstotliwością cztery razy na minutę. I okazało się, że pioruny nie biły byle gdzie, one uderzały w te miejsca, gdzie nie było podziemnych tuneli.

Od XVIII wieku wiadomo, że w rejonie Miedwiedickoj Griady  głęboko pod ziemią znajduje się rozmieszczona sieć tuneli. Ostatni raz ludzie spuścili się tam w maju 1941 roku. Opowiadali potem o gigantycznych rozmiarach tuneli o średnicach 7 – 22 m (!!!) – dla porównania średnice tuneli metra wynoszą 4,5 – 5 m – i liczących sobie całe kilometry długości. O tunelach tych wiedziały miejscowe koniokrady, którzy zaganiali tam całe tabuny koni. W czasie Wojny Domowej w tunelach miały miejsce walki czerwonoarmistów z miejscowymi bandytami. A kiedy w 1941 roku zaistniało niebezpieczeństwo przebicia się hitlerowskich wojsk na kierunku Saratowa i Kamyszina, wszystkie znane wyloty tuneli zostały wysadzone w powietrze przez saperów.

Dzisiaj żaden z miejscowych już nie wie, gdzie znajdują się wejścia do tych tuneli. Jednakże dzięki radiestezji udało się je namierzyć i stworzyć mapę ich rozmieszczenia. Nie wiadomo, kto i kiedy wybudował te gigantyczne konstrukcje. Wydawałoby się, że na miejscu takiej budowy powinny pozostać hałdy wykopanego gruntu, a tymczasem nie ma tam nic takiego.

Te brzozy rosły najpierw do góry, potem w dół, a potem znów do góry - dlaczego? 
Tego nie wie nikt...


Złowrogie plazmoidy


W latach 2002-2003 w rejonie SA Miedwiedickiej Griady ZPO „Stalker” zajmował się dokumentowaniem opalonych drzew, których – jak się okazało – było około 300. Zrazu sądzono, że termiczne opalenia powstały wskutek działania piorunów liniowych czy kulistych. Przeprowadzone badania dowiodły, że to nie jest prawdą. Okazało się, że drzewa nie były porażone od szczytu, ale spod ziemi. Do takiego wniosku prowadzi badanie rozmieszczenia opaleń. W 88% uszkodzenia drzew miały miejsce na wysokości ≤1 m, mogły one powstać tylko w tym wypadku, kiedy wyładowanie szło z dołu do góry. A zatem w tym przypadku powinno się mówić nie o liniowych czy kulistych błyskawicach, ale o plazmoidach przenikających z tuneli na powierzchnię poprzez system korzeniowy drzew.

Były tam miejsca, w których porażenia drzew zdarzały się szczególnie często. Na przebadanej powierzchni 265.000 m² odnotowano odcinki, na których podziemne wyładowania elektryczne powstawały na powierzchni <1 m. Taka celność „ognia” jest porównywalna do celności wojskowej wyrzutni rakietowej Grad. Interesujące jest to, że niektóre grupy opalonych drzew tworzą na powierzchni długie łańcuchy, które są odwzorowaniem położenia podziemnych tuneli.


Kto powiązał brzozy w supełki?


W 2004 roku zaczęto badania drugiej grupy niezwykłych drzew – a mianowicie z anomalnie poskręcanymi pniami. Członkowie ZPO „Stalker” przebadali powierzchnię 317.000 m² tej SA, na której znaleźli oni 156 drzew z dziwacznie poskręcanymi pniami i gałęziami. Gałęzie nie tylko były powykręcane w różne strony, ale także zginały się pod kątem prostym. Niekiedy zdarzały się drzewa, których pnie najpierw rosły do góry, a potem w dół, a potem znów do góry.

Na Miedwiedickiej Griadzie znajduje się także mała kępa brzóz. W niej brzozy w ogóle nie rosną prosto. Gdzie jeszcze można zobaczyć drzewa rosnące czubkiem do dołu? Dlaczego tak się dzieje, tego w ogóle nie wiemy.

Tunele znajdujące się pod powierzchnią tej SA są bardzo zagadkowe...


Czy winne jest promieniowanie?


W celu znalezienia odpowiedzi na tak osobliwy wzrost drzew w tych miejscach SA, postanowiliśmy w następnym sezonie wykonać badania promieniowania na tych terenach. Dozymetry pokazywały normalne promieniowanie tła dla tego regionu i wynosiło ono 8-12 μR/h.

Interesujący nas obszar znajdował się kilometr od naszej bazy. Znaleziono także strefę o powierzchni 100-150 m², gdzie zmierzono radioaktywność w ilości 29, 33, 41, 55 i 61 μR/h, co oznacza 5-6-krotne przekroczenie normy dla danej miejscowości. Ale najciekawsze jest to, że następnego ranka, kiedy przeprowadziliśmy pomiar kontrolny radioaktywności, okazało się, że była ona w normie!

