Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą statki kosmiczne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą statki kosmiczne. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 20 lutego 2017

Tajne projekty: Samolot à la latający talerz (5)





 RTTOCV - dwustopniowy pojazd wielokrotnego użytku będący projektem NASA. Projekt ten jest niemal identyczny z Projektem LRV sygnowanym przez USAF. 
(Bill Rose)

Jednakże stało się oczywistym, że relatywnie niewiele wiemy na temat zachowania się metali i innych materiałów w bardzo wysokich temperaturach i projekt samolotu kosmicznego został porzucony. 

Większość z prac prowadzonych przez Sängerów znalazło swe zastosowania w późniejszych amerykańskich i radzieckich projektach lotów załogowych i LRV można uważać za bezpośredniego potomka rezultatów badań Sängerów z czasów wojny. Podobnie jak wahadłowiec STS, pojazd LRV byłby wyposażony w  swój własny system napędu rakietowego na paliwo ciekłe, chociaż pojawiły się sugestie, że rozważany jest system napędu jądrowego NERVA. System elektryczny pojazdu byłby zasilany przez mały reaktor jądrowy o mocy 7 kW, zaś do centralnej sekcji LRV byłby zbudowany jako kapsuła ratunkowa, używająca osobnego silnika rakietowego na paliwo stałe o ciągu wynoszącym 50.000 lb/222,2 kN. Kapsuła ta dublowałaby rolę pokładu dowódczego LRV, a w razie niebezpieczeństwa byłaby odłączana i leciałaby już jako samodzielny pojazd, który mógłby wykonywać manewry do wejścia w atmosferę i lądowałby na spadochronach.

W celu zakończenia swej orbitalnej misji, LRV mógłby użyć swego głównego systemu napędowego do zejścia z orbity wejścia w najwyższe warstwy atmosfery, co pozwoliłoby na najbardziej efektywnego rozpraszania ciepła. Potem pojazd mógłby używać małych rozkładanych skrzydełek i ogona, by lecieć w pożądanym kierunku. Lądowanie na suchym ladzie odbywałoby się na małych płozach. Rozważano też kombinację spadochronów i skrzydełek do kontrolowanego lądowania LRV – tak jak dzisiejszych wahadłowców. Chociaż ten projekt był nieznany szerszym kręgom, USAF we Wright-Patterson AFB formalnie przekwalifikowały projekt bombowca kosmicznego LRV na TAJNY w dniu 12.XII.1962 roku.

Prawdopodobnie studia nad tym projektem trwały – w tym próby w tunelu aerodynamicznym na modelach zminiaturyzowanych i normalnej wielkości, tym niemniej niczego pewnego nie wiadomo o losach tego Projektu. Spekulowano, że LRV został potajemnie zbudowany i testowany, co okazało się zupełnie bzdurnym, bowiem niemożliwym byłoby zbudowanie i wystrzelenie LRV na wysoką orbitę. Jest wciąż możliwe, że zbudowano pojazd w pełnej skali, ale nie ma żadnych szczegółów na ten temat. 

Wiele elementów LRV pojawiło się w ciągu 1963 roku po tym, jak Marshall Space Flight Center NASA przekazał North America Aviation wart 342.000 USD kontrakt na przeprowadzenie studiów nad systemem samolotów kosmicznych zwanych Dziesięciotonowy Pojazd Orbitalny Wielokrotnego Użytku – RTTOCV. Firma North American stworzyła kompaktowy, soczewkowaty statek kosmiczny, który był niemal identyczny w swoim wyglądzie z LRV.  Statek ten byłby zdolny do przewożenia 10 załogantów albo 10 ton ładunku do przyszłej stacji kosmicznej. System rakiet nośnych składałby się z dwóch całkowicie odzyskiwanych deltoidalnie-skrzydlatych rakiet nośnych. Większy pojazd mierzyłby 108 ft/32,9 m długości i byłby napędzany przez jeden F-1 i dwa H-1 silniki rakietowe na paliwo ciekłe oraz dwa silniki turboodrzutowe na powrót do bazy i kontrolowane lądowanie na pasie. Drugi mniejszy, ale podobny stopień byłby napędzany przez trzy silniki na paliwo ciekłe J-2, używanych w rakietach Saturn. Całkowita masa całego systemu, wedle projektu, wynosiłaby 605 ton/614.680 kg, zaś payload – zgodnie z planami NASA – miałoby stanowić 12 astronautów albo 12 ton/10.886 kg ładunku na 114 mi/185 km orbitę o nachyleniu 28°.  

