Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kaukaz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kaukaz. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 27 stycznia 2022

Paszcza Smoka


 

Anatolij I. Rożuk

 

Rzeka Głubokij Jar, która ma swój początek wysoko w górach, w tających lodowcach, toczy swe wody w wąskich, górskich wąwozach. Przeskakuje z kamienia na kamień. Nieoczekiwanie rzeka znika wpadając w wielką, czarną dziurę, którą nazwano onegdaj Paszcza Smoka. Z tym unikalnym zjawiskiem Przyrody zaznajomiliśmy się, kiedy odpoczywaliśmy w górach Kaukazu. (Formacja ta znajduje się najprawdopodobniej w okolicy opisanej współrzędnymi N 43°34’ – E 040°37’ na Kaukazie Zachodnim – przyp. tłum.)

 

Na dnie wąwozu

 

Z poziomu ziemi wszystko wygląda zupełnie inaczej, niż z pokładu helikoptera, ale – jak sądzę – nie mniej monumentalnie. Stojąc na dnie wąwozu-studni, nad sobą widzisz maleńki okrągły otwór z kawałkiem nieba, otoczonej zielonymi gałęziami bujnej południowej roślinności.

Z wysokości nieba, na dno szczeliny mającej okrągły kształt, spada potok wody. W czasie jasnej, słonecznej pogody, kiedy od letniego upału nie ma gdzie uciec, tutaj – na dnie ogromnej studni – wcale nie jest gorąco. Z przewieszek wąwozu wiszących nad turystami, spadają w dół wielkie krople lodowatej wody, od których nie da się schronić. Spadają one już to na głowę, już to na odzież.

Główny potok rzeki spada do głębin szczeliny z dużej wysokości. Spadając w dół z kamiennego występu, woda leci na całe dno studni i zmierza do rzeki Mzymta.

 





Gigantyczny krater

 

Tam też znajduje się podziemna jaskinia, zawalona pniami rozmaitych drzew i kamieniami różnych rozmiarów, przyniesionych przez rzekę z wysokich gór na dno studni.

Jest więc pewnym, że ten potok wody nie zawsze płynie spokojnie i nieszkodliwie. Na wiosnę, kiedy w górach tają lodowce albo w lecie, kiedy w tych górach maja miejsce ulewy, niewielki strumyk wodospadu zamienia się w ryczącą rzekę. Wąwóz-studnia momentalnie wypełnia się wodą, której strumienie zaczynają wirować w kształcie wielkiego krateru i łamie wszystko na swej drodze. Coś takiego zdarza się nieraz na stulecie czy tysiąclecie, o czym mówi forma ścian wyciętych przez wodę w górskiej glebie. Ostrzegam wszystkich: nie wchodźcie w taką pogodę w Paszczę Smoka!

 

Ryzyko jest zawsze

 

Przewodnik opowiedział nam, jak to kilka lat temu miał tam miejsce tragiczny wypadek, kiedy nieoczekiwana ulewa zastała na dnie wąwozu grupę turystów w składzie 18 osób. Oni nie zdołali wyjść ze szczeliny i wszyscy zginęli. Ich ciała były tak przemielone przez wodę, że nie udało się ich znaleźć do dziś dnia…

Ryzyko nieoczekiwanej zmiany pogody jest w górach zawsze. I tylko doświadczony przewodnik jest w stanie zapewnić turystom bezpieczeństwo. I właśnie dlatego ten wodospad otrzymał taką nazwę, która przylgnęła doń na stałe.

W Paszczy Smoka byliśmy tam całą rodziną, a z wnuczką Anią sfotografowaliśmy się wraz z „Niewymyślonymi historiami”, które wzięliśmy ze sobą na drogę.

 

Źródło – „Niewydumannyje Istorii” nr 35/2021, s. 3

Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz    

środa, 18 stycznia 2017

Żywe dolmeny?



"Żeński Dolmen"


Anna A. Nowikowa (Moskwa)


W czerwcu 2009 roku wraz z moim pięcioletnim synem odpoczywałam w sanatorium w Archipo-Osipowce (N 44°22’18” – E 038°32’11” – przyp. tłum.) w Krasnodarskim Kraju. Słyszałam wiele ciekawych rzeczy o dolmenach i dowiedziawszy się, że sanatorium organizuje wycieczkę w celu zwiedzania tych megalitów, zdecydowałam obowiązkowo na nią pojechać. Do dolmenów pojechaliśmy 22 czerwca, tj. w następny dzień po przesileniu letnim. Mówi się, że aktywność dolmenów jest związana ze Słońcem i jej maksimum ma miejsce właśnie w te dni. 

