Powered By Blogger
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania poligon atomowy, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania poligon atomowy, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 27 lutego 2012

Śmiercionośne doświadczenia

Step w okolicach Semipałatyńska

Aleksander Kursakow

Stal dla satelitów mierzących promieniowanie kosmiczne, NASA wydobywała z zatopionego w 1919 roku okrętu SMS Kronprintz Wilhelm, bowiem radioaktywne tło stali wyprodukowanej po roku 1945 jest zbyt duże!

9 kwietnia 1960 roku, amerykański samolot szpiegowski U-2 wystartował z lotniska w Peshawar w Pakistanie, wzbił się na wysokość około 20.000 m i przeleciał nad granicą ZSRR nieco na południe od miasta Andiżan. Potem „Amerykanin” zwiedził cztery szczególnie ważne obiekty ZSRR: kosmodrom Bajkonur, poligon rakietowy w Sary-Szagan, poligon atomowy w Semipałatyńsku i lotnisko w Czaganie, na którym stacjonowały samoloty dalekiego zasięgu. Latający szpieg sfotografował wszystkie obiekty i bezkarnie uciekł za granicę. Kierownictwo ZSRR zdecydowało zablokować ten kierunek i zabezpieczyć go od podobnych przypadków.

Z Barnaułu – w step

19 kwietnia, pułk zenitowych rakiet plot. WOPK – JW-62872 – został postawiony w stan alarmu. Otrzymawszy rozkaz zmiany swej dyslokacji, pułk pozostawił swoje lary i penaty w okolicach miasta Barnauł i załadował się do eszelonu. 21 kwietnia, technika i część obsługi przybyła na stację Czagan pod Semipałatyńskiem. Sztab zainstalował się w miasteczku wojskowym lotników, a dywizjony poszły w step i rozlokowały się na oznaczonych na mapie miejscach.
Mapa Kazachstanu i atomowego poligonu Semipałatyńska

Zenitowo-rakietowe kompleksy zostały ustawione w położeniu bojowym i zabezpieczyły przestrzeń powietrzną nad semipałatyńskim poligonem nuklearnym i bazą bombowców strategicznych w Czaganie. W pierwsze dni po przybyciu żołnierze i oficerowie przygotowywali technikę do działań bojowych, nocowali w kabinach stacji naprowadzania pocisków rakietowych ziemia-powietrze i samochodów. Potem zamieszkali w namiotach.
Ruiny budowli Semipałatyńskiego Poligonu Atomowego

O godzinie 05:30 MSD, dnia 1 maja 1960 roku, w pułku ogłoszono alarm bojowy. Stacje radiolokacyjne zwiadu i wynajdywania celów wychwyciły zbliżający się wysokopułapowy samolot-naruszyciel granicy ZSSRR. Był to samolot szpiegowski U-2 pilotowany przez kpt. pil. Francisa Gary’ego Powersa (którego w roku 1962 w Berlinie wymieniono na radzieckiego agenta płk Rudolfa Abela). Samolot przeleciał 300 km na zachód od poligonu atomowego i wleciał głęboko w terytorium ZSRR i został zestrzelony w okolicach Swierdłowska. Amerykanie po tym wydarzeniu zrezygnowali z lotów szpiegowskich nad Związkiem Radzieckim, zaś rakietowcy pozostali na swych nowych pozycjach. Przez wiele lat ochraniali oni przestrzeń powietrzną nad poligonem semipałatyńskim i nad bazą bombowców strategicznych w Czaganie.

Kratery po wybuchach jądrowych z lotu ptaka... 
Weteran Poligonu na tle zrujnowanego bunkra
Krater po wybuchu jądrowym...
... i jeziorko stepowe w kraterze

Pole Doświadczalne i Strefa „Sz”

Miejsca dyslokacji kompleksów rakietowych miały ścisły związek z koniecznością ochrony i obrony tych obiektów. Dla pododdziałów WOPK dookoła znajdował się zwyczajny step, a dla dowództwa poligonu – nie step, ale pole doświadczalne próbnych wybuchów atomowych broni nuklearnej. Wszyscy wykonywali tam swoje zadania, jakby nigdy nic, ale nikt nie raczył poinformować ludzi o niebezpieczeństwach dla ich zdrowia i życia z nimi związanych.

Jesienią wojskowi budowlani wznieśli w dywizjonach domy i koszary dla dywizjonów rakiet. Oficerom polecono przywieźć tutaj rodziny, a potem ożywił się poligon atomowy. Rakietowcy szybko dowiedzieli się, co to oznaczało.

Mój ojciec służył w 5. dywizjonie rakiet plot. Najpierw był oficerem naprowadzania, potem dowódcą baterii i zastępcą dowódcy dywizjonu. 5 dyon rozmieszczono w 13. Sektorze semipałatyńskiego poligonu. Znajdował się on w odległości 30 km na południowy-zachód od Kurczatowa i w odległości 18 km od Strefy „Sz” (ros.: Ш), a zaraz za nią znajdowało się słynne Pole Doświadczalne. To właśnie na nim miały miejsce naziemne i napowietrzne wybuchy jądrowe. Strefa „Sz” była dla nas bliskim i zamieszkanym miejscem, ale przed wybuchem wywożono z niej ludzi, zostawali tam tylko obserwatorzy w specjalnych schronach.

Mieszkańców w 13. Sektorze do przybycia przeciwlotników nie było, znajdowała się tam tylko aparatura dozymetryczna do rozpoznania skażeń promienistych. Rodziny wojskowych stały się tam pierwszymi cywilnymi mieszkańcami. Dzisiaj to wygląda strasznie: czy cywilizowany kraj mógł osiedlić swych obywateli na atomowym poligonie? Ale wtedy państwo twierdziło, że wszystko jest OK., a po upływie kilkunastu lat wyparło się wszystkiego.

Światło, ogień i grzyb atomowy

Dywizjon rakiet zenitalnych to 60 żołnierzy, 10 oficerów i dziesiątki cywilów – kobiet i dzieci. Ponadto – baza rakietowa: stacja naprowadzająca plus stanowiska startowe, skład amunicji, boksy dla samochodów, cztery cztero-mieszkaniowe bloki dla oficerów, koszary, kilka budynków gospodarczych. Wszystko otoczone płotem z drutu kolczastego – a wokół po horyzont – step. W języku rakietowców coś takiego nazywa się „punktem”.