Jedna z propozycji koncernu Lackheed dla programu NASA RTTOVC (NASA)

Z kolei Lockheed został wyróżniony przez NASA podobnie szerokim, 18-miesięcznym kontraktem na studium nad wypuszczanym z płozy kosmicznym statkiem załogowym w ramach tego samego Programu RTTOVC. Studium Lockheeda ewoluowało od wcześniejszego projektu, który był prowadzony dla USAF w stowarzyszeniu z firmą Hughes. Ich finalny projekt miał formę systemu dwumodułowego samolotu kosmicznego. Załogowy (bądź bezzałogowy) booster był skrzydlatą tzw. „kaczką” napędzaną rakietą na paliwo ciekłe i wspomaganą silnikami turboodrzutowymi w celu umożliwienia powrotu do bazy i lądowania na pasie. Drugi stopień samolotu kosmicznego byłby wyniesiony na orbitę przy pomocy silnika rakietowego LH2 i pozwalał on na powrót do bazy. Całkowita waga całego systemu była szacowana na 453 tony/460.218 kg i byłby on w stanie wynieść na orbitę payload w postaci 10 astronautów i 3,3 tony/3353 kg ładunku. 

W 1964 roku wielkość obliczanych kosztów rozwijania tego systemu wyniosła 3 mld USD i Lockheed przedstawił 100-osobową [!!!] wersję statku kosmicznego, która byłaby możliwa do zrealizowania w latach 80., dzięki użyciu bardziej zaawansowanych technicznie silników. Program NASA RTTOCV nigdy nie wyszedł poza sferę koncepcyjną, ale pewne jego aspekty pojawiły się ponownie w 1982 roku, kiedy to Boeing Aircraft Corporation podjął się stworzenia utajnionego i sponsorowanego przez USAF studium nazwanego Science Dawn. Ten projekt miał za zadanie spróbować ustalić, czy jest możliwe skonstruowanie wypuszczanego z szyny/płozy jednostopniowego pojazdu orbitalnego (Project SSTO – przyp. tłum.), badania nad którym z różnych względów technicznych zakończono w 1986 roku.  


CDN.

piątek, 2 września 2016

Planety wędrowne a loty galaktyczne




Jak wiemy, w ciągu ostatnich kilku lat odkryto ponad tysiąc planet pozasłonecznych, krążących wokół innych gwiazd. Odkrycie prof. Aleksandra Wolszczana pierwszego pozaukładowego układu planetarnego było kamieniem milowym w poznawaniu Kosmosu i poszukiwań w nim życia, w tym także rozumnego. Po nim codziennie odkrywane są jakieś planety w naszym gwiezdnym sąsiedztwie – czyli mówiąc bardziej kolokwialnie – w naszej części Galaktyki. 

Jednakże zastanawiające stały się w tym kontekście planety, które nie krążą wokół jakiegokolwiek słońca i co więcej – wałęsające się w przestrzeni kosmicznej, o której – jak dotychczas sądzono – nie ma niczego poza próżnią i promieniowaniem. A jednak jest tam coś więcej. 

Po raz pierwszy o wędrownych planetach usłyszałem w latach 90, przy okazji bodaj czy nie wydarzeń w układzie Jowisza, kiedy to szczątki komety D/1993 F2 Shoemaker-Levy 9[1] runęły na Jowisza powodując dwadzieścia jeden detonacji o mocy kilkuset tysięcy megaton. Ten przerażający spektakl uświadomił Ludzkości, że nasze poczucie bezpieczeństwa jest bardzo, ale to bardzo iluzoryczne. Badania paleontologów dotyczące Wielkich Wymierań uzyskało dodatkowy dowód wprost: kolizje meteoroidów i komet z planetami są faktem, którego nie wolno nam zlekceważyć. Są one rzeczą, która może się w każdej chwili powtórzyć!


Właśnie przy tej okazji dowiedziałem się o istnieniu błąkających się, pałętających po Kosmosie planet w rodzaju obiektu oznaczonego jako TMR-1C, w konstelacji Byka i odległości 450 ly od Ziemi, który najprawdopodobniej jest protoplanetą lub małym, brązowym karłem. Znajduje się on na RA = 4h39m14s DEC = +25°53’12” w konstelacji Byka, nieopodal gwiazdy RV Tauri.


Inną planetą pałętającą się bez celu jest ogromny diament oznaczony jako BPM-37093 Lucy albo V886 Centauri – obiekt oddalony o – tylko! – 17 ly, znajdujący się na RA = 12h38m48s DEC = -49°50’35” – nieco na południe od gwiazdy Iota Centauri - Alhakim. Aktualnie znamy już bardzo dużo takich kosmicznych przybłędów, które latają sobie w Kosmosie bez ładu i składu. Kto wie, czy to one właśnie nie są tą ciemną materią, której od lat bezskutecznie szukają kosmolodzy…?

NB, nie ma niczego dziwnego w tym ogromnym diamencie. Jest to po prostu jądro gazowego olbrzyma, któremu jakiś kosmiczny kataklizm „zdmuchnął” atmosferę metanowo-wodorową i pozostało tylko gołe jądro w postaci ogromnego diamentu… Ale to tak na marginesie.