No i pojechaliśmy do grupy megalitów nieopodal wsi Pszada (N 44°28’20” – E 038°23’48”, 36 m n.p.m., 15,8 km na NW-W od Archipo-Osipowki – przyp. tłum.) – przewodniczka zostawiła nas na placyku przed pierwszym dolmenem i poszła załatwiać sprawy organizacyjne. Kiedy wycieczkowicze chodzili wokół kamieni, ja spróbowałam się z nimi „oswoić”: zaczęłam głaskać ręką po powierzchni kamienia, jakby pobudzać go energetycznie. Wkrótce poczułam lekkie mrowienie w koniuszkach palców, ale mnie się nie wiedzieć dlaczego wydawało, że dolmeny się ze mną jakoś nie chcą „oswajać”. 

W tym czasie powróciła nasza przewodniczka i zaczęła opowiadać o dolmenach. Ona mówiła o wielu hipotezach odnośnie ich powstania i przeznaczenia – od naukowych i oficjalnych do nienaukowych i ezoterycznych. A o dolmenie, obok którego właśnie staliśmy, ona opowiedziała, że miejscowi handlarze pamiątkami w każde rano rozpoczynają od wizyty do niego, bowiem wierzą w to, że pomaga on im w interesach. 

- Eh tam, i tak nie będę bogatą! – pomyślałam, kiedy poszliśmy dalej. Ale po kilku krokach znalazłam 5 rubli, a potem jeszcze trochę drobniaków. Muszę dodać, że potem przez trzy dni znajdowałam pieniądze niekiedy kilka razy pod rząd, ale zawsze to były drobniaki o wartości do 50 rubli. Tak więc można powiedzieć, że pierwszy dolmen obszedł się „po drobnemu”. 

Autorka przy "Żeńskim Dolmenie"

A my tymczasem poszliśmy dalej. O następnym dolmenie (na zdjęciu) przewodniczka powiedziała, że jest on „żeńskim”. Podeszłam do niego i znów zaczęłam wodzić dłonią po kamieniu. I naraz poczułam, jak z kamienia emanuje na mnie ciepły potok energii i niewiarygodnej siły. W następnej chwili poczułam, jakby moją głowę złapał jakiś potężny magnes i przyciągnął do kamienia. Stałam tak przez 5 minut i czułam jak napełnia mnie gorąca energia, jak wlewała się do mnie potokiem, póki nie wypełniła do samego czubka głowy. Wtedy poczułam, że mogę oderwać się od kamienia. Stałam obok dolmenu jak pijana, odczucie było takie, jakby mnie ktoś „wymienił baterie” – chciało się biegać, skakać, krzyczeć, zdobywać Mt. Everest…

Ale nasza grupa poszła dalej. Następny dolmen, według słów przewodniczki, był „męskim”. Byłam bardzo ciekawa mojej reakcji i pociągnęłam ręką po kamieniu. I nagle poczułam jakby uderzenia po palcach. Dolmen jasno mówił: „idź stąd, to nie twoje miejsce!” I jego energetyka była słabsza i cięższa. 

Następny dolmen był „dziecięcy”. I tutaj poleciłam położyć rękę na kamieniu mojemu synowi. Synek dotknął kamienia i powiedział:
- Mamo, nie chcę! 
Nazywam mojego synka Zajka Duracell i jego „bateryjki” są w porządku, więc być może on miał rację!


Już w autobusie wszyscy dzielili się wrażeniami. Ktoś tam niczego nie odczuwał, inny nawet nie próbował, a u jeszcze kogoś doświadczenie z tymi zagadkowymi budowlami też było takie jak moje. A nasza przewodniczka powiedziała, że w latach 90. przyprowadziła do dolmenu grupę turystów. Nie wszyscy mieli aparaty fotograficzne, a ona miała Polaroida. Fotografowała tych, którzy sobie tego życzyli za drobną opłatą. W grupie była pewna kobieta, która ze wszystkiego była niezadowolona i warczała na wszystkich od samego początku wycieczki, ale przy dolmenach też zażyczyła sobie zrobienie zdjęcia. i tak przewodniczka zmarnowała na nią dwa pudełka papieru fotograficznego i wszystkie zdjęcia (20 sztuk) wyszły czarne!