No i było się czemu dziwić. Radioaktywne tło to nie elektryczność i jego zmiany są płynne. Znaleźliśmy robocze wyjaśnienie, że po prostu poprzez glebę doszło do ulotu radioaktywnego gazu – radonu (Rn). Gaz ten czasami gromadzi się na polach naftowych, które znajdują się także na niektórych miejscach Miedwiedickiej Griady. Ale przesączanie się radonu i okresowe podnoszenia się poziomu tła radioaktywnego ziemi nie mogły wpływać na drzewa w żaden sposób.


Grawitacja i drzewa


W czasie ekspedycji 2006-2007 roku postanowiliśmy zweryfikować jeszcze jedną postawioną przez nas hipotezę: czy tak dziwny kształt pni drzewnych nie jest skutkiem działania grawitacji na nie? Przywieźliśmy ze sobą laboratoryjną wagę i 100-gramowy obciążnik przebadaliśmy ponad 100 drzew. Anomalie grawitacyjne odkryliśmy, ale bez znaczenia. Dlatego też trudno zakładać, że mizerna zwyżka pola grawitacyjnego mogła spowodować aż tak wielkie zmiany w morfologii drzew.

W 2007 roku zdecydowaliśmy się wykonać następujące badanie: zobaczyć, czy w pochyleniu i skrętach pni i gałęzi drzew nie ma jakiejś regularności, które obserwowaliśmy w mnogich agroformacjach na polach. Dokonaliśmy ponownych pomiarów azymutów u 150 poskręcanych drzew, posortowaliśmy je według grubości i miejsca rośnięcia. Nie stwierdziliśmy żadnej zbieżności pomiędzy nimi a agroznakami, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Dokonując pomiarów zauważyliśmy, że pokręcone drzewa występują tylko na wzniesieniach, zaś opalone we wgłębieniach terenu. Być może winnymi tego są te same podziemne plazmoidy występujące w podziemnych tunelach. Tam, gdzie drzewo swym systemem korzeniowym styka się ze ścianą tunelu, to jest ono opalone. A tam, gdzie system korzeniowy nie sięga tuneli, drzewa starają się od nich „odpełznąć”, od tego nieprzyjaznego oddziaływania.

Jeden z kraterów wypalonych uderzeniem pioruna liniowego


Piorunowe kratery


Wskutek Efektu Globalnego Ocieplenia, w rejonie Miedwiedickiej Griady, od 2008 roku odnotowuje się znaczną intensywność burz z piorunami. Przez ten cały czas, ZPO „Stalker” odnotowywał i obserwował przemieszczanie się burzowych frontów i uderzenia piorunów. To, co członkowie ZPO zobaczyli w rejonie swej bazy na Grzędzie, całkowicie wychodziło poza ramy posiadanej przez nich wiedzy o możliwościach atmosferycznej energii elektrycznej. Na obszarze o średnicy 3 km najpierw znaleźliśmy dziesiątki piorunowych „ścieżek” i „kraterków”. Te pierwsze miały długość do 13 m, te drugie średnice do 6 m wypalonej gleby. Były one wykonane przez liniowe i kuliste błyskawice, które zniszczyły warstwę humusu. Na ich powierzchni zamiast wierzchniej warstwy gleby znajdował się miałki, kwarcowy piasek, w którym nogi zapadały się po kostki i głębiej. A w odległości 4 km od obozu-bazy odkryliśmy krater o średnicy 82 i głębokości 20 cm spowodowany przez uderzenie liniowego pioruna.


Szaleństwa pola magnetycznego


W 2011 roku, okoliczności ponownie zmusiły nas do poszukiwania przyczyn skręcania pni i gałęzi drzew. Postanowiliśmy zbadać wpływ pola magnetycznego na drzewa używając do tego elektronicznego kompasu o dużej dokładności. Okazało się, że przybliżając kompas do poskręcanego pnia drzewa pola magnetyczne zmienia się tym bardziej, im bliżej do ziemi. I tak np. przed rozpoczęciem pomiaru strzałka kompasu pokazywała dokładnie na północ. A potem przemieszczając kompas w dół pnia ona zmieniała swe wskazania czasami aż o 45° w jedną lub drugą stronę. Do tego czasu sądziliśmy, że czegoś takiego po prostu być nie może. Oczywiście takie zachowanie się strzałki kompasu nie wyjaśnia tego, dlaczego te drzewa są takie powykręcane, ale tak czy inaczej dołożyliśmy kolejny fakt do długiego łańcucha zagadek tej SA.


Źródło: „Tajny XX wieka” nr 23/2013, ss.30-31
Przekład z j. rosyjskiego –
Robert K. Leśniakiewicz ©  


[1] Kierownik ZPO „Stalker”, Interdyscyplinarnej Grupy Badawczej „Źródła Cywilizacji”.