W latach 1961-62, tuż przed zamknięciem testów jądrowych w atmosferze, na poligonie w Semipałatyńsku przeszła seria najsilniejszych w świecie wybuchów, a szczególnie zdetonowano tam łącznie 72 „urządzenia termojądrowe” i czasami się zdarzało, że po kilka dziennie![1]

Czym jest wybuch atomowy, to wie każdy. Ale to trzeba zobaczyć. By zrzucić bombę, samolot-wektor broni jądrowej leciał w asyście dwóch myśliwców. Rakietnicy kontrolowali ten moment. Na ekranie radiolokatora widać było, jak cel – samolot bombowy – rozdzielał się na dwie części – samolot i bombę. A to oznaczało, że bomba była zrzucona. W tym momencie wyłączało się całą aparaturę – potężny, wysokoenergetyczny puls elektromagnetyczny bliskiej eksplozji nuklearnej mógłby ją uszkodzić. Epicentra eksplozji szerokim łukiem otaczały Strefę „Sz” – bliższe miały miejsce 18 km od nas, dalsze 40-50 km, co potwierdzało się przy pomocy urządzeń radiolokacyjnych naszych „punktów”.
Radioaktywne ruiny w stepie

Rodzinom w czasie testów atomowych zalecało się otwierać wszystkie drzwi i okna, opuścić wszystkie pomieszczenia i wyjść z budynków na bezpieczną odległość. Staliśmy z daleka od domów i czekaliśmy. W oznaczonym czasie, niebo nad Strefą „Sz” zapalało się. Step zalewało oślepiająco jasne światło, które potem zmieniało się w obłok kłębiącego się ognia. Z ziemi ku obłokowi zmierzała kolumna pyłu. Wybuch narastał i jego pozostałości osiągały monstrualne rozmiary. W grzybie powybuchowym wciąż tkwiła gigantyczna siła. Potem nadlatywała fala uderzeniowa. Potężny wiatr uderzał w pierś, z dzwoniącym hukiem rozlatywało się w pył szkło w domach. A my, dzieciaki wraz ze swymi mamami staliśmy i patrzyliśmy na to. A potem docierał do nas potężny, niski i przewalający się grom eksplozji.

Trzęsła się pod nami ziemia

Klasyczny grzyb atomowy nie stoi długo: nóżka opada, obłok jaśnieje i odpływa pchany wiatrem rozwiewając się pośród innych obłoków.

Pod ścianami naszych domów leżała warstwa stłuczonego szkła. Dzieci zbierały go do wiaderek i odnosiły dalej w step. Okna zaszkliło się, ale po miesiącu wszystko powtarzało się od nowa. W niektóre dni eksplozje szły jedna za drugą.

Promieniowanie w naszym „punkcie” było duże, ale państwowe dozymetry u rakietowców niczego nie pokazywały i dla wojskowych badań one nie istniały. Teraz ludzie panikują przy dawkach promieniowania jonizującego liczonych w mikrorentgenach (na godzinę - μR/h) – milionowych częściach rentgena. Państwowe dozymetry w ZSRR pokazywały tylko rentgeny (!!!), więc 1000 czy 10.000 μR/h dla nich po prostu nie istniało. (!!!) No i po co ta panika? Trzeba ze stoicyzmem znosić codzienne trudy służby wojskowej.

Promieniowanie czuło się we wszystkim. Ulubione potrawy traciły smak i zapach. Pracujący w stepie żołnierze często tracili przytomność. Częstym zjawiskiem był krwotok z nosa. Wielu ludzi mieszkający w „punktach” pożegnało się na zawsze ze swoim zdrowiem. I do dziś dnia przychodzi do głowy taka myśl: obecność ludzi na poligonie oczywiście jeszcze można jakoś wyjaśnić, ale po co tam były kobiety i dzieci?

Wybuchy na obrazkach wyglądają jak puszyste grzyby, jednakże wybuch naziemny, to podnosząca się ku niebu ściana ziemi i ognia, zaś wysokościowy – daleki obłok. Ale najważniejsze jest to, czego nie widać na fotografiach – wszystkie wybuchy były straszne. W czasie wybuchu naziemnego ziemia trzęsła się tak iż odnosiło się wrażenie, że zaraz zostanie ona po prostu zmieciona. Być może to było tylko złudzenie – reakcja na potok radiacji. Może to tylko wyostrzone dziecięce postrzeganie, ale poczucie narastającego niebezpieczeństwa, które jest nieodwracalne narodziło się w mojej świadomości właśnie tam. Na miejscu tych wybuchów znajdują się porosłe sitowiem stepowe jeziorka. Na ich brzegach cały czas terkoczą dozymetry, a w gruncie można od czasu do czasu znaleźć kawałki roztopionej ziemi.
 Przeciwlotnicy z Poligonu
 Kanał próżniowy odprowadzający energię wybuchu nuklearnego
Autor artykułu w wieku 5 lat w 30. Sektorze poligonu

W „punktach” Semipałatyńskiego Poligonu Atomowego przeżyliśmy 9 lat. Widzieliśmy surową, ale po swojemu piękną przyrodę przyirtyszskiego stepu, widzieliśmy wielu ludzi o różnej narodowości i profesji, widzieliśmy naziemne, podziemne, napowietrzne i wysokościowe wybuchy nuklearne. Ale rakietowców służących w różnych „punktach” poligonu nie zalicza się do osób o podwyższonym ryzyku. Nie zalicza się ich także do poszkodowanych wskutek użycia energii jądrowej.[2] Tych żołnierzy jakby w ogóle nigdy nie było. Władza schowała przed społeczeństwem nasze „punkty”. I kiedy my mówimy o odpowiedzialności państwa przed ludźmi, którzy na poligonie stracili zdrowie, a nawet życie, urzędnicy zawiadujący poligonami albo nie chcą nas słuchać, albo się śmieją: „Czegoś takiego nie mogło być!”

Od tłumacza

Doskonale rozumiem rozżalenie i gorycz autora, bo sam przez to przeszedłem. Po 20-letniej służbie wojskowej i policyjnej w ochronie granic Polski dowiedziałem się od urzędasów i stojących za nimi polityków, że jestem „katem narodu Polskiego”, „komunistycznym zbrodniarzem”, „zdrajcą stanu” i najcięższy zarzut „wrogiem kościoła katolickiego”, itd. itp. – a najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że do dziś dnia żaden trybunał ani mnie nie osądził, ani nie skazał. Ale odebrano mi 55% emerytury, bo w pojęciu urzędasów i polityków była za wysoka. No cóż – niech się nią udławią, czego życzę im z całego serca. Przecież tylko o pieniądze tutaj chodziło. Zadłużony na ponad 800 mld. PLN kraj potrzebuje moich pieniędzy, więc trzeba było znaleźć pretekst, by mi je odebrać…

Tak było zawsze, jest i tak będzie – żołnierze wojowali, narażali się, przelewali krew, a potem władza dała im kopniaka w dupę, kiedy nie byli jej już potrzebni. Słucham wrzasków tych, którzy twierdzą, że żołnierzom nie należą się wysokie emerytury i chce mi się śmiać. Czy ci ludzie zdają sobie sprawę, że przechodzimy na wcześniejsze emerytury, bo nie jesteśmy w stanie służyć dalej? Oddam resztę mojej okrojonej emerytury Tuskowi, Kaczyńskiemu, Pawlakowi i reszcie popaprańców, ale niech oddadzą mi moje zdrowie, które sterałem na granicy Polski. Oddadzą? – akurat! Już to widzę… Więc czy warto służyć takiemu krajowi i bronić takiej władzy…? Swoją drogą chciałbym widzieć 67-letniego policaja uganiającego się za 20-letnim bandziorem. Tego nie wymyśliłby Mrożek z Iredyńskim.