Materiały uzupełniające


Polecam przeczytać dodatkowo następujące materiały:









Kaukaskie dolmeny


Opinie z KKK


Coś dla mnie zapewne.
Pozdrawiam wszystkich.
Były czasy gdy byliśmy bliżej i nasze zrozumienie tego co nas otacza było pełniejsze. Kamień - kościec Macierzy jest idealnym materiałem. Krystaliczne działają niczym soczewka i miejscach o dużym oddziaływaniu odpowiednio ułożone wzmacniają bądź zmieniają na inne pasmo energię danego miejsca. Kiedyś wiedzieliśmy, teraz oderwani żyjemy w swych "złotych klatkach"  a tylko niektórzy pozwalają tej "magii" na istnienie w zrozumieniu ich świata.
A to co kryje Rosja na swym terytorium jest na tyle fantastyczne ze zapewne starczy tego jeszcze na wiele lat.
Pozdrawiam (Dingir)

Witam Wszystkich Klubowiczów...
Dzięki za zainteresowanie tym co robię oraz na wskazanie na Kaukaz... W Rosji i Ukrainie jest bardzo dużo wielkich MEGALITÓW, piramid, itd. Dużo pisał - tłumaczył art. na ten temat Robert. Oglądałam rożne filmy na YT, ale nasza NAUKA tego nie dostrzega, bo to jest zaprzeczeniem ich TEORII. Tak więc Rosja jest wciąż dla nas - Polaków nieznaną krainą. Ale "cudze chwalicie swego nie znacie"... Ostatnio odkopuje swoje wspomnienia z przeszłości...
Polecam Waszej uwadze!
"Przygoda na jeziorze Łebsko k/Łeby i tajemnica kamiennej wyspy…"
Motto: Jeszcze jedna PIRAMIDA na terenie Pomorza!
Pozdrawiam serdecznie (Eleonora)


Tekst i ilustracje: 
  •  „Tajny XX wieka” nr 50/2015, s. 25
  •   Internet
Przekład z rosyjskiego - ©Robert K. F. Leśniakiewicz

poniedziałek, 19 września 2016

Tajemnica śmierci hitlerowskich jegrów



Elbrus


Witalij Karjukow

Kiedy Sarajewo w latach 90. było w stanie oblężenia, dziury i leje po wybuchach w asfalcie, w miejscach gdzie zginęli ludzie, były zalewane czerwona smołą. Te „sarajewskie róże” – jak je zwą – można widzieć do dziś dnia. 

W „Tajnach XX wieka” nr 28/2015, był opublikowany artykuł Marka Altszulera pt. „Zagadkowy świat Kaukazu”, w którym pisało się o zagadkowej śmierci na jednym ze stoków Wąwozu Baksańskiego niemieckich jegrów czyli strzelców górskich. (Zob. http://wszechocean.blogspot.com/2016/01/zagadkowy-swiat-kaukazu.html - przyp. tłum.) Najprawdopodobniej hitlerowscy jegrzy zginęli pod spadłą lawiną. Hipoteza ta okazała się być prawdziwą, kiedy wyjaśniło się, że lawina rzeczywiście spadła, ale spowodował ja pilot bombowca Wasilij Łukin, który zrzucając bomby oberwał lawinę, która przygniotła górskich strzelców. Porozmawialiśmy z synem Wasilija Iwanowicza – Jewgienijem Wasiliewiczem Łukinem.


Loty w górach


Pytanie: - Jewgieniju Wasiliewiczu, pański ojciec był w czasie wojny nie tylko lotnikiem?
Odpowiedź: - Tak, jesienią 1942 roku, kiedy to wszystko się stało, ojciec dowodził 6. pułkiem lotnictwa bombowego dalekiego zasięgu (6. plbdz), 132. Dywizji Lotniczej.

- Czy to były jego pierwsze doświadczenia w górskich lotach?
- Nie, ojciec miał już takie doświadczenie jeszcze przed Bitwą o Kaukaz: w sierpniu 1941 roku zaliczył on cztery loty bojowe do bombardowania celów w Iranie. Trzeba było przelatywać przez góry, gdzie z 10 samolotów pułku, 8 rozbiło się w górach z braku doświadczenia w lotach w takich warunkach. Loty w górach kryją w sobie ogromne ryzyko: na stokach i szczytach mogą znajdować się wojska nieprzyjaciela. Samolot może być zestrzelony nawet z broni strzeleckiej (czyli o kalibrze <20 mm – przyp. tłum.) ze względu na niewielką wysokość lotu. Wypełniając zadanie lotu na dalekie cele należało znać lokalizację wojsk nieprzyjaciela, ich strefy PLOT i oblatywać z daleka co większe niemieckie obiekty. Tak więc trasa takiej wyprawy bombowej była dalece odbiegająca od linii prostej.

- Jakie jeszcze niebezpieczeństwa czyhają na lotników w górach?
- W górach bardzo pomagały lotnikom doświadczenia zdobyte na Wojnie Fińskiej (tzw. Wojna Zimowa, wojna z Finlandią w latach 1939-40 – przyp. tłum.) On zawsze powtarzał, że nie wolno wracać z powrotem do bazy drogą, którą już raz przebył lecąc na cel. I tak 6. pldbz w czasie wojny z Finlandią omal nie stracił połowy swego składu w czasie tylko jednej misji bombowej tylko dlatego, że samoloty wracały do bazy w Kriczewicy k./Nowgorodu nad terytorium nieprzyjaciela tą samą drogą, którą leciały nad cele. A Finowie już na nie czekali…
Poza tym było potrzebne bardzo dobre przygotowanie nawigatorów. Tak w czasie bojowego lotu z lotniska w Kutaisi na bombardowanie węzła kolejowego w Salsku, u pilota starszego lejtnanta[1] Iwanowa był za nawigatora… szef łączności pułku kpt. Moszkow! Czy to u łącznościowca zabrakło wiedzy o nawigacji, czy to z innej przyczyny samolot literalnie wbił się w Elbrus! Na pewno dlatego, że szefa łączności zrobili nawigatorem. Po prostu dlatego, że nawigatorów nie mieliśmy. Wszak w czasie działań bojowych na Krymie i na Kaukazie zmieniła się dwukrotnie cały stan osobowy pułku – takie były straty! Tylko w 1997 roku, na stoku Elbrusu na Lodowcu Kjukjurtlju/Kukurtli znaleziono samolot Iwanowa i zwłoki lotników. 

- Wspominał pan Salsk. Jakie odniesienie do naszej historii z niemieckimi jegrami ma ta miejscowość?
- Jak najbardziej oczywiste. Ojciec niejednokrotnie latał bombardować ten węzeł kolejowy. 6. plbdz w tych czasach bazował w Kutaisi. A teraz niech pan weźmie linijkę i zmierzy odległość pomiędzy Salskiem a Kutaisi. Rozumie pan? Linia prowadzi dokładnie przez Elbrus. A to jest zupełnie niedaleko do miejsca, w którym zginęli strzelcy górscy. Tym bardziej, że Elbrus tak czy owak lepiej było oblecieć bokiem. Mówię tak dokładnie o tym, żeby pan zrozumiał w jaki sposób mój ojciec znalazł się w odpowiednim miejscu i odpowiednim czasie.


Bombardowanie z wysoka


- A zatem jak zginęli ci jegrzy?
- No tutaj są już hipotezy – i to nie jedna. W tym artykule z „Tajny XX wieka” mówi się, że według tego, co mówią miejscowi zguba jegrów przyszła od zwykłego zejścia lawiny. W rzeczy samej, w tym miejscu Baksańskiego Wąwozu (a dokładnie tam, gdzie to zaszło) niebezpieczeństwo zejścia lawiny jest bardzo wysokie. Tam nie poleca się nawet głośno rozmawiać.
Sam zaś autor – sądząc ze wszystkiego – wierzy w tą wersję wydarzeń, przytaczając nie całkiem dokładne dane z pola walki. Ja mam bardziej dokładne i pełne informacje i to z pierwszej ręki, tak więc całkowicie zgadzam się z poszukiwaczem i krajoznawcą Wiktorem Kotjarowym, który od dawna zajmuje się tym „cmentarzem” i bywał tam niejednokrotnie. Opowiada on, że zabici leżeli w niezwyczajnych grupach - po 5-6 ludzi rozrzuconymi jedna od drugiej na stoku co jakieś 150-200 m jedna od drugiej. Można tutaj powiedzieć o bombardowaniu jegrów z powietrza. 

- Jak więc wyglądało to bombardowanie?
- Bomba była zrzucona z pokładu samolotu Ił-4 (BD-3F), który pilotował mój ojciec. Wybuch spowodował lawinę, która przykryła pododdział niemieckich strzelców górskich. Ojciec nie lubił opowiadać o wojnie, czasami wspominał jakiś epizod. O takim epizodzie bombardowania Baksańskiego Wąwozu opowiedział mi, kiedy miałem 13 lat. dlatego ta opowieść tak dokładnie wryła mi się w pamięć. Mam dokumenty, które potwierdzają opowiadanie mojego ojca, że to jego akcja stała się przyczyną zguby kolumny faszystowskich żołnierzy. To jest jego książka lotów i kartka z księgi lotów bojowych. Z nich oczywiście wynika, gdzie i kiedy latał Wasilij Łukin. Tam także wymieniono nazwę celu – Salsk. 

- Czy może pan oznaczyć tamto miejsce?
- Póki co – niestety nie. Na prośbę Wiktora Nikołajewicza Kotljarowa tego nie wolno teraz zrobić. No bo jak tylko podane zostanie miejsce tego wydarzenia, to od razu na nie rzucą się całe czeredy hien cmentarnych zdolnych do rozgrabienia miejsca pochówków. Są oni pochowani pod półtorametrową warstwą lodu i niech tak zostanie. Są tam m.in. broń i oporządzenie jegrów oraz wiele innych przedmiotów o wartości kolekcjonerskiej. No a poza tym sama ekshumacja ciał wmarzniętych w lód przedstawia duży stopień trudności i powinna być przeprowadzona przez specjalistów przy współudziale przedstawicieli strony niemieckiej. I nie można dopuścić do tego, by to wszystko zostało rozkradzione.


Ciemne sylwetki na bieli śniegu


- Ale jak pański ojciec zobaczył kolumnę hitlerowców w górach, i to jeszcze w nocy?
- Zupełnie zwyczajnie – i ojciec sam mi o tym opowiadał. To wydarzyło się właśnie w nocy. Dzienne loty przynosiły straty w ludziach i sprzęcie, i dlatego na bombardowanie celów latało się w nocy. Ojciec opowiadał, że w czasie tego lotu, w jasnym księżycowym świetle widział doskonale wąwóz i stoki gór, i dojrzał tam ten pododdział. Wiedział, że w tym rejonie naszych wojsk nie było. A że wzrok miał bystry, więc doskonale widział czarne figury Niemców na bieli śniegu, a którzy świecili sobie latarkami. I zdecydował się zbombardować wroga. Ojciec wspominał, że sam widział, jak lawina poszła w dół i nakryła nieprzyjaciela. 

I jeszcze jedna rzecz, o której wspominał ojciec w swym opowiadaniu: „powitanie” okupantom on posłał, kiedy leciał na główne zadanie i komory bombowe były jeszcze pełne. Gdyby to nieoczekiwane spotkanie miało miejsce w drodze powrotnej, to do niczego by nie doszło – piloci mieli rozkaz lądowania na swoim lotnisku na pusto ze względu na bezpieczeństwo. Dlatego samoloty wracały z misji z pustymi lukami bombowymi. 

- O ile mi wiadomo, Wasilij Iwanowicz nie stał się Bohaterem…
- Ojca przedstawiono do tytułu Bohatera Związku Radzieckiego, ale dostał tylko Order Lenina. Przyczyna nie leżała w jego wyczynach bojowych i dowodzeniu pułkiem. Jego służbowe charakterystyki, opinie i atestacje zawsze były wysokie. Druga sprawa. Otóż w latach 50., ojciec był dowódcą 45. Homelskiej Dywizji Ciężkich Bombowców Strategicznych, której samoloty były wektorami broni jądrowej. W tych czasach dowódcami takich dywizji byli generałowie-porucznicy[2] a dowódcami ich pułków – generałowie-majorzy[3]. Ojciec nie został awansowany na generała z tej przyczyny, że w czasie wojny nie uzyskał tytułu Bohatera ZSRR, bowiem jego żoną a moją matką była Maria Karłowna Walter (to jej panieńskie nazwisko) z pochodzenia Niemka. Powiedziano ojcu: „rozwiedziesz się z żoną- i jutro będziesz Bohaterem Związku Radzieckiego i generałem.” Odmówił kategorycznie. Ale Ojczyzna wysoko oceniła jego bojowy trud: dwa Ordery Lenina, trzy Ordery Bojowe Czerwonego Sztandaru, Order Czerwonej Gwiazdy, Order Aleksandra Newskiego, medal „Za Zasługi Bojowe” i inne odznaczenia w tym medal „Za Obronę Kaukazu”, które mówią same za siebie.


Tekst – „Tajny XX wieka” nr 45/2016, ss. 20-21
Ilustracja - Internet
Przekład z rosyjskiego – ©Robert K. Leśniakiewicz      
 



[1] Starszy porucznik, stopień pośredni pomiędzy porucznikiem a kapitanem, w Wojsku Polskim nie ma odpowiednika.
[2] Polski odpowiednik – generał dywizji.
[3] Polski odpowiednik – generał brygady.

sobota, 30 stycznia 2016

Zagadkowy świat Kaukazu

Wieś Zajukowo z orbity... (GoogleEarth)


Marek Altszuler


Dowodzący niemiecką 1. APanc, gen. Eberchard von Manstein w 1942 roku przeszedł na islam i odwiedzał meczet w Nalczyku. Potem zasłynął jako zbrodniarz wojenny i został skazany na śmierć.

[W 1942 roku Erich von Manstein był dowódcą GA „Don” w stopniu Feldmarszałka. Po wojnie został skazany na 18 lat więzienia, z czego odsiedział 12 – przyp. tłum.]

Góry i doliny Północnego Kaukazu są pełne zagadek. Nie ma roku, by miejscowi miłośnicy krajoznawstwa nie dokonali jakiegoś interesującego odkrycia. Niestety, nie wszystkie znaleziska daje się uchronić przed zniszczeniem do czasu przybycia profesjonalnych naukowców. Już to rozbijają je na pamiątki, już to na powierzchni dawnych inskrypcji pojawiają się napisy w rodzaju „Tu był…” – czemu nie nadaje się żadnej wagi. Ale kolejne znalezisko w okolicy wsi Zajukowo (N 43°36’25” – E 043°19’26”, 647 m n.p.m.) może zaćmić wszystkie poprzednie sensacje. Zwłaszcza, że ten zasiedlony punkt Kabardino-Bałkarii znajduje się w centrum szczególnej strefy anomalnej.

...i z sąsiedniej góry


Zamarznięty batalion


Niedawno na stoku jednej z gór Przyelbrusia miejscowi mieszkańcy odkryli dziwny i straszny grobowiec. Niemieccy żołnierze i oficerowie – wszystkiego około batalionu, leżało w wąskim wąwozie, przykryci warstwą zamienionego w lód śniegu. Na ich ciałach nie było widocznych ran czy obrażeń, żadnych śladów przemocy czy walki. Leżeli oni grupkami i pojedynczo, na plecach czy na boku. Niektórych niewiadoma siła przygwoździła na tym miejscu, na którym przebywali zajmując się jakimiś sprawami. Jeden trzyma w rękach mapę, inny – flagę, jeszcze inny szukał czegoś w plecaku. Wielu miało otwarte oczy, które patrzyły w niebo tak, jak 70 lat temu. Żaden z nich nie miał broni gotowej do użycia – wiadomo – nikt nie szykował się do boju. Przez warstwę przejrzystego lodu można było ujrzeć rysy twarzy i małe detale wyposażenia. Po nich można było się łatwo zorientować, że to pododdział jegrów – strzelców górskich.

Pierwsze, co miejscowym przyszło do głowy – śmierć w lawinie. Ale na pewno lawina rozrzuciłaby zwłoki, rozrzuciła i przemieściła broń i oporządzenie. No i wygląd tych, co zginęli pod śniegiem byłby zupełnie różny od tego, jaki był w tym przypadku. A po zabitych jegrach od razu widać było, że zginęli oni nagle, nie zdając sobie z tego sprawy.

Jeszcze bardziej dziwi to, że tak duży pododdział pozostał na miejscu swej zguby. Zazwyczaj dokładni Niemcy wyciągali z transzei i z pola walki nawet pojedyncze zwłoki – tak było przez pierwsze trzy lata wojny. A tutaj 200 ciał zapomniano i porzucono. Na niektórych z nich widać nienaruszone tzw. nieśmiertelniki (wojskowe personalne identyfikatory – przyp. tłum.)

Wychodzi na to, że pogrzebowe komanda nie znalazły całego zaginionego batalionu? Czy może ich nie szukali? Wiarygodnym jest to, że pogrzebana w wąwozie jednostka wypełniała tajną misję i o tym nic nie wiedziało miejscowe dowództwo Wehrmachtu.

Można znaleźć potwierdzenie na ten temat w opowiadaniach lokalnych staruszków, którzy przeżyli wojnę. Oni opowiadali, że do Zajukowa zaraz na początku okupacji wszedł dziwny niemiecki oddział wojskowy. Ci Niemcy nie kontaktowali się z miejscową ludnością i w ogóle nie uczestniczyli w walkach. Każdego dnia ładowali na ciężarówki jakieś skrzynie i toboły i odjeżdżali w nieznanym kierunku. Wieczorem przyjeżdżali, zmieniali wartę – i tak każdego dnia. Pewnego dnia żaden z nich nie powrócił. Następnego dnia oficer zebrał pozostałych na warcie i wyprawił w nieznanym kierunku.

Wehrmacht na Kaukazie


Wioska z historią


Należałoby tu zaznaczyć, że Zajukowo zawsze otaczały jakieś dziwne wydarzenia. Ludzie zamieszkiwali tam na kilka tysięcy lat p.n.e. Mówią o tym rysunki i napisy naskalne w okolicznych jaskiniach, dawnych aułach (wsiach – przyp. tłum.) i zabytki archeologiczne.

W XVII wieku tam właśnie przeniesiono rezydencję dawnych władców Kabardii. Sąsiedzi opowiadali, że książęcy ród Szogiemokowych podporządkował sobie inne klany i miał pewien sekret. Sam ów sekret miał być tajemniczym artefaktem, dającym wojownikom siły a rządzącym dar widzenia Przyszłości. Tak więc ten auł nosił drugą nazwę. W 1810 roku pojawiły się tam rosyjskie wojska uczestniczące w opanowywaniu Północnego Kaukazu. Po ciężkich walkach cały auł został przewrócony do góry nogami, jakby najeźdźcy czegoś tam szukali. Niczego nie znaleźli, a rosyjski oficer kazał wszystko rozwalić i podpalić.

Ta okolica była zawojowana i wcześniej. W XIV wieku przybył tutaj sam Tamerlan. Miejscowi wspierali w tej wojnie jego rywala – Tochtamysza. Groźnego zdobywcę postanowiono spotkać w jednym z górskich wąwozów. Jednak zatrzymać Tamerlana się nie udało – on rozproszył przeciwników, ale nie ścigał uciekających wojsk i pozostał na miejscu.

We wszystkie strony pognały niewielkie oddziały z tajnymi rozkazami. Poszukiwały one bizantyjskiego klasztoru katakumbowego, który funkcjonował gdzieś niedaleko od początku drugiego tysiąclecia naszej ery. Pozostałości po celach i studnie dotrwały do naszych dni, w półzasypanym stanie. Tak więc dowiedziawszy się o przybyciu ord Tamerlana, mnisi zabrali święte księgi, niebogate wyposażenie, nieliczne relikwie i zamurowali to wszystko w jednym z pomieszczeń. Oni obserwowali bitwę z wysokiego zbocza, a ujrzawszy klęskę miejscowego wojska oddalili się i więcej nie wrócili do swego klasztoru. Wedle podania oni albo zabrali ze sobą, albo gdzieś zamurowali jakąś bezcenną relikwię przedstawiającą ogromną wartość.

Szukali czegoś w wąwozach koło Zajukowa i książęta Atażkunowie, którym te ziemie dostały się w 1830 roku. Sąsiedzi uważali, ze interesował ich skarb Szogemokowych. Z biegiem czasu poszukiwania Atażkunów się zakończyły i przekształciły się w kolejną legendę.

W Zajukowie przebywał znany rosyjski mistyk Gieorgij Gurdżijew. On podróżował po świecie zwiedzając tzw. centra mocy. Przygotowali ekspedycję do Kabardii-Bałkarii także radzieccy okultyści – Barczenko i jego kompania. Na początku lat 20., czekiści zamęczali zajukowskich staruszków przesłuchaniami na temat okolicznych jaskiń i wąwozów. Ale nie powstała z tego jakaś większa ekspedycja – bo „mistyczny” oddział NKWD został rozformowany.

Po ustanowieniu przyjaznych stosunków ZSRR z Niemcami, do Przyelbrusia zaczęli przyjeżdżać i Niemcy: alpiniści, archeolodzy i zwyczajni turyści. Wreszcie z Moskwy przyszło polecenie zamknięcia dla ciekawskich dość dużego obszaru – w tym także Zajukowa.


Ahnenerbe w poszukiwania Graala


Niemcy wrócili w te miejsca w 1942 roku. Hitler nadał szczególne znaczenie zajęciu Kaukazu rzucając na tamtym kierunku całą GA „Süd”, która tak była potrzebna pod Stalingradem. Zaraz za Wehrmachtem szli pracownicy okultystycznego instytutu Ahnenerbe pod silną eskortą SS.

Wszystkie zajęte przez Niemców rejony Przyelbrusia zostały literalnie przeczesane przez różnego rodzaju ekspedycje z Berlina, specjalne oddziały SS, tajemnicze delegacje buddyjskich mnichów w towarzystwie wysokich dostojników Wehrmachtu. Były to planowe badania, z niemiecką pedanterią. I tak np. Wąwóz Baksański został przeczesany wzdłuż i wszerz kilka razy – o czym świadczą znalezione tam wizerunki swastyki wyryte na kamieniach w tych miejscach, które przykuły ich uwagę.

Według jednej z hipotez, naziści poszukiwali na Kaukazie kielicha Świętego Graala, który wedle niektórych badaczy, mógł się tam znaleźć po rozgromieniu zakonu Templariuszy.

[Zob. także - http://wszechocean.blogspot.com/2013/01/sw-graal-czy-tego-szuka-hitler-na_3.html ; R. Leśniakiewicz - referat na sympozjum naukowe pt. „Zakon Templariuszy w Europie, w kontekście historycznego rozwoju Żylińskiego Kraju”, Bytča 13.III.2013 roku - http://wszechocean.blogspot.com/2013/03/wedrowki-swietego-graala.html.  - przyp. tłum.]

Niemieccy „archeolodzy z pagonami” twierdzili, że Graal jest ukryty w jakiejś jaskini. Oni zbierali we wszystkich okolicznych wioskach wszelkie podania i przekopali się w czasie krótkiego czasu okupacji Północnego Kaukazu przez całą kupę informacji oraz obeszli wszystkie stoki gór.

Mało brakowało, a oni by się nie dobrali do pewnego zadziwiającego obiektu nieopodal Zajukowa. Jest to jaskinia, o głębokości 80 m, składająca się z kilku komór połączonych jedna z drugą. Do góry wychodzi szyb wentylacyjny zbudowany z ustawionych równolegle kamiennych płyt i ścianek bocznych, zbudowanych dokładnie z mniejszych kamieni.

Ściany i spąg ogromnej, 36-metrowej sali są wyszlifowane nieznanym sposobem – płyty w ogóle nie mają łączy i dosłownie jedna przechodzi w drugą. Zadziwiająca jest sama góra – ma ona kształt piramidy o dokładnym kształcie, zbudowana jakby z bloków tufu. Niektóre z nich mają idealnie równe krawędzie.

Tajemnicze kule kamienne tworzą obserwatorium astronomiczne sprzed tysiącleci...


Cmentarzysko Nartów


O istnieniu miejsca ostatniego spoczynku bohaterów Północnego Kaukazu – Nartów – mówi się w podaniach wszystkich narodów tego regionu. Przez długi czas uważano to za bajki, ale nie tak dawno, w okolicach Zajukowa rzeczywiście została odkryta ich nekropolia!

Jest to równa płaszczyzna na wierzchu wiszących nad Zajukowem skał. To plateau jest niedostępne z trzech stron, a od północy rozpościera się z niego widok na szeroką przestrzeń. Podstawę kompleksu cmentarnego stanowi kimmeryjska nekropolia, co wynika ze znalezisk. Ale po tym, jak legendarni Kimmeryjczycy (koloniści greccy na kaukaskim wybrzeżu Morza Czarnego – przyp. tłum.) odeszli w nieznanym kierunku, cmentarzysko wciąż wypełniały nowe groby.

Ale najdziwniejszym w tym wszystkim było to, że na tym plateau znajdowało się kamienne obserwatorium astronomiczne – jak nazwali je naukowcy. Na dość dużej przestrzeni zostały rozmieszczone kamienne kule (było ich tam znacznie więcej). Kiedy patrzy się na ich rozmieszczenie z góry, to odnosi się wrażenie, że tworzą zarys jakiegoś gwiazdozbioru. W ogromnym głazie wyrzeźbiono coś na kształt fotela. Siedzący w nim widzi Elbrus i może obserwować ruch Słońca ponad całym plateau.

W grze światłocieni są zaangażowane wszystkie kamienie, a niektóre z nich mają wyrzeźbione „wizjery” czy „szczerbinki” w których widać określone położenia Słońca i gwiazd. Są tam zafiksowane położenia Słońca w czasie przesileń i inne ważne dla ludzi zdarzenia astronomiczne. Rolę „muszki” stanowi widoczny z daleka szczyt Elbrusu. Wynika z tego, ze Zajkowskie obserwatorium stoi w jednym szeregu ze Stonehenge i Arkaim.

[Arkaim to miasto-mandala położone nieopodal Magnitogorska, na N 52°37’37” – E 059°33’40”, Czelabińska Obłast’, jest miastem zbudowanym na planie swastyki, a które powstało ok. 4000 lat p.n.e. prawdopodobnie przez Ariów. Zob. - https://treborok.wordpress.com/slowianszczyzna/arkaim-kolebka-slowianskiej-aryjskiej-cywilizacji  – przyp. tłum.]

Bardzo możliwe, że nekropolia, obserwatorium i centralny amfiteatr wykuty w skale stanowi jeden kompleks rytualny. Kto i kiedy go wykonał – tego nie wie nikt. Ale nie ma dymu bez ognia. Zbyt wiele wokół Zajukowa znaleziono dziwnych rzeczy, zbyt wiele dziwnych wydarzeń się tam rozegrało. Tak więc może się okazać, że mamy do czynienia z bardziej starą i niepokojącą tajemnicą, niż miejsce ukrycia kielicha Świętego Graala.


Tekst i ilustracje – „Tajny XX wieka” nr 28/2015, ss.32-33
Przekład z j. rosyjskiego – Robert K. Leśniakiewicz ©