wtorek, 19 lipca 2011

Opisanie „wyprawy uczonej” maluchem na Olimp (3)



video






Stanisław Bednarz

3. Opisanie dnia trzeciego 4.07.2011

O 5. rano jakiś wielki  kogut mieszkający w najbliższym sąsiedztwie zaczął wydawać z siebie takie ryki że umarłego by zbudził. Wczesne śniadanie, skromne jak przystało na dwugwiadkowca plasterek kiełbasy salamopodobnej i bułeczka, a do tego słaba kawa.

Ruszyliśmy najkrótszą, ale nie główną droga do Sofii wiodąca przez masyw Bałkanu inaczej zwanego „Stara Płaniną”. Zaczęliśmy znowu ostro podjeżdżać w górę wśród gęstych jak głowa Murzyna lasów liściastych. Dopiero na wysokości ponad 1000 m złapaliśmy świerka. Droga po wielu trudach osiągnęła przełęcz na wysokości 1410 m n.p.m skąd widać już było na dalekim horyzoncie kotlinę  Sofii.

Zaczęliśmy ostro zjeżdżać w dół w mało zalesionym obszarze  dlatego roztaczały się piękne plenery. Pasmo Starej Płaniny przecina północną Bułgarię z zachodu na wschód  aż do Morza Czarnego i należy do systemu alpejskiego podobnie jak Karpaty. Zjeżdżaliśmy przez jakieś osuwiska ponieważ droga była jak by to powiedział pewien śp. radny  „zbulwersowana”.

W najbliższej wiosce mnóstwo straganów przydrożnych z owczym serem i owczym „kisiełem majakiem.” Chętnie poddałem się „kuracji żętycowej”.  Kotlina Sofii zbliżała się coraz bardziej  okazało się że jest w gęstym smogu. Ponad nim dumnie Sterczał szczyt Wiotszy która wznosi się na 2000 m n.p.m. i jest dla mieszkańców pewnego rodzaju Laskiem Wolskim.

Po przejechaniu 100 km i dwu godzinach jazdy znaleźliśmy się na obwodnicy Sofii która początkowo aż do odgałęzienia na Belgrad jest lichą drogą, a za nim zamienia się w świeżo wybudowany 30 km odcinek przepięknej autostrady. Mknęliśmy nią aż pod Pernik zostawiając po lewej ręce brzydkie peryferyjne blokowiska Sofii.

Zaraz po zakończeniu autostrady ukazał się na horyzoncie masyw Riły i najwyższy szczyt Bułgarii Musała ponad 2900 m n.p.m. Minęliśmy wkrótce  dużą miejscowość Dupnica za komunizmu zwaną  Marek Stanko Dymitrow  potem mała miejscowość Koczerinowo skąd odchodzi droga do największego zabytku Bułgarii Rilskiego Monastyru. Ponieważ byliśmy tam trzykrotnie, a oddalony jest o 30 km zdecydowaliśmy się ominąć go tym razem. Za chwile obwodnicą mijamy duże miasto Błagojewgrad. Brzydkie blokowiskowe, obecnie centrum uniwersyteckie Bułgarii. Wyobraźcie sobie Państwo że mieści się tu Uniwersytet Amerykański.

Wspomnienia buchnęły jak z pieca. W roku 1979 gdy byłem w wieku mojego syna Wacka jechałem z kolegami pociągiem z Sofii do Koczerinowa. Pewien młody Bułgar zaproponował nam przespanie się w kawalerce znajomego właśnie w którymś z bloków  Błagojewgradzie. Weszliśmy w dziewiątkę do maleńkiej kawalerki. Na ścianie wisiał obraz młodego żołnierza w przedwojennym polskim mundurze. Spytałem Bułgara co to. On wyjaśnił że jego znajomy jest studentem szkoły aktorskiej i grali jakąś sztukę polską.

Za Błagoewgradem wkraczamy w przełom rzeki Strumy przez pasmo Pirinu. Na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych studenci polscy masowo jeździli w Pirin. Ja też byłem  na Wichrzenie najwyższym szycie Pirinu skąd było widać Morze Egejskie. Tymczasem znów wspomnienia: miejscowość Simitli, tu rozbiliśmy się namiotem w 1978 w towarzystwie przygodnie spotkanego Niemca.

W tej miejscowości odchodzi droga do Banska dziś czołowego kurortu  narciarskiego Bułgarii. Straszą ruiny nieczynnej podziemnej kopalni węgla brunatnego. Za Simitli dolina zwężą się. Robimy postój. Tankujemy jak się okazuje liche paliwo, szukam napoju schwepps mandarin. Był to przebój Bułgarii lat siedemdziesiątych. Reżim Żiwkowa produkował to na licencji austriackiej, takich dobroci w Polsce wtedy nie było.

Paliwo było liche bo co chwile strzela z rury wydechowej. Zbieram obtoczone głazy skał metamorficznych w kamieńcu rzeki. Riła i Pirin to masywy paleozoiczne odmłodzone i powtórnie wydźwignięte w orogenezie alpejskiej. Za Prinem mijamy obwodnicą znane piękne uzdrowisko Sandanski, za chwile skręt do Mielnika.

Za Mielnikiem słynnym ze starodawnych piwnic winnych z mocnym  starym winem, które powala na nogi. Nie zdążymy tam skręcić gdyż zdążamy pospiesznie do Grecji. Za chwilę przejście graniczne Kułata. Grecy chcąc zachęcić jak największą liczbę ludzi do przyjazdu, tylko machają rękami żeby wjeżdżać, cały czas modlę się by maluch nie dał strzału z rury wydechowej. Na szczęście nie dał. Po jakiejś godzinie mijamy obwodnicą Saloniki, i zaczynamy się zbliżać do Leptokarii, która jest celem naszej podróży.

Za miejscowością Katherin wyłania się potężny czub Olimpu. W Leptokarii  meldujemy się około 17.  po przejechaniu z Jordanowa 1850  km. Wynajmujemy w  średnio drogim hoteliku 4 noce. Wieczorem spacery po plaży. Z żalem zauważam że kolejarz nie zamyka już na korbę przejścia kolejowego, zbudowano ohydne przejście podziemne śmierdzące za nasze unijne pieniądze. Ktoś stracił pracę. Jest za to cudowna stacyjka kolejowa przypominająca tą w Osielcu, jest też i tabliczka żeliwna  mówiąca że do Aten jest 411 km.

CDN.