Polscy politycy chcą uszczęśliwić Polskę i Polaków elektrowniami jądrowymi, które temu krajowi są tak potrzebne jak świni siodło. Oczywiście zakupimy francuskie dezele za ciężką kasę, do których będziemy musieli zakupywać francuskie paliwo jądrowe i przestarzałą technologię za jeszcze większą kasę. Nie mówiąc, że gdzieś trzeba będzie składować silnie radioaktywne „popioły”, na co nie ma żadnego pomysłu, a co kosztuje też ciężkie pieniądze. A najbardziej wkurza mnie to, że chcą je postawić w najpiękniejszych zakątkach kraju. Niechże je sobie postawią w Warszawie, przy Wiejskiej! Tylko że w przypadku awarii, a znając jakość polskiego budownictwa, bylejakość wykonania i lichotę budulca jestem pewien, że pierwsza awaria nastąpi po miesiącu eksploatacji, i dostanie się Bogu ducha winnym mieszkańcom stolicy, a nie politykom i biznesmenom, którzy tak jak polski „bohaterski” rząd w 1939 roku przez Zaleszczyki, też dadzą dyla w bezpieczne miejsca i będą się mądrzyć gadając dużo, głupio i nie na temat. Jak zwykle!

Zabawa z atomem ma tą wadę, że atom potrafi być nieprzewidywalny, czego dowiodły katastrofy w Harrisburgu i Czarnobylu. Technologia potrafi być zawodna, co pokazały wypadki w Fukushimie. A mamy w Polsce niedostatek wody – gdyby tak wybudować kilka elektrowni wodnych na rzekach takich, jak Skawa i Raba, to już poprawiłoby to stosunki wodne w Małopolsce i jednocześnie dałoby to kilkadziesiąt megawatów prądu więcej do sieci. Można popracować z geotermią. Można zrobić wiele rzeczy, ale trzeba chcieć, a tej chęci u naszych polityków i decydentów nie było, nie ma i jeszcze długo nie będzie. Po prostu Francuzi lepiej płacą za swój złom… - proste i oczywiste?

Tak będzie do pierwszej poważnej awarii, kiedy posypią się ofiary w ludziach. Ale i wtedy zwali się to na siłę wyższą, a pan prezydent z panem premierem pojadą do Częstochowy, by ukoronować obraz Matki Boskiej. Niech Ona zajmie się bezpieczeństwem atomowym kraju, bo oni są stworzeni do wyższych celów: niesienie wolności Białorusinom i Koreańczykom Północnym, Kubańczykom i Syryjczykom i oczywiście Tybetańczykom! A Polacy niech wybierają sobie jedzenie ze śmietników. Najważniejsze, że są wolni…

Głównie od rozumu.

Źródło – „Tajny XX wieka” nr 48/2011, ss.8-9

Przekład z j. rosyjskiego i komentarz –
Robert K. Leśniakiewicz ©


Foto - Internet i "Tajny XX wieka"      


[1] Łącznie na tym poligonie zdetonowano 468 głowic nuklearnych i termonuklearnych.
[2] Są to tzw. hibakusza

niedziela, 15 maja 2011

Nie tylko Czarnobyl: Radioaktywne zony na świecie



Ostatnie wydarzenia w Japonii zbulwersowały światową opinię publiczną i zaalarmowały ekologów. Przy tej okazji odżyły spory o to, czy budować w Polsce elektrownię jądrową, czy nie. Zdania są podzielone – atomowe lobby naciska na rząd, który jest przychylny projektom uszczęśliwienia nas dwoma – a docelowo aż dziesięcioma jądrówkami! Biorąc pod uwagę fakt, że każda z nich kosztuje 10 mld USD, przy zadłużeniu państwa rosnącym w zastraszającym postępie, możemy spać spokojnie. Jeżeli nawet w Polsce stanie jądrówka, to nie za naszego życia…

Tym niemniej należy pamiętać, że zabawa z atomem i jego eksploatacja doprowadziła do skażeń dużych połaci naszej planety o wód Wszechoceanu. Ziemia jest wielka, ale istnieje pewna granica, do której jest ona w stanie przyjmować i rozcieńczać materiały radioaktywne. Istnieje wiele stref, które są niebezpieczne dla zdrowia i życia – a przede wszystkim grożącym powstaniem letalnych mutacji, chorób genetycznych czy wprost mówiąc  potworniactw, które już stwierdza się u dzieci zrodzonych w tychże strefach.     

Oto skażone atomem strefy. Jest ich więcej niż myślisz. Nadal są groźne dla ludzi. Na świecie roi się od skażonych promieniowaniem miejsc nuklearnych katastrof, porzuconych poligonów czy składowisk odpadów, o których większość ludzi w ogóle nie wie - pisze "Der Spiegel".

Tygodnik przedstawił miejsca, w których do dziś szaleją liczniki Geigera:

1. Sellafield w Wielkiej Brytanii - miejsce pierwszej wielkiej katastrofy w elektrowni atomowej. W 1957 roku pożar reaktora spowodował śmierć 33 osób. Teren nadal pozostaje skażony.

2. Hanford w stanie Waszyngton - skażona strefa o powierzchni 240 mil kwadratowych wokół ośrodka przetwarzania plutonu. Obecnie jest to składowisko materiałów radioaktywnych.

3. Almeria w Hiszpanii - miejsce katastrofy amerykańskiego bombowca przewożącego broń nuklearną. B-52 rozbił się w 1966 roku, ale region nadal jest skażony. Eksperci szacują, że w na obszarze katastrofy ciągle znajduje się pół kilograma plutonu.

4. White Sands w Nowym Meksyku - amerykański poligon, gdzie testowano pierwsze bomy atomowe.

5. Semipałatyńsk w Kazachstanie - główny radziecki poligon atomowy. Skażony obszar ma wielkość 18,5 tys. km kwadratowych.

6. Pustynia Thar w Indiach - od 1974 mieści się tam indyjski poligon atomowy.

7. Morsleben - składowisko niemieckich odpadów nuklearnych.

8. Poligon w Nevadzie - położone w pobliżu Las Vegas miejsce testowania artyleryjskich pocisków atomowych.

9. Reggane w Algierii - pierwszy francuski poligon nuklearny, używany do 1962 roku. Nadal notowane jest tam skażenie.

10. Kysztym w Rosji - strefa o powierzchni 150 km kwadratowych skażona podczas wybuchu radioaktywnych odpadów z kopani uranu w 1958 roku. Z miasta wysiedlono 25 tys. ludzi, a katastrofę utajniono. (PR)

A do tego jeszcze katastrofy nuklearne w stopniach INES:

11. Chalk River EJ (Kanada) - 5°INES

12. Kysztym (Rosja) - 6°INES – patrz pkt. 10

13. Windscale EJ (Wk. Brytania) – 5°INES

14. Atomic City (ID, USA) - 4°INES

15. Three Mile Island EJ (PA, USA) - 5°INES

16. Czarnobyl (Ukraina) - 7°INES

17. Goiania EJ (Brazylia) - 5°INES

18. Tomsk (ZSRR/Rosja) - 4°INES

19. Tokaimura (Japonia) - 4°INES

20. Mihama EJ (Japonia) - 1°INES

21. Fukushima I EJ (Japonia) - 7°INES

22. W wykazie nie uwzględniono kilku awarii w niemieckiej Nord IV EJ w Lubminie k./Greifswaldu, w której doszło do co najmniej dwóch wypadków ocenianych na 5-6°INES, które rząd NRD utajnił.

No i do tego poligony atomowe w:

23. Orenburg (ZSRR/Rosja)

24. Nowa Ziemia (ZSRR/Rosja)

25. Marlinga + poligony w WA i Qld. (Australia)

26. Bikini, Enivetok, Eugelab (W-y Marshalla, USA)

27. Johnson Island (USA)

28. Moruroa/Mururoa (Polinezja Francuska)

29. Amchitka (AK, USA)

30. Poligony atomowe Ch.R.L. w prowincji Xinjiang, w okolicy Łob Nur (Lop-noor).

31. Testy nuklearne w jakuckiej tajdze, które miały miejsce w latach 60. i 70.

Ogólnie rzecz biorąc, do roku 2000 zdetonowano 2085 ładunków jądrowych (dane Greenpeace). Były to ładunki o różnej mocy i odpalono je w takich krajach jak: USA (1030), ZSRR/Rosja (710 w tym 962 wybuchy), Wk. Brytania (45), Francja (210), Chiny (45), Indie (6), Pakistan (6), Korea Pn. (2), RPA (1), Izrael (1) - dane wg SIPRI.

A do tego należy doliczyć reaktory jądrowe we wrakach zatopionych okrętów podwodnych:

32. USS Tresher (Zatoka Maine, Atlantyk) – we wraku znajduje się reaktor jądrowy.

33. USS Scorpion (okolice Azorów) – jak wyżej.

34. K-129 (okolice Hawajów) - podniesiony przez CIA. Okręt stanowił zagrożenie ze względu na 3 pociski rakietowe z głowicami nuklearnymi.

35. K-8  (Morze Barentsa) we wraku znajduje się reaktor trakcyjny.

36. K-219 (okolice Bermudów) – jak wyżej.

37. K-278 Komsomolec (Morze Norweskie) we wraku którego znajduje się 16 pocisków i 2 torpedy z głowicami nuklearnymi + 2 reaktory trakcyjne.

38. Okręt podwodny K-141 Kursk został podniesiony, tym niemniej stwarzał on zagrożenie ze względu na reaktory trakcyjne oraz uzbrojenie (16 pocisków rakietowych + 2 torpedy z głowicami nuklearnymi)

39. K-159 (Morze Barentsa) Okręt zatonął w czasie przeholowywania do stoczni na złom.

Nawiasem mówiąc na Nowej Ziemi poza poligonem Cizornaja Guba znajduje się 17 wraków statków załadowanych odpadami nuklearnymi oraz wlano kilka tysięcy ton skażonej trytem wody.

Podobne czynności wykonano także na Morzu Ochockim, gdzie miały miejsce zrzuty skażonej wody oraz płynnych roztworów radioaktywnych z reaktorów jądrowych w ZSRR.

No i na koniec trzeba jeszcze napisać o skażonych promieniotwórczo polach bitew, na których na skalę masową użyto broni DU/ZU – czyli zawierającej tzw. zubożony uran, a właściwie uran-238 z domieszkami uranu-236, uranu-237, plutonu-240 i innych silnie radioaktywnych izotopów. Aktualnie wszystkie kraje NATO i Izrael używają takiej amunicji – w tym w ćwiczebnych strzelaninach na polskich poligonach m.in. w Drawsku. Amunicja DU używana była masowo w:

40. I i II Wojnie w Zatoce Perskiej na terytorium Iraku i Kuwejtu...

41. … w czasie interwencji wojsk NATO na Bałkanach – w byłej Jugosławii i Kosowie oraz…

42. … w Wojnie Afgańskiej…

… w czasie których wojska USA i innych krajów biorących w nich udział wystrzeliły kilkaset tysięcy pocisków DU różnego rodzaju i różnego kalibru. Pobojowiska te są bardzo niebezpieczne dla ludzi i w ogóle istot żywych ze względu na promieniowanie i toksyczność związków uranu, plutonu i innych metali ciężkich użytych do produkcji amunicji DU, o czym pisał m.in. Piotr Bein na łamach Zielonych Brygad w latach 2000-2002, a także Siergiej Dunajew w artykule pt. Przeciwpancerna trucizna Wuja Sama w Tajnach XX wieka nr 11/2011, ss.8-9.

Opracował – Robert K. Leśniakiewicz ©



sobota, 29 grudnia 2012

Zamilknąć na zawsze! (Jeszcze o Semipałatyńskim Poligonie)


Atomowy koszmar Zimnej Wojny...


Aleksandr Kursakow

6 listopada 1947 roku, W. M. Mołotow oświadczył, że ZSRR posiada w swym arsenale bombę atomową. Kręgi naukowe USA określiły tą informację jako blef. Amerykanie uważali, że ZSRR odkryje sekret rozbicia atomu dopiero w 1952 roku…

2500 semipałatyńskich Hiroszim generałowie i akademicy opisują w swoich książkach jako „postęp naukowy” i „przezwyciężenie”. Ja opowiadam o tym z punktu widzenia zwykłych ludzi, na których grzbietach wyniesiono te wszystkie sukcesy… (Artykuł ten koresponduje z materiałem zamieszczonym na moim blogu - http://wszechocean.blogspot.com/search?q=poligon+atomowy)  


Taka służba


W kwietniu 1960 roku Barnaułski Pułk Rakiet Przeciwlotniczych został poderwany alarmem i skierowany na Poligon Semipałatyński. Dla rakietowców wokoło był to zwyczajny step. Dla dowództwa Poligonu – Pola Doświadczalne do badań broni jądrowej. Każda zmiana wypełniała swoją misję i nawet nie raczyła o tym zawiadamiać ludności cywilnej tam zamieszkałej.

Jesienią 1960 roku, w miejscu dyslokacji dywizjonów, budowlańcy z BIB zbudowali koszary i domy mieszkalne. Oficerom nakazano przemieszczenie swych rodzin na nowe miejsce służby. Mój ojciec służył w 5. dywizjonie rakiet przeciwlotniczych (5. drplot.) WOPK. W naszym języku nazywało się to „kropką”.

Nasza rodzina mieszkała w „kropce” i 30. Sektorze poligonu od 1960 do 1968 roku.

W latach 1961 – 1962 na Poligonie Semipałatyńskim ZSRR przeprowadził najdłuższą w świecie serię najsilniejszych naziemnych wybuchów jądrowych. (Wyjaśniam Czytelnikowi, że doświadczalne  wybuchy nuklearne dzielą się na: naziemne, podziemne, napowietrzne, wysokościowe i kosmiczne – przyp. tłum.) W ciągu dwóch lat na Polu Doświadczalnym przeprowadzono 72 testy jądrowe. 

W czasie testowych eksplozji rodzinom rakietowców nakazywano otwierać drzwi i okna, wyjąć z pomieszczeń i odejść od budowli na bezpieczna odległość. Wiele razy staliśmy nieopodal naszych domów i obserwowaliśmy oślepiające błyski i obłoki powybuchowe. Widzieliśmy podnoszące się grzyby i kule ognia. Słyszeliśmy grzmoty i czuliśmy ciosy fal uderzeniowych. Fala uderzeniowa za każdym razem wybijała szyby i tłukła szkła w domach i koszarach.

Dyslokacja 5. drplot w bezpośredniej bliskości od pól doświadczalnych poligonu atomowego było przestępstwem, a tym bardziej osiedlenie tutaj kobiet i dzieci, i to jeszcze przed najsilniejszą w historii serią naziemnych wybuchów jądrowych! W cywilizowanym kraju coś takiego byłoby niemożliwe (nieprawda – amerykańskie doświadczenia z bronią jądrową w latach 40. i 50. także były prowadzone na ludziach, że wspomnę np. Operation Big Smokey – uwaga tłum.). Ale w naszym kraju podobne „cuda” nie były rzadkością. My mieszkaliśmy i odpoczywaliśmy tam, gdzie dozymetryści chodzili tylko z przyrządami…

Wieża na której odpalono pierwszą radziecką bombę atomową


„A co wy tutaj robicie?”


W 1962 roku przyjechało do nas jakieś wysokie naczalstwo. Karawana czarnych wołg zajechała prosto przed „kropkę”. Zobaczyli kobiety i dzieci:
- A co wy tutaj robicie?
- My tutaj mieszkamy.
- Natychmiast wsiadajcie do samochodów, zaraz będzie wybuch!

Wsadzili nas w wołgi i zawieźli do miasta Kurczatow. Już podjeżdżaliśmy do miasteczka, kiedy ujrzeliśmy błysk eksplozji.

Dziewczynka z sąsiedztwa Natasza Kabanowa upadła na siedzenie samochodu i zakryła twarz rękami.
- Co ci jest, dziewczynko?
- Wujaszkowie, zakrywajcie twarze bo was poranią odłamki!
- Nie bój się dziewczynko, tutaj już jest bezpiecznie.

Wysadzili nas nieopodal hotelu. Przenocowaliśmy w nim, a rankiem poszliśmy się dowiedzieć, jak wrócić do domu. A potem były całe serie testów i wiele razy staliśmy obok swoich domów i oglądaliśmy płonące niebo nad Obszarem SZ (Ш), i czekaliśmy aż wybije okna naszych domów. Słuchaliśmy skrzypiącego huku nuklearnej eksplozji. Ale więcej nami się nikt nie interesował, tylko od czasu do czasu przyjeżdżali dozymetryści – milcząc przeprowadzali swe pomiary, a surowi czekiści przypominali o obowiązku wieczystego milczenia.

Nie wypełniłem ich nakazów.


Nasza „kropka”


Nasza „kropka” znajdowała się o 30 km od miasta atomowców, które w różnych czasach i różnych zdarzeniach nazywało się: Moskwa-400, Bierieg, Koniecznaja, Semipałatyńsk-21 czy Kurczatow.

W odległości 18 km od nas rozpościerał się Obszar SZ, a zaraz za nim znane Pole Doświadczalne. Nad nim miały miejsce wybuchy jądrowe w atmosferze. Do dziś dnia nikt nie wie, ile właściwie zdetonowano tam bomb A. Jedni mówią o 123, drudzy o 116 eksplozjach. Tak czy owak – było tego dużo.

Głównym miejscem „kropki” było stanowisko startowe. Rakietowy kompleks plot. S-75 był w tych czasach nowoczesną i groźną bronią. On „widział” wszystko dookoła na setki kilometrów, a na odległość dziesiątków kilometrów mógł zestrzelić każdy samolot z tego okresu.

Poza tym były u nas cztery czterorodzinne domy, koszary z żołnierzami, garaże, magazyn pocisków rakietowych, stanowisko dowodzenia i kilka zabudowań gospodarczych. Wszystko to było ogrodzone 2-metrowym płotem z drutu kolczastego.

Załoga składała się z 60 żołnierzy, dziesięciu oficerów i ponad dziesięciu cywilów – żon i dzieci oficerów. Układ życia był prosty: żołnierze mieli bojowe dyżury i obsługiwali technikę, a rodziny czekały na nich w domu. Wokół na dziesiątki kilometrów był bezkresny step: śnieżny i mroźny zimą, gorący i suchy latem.

Życie dorosłych było podporządkowanie służbie. WOPK to wojska znajdujące się w podwyższonym stanie gotowości bojowej. Jeżeli gdzieś tam, setki kilometrów dalej jakiś samolot leciał w kierunku granicy, w dywizjonie ogłaszano alarm: wyła syrena, goniec łomotał w okno – „Towarzyszu poruczniku! Gotowość numer jeden!”

Dyżury, szkolenia, alarmy, wyjazdy na poligon, prace naprawcze i konserwacyjne – to bez reszty zajmowało życie naszych ojców. A my byliśmy obok nich i to wszystko było tłem naszego życia. Tez bawiliśmy się w alarmy i wydawało się nam, że właśnie tak być powinno.


Warunki życia


Woda była dowożona w beczkowozie każdego dnia z Kurczatowa. Elektryczność mieliśmy z agregatu dieslowskiego. O godzinie 23:00 wyłączano go i do rana nie było prądu. Częste wybuchy, ryk syren alarmowych, ostry klimat, brak wody – warunki życia były surowe. […]

[…] Od czasu do czasu jeździliśmy „do cywilizacji” – do sklepów w Kurczatowie. Do Kurczatowa wożono dzieci do szkoły a czasami wybieraliśmy się po prostu pospacerować po mieście.

Najciekawszym miejscem u nas dzieci w „kropce” był skład. Stały tam całe samochody, wiele różnej aparatury, całe szpule różnokolorowych kabli i inne bogactwa.

Nasz dywizjon miał na stanie ciągniki gąsienicowe i byliśmy niejednokrotnie proszeni o pomoc w transporcie na poligon techniki i badaczy. Przed każdym wybuchem w stepie stawiano wielopiętrowe domy, mosty a nawet stacje metra (!!!) i rozstawiali różne urządzenia techniczne. Eksplozje to wszystko rozwalały i rujnowały. Część z nich została rozwalona doszczętnie, zaś część tylko częściowo lub w niewielkim stopniu.

O promieniowaniu powiedziano nam dokładnie dopiero po Czarnobylu, a po tym przywożono nam wiele cennego dobra: części zapasowe do samochodów, akumulatory, kable i różne mechanizmy.

Jezioro kraterowe powstałe po próbnym wybuchu jądrowym na Poligonie w Semipałatyńsku


Posprzątać i zaorać


Jeszcze ciekawiej było pójść na stanowiska startowe. Przeganiano nas stamtąd, ale potem już nie zwracano na nas uwagi. Nasi ojcowie i żołnierze jeździli po stepie z rakietami i wyrzutniami, a my siedzieliśmy na przedpiersiu okopu i patrzyliśmy na nich.

W koszarach byliśmy także swoimi. Żołnierze odsługiwali po trzy lata, wielu tęskniło do domów, do swych rodziców i rodzeństwa. Rozmawiali z nami chętnie, częstowali ciastem i cukierkami. Poza tym w sobotę wieczorem zawsze było tam kino – to było jedyne kulturalne wydarzenie w osadzie.

W każdym roku sadzono arbuzy „pod obcasa”. Obcasem buta robiło się dziurkę w ziemi, wrzucano ziarenko i zasypywało się. Jeżeli w tym czasie spadł deszcz, to arbuzów było ile kto chciał. Jeżeli deszczu nie było, to nic nie wyrastało. A razu pewnego z tymi arbuzami to wyszło tak: tego roku arbuzów było dość tak dużo, ale po kolejnym wybuchu atomowym zaszedł Wypadek Nadzwyczajny. Obłok grzyba atomowego nie odleciał nad inne kraje, ale opadł na nasze poletko arbuzowe. Dowództwo wydało rozkaz – zaorać! – co wykonano. Ale przedtem zebrano wszystkie arbuzy…

W ogóle, to stosunek do promieniowania był prosty. Wiedzieliśmy, że ono istnieje, ale skoro dowództwo nie bije na alarm, znaczy się – wszystko jest OK.
Promieniowanie nie ma smaku i koloru. Ale wywołuje ona serię chorób, na które zapadali miejscowi. […] Wszystkie one związano z wieloma przyczynami, ale nie z tą główną. Już o wiele później oglądałem ze znajomymi zdjęcia moich rodziców z tamtych lat:
- Przecież widać, że wy w tym czasie byliście chorzy!
- Tak, oczywiście, ale wtedy nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy.

Poważne choroby wychodziły potem i często w oddali od poligonu jądrowego.


Jak to się skończyło…


Ojciec przesłużył w armii 32 lata. Zakończył on służbę na Zabajkalu. Przed pójściem na emeryturę mój ojciec powrócił do Semipałatyńska i przeżył tam z matką wiele lat. W roku 2003 powrócili do dzieci i wnuków w Rosji. (Aktualnie Semipałatyńsk znajduje się na terytorium Kazachstanu – przyp. tłum.)

W Kazachstanie rodzice zaliczali się do poszkodowanych wskutek eksperymentów nuklearnych. W związku z tym otrzymywali oni pieniądze na leczenie i rehabilitację. Po powrocie do Rosji zabrali swe kazachstańskie dokumentu i poszli do urzędu, by wymienić je na rosyjskie. No i tu zaczęły się schody. Urzędniczka wydarła się na nich:
- Co wy mi tutaj dajecie jakieś kazachskie papierki! Ja wam mówię po rosyjsku: w Kazachstanie było wszystkiego dwa wredne miasta i kilka wsi! Co za tępy naród!!! Nie przeszkadzajcie nam tu pracować!

Jak widać, w Rosji nie ma list poszkodowanych. W Rubcowsku granica strefy poszkodowanych idzie wzdłuż ulicy. Cztery domy poszkodowanych, cztery nie. Przez 40 lat sypało na nich radioaktywnością równo, ale urzędnicy policzyli inaczej – i finał!

Nawet nie podciągnięto ich pod osoby pracujące w warunkach podwyższonego ryzyka. Ojcu powiedziano wprost: „Pańska jednostka wojskowa nie podlegała Poligonowi”. Mama pracowała w centrum badawczym – w samym sercu Poligonu. I też jej odmówiono. I uzasadniono to tak: „Pani nie pracowała bezpośrednio z urządzeniami jądrowymi”.


Od tłumacza


Przerażające jest to, do czego doprowadzała konfrontacja pomiędzy dwoma Supermocarstwami. Zimna Wojna ma wciąż to nowe ofiary i wciąż to nowe tajemnice jej się odsłaniają wypadając jak szkielety z szaf. A tych szaf jest jeszcze dużo…

Przerażające jest to, jak teraz traktuje się ludzi, którzy byli – niejednokrotnie wbrew swej woli – wrzuceni pomiędzy mielące młyny Zimnej Wojny. Ludzi, którzy z oddaniem służyli swej ojczyźnie i póki byli młodzi – wyssano z nich wszystkie siły i energię, a dzisiaj traktuje się ich jak śmiecie. Nikomu niepotrzebne, zapomniane i stanowiące jedynie obciążenie dla budżetu rozkradanego ze wszystkich stron państwa. To jest to coś, co występuje także i u nas – więc nie ma się z czego cieszyć i – o czym nie wspomina pasożytująca na Rosji propaganda Rzeczpospolitej Polskiej nr III i ½. Tylko że Rosja mimo strat terytorialnych jest nadal mocarstwem, a u nas nieudolne, niekompetentne i skorumpowane rządy zrobiły z Polski pośmiewisko i dziadownię całej Europy. Biada narodom nie szanującym swojej historii, biada narodom, które wyrzekają się swych zasłużonych, którzy są solą ich ziemi. Takie narody szybko popadają w śmierć zapomnienia…


Źródło – „Tajny XX wieka” nr 26/2012, ss. 8-9
Przekład z j. rosyjskiego –
Robert K. Leśniakiewicz ©  

czwartek, 24 stycznia 2013

Bomba dla towarzysza przewodniczącego


Przywódca ZSRR Nikita Chruszczow - Szalony Niki, jak nazywali go zachodni dyplomaci...


Iwan Barykin

Pierwszy w świecie reaktor jądrowy zbudowano w 1942 roku na Uniwersytecie Chicago w USA. Reaktor nie miał systemu chłodzenia i pracował na minimalnej mocy.
- My wam pokażemy kuźkinu mat’! - To zdanie rzucone przez N. S. Chruszczowa z trybuny Zgromadzenia Ogólnego ONZ pół wieku temu wprawiło w osłupienie cały świat.
- „Co radziecki przywódca miał na myśli?”, „Kim jest matka Kuźmy?”  - krzyczały nagłówki wszystkich gazet świata.


Wyrób 602


Ten typowo rosyjski idiomat był niezrozumiały dla przeciętnego mieszkańca świata. Te pogróżki, wzmocnione dodatkowo postukiwaniem butem Chruszczowa po mównicy, nabrały złowieszczego charakteru. On oczywiście nie miał na myśli małego, wrednego żuczka, nalanka czarnego (Anisoplia austriaca), który jest szkodnikiem zbóż, i nie jego matkę – a coś bardziej realnego. To Nikita Siergiejewicz wyjaśnił w dniach Kryzysu Karaibskiego, kiedy to świat stał na krawędzi wojny termojądrowej:
- My was imperialistów, pochowamy!

Jak zamierzał tego dokonać, okazało się w czasie jego oświadczenia na XXII Zjeździe KPZR. W tym samym dniu, na Nowej Ziemi zdetonowano ładunek termojądrowy, który 10.000 razy przewyższał swą mocą bombę atomową zrzuconą na Hiroszimę. Wyrób 602 – taki nadano kryptonim tej bombie termojądrowej – mógł w mgnieniu oka zetrzeć z powierzchni ziemi Nowy Jork i inne przylegające doń miasta. Z lekkiej ręki Nikity Chruszczowa, bombie nadano nazwę Kuźkina mat’, choć jej konstruktorzy nazwali ją Iwan.

Pewnego razu miałem okazję spotkać się ze specjalistą od ładunków nuklearnych, weteranem przedsięwzięć podwyższonego ryzyka, płk N. G. Kosteckim.
- Prace nad złożeniem Wyrobu 602 – opowiadał on – zaczęły się w 1954 roku w nuklearnym centrum badawczym Czelabińsk-70, choć Snieżyńsk – gdzie znajdowało się nuklearne centrum – nie miał niczego wspólnego z Czelabińskiem. Snieżyńska nie znajdziecie na żadnej mapie świata. Jest on odcięty od świata gęstym lasem, głęboka tajemnicą, zasiekami z drutu kolczastego, wieżami obserwacyjnymi i punktami kontrolnymi na wjeździe. Mieszkają w nim uczeni-jądrowcy wraz z rodzinami, którzy podpisali lojalkę o nieujawnianiu tajemnicy.

Poligon atomowy na Nowej Ziemi


W tajnej kuźni nuklearnej tarczy


Nikołaj Georgiewicz okazał się być bardzo interesującym rozmówcą. Pół życia spędził on na nuklearnych poligonach.
- Latem 1961 roku, Wyrób 602 był gotowy – opowiadał dalej. – Wyglądało to jak zwykła bomba, takich tutaj było na kopy, chociaż ta w czymś przypominała rekina z podłużnym, błyszczącym korpusem, ogonem i swymi rozmiarami – 12 metrów długości. (W takim razie i przy takich wymiarach pasowałaby do niej nazwa Megalodon – uwaga tłum.) Jej moc – 100 Mt TNT – (sto milionów ton trotylu – przyp. tłum.). Uczeni obawiali się, że po takiej eksplozji nasza planeta „wyskoczy z szyn”, to znaczy z orbity. Ale Chruszczow nie ustępował: Jak trzeba będzie, to zrobicie nawet bombę na tysiąc megaton. Tylko tak pogrzebiemy imperialistów. Nikita Siergiejewicz nie myślał, że z nas też nic nie zostanie. Ale „setka” go piliła, bo chciał zameldować o niej na zjeździe partii. Powstało pytanie o miejscu detonacji Kuźkinyej mati. Nie było nad tym specjalnej dyskusji – oczywiście na Nowej Ziemi! Powierzchnia 82.600 km2, cały archipelag – to jeden wielki poligon. Ale w strefie rażenia o promieniu 1000 km znajduje się Workuta, Dudinka i co najważniejsze – Norylsk z jego kombinatem miedzio-niklowym (i diamentowym – przyp. tłum.) A port Dickson znajduje się w odległości 500 km. Tak więc zdecydowano zrobić połowę tego ładunku – zamieniono 2 tony uranu-238 na dwie tony ołowiu. Moc bomby spadła, lecz nie do 50, ale do 57 Mt. No i wreszcie nadszedł Dzień X. Wczesnym rankiem na naszych oczach mamaszę wywiózł na platformie wojskowy ciągnik i z wielką ostrożnością wywiózł na lotnisko. Tam już na nią czekał strategiczny bombowiec Tu-95M. Luki bombowe trzeba było pozostawić otwarte – bomba ledwie się mieściła. Z ziemi wyglądało to tak, jakby gigantyczny jastrząb niósł w szponach ogromne jajko…


Car Bomba i porównanie jej mocy z mocą bomby atomowej Little Boy i  bomby wodorowej Castle Bravo zdetonowanej na archipelagu Marshalla


Wierzchem na bombie


Jak potem opowiedział Kosteckiemu dowódca bombowca, ppłk Andriej Durnowcew – było śmiesznie lecieć można powiedzieć – wierzchem na bombie. A nuż wybuchnie? – toż to nawet molekuły po nas nie zostaną… Czas lotu znów nie taki długi, a ciągnie się strasznie. No i wreszcie rejon celu – półwysep Suchoj Nos.   
       
Zrzut! Bomba poleciała z wysokości 10.500 m i zanurzyła się w gęstej pierzynie obłoków. System dużych spadochronów zmniejszył prędkość jej opadania.
- Trzeba było szybko odlecieć, bo inaczej walnie w nas fala uderzeniowa i spalimy się w diabły. Boże – przenieś nas i ratuj! Za 188 sekund będzie wybuch na wysokości 4000 metrów, a my oddaliliśmy się tylko na 115 km. Mało – pomyślał Durnowcew. – Naraz samolotem szarpnęło jak nie wiem co, ledwie wyrównaliśmy. Dobiegł do nas straszliwy huk, cud ze nie rozerwało nam bębenków w uszach. Twarze oblał nam żar. Daleko na dole zauważyliśmy rozszerzającą się kulę ognia w kolorze jasnopomarańczowym, u której pojawiła się grubiejąca nóżka. Co działo się w rejonie zrzutu, to można sobie było tylko wyobrazić. Jak później opowiadali chłopaki z samolotu-laboratorium – a mieli oni za zadanie sfilmować tą jądrową Apokalipsę – ziemia w promieniu dziesiątków kilometrów stopiła się i wyglądała jak ślizgawka. Zginęła połowa pogłowia reniferów, których ilość przed wybuchem wynosiła około miliona. Stada ptaków w czasie wybuchu spłonęły w powietrzu. Znajdujące się w odległości 100 km od epicentrum czajki oślepły. Padły tysiące białych niedźwiedzi. Przez całe lata wozili potem na kontynent poparzonych promieniowaniem Nieńców. Wszyscy oni sądzili, że spod ziemi wyszedł wtedy duch Omol.

Teraz, ponad pół wieku później, my zadajemy pytanie: po co to wszystko było? Zadowolić rozdęte ambicje Nikity Chruszczowa? Prawdę powiedziawszy, ten ostatni był bardzo zadowolony z wyniku eksperymentu. Co więcej – oświadczył, że na tym nie poprzestanie. I wydał polecenie dokonania prac nad projektem bomby o mocy 1000 Mt, 109, miliarda ton czyli kolejny rząd wielkości – 1 Gt – gigatony TNT! Dzięki Bogu, po trzech latach przyszedł na jego miejsce L. I. Breżniew i odwołał ten rozkaz. Ale Amerykanów my przestraszyliśmy. Tam doskonale rozumieli, że Rosjanie nigdy nie użyją takich bomb, bo w przeciwnym przypadku na Ziemi nie zostanie nikt: zginie cała Ludzkość.
- Czym się zakończył ten lot dla dowódcy tego Tu-95 i jego załogi? – zapytałem Kosteckiego.
- Hmmm… czym? Wytartował w ten dzień majorem, a wrócił jako podpułkownik. Jego i zastępcę przedstawiono do orderu Bohatera Związku Radzieckiego. Tylko, że nie długo pożyli, jak i pozostali członkowie załogi. Wszyscy dostali potężne dawki promieniowania. Dostało się także załodze samolotu-laboratorium. U wielu rozwinęła się ostra choroba popromienna. Pozostały, jak pamięć po nich, zrobione zdjęcia z Apokalipsy…



Wybuch Car Bomby i fazy tworzenia się grzyba poeksplozyjnego, który dosięgnął pułapu 50 km, dzięki czemu radioaktywny fall-out rozprzestrzenił się na całą północną hemisferę Ziemi... 


Pokojowe urządzenia Kosteckiego


Nikołaj Gieorgiewicz był człowiekiem skromnym. Nie był gdzieś na stronie w czasie eksperymentów i nie został pułkownikiem za piękne oczy. Ale nie chciał o tym mówić, zmienił temat na pokojowe próby nuklearne. Dowiedziałem się zatem, że laureatem Państwowej Nagrody został on za sporządzenie nowych konstrukcji urządzeń nuklearnych do celów pokojowych. Większość z nich zamierzano wykorzystać przy budowie magistralnego kanału, którym wody syberyjskich rzek byłyby skierowane do wysychającego Morza Kaspijskiego. Jednakże ten projekt nie był wykorzystany. Pieniądze przeznaczone na ten projekt skierowano na budowę BAM-u. Ale i tak jego urządzenia posłużyły krajowi. Podziemnym wybuchem jądrowym otworzył on ogromne złoże rudy w Apatytach. Rudę zaczęto wydobywać po dwóch latach po dekontaminacji terenu. Na Uralu po odpaleniu ładunku jądrowego we wnętrzu góry powstała wielka jama (kamuflet), z której odpompowano miliony metrów sześciennych gazu. W Uzbekistanie wybuchem atomowym zamknęli gazową fontannę, która paliła się przez dwa lata. Ładunki Kosteckiego przywracają życie starym polom naftowym, w których było jeszcze dużo czarnego złota…


Jak „ułożyli… 16 marynarzy”


I wszystkich tych rzeczy dowiedziałem się w czasie jednego ze spotkań z Nikołajem Gieorgiewiczem. Zapytałem się go, czym się zajmował przez długie lata, zanim  zajął się pokojowymi wybuchami atomowymi.
- W końcu lat 50. na poligonie w Kapustin Jarze przeprowadzaliśmy próby morskiej rakiety z głowicą jądrową. Potem w nie uzbrojono nasze SSBN. W celu skontrolowania prób rakiety w warunkach morskich, imitujących morskie kołysanie, na jednym z obszarów poligonu był zamontowany unikalny system urządzeń wahliwych. Według zadanego programu, urządzenia te imitowały kołysanie, jakiemu są poddane okręty podwodne na morzu. Doświadczenia prowadzone w głębinach Oceanu Światowego wykazały, że ustawione na SSBN rakietowe systemy są w stanie przeprowadzić uderzenie jądrowe z każdego miejsca Wszechoceanu. Czasami zdarzały się w czasie badań nienormalne sytuacje. W latach 70. na poligonie na Nowej Ziemi zostały zdetonowane megatonowe rakiety na potrzeby Marynarki Wojennej – wspomina Nikołaj Gieorgiewicz. – Dwa ładunki poleciały i eksplodowały, jak trzeba, ale start trzeciego nie przebiegł tak jakbyśmy chcieli i to z wielu przyczyn. Trzeba było szybko wyjechać i zbadać przyczyny i zapobiec możliwości samoczynnego wybuchu. Przypominaliśmy w tym momencie samobójców. Po pierwsze dlatego, ze złowieszczy ładunek mógł eksplodować w każdej chwili, po drugie – w sztolni – w której po dwóch pierwszych ładunkach nagromadziła się ogromna ilość promieniotwórczych substancji. Włożyliśmy specjalne antyradiacyjne kombinezony i weszliśmy do boksu. Przed nami ujrzeliśmy fantastyczny obraz: głowicowa część rakiety wisiała na łańcuchach, a pod nią był skruszony przez falę uderzeniową granit. Wystarczyło odłączyć w głowicy źródła zasilania, ale nie mieliśmy gwarancji, że łańcuchy nie wytrzymają i rakieta nie spadnie na spąg. Przewidując to położyliśmy na spąg 16 materaców. Położyliśmy je i zabraliśmy się za główne zadanie. I właśnie wtedy doszło do niemal komicznego zdarzenia. Dostaliśmy rozkaz natychmiastowego przerwania robót. Młoda szyfrantka pisząc teleks do Moskwy o położeniu pod głowicę 16 materaców popełniła czeski błąd w ostatnim słowie i wyszło jej „16 matrosów”! Admirał przeczytał to, złapał się za serce i wychrypiał: - NATYCHMIAST PRZERWAĆ ROBOTY!

Wyszli ze sztolni jednak cali w skowronkach. Dostali niezłe dawki radioaktywności, ale głowicę unieszkodliwili.

Zdarzało się niemało drugich nieszczęśliwych sytuacji wymagających od nich poświęcenia i heroizmu. O takich właśnie ludziach pracujących przy ładunkach i doświadczeniach atomowych, główny konstruktor z nuklearnego centrum badawczego E. I. Zababachin powiedział: Dlatego właśnie nie było Trzeciej Wojny Światowej, bo byliście wy – projektanci jądrowej tarczy.


Źródło – „Tajny XX wieka”, nr 37/2012, ss. 4-5
Przekład z j. rosyjskiego –
Robert K. Leśniakiewicz ©