środa, 3 lipca 2013

Pułapki Morza Diabelskiego

Morze Diabelskie


Walerij Nieczyporenko


Tak jak Trójkąt Bermudzki na Atlantyku, tak i Pacyfik ma swe przeklęte przez ludzi morza miejsce. Jest nim Morze Diabelskie.



Cmentarzysko statków


Pomiędzy Japonią, wyspą Guam i archipelagiem Marianów oraz północną częścią wysp filipińskich znajduje się ogromna przestrzeń wodna nazwana na mapach Morzem Filipińskim, które jednak doświadczeni żeglarze i marynarze już od dawna ochrzcili Morzem Diabelskim a także Cmentarzyskiem Statków.

Zaczęło się od marca 1521 roku, kiedy to gładź tego morza jako pierwsi Europejczycy przecięli żeglarze z wyprawy Ferdynanda Magellana, aż do dnia dzisiejszego na tym akwenie zaginęło bez wieści setki statków. To jest ogromna przestrzeń wodna, nad którą rzadko pokazują się morskie ptaki. Nie spotyka się tutaj pływających wysepek sargassowych wodorostów, które ożywiają monotonny morski pejzaż na innych akwenach Wszechoceanu.

Tylko w samym 1981 roku i w osiem dni zaginęło tutaj bez śladu sześć współczesnych statków, w tym dwa japońskie supernowoczesne super-kontenerowce. Ta sytuacja zmusiła władze japońskie do powołania speckomisji do spraw zaginionych statków, a także zebrania informacji o okolicznościach tych wydarzeń i stanie oceanu oraz wydzieliły one na tą operację kwotę w wysokości 3 mln dolarów USA.

Zebrawszy w ciągu kilku lat ogromną ilość informacji, komisja doszła do wniosków o przyczynach morskich tragedii w tym zakątku kuli ziemskiej.



Tajfuny, wulkany, rafy…


Wyjaśniło się, że Morze Diabelskie jest rekordzistą pod względem ilości przechodzących tutaj tajfunów, których liczba jest zbliżona do 40 na rok. Do tego tameczne tajfuny, które zwłaszcza często pojawiają się od lipca do października, mają pewną ciekawą właściwość. I tak np. na wysokich szerokościach geograficznych wiejący wiatr wywołuje powstanie regularnych fal, które przemieszczają się w jego kierunku. I jakikolwiek silny byłby napór rozszalałych żywiołów, to doświadczona załoga potrafi dać sobie z nimi radę. No ale Morzu Diabelskim wszystko jest zgoła inaczej.

Typowy obraz tajfunu nad Pacyfikiem


W strefie tropikalnego cyklonu wiatr może gwałtownie zmieniać swój kierunek, dzięki czemu fale morskie mogą poruszać się nawet pod wiatr. W takim przypadku jeden błąd ze strony załogi może doprowadzić niechybnie do katastrofy. I tak nawet duże statki wpadające w wiry wodne łamią się jak nędzne zapałki.

Ale to jeszcze nie wszystko. Z dna Morza Diabelskiego podnoszą się do góry, ku powierzchni mnogie podwodne wulkany. Jak wiadomo, one wznoszą swe wierzchołki na niewielką głębokość. Ich obecność manifestuje się głuchymi pomrukami i ostrym zapachem siarki, zaś ich erupcja może mieć miejsce w każdym dowolnym momencie. Nieoczekiwanie przed dziobem statku wystrzeli w niebo fontanna rzadkiego błota i czarnego popiołu wulkanicznego. Jeżeli zjawisko to ma miejsce nocą, to z oceanu wyrasta ogromny słup ognia.


Lista zaginionych

W dniu 24 września 1952 roku, taki właśnie wulkan zatopił w odległości 150 mil na południe od wyspy Mikura japoński statek MS Kayo Maru. Świadkami tego wydarzenia byli załoganci drugiego japońskiego statku idącego tym samym kursem, ale pomóc ofiarom tego wybuchu nie byli w stanie.