A wracając do tematu, to skoro doszło do takiej kolizji, to co może się stać, kiedy w obręb Układu Słonecznego wejdzie taka wędrowna planeta-przybłęda? Na pewno obruszy ona całą lawinę komet, która poleci w kierunku Słońca – i przy okazji wpadając na planety. Część z nich jednak przedostanie się poza orbitę Marsa, i dojdzie do ostrzału Ziemi…

Trafienie takiej komety w Ziemię będzie wyglądało tak, jak uderzenie Tunguskiego Ciała Kosmicznego czy jak kto woli Meteorytu Tunguskiego. Fenomen Tunguski był najprawdopodobniej albo małą asteroidą albo małą kometą. Tak czy inaczej, energia jego wybuchu jest szacowana na 13-130 Mt TNT czyli 2,4,6-trójnitrotoluenu popularnie zwanego trotylem. A teraz coś takiego razy kilka czy kilkanaście jednocześnie (jakby napisał Mistrz Ildefons „w masie”) czy w krótkim odcinku czasu – strach pomyśleć!

A teraz uwaga wszyscy fani planety Nibiru, X czy jeszcze jakiejś tam innej, która odwiedza Układ Słoneczny co kilka czy nawet kilkanaście tysięcy lat: gdyby każdokrotne pojawienie się tej planety powodowało ulewę komet, to czy życie na Ziemi ostałoby się takiej masakrze? Obawiam się, że nie, a jeżeli by w ogóle przetrwało, to nie w takiej formie. To jest matematyczny pewnik. 

W przypadku trafienia Ziemi przez jeden obiekt typu TCK doszło do pojawienia się fenomenów związanych ze zmętnieniem atmosfery w wyniku wystrzelenia do niej ogromnej ilości pyłów powstałych wskutek eksplozji i dymów ze spalonej tajgi. Coś podobnego powstałoby w wyniku wojny nuklearnej i jest nazywane zimą jądrową. Podobny efekt obserwuje się po erupcjach wulkanów i superwulkanów (zima poerupcyjna). W przypadku trafienia Ziemi przez meteoroid byłaby to zima poimpaktowa. A coś takiego musiałoby pozostawić swe wyraźne ślady w zapisie kopalnym, tak jak zostawiła je asteroida Chicxulub, która spadła 64.800.036 lat temu.  

Czyli co z tego wynika? Ano to, że czegoś takiego w ogóle nie było. Planeta Nibiru w ogóle nie istnieje, albo jej orbita przebiega zupełnie inaczej, niż to sobie wyobraża Zacharia Sitchin i jego stronnicy. Jak dotąd nie było na to dowodów, aż do 2011 roku, kiedy to odkryto ciekawe ciało niebieskie poruszające się po dziwnej orbicie wokół Słońca. Jest nim…


…tajemnicza planetka 2011 KT19 Niku


W powodzi informacji sezonu ogórkowego znalazła się jedna ciekawa o nietypowej karłowatej planecie, którą podała Interia.pl:
Obiekt nazwany Niku wydaje się być obiektem transneptunowym (TNO), czyli takim, który znajduje się na orbicie obiegającej Słońce poza trajektorią Neptuna. Do TNO należą ciała wielkości Plutona i mniejsze. Mimo iż astronomowie wiedzą o istnieniu wielu planetoid w Pasie Kuipera (obiektów mniejszych od planet, które nie są kometami), Niku zachowuje się inaczej od reszty z nich.
Przed wszystkim, Niku obiega Słońce w płaszczyźnie nachylonej, która wynosi 110° w stosunku do płaszczyzny Układu Słonecznego. Orbita Niku wystaje ponad płaszczyznę Układu Słonecznego.
Dziwne jest to, że podczas gdy prawie wszystkie obiekty w naszym układzie planetarnym obiegają Słońce w tym samym kierunku (ruch wsteczny[2]), Niku przemieszcza się w inną stronę (tzw. retrogradacja[3]). Nie jest to pierwszy odkryty tego typu obiekt transneptunowy, ale jeżeli dodać do tego nachylenie orbity, otrzymujemy obraz bardzo nietypowej planety karłowatej.

Podobną informację podaje David Grossman za „New Scientist”:
Niku – pisze on – to obiekt poza orbitą Neptuna, którego nikt nie jest w stanie pojąć. Coś dziwnego dzieje się na peryferiach Układu Słonecznego.
Obiekt ten znajdujący się poza orbitą Neptuna dziwnie narusza wszelkie tradycyjne reguły orbitowania i uczeni nie są w stanie objaśnić tego – dlaczego. Ten TNO nazwano Niku, co po chińsku znaczy tyle co „buntowniczy” czy „zbuntowany”. Kiedy weźmiemy pod uwagę fakt, że Niku orbituje wokół Słońca w kierunku odwrotnym niż niemal reszta planet Układu Słonecznego, łatwo pojąć, skąd się wzięła jego nazwa.
Mierzący 124 mi/~200 km średnicy Niku znajduje się poza resztą Układu Słonecznego. On ciągle porusza się na płaszczyźnie orbitalnej, która jest znacznie nachylona do płaszczyzny ekliptyki. Michele Bannister – astronomka z Uniwersytetu Queens tak podsumowała dziwne zachowanie Niku na Twitterze:
Niku jest 160.000 razy mniejszy od Neptuna, ale był obserwowany 22 razy przez astronomów, zgodnie z dokumentem opublikowanym w „ar Xiv” w którym sprecyzowano dane o tym odkryciu. Autorem jest chiński astronom z Tajwanu Ying-Tung Chen z Akademii Sinca, a także międzynarodowa ekipa astronomów od Harvardu, poprzez Hawaje do Niemiec, a dokument opisuje uczucie zdumienia i konfuzji, jaką wywołał u nich ów niewielki obiekt.
Niku orbituje na płaszczyźnie, która jest nachylona 110° w stosunku do płaszczyzny ekliptyki.  Jedna z hipotez mówi o tym, że grawitacja jakiegoś silnego obiektu spowodowała, że Niku ma orbitę znacznie nachyloną do ekliptyki, to jeszcze na dodatek porusza się wstecznie! Różne teorie – jak np. ukrytej Super Ziemi znanej jako Dziewiąta Planeta, niewidoczna karłowata gwiazda znana jako Nemezis, czy nieznana planeta karłowata w Pasie Kuipera są wszystkie „problematyczne”, kiedy próbuje się rozwiązać tajemnicę orbity Niku – podług analiz wykonanych dla dokumentacji „arXiv”  (jest to inna grupa obiektów, których bardzo nachylone orbity do ekliptyki doprowadziły astronomów do postawienia hipotezy o możliwości istnienia Dziewiątej Planety). 

Nawiasem mówiąc, polecam Czytelnikowi przeczytanie opracowania Ahmada Jamaludina zamieszczonej na stronie http://wszechocean.blogspot.com/2013/04/ksiezycowe-sekrety-4.html  - dotyczy ono właśnie planet Faetona i Transplutonów. I dalej:
Ultymatywnie Chen i jego koledzy astronomowie konkludują, że „Mechanizm powstania i utrzymywania się takiego stanu rzeczy pozostaje wciąż nieznanym”. Wygląda na to, że być może jakaś kolizja mogłaby wysłać Niku po spiralnej trajektorii na swoją obecną orbitę, albo że ten TNO został przechwycony z innej części galaktyki , kiedy przelatywał blisko Słońca, ale czy to właśnie wyjaśnia całkowicie jego zachowanie nie jest wcale jasnym. Ekipa zamierza prowadzić nadal badania, co bardzo ekscytuje Bannistera.
- To jest cudowne, że takie skomplikowane – powiedział Bannister do „New Scientist” – oczekuję na to, co przyniosą dalsze analizy.

Tymczasem Wikipedia podaje następujące dane dotyczące Niku:
Obiekt 2011 KT19 nazwany Niku jest TNO, którego orbita jest nachylona pod kątem 110° do płaszczyzny ekliptyki, zaś jego ruch jest wsteczny w stosunku do reszty planet.
Został on odkryty kilkukrotnie w 2015 roku i ogłoszono to w sierpniu 2016 roku przez ekipę astronomów posługujących się teleskopem Pan-STARRS, a później powiązany z centaurem[4] oznaczonym 2011 KT19, który został zgubiony. Należy on do grupy obiektów okrążających Słońce po silnie nachylonych orbitach – powód tak dużego nachylenia orbit jest wciąż nieznany. […]
Charakterystyka orbity 2011 KT19 jest porównywalna do charakterystyki orbity obiektu 2008 KV42 (Drac). Orbity 2011 KT19, 2008 KV42 oraz 4 innych obiektów jak się wydaje znajdują się na tej samej płaszczyźnie, zaś ruch trzech z nich jest postępowy a trzech innych – wsteczny.  Prawdopodobieństwo, że taka konfiguracja jest przypadkowa wynosi tylko 0,016%. Te orbity opuszczą wspólną płaszczyznę w ciągu kilku milionów lat dlatego, że precesje orbit postępowych i wstecznych są w przeciwnych kierunkach. Symulacje z włączeniem hipotetycznej Dziewiątej Planety nie  przystają do rzeczywistości i nie pasują do założonego modelu. Inne symulacje z kilkoma planetami karłowatymi o masie Ziemina silnie nachylonej orbicie także nie pasują do stanu rzeczywistego.  
            
A zatem nie ma żadnej Dziewiątej Planety, ale mamy za to szczątki czegoś, co mogłoby być pozostałością po jakiejś kosmicznej kolizji sprzed milionów lat – być może kolizji z wędrującą planetą. Nawet z ogromnym brylantem, takim jak V886 Cen. Swoją drogą koło Układu Słonecznego mogło przelecieć wiele takich samotnych planet i dzięki temu Ziemi dostało się nieco materii meteorytowo-kometarnej z Obłoku Oorta i Pasa Kuipera. A kto wie, może 4 mld lat temu w ten sposób na naszą planetę być może zostało zawleczone życie…?


Centaury - rozmiary i nachylenie orbity do płaszczyzny ekliptyki


Samotne planety = gwiazdoloty?


A teraz o planetarnej astronautyce. Czy nie wydaje się, że zamiast budować wielkie statki kosmiczne nie byłoby taniej i bezpieczniej wziąć jakąś planetę karłowatą, przebudować do potrzeb ludzi i nie wysłać jej w Kosmos w poszukiwaniu nowej gwiazdy-matki życia? Największym problemem byłoby wyrwać się z więzów grawitacji słonecznej – rozpędzić planetę do Trzeciej Prędkości Kosmicznej (w pobliżu Ziemi 42 km/s) i odlecieć z Układu Słonecznego choćby w kierunku układu gwiazd Alfy CentauraTolimana A, B i C czyli Proximy. Wprawdzie Proxima to malutkie słoneczko o klasie widmowej M, a więc chłodne w porównaniu ze Słońcem, ale jak się okazuje ma ona planetę, która okrąża ją po orbicie w odległości 0,05 AU od macierzystego słoneczka i  w czasie 11d4,8h. Ale najważniejszym jest to, że Proxima Centauri b – bo tak ją nazwano - krąży wewnątrz ekosfery Proximy i może się tam znajdować woda w stanie ciekłym i atmosfera zawierająca tlen.

Czy warto się nad tym zastanowić? - uważam że warto. Loty kosmiczne przy wykorzystaniu planet jako statków kosmicznych były już opisywane w literaturze sci-fi, że wspomnę Fritza Leibera i jego „Wędrowca”, Jerzego Broszkiewicza z jego „Ci z Dziesiątego Tysiąca” i „Oko Centaura” czy „Samotną planetę” Leinstera Murraya. I nie muszę chyba mówić, że planety są o niebo wygodniejsze i bezpieczniejsze od małych i ciasnych statków kosmicznych nawet takich jak Gea czy Astrobolid…? 


Komentarze z KKK


Mechanoplaneta na żywo: https://www.youtube.com/watch?v=njCDZWTI-xg I też mechano. Tylko któż rozmyśla o pięknie jak o proporcjach, a o mechanice czy matematyce jak o pięknie natury? Czyż to nie tylko stopnie tego samego biegu schodów? Pewnej gradacji zawoalowanej, skrytej przed naszymi habituowanymi do zastanych warunków zmysłami? Ależ wybiegam w kosmos, prawda?  (Smok Ogniotrwały)

*

Super! Nasza błękitna planeta ZIEMIA! (Pytia)

*

Piękna jest Ziemia z oddali!

Wprawdzie nie o taką mechanoplanetę mi chodziło, ale ta jest najpiękniejsza. Nie wiem, czy zauważyliście, ale patrząc na Ziemię choćby z wysokości orbity podświadomie myślimy o niej jak o domu…??? (Arystokles)






[1] Wyróżnik D oznacza defunct, desintegrated – czyli nieistniejący, zniszczony.
[2] Oczywiście chodzi o ruch postępowy.
[3] Ruch wsteczny.
[4] Centaury to małe ciała niebieskie, pośrednie pomiędzy asteroidami a kometami, poruszające się na orbitach pomiędzy orbitami Jowisza i Neptuna. Niektóre z nich mają nawet słabą komę. Noszą one imiona Centaurów z mitologii greckiej.

niedziela, 10 kwietnia 2016

EKSPERYMENT WOŁNA: Igranie z ogniem w jonosferze?





Ta ciekawa sprawa zaczęła się dla mnie w lipcu 2001 roku. Oglądałem właśnie program „7 dni świat”, w którym przyciągnęła moją uwagę migawka filmowa z Rosji. Najpierw pokazano całkowicie wynurzony rosyjski okręt podwodny - podobny do nieszczęsnego K-141 Kursk, a potem start z jego pokładu (a raczej wnętrza) rakiety, która wzniosła się ku górze i znikła w dali. Następne ujęcie pokazywało jakąś kartę papieru czy kartonu, na której wołami wydrukowane stało jak byk po angielsku: Experiment Volna.[1] Głos lektora uprzejmie wyjaśnił, że oglądaliśmy właśnie nowy, rosyjski eksperyment ze statkiem kosmicznym, którego napędem był tzw. „żagiel słoneczny”, i że rakieta wyniosła małego satelitę na orbitę, gdzie miał on rozwinąć ten żagiel i następnie opaść na Kamczatkę.

Zaintrygowany chwyciłem za telefon i poprosiłem Marcina Mioduszewskiego z Krakowa, o poszukanie bliższych danych na temat tego Eksperymentu Fala w Internecie. Marcin oddzwonił po trzech czy czterech godzinach z nosem na kwintę - w Sieci nie było nic na ten temat, co mnie nie dziwiło - Rosjanie jeszcze uważają nas za potencjalne zagrożenie dla Matuszki Rossiji, więc raczej nie można się było niczego innego po nich spodziewać...

W kilka dni później poprosiłem o to samo Tomasza Niesporka z szopienickiego Zarządu Trzynastego - wynik jego poszukiwań był identyczny - zero informacji na temat Fali... A przecież ponoć była na ten temat konferencja prasowa! Czyli sprawie albo ukręcono łeb, w co nie wierzyłem, albo nie potrafiliśmy zadać Sieci właściwego pytania na ten temat. Internet ma to do siebie, że jest oceanem informacji, ale żeby otrzymać te, które chcemy otrzymać, musimy stawiać właściwe pytania, a tych widocznie nie postawiliśmy!

Nie dałem za wygraną i w czasie wrześniowego spotkania roboczego w Trstenie zacząłem suszyć o to głowę dr Milošowi Jesenský’emu. Wyłożyłem mu problem. Niestety, on także nic nie wiedział na ten temat, ale obiecał, że może się dowie. Nie dowiedział się wprawdzie, bo słowackie media na ten temat nie napisały ani słowa, ale w kwietniu 2002 roku, na kolejnym spotkaniu wyłożył mi swoją hipotezę na ten temat.
- Słyszałeś coś o HAARP-ie?[2] - zapytał.
- Oczywiście, było na ten temat w „Nieznanym Świecie”, no i ukazała się książka „HAARP - broń ostateczna” Jerry’ego E. Smitha - odpowiedziałem.
- No widzisz. A teraz pomyśl: jak można zrobić to ustrojstwo bardziej efektywnym? Nie wiesz? - no to ja ci powiem. Otóż można wziąć atmosferę z dwóch stron: od dołu poprzez system anten HAARP na Alasce i od góry - poprzez jednego lub kilka sztucznych satelitów Ziemi, które przekazując mikrofale z Ziemi mogą skierować je w każdy, dowolny punkt jej górnych warstw atmosfery. A zatem ilość promieniowania mikrofalowego skierowanego nad potencjalnie wrogi kraj możesz spokojnie pomnożyć przez dwa, albo nawet przez trzy... Rozumiesz? A teraz pomyśl, co się stanie, kiedy w grę wchodzą dwa takie systemy?...

Zrobiło mi się nieswojo, bo przypomniała mi się rozmowa z Tomaszem Niesporkiem, który zasugerował coś podobnego i to właśnie w odniesieniu do wojny w Afganistanie...
- Spójrz - powiada - w całej Europie anomalia pogodowe, na Bliskim Wschodzie mrozy, Jerozolima pod śniegiem, w Afryce susze, w Indiach powodzie, pogoda jednym słowem oszalała, a nad Afganistanem lazurowe niebo i amerykańskie bombowce. Nie dziwi cię to?

Faktycznie dziwiło, a jużci! Bo to było co najmniej dziwne. Jakby Amerykanie wymodlili sobie u świętego Piotra wyjątek spod ogólnej reguły. Inna rzecz, że nie ucierpiał na tym obłąkany mułła Omar, czy chory z paranoicznej nienawiści do Zachodu super-terrorysta XXI wieku Usama ben-Laden i inni przywódcy al-Quaedy, a tylko i tak już biedni Afgańczycy, których nędzne lepianki rozwalały najnowocześniejsze amerykańskie bomby z laserowym naprowadzaniem na cel i wszelkimi innymi elektronicznymi „bajerami”... Taka wojna przypominała mi dokładnie polowanie na muchy z siekierą, zamiast packi: straszliwe ciosy idą w ściany, meble czy szyby okienne, a mucha zaciera łapki i chichocze złośliwie widząc efekty takiego „polowania”, czyli dokładnie tak, jak robili to afgańscy Talibowie... No, ale czy sztabowców i planistów z Pentagonu stać byłoby na takie porównanie i odrobinę wyobraźni?

Miloš Jesenský założył od razu, że doszło do cichego porozumienia Stanów Zjednoczonych z Federacją Rosyjską i uruchomienia wielkiego kotła pogodowego w postaci amerykańskiego systemu HAARP i rosyjskiego systemu SURA vel ELIPTON[3], które to synergiczne i skoordynowane działania spowodowały anomalie pogodowe na obszarach Eurazji i częściowo Afryki. Kto wie, czy być może zmiana rytmu zjawisk El Niño i La Niña na Pacyfiku nie została spowodowana właśnie poprzez „podgrzewanie” jego wód emitorami mikrofalowymi? Dlaczego nie? Najlepsze efekty można by uzyskać właśnie zaprzęgając do tej roboty geostacjonarne satelity. W USA i byłym ZSRR pracowało się nad takimi broniami już od początku lat 80. ubiegłego wieku, kiedy to wyścig zbrojeń został już jawnie i bez ogródek przerzucony z Ziemi w Kosmos! Czysta paranoja, ale zapewne ktoś zrobił na tym wielki szmal, a już na pewno filmowcy z Hollywood, bo wojny kosmiczne zawsze były wdzięcznym tematem dla filmu.

Sprawa przycichła aż do kanikuły 2002 roku. Gdzieś tak w środku lipca nieoceniony w takich przypadkach Łukasz Świercz z Krakowa przesłał mi pakiet informacji, z których wyłonił się następujący obraz tego wydarzenia. W dniu 12 lipca 2002 roku, o godzinie 00:58.31 MSK[4] z płynącego po Morzu Barentsa okrętu podwodnego K-135 Riazań wystrzelono rakietę balistyczną typu Wołna z satelitą IRDT-2[5] o masie tylko 146 kg - był to lądownik Demonstrator-2 - którego głównym zadaniem miałoby być odzyskiwanie sztucznych satelitów Ziemi oraz służenie jako kosmiczny tender ratowniczy dla załogi ISS, gdyby ta znalazła się w opałach. Urok tego urządzenia polega na tym, że ma ono masę tylko około 150 kg, a zatem może to wynieść na orbitę każda przystosowana do tego rakieta balistyczna! Może on siadać na każdej planecie dzięki nadmuchiwanym ekranom ablacyjnym, zaś prędkość lądowania wynosi tylko 15 m/s!!! Specjaliści z NASA orzekli, że jest to niezwykłe osiągnięcie kosmonautyki rosyjskiej. No cóż - wydaje się, że inżynierom z RAK[6] udało się jako pierwszym wyprodukować pojazd typu SSTO[7] - marzenie inżynierów z NASA, ESA i NASDA[8]!


Przy okazji dowiedzieliśmy się, że próby z Demonstratorem-1 miały miejsce: pierwsza w dniu 8 lutego 2000 roku - częściowo udana, bo lądownik poleciał w Kosmos, ale były kłopoty z jego znalezieniem, i druga - w dniu 20 lipca 2002 roku - całkowicie nieudana. Kto wie, czy szczątki Demonstratora nie latały także nad Polską powodując falę doniesień o obserwacjach typu NOO w końcu lipca i w sierpniu 2001 roku?...

Ale czy to jest prawda, cała prawda i tylko prawda o tym eksperymencie? Założę się, że nie. Sama nazwa tego pojazdu Demonstrator daje do myślenia. Co ma on zademonstrować? Powrót Rosji w wielkim stylu w Kosmos po utracie Mira? A może coś nowego, nieznanego i groźnego dla potencjalnych wrogów Matuszki Rossiji? Wszak w 2000 roku do arsenału WNP wszedł pułk (10 jednostek), a teraz zapewne już dywizja (40-50 jednostek) najnowocześniejszych pocisków ICBM typu Topol M na mobilnych wyrzutniach. To właśnie w lecie 2000 roku rosyjska flota zaczęła swój wielki come back na wody Wszechoceanu, który zakończył się tragedią Kurska. I to właśnie w 2000 roku zaczął się Eksperyment Fala. Czy to przypadek? Nie, nie ma takich przypadków. Podejrzewam, że Demonstrator miał zademonstrować coś więcej, niż tylko obecność WNP w Kosmosie. To miała być i jest niesamowita broń wymierzona w amerykańskie i NATO-wskie satelity wczesnego ostrzegania, które przy pomocy Demonstratora będzie można po prostu... zdjąć z orbity, nie niszcząc ich! W tym kontekście nazwa tego pojazdu jest najzupełniej uzasadniona!

Jeżeli prawdą jest postawiona w tytule hipoteza, że pojazdy te służą do aktywowania mikrofalami górnych warstw atmosfery, to możemy być pewni, że grozi nam powiększenie się dziur ozonowych i powstanie nowych - i to niekoniecznie nad oboma Biegunami! A wtedy na powierzchnię naszej planety runie promieniowanie UVB i UVC, które jest w stanie wygubić każde życie. Byłby to koniec pewnego typu życia na Ziemi, jak po impakcie asteroidu Chicxulub, co miało miejsce 65 mln lat temu. Bo dinozaury wykończyło promieniowanie UVC, a nie zima poimpaktowa, jak to sugerują uczeni! Impakt przeżyły te stworzenia, które mogły schować się pod ziemię czy prowadziły nocny tryb życia, względnie zamieszkiwały głębiny Wszechoceanu, gdzie nie dobiegało do nich zabójcze promieniowanie, a zatem żyjące w strefie eufotyczej: abysalnej i hadalnej. Gruba warstwa wody z solami mineralnymi zapobiegła ich masowemu napromieniowaniu. Duże dinozaury wodne zamieszkiwały strefę fotyczną i litoralną Wszechoceanu i to je zgubiło. Mogły przeżyć to tylko te zwierzęta, które mogły oddychać powietrzem rozpuszczonym w wodzie, jak np. ryby. Inne musiały podpływać pod lustro wody by zaczerpnąć oddechu lub na fitoplanktonowy żer i tam dostawały dawkę śmiertelnego promieniowania z wiadomym efektem. To wyjaśnia całkowicie i bez reszty tajemnicę ich zagłady - po prostu wymarły na np. złośliwe nowotwory skóry!

Wracając do dnia dzisiejszego. Na orbicie wokółziemskiej latają różne satelity, ale 75% z nich, to satelity wojskowe lub cywilne z przeznaczeniem wojskowym. Szczególnie niebezpiecznymi są satelity szpiegowskie systemów jak  Echelon czy DSP. Jaka szkoda, że odwieczne marzenie Ludzkości o oderwaniu się od naszej planety sprostytuowano do roli narzędzia do walki o władzę, wpływy i dominację! Smutna to prawda.



Z ostatniej chwili:

SpaceX dokonał historycznego lądowania rakiety

Po raz pierwszy w historii SpaceX posadził rakietę na barce. Falcon 9 dostarczał zaopatrzenie na Międzynarodową Stację Kosmiczną (ISS). Lądowanie miało miejsce na Oceanie Atlantyckim w piątek po południu. Gratulacje firmie złożył sam prezydent Barack Obama.

Rakieta Falcon 9 z kapsułą Dragon dostarczyła zaopatrzenie dla astronautów na ISS, zawierające ponad trzy tony sprzętu. Posłuży on m.in. do prowadzenia badań naukowych. Gdy Dragon odłączył się od rakiety, ta miała wrócić na Ziemię i wylądować na oceanie - przy użyciu specjalnych kontrolerów. SpaceX dokonywał takich prób wielokrotnie w przeszłości. Tym razem prywatna firma odniosła sukces.

Lądowanie rakiet na morzu to przyszłość w eksploracji kosmosu przez człowieka, bowiem w razie awarii nie naraża życia i zdrowia ludzi. SpaceX dopracowuje powroty rakiet na Ziemię, ponieważ ich ponowne użycie do przyszłych startów, oszczędzają czas i pieniądze firmy. Według planów szefa SpaceX Elona Muska, za kilka lat proces stanie się w pełni wydajny, a starty będą się odbywały raz na kilka tygodni. - Osiągniemy sukces, gdy stanie się to nudne - żartował Musk.

Gratulacje SpaceX popłynęły od samego prezydenta Baracka Obamy. "To przez takich innowatorów jak wy i NASA Ameryka jest liderem w przestrzeni kosmicznej" - napisał na Twitterze.
Dragon ma za sobą dziesięć lotów zaopatrzeniowych. Wczorajsza misja SpaceX CRS-8 jest pierwszą od czerwca 2015 roku, kiedy to statek wybuchnął kilka minut po starcie. (kg, Onet.pl)


*


O Demonstratorze na razie cicho-sza! - więc sądzę, że nadal się nad nim pracuje i będzie on używany w celach wojskowych. W Europie znów śmierdzi prochem, więc będzie cicho dalej, jak nad innymi wynalazkami tego rodzaju.

Natomiast interesuje mnie innego rodzaju zagadnienie. Czy tak to naprawdę z dinozaurami było – tego nie wiem. Ale jednego jestem pewien, a mianowicie tego, że promieniowanie UV mogło je wybić. Nie tyle efekty spadku asteroidy Chicxulub i mniejszych meteoroidów jej towarzyszących, a właśnie spowodowana przez nie dziura ozonowa, a co tłumaczyłoby wybicie dinozaurów na obszarze całej Ziemi. W przypadku samego tylko ostrzału meteorytowego, pewna część dinozaurów by się uratowała: w Australii i Antarktydzie oraz na południowych krańcach Afryki i Ameryki Pd. - a jednak wyginęły i tam… 

NB, nie zapominajmy, że coś podobnego przecież miało miejsce u końca Ordowiku – jakieś 438 MA temu, kiedy to życie na Ziemi odniosło pierwszą wielką stratę spowodowaną uderzeniem strumienia (dżetu) promieniowania gamma wyemitowanego przez eksplodującą gwiazdę Super- czy nawet Hipernową. Było to pierwsze Wielkie Wymieranie spowodowane przez promieniowanie jonizujące. Pod koniec Kredy zdarzyło się drugie…

Tak więc chciałbym zaznajomić Czytelnika z innym materiałem dotyczącym największego drapieżnika lądowego wszech czasów - Tyranosaurusa rex’a i jego świata sprzed 64.8 MA i przyczynami jego wygaśnięcia…   


[1] Volna - właśc. волна - fala.
[2] HAARP = High-frequency Active Auroral Research Program - program aktywnego badania zórz polarnych przy pomocy fal radiowych o wysokiej częstotliwości.
[3] ELEPTON lub ELIPTON, to hipotetyczna broń oddziałująca na środowisko, wyprodukowana w byłym ZSRR. Inaczej widzi ten problem Tomasz Niesporek, który twierdzi, że ELIPTON, to broń wzorowana na hitlerowskim Schallkanone - broni wykorzystującej działanie zogniskowanych i skolimowanych fal dźwiękowych, których energia byłaby czynnikiem rażenia siły żywej nieprzyjaciela. Broń ta ponoć została wykorzystana przez armię serbską przeciwko wojskom NATO w Kosowie, w 1999 roku.
[4] 11 lipca 2002 roku, godzina 21:58.31 GMT.
[5] IRDT = Inflatable Re-entry & Descent Technology - technologia “nadmuchiwany lądownik”. 
[6] RAK = Russkaja Agientia Kosmonawtiki - Rosyjska Agencja Kosmonautyki.
[7] SSTO = Single Stage To Orbit - lot z jednym stopniem na orbitę.
[8] Od 2003 roku JAXA – Japońska Agencja Kosmiczna.