Wzniesienia podwodnych wulkanów stanowią jeszcze jedno, gorsze, niebezpieczeństwo dla statków. W rezultacie tych gwałtownych zjawisk nieprzewidywalnie zmienia się relief dna na wielkich przestrzeniach. I tak np. w czasie erupcji jednego z wulkanów na Morzu Diabelskim znikła z powierzchni oceanu wyspa Urania i kilka innych skał z czarnego bazaltu, które służyły załogom statków lokalnych linii żeglugowych jako punkty nawigacyjne. Jednocześnie na bezpiecznych dotąd farwaterach pojawiły się na niewielkiej głębokości skały, które nie były uwidocznione w żadnej locji.



Nad- i podwodne wulkany stanowią poważne zagrożenie dla żeglugi na tym akwenie

Nie mniejsze niebezpieczeństwo przedstawiają trzęsienia ziemi, które regularnie nawiedzają ten rejon naszej planety.

Szczególnie wiele „nowonarodzonych raf” spotyka się na szelfie koło wysp Nampo, położonych na południowy-wschód od Japonii. Charakterystycznym jest to, że nawet w dniu dzisiejszym dochodzi tam do wielu katastrof morskich, i to w czasie doskonałej pogody. Na atolach tych znajdują się wraki statków, które miały pecha wpaść na podwodne skały i pozostać tam na zawsze.

Co ciekawe, niektóre punkty geograficzne archipelagu Nampo noszą nazwy związane z rosyjskimi żeglarzami. I tak np. Wyspa Panafidina została tak nazwana na cześć porucznika rosyjskiej floty, który ją odkrył. Znana jest także Wyspa Saryczewa, w okolicy której wciąż przypomina o swoim istnieniu podwodny wulkan Funka (Funka Seamount), który od czasu do czasu manifestuje swoją aktywność wypuszczanymi w wodę bąblami gazów siarkowych.

Nie mniejsze niebezpieczeństwa czyhają na żeglarzy w zachodniej części Morza Diabelskiego, gdzie ciągnie się łańcuch japońskich wysp Riukiu, a na południe od nich rozciąga się Archipelag Filipiński. Wiele z tych kamienistych i kolorowych wysp jest obramowanych rafami koralowymi pokrytymi morskimi roślinami i zwierzętami, co powoduje, że są one jeszcze bardziej niebezpieczne. Na tych rafach-pułapkach ginie wiele jednostek morskich.

Woda w Morzu Diabelskim jest ciepła, jej temperatura dochodzi nawet do +32°C, ale los tych, którzy przeżyli katastrofę i znaleźli się w tej wodzie może być całkiem opłakany. Te tak sielankowe z pozoru wody tak naprawdę kipią od niebezpiecznych mieszkańców oceanu. Rzecz idzie o takich śmiercionośnych mieszkańcach oceanu, jak biały rekin ludojad, a także różnorakie jadowite ryby, jak np. płaszczki-manty. (A do tego ostatnio doszły małe, ale bardzo jadowite meduzy, których neurotoksyny są w stanie zabić człowieka w kilka minut – uwaga tłum.)

Ale nie wszystkie katastrofy morskie da się wyjaśnić wyżej wymienionymi przyczynami.

MS Berge Istra


MS Badria


Na północ od Wysp Filipińskich, w grudniu 1976 roku, zatonął norweski zbiornikowiec MS Berge Istra. Długie poszukiwania nie przyniosły żadnych rezultatów. Było tylko jasnym, że w tym czasie nie zaobserwowano żadnych sztormów na tym akwenie Morza Diabelskiego. Wydarzenie to jest nadal niewyjaśnioną zagadką. Po dziesięciu dniach od tego wydarzenia rybacy znaleźli na morzu tratwę z żywym człowiekiem. Był to marynarz z norweskiego tankowca. Opowiedział on, że w czasie czyszczenia zbiorników tankowca strumieniem wody przy jasnej pogodzie nieoczekiwanie doszło do wybuchu. Statek poszedł na dno tak szybko, ze nie uratował się nikt poza nim i nie nadał nawet sygnału SOS… (Podobny los w listopadzie 1979 roku spotkał jej siostrzany statek MS Berge Vanga na południowym Atlantyku. Zginęło 40 załogantów – przyp. tłum.)   


Katastrofa stratolinera


Morze Diabelskie – to akwen na którym dochodzi do katastrof nie tylko morskich, ale i lotniczych. I tutaj pierwsze skrzypce gra port lotniczy na wyspie Guam – największej wyspie archipelagu Marianów.

W czasie II Wojny Światowej to właśnie stąd wylatywały amerykańskie „latające fortece”, a w dniu dzisiejszym z pasów tej bazy lotniczej wylatują Herkulesy, a także samoloty zwiadu powietrznego wyładowane po brzegi elektroniczną aparaturą. Poza tym mają tutaj międzylądowania pasażerskie stratolinery lecące z Południowej Ameryki,  Azji Południowo-Wschodniej, Australii i vice-versa.

Poza wypadkami na Morzu Diabelskim istnieją świadectwa o co najmniej 15 latających aparatach, które zaginęły w zagadkowych okolicznościach nad jego akwenami, licząc od czasu Drugiej Wojny Światowej.

Największa katastrofa lotnicza miała miejsce w nocy 5/6 sierpnia 1997 roku, kiedy to na podejściu do lądowania na lotnisku Agana (Guam) runął na ziemię samolot Boeing 747-300 południowokoreańskich linii lotniczych KAL. Z 253 ludzi na pokładzie przeżyło zaledwie 27 osób. Eksperci do dziś dnia nie doszli do przyczyn tej tragedii. Zapisy w tzw. „czarnych skrzynkach” nie wskazują na jakąkolwiek nieszczęśliwą sytuację na pokładzie stratolinera w momencie katastrofy. Kapitan statku powietrznego był jednym z najbardziej doświadczonych pilotów kompanii, z wylatanymi ponad 10.000 godzin za sterami Boeinga 747. Zaś z kolei sama maszyna cieszy się opinią najbezpieczniejszego samolotu pasażerskiego świata. ten akurat samolot był eksploatowany od sześciu lat i właśnie niedawno miał przegląd techniczny.

Tymczasem ci, co ocaleli, opowiadali o dziwnych rzeczach, które zauważyli w czasie poprzedzającym katastrofę. Za iluminatorami nastała zupełna ciemność. Znikły gdzieś światła lotniska i oświetlony gmach portu lotniczego oraz światła naprowadzania na pasy runwayu. Same światła pasów znikły także. Potem zaczęły się ostre wibracje i straszny szum. Eksperci nie mogąc znaleźć przyczyny zwalili winę na silny stres spowodowany trudnym położeniem i zagrożeniem katastrofą, a co za tym idzie – utratą życia.

I jeszcze jeden fakt: na minutę przed katastrofą padł radar wskazujący optymalną drogę podejścia do skraju pasa startowego, który poprzednio pracował doskonale.


Światło z głębiny


Zagadka Morza Diabelskiego jest być może ukryta bardzo głęboko – w dosłownym tego słowa znaczeniu. Boż właśnie w tej części Wszechoceanu znajdują się ogromne, głębokie rowy oceaniczne na naszej planecie. I tak wzdłuż łańcucha wysp Nam-po ciągnie się Rów Izu-Bonin (maksymalna głębina 9985 m) i Volcano (9156 m). Po wschodniej stronie wysp Riukiu znajduje się Rów Nansei (7790 m) a na południe od nich Rów Filipiński (10.265 m) i wreszcie na wschód od Wysp Mariańskich znajduje się pojedynczy, najbardziej znany rów oceaniczny – Rów Mariański głęboki na 11.022 m!

Tak zatem Morze Diabelskie jest ograniczone ze wszystkich stron rowami oceanicznymi o tysiąckilometrowej długości. Kto czy co ukrywa się w tych oceanicznych głębinach? Jak odnieść się do marynarskich relacji i legend nie tylko o światłach widzianych w głębinach, ale o całych łańcuchach świateł w nich pływających?

Nie patrząc na badania oceanologów i oceanografów, w tym sondowania przy pomocy batyskafów, nauka być może będzie w stanie odpowiedzieć na te pytania w najbliższej przyszłości.


Charles Berlitz i inne rewelacje


Tyle podaje Walerij Nieczyporenko w swym artykule na łamach „Kalejdoskop NLO” nr 5/2008, który tutaj właśnie przedstawiłem Czytelnikowi. Oczywiście postanowiłem sprawdzić niektóre z tych rewelacji w Internecie i dostępnych źródłach. Zwróciłem się tedy do naszego korespondenta Kiyoshi’ego Amamiya, który na moje pytanie o Morze Diabelskie odpowiedział tak:

Istnieje książka napisana właśnie na ten temat, jest to „The Dragon Triangle” („Trójkąt Smoka”) Charlesa Berlitza. Według niego, wiele statków zaginęło bez wieści na akwenie określonym jako Morze Diabła, jak nazwano ten obszar w Japonii po 1981 roku, kiedy to grecki statek MS Antiparos idący do Osaki zaginął po ostatnim seansie łączności z nim w dniu 2 stycznia 1981 roku.


Nieco później zaginęły tam także dwa japońskie statki naukowo-badawcze MS Daigo-Kaiomaru i MS Daisan-Kurosiomaru. Załączam fotokopie okładek japońskiego wydania tej książki, na której wymieniono pozostałe ofiary Morza Diabelskiego. Poza tym załączam jeszcze fotokopię strony gazety „Asahi Shinbun” z dnia 7 sierpnia 1990 roku, gdzie znajduje się artykuł pt. „Dlaczego zniknął?”, a który jest poświęcony przypadkowi zniknięcia statku MV Nozima-zaki o wyporności 80.000 RT, przyczyny nieznane, eksperci nie potrafią powiedzieć nic konkretnego…  

No i na zakończenie sensacja z ostatnich dni – sprawa istnienia Morza Diabelskiego u południowo-zachodnich wybrzeży Tajwanu.

Z portalu Onet.pl:

Co się dzieje nad wyspami Penghu?

AFP

Dwuosobowy myśliwiec Tajwanu zaginął w zeszłym tygodniu podczas rutynowej misji szkoleniowej nad Cieśniną Tajwańską. Następnego dnia znaleziono szczątki samolotu oraz ciała, ale władze nie potrafią wyjaśnić co było przyczyną katastrofy.
Wypadek z 20 października na nowo ożywił trwające od dziesięcioleci spekulacje: Czy tajwańskie wyspy Penghu są Trójkątem Bermudzkim Azji?

"Przerażenie bermudzkie" - grzmiały nagłówki jednej z tajwańskich gazet, United Evening News. "Trzysta zabitych lub zaginionych w ciągu czterdziestu lat" - to kolejny tytuł.

Stacje telewizyjne nadawały makabryczne zdjęcia przedstawiające szczątki samolotów, które wcześniej rozbiły się w tym rejonie, wywołując gorące dyskusje na forach internetowych.

Wszystkie te informacje zmusiły w końcu przedstawicieli władz Penghu do wydania specjalnego oświadczenia, w którym zakwestionowano porównanie okolicy z Trójkątem Bermudzkim. Władze obawiają się, że takie sugestie mogą odstraszyć inwestorów i turystów.

Większość ekspertów odrzuca teorię oraz spekulacje, że nieregularne pole magnetyczne zakłóca pracę przyrządów nawigacyjnych. Naukowcy nie znaleźli w tym regionie niczego niezwykłego – zapewnia geolog Chen Wen-shan z Narodowego Uniwersytetu Tajwanu (National Taiwan University – NTU).

Prawdą jest jednak, że nieskazitelne wody otaczające wyspy Penghu i popularne wśród turystów plaże oddalone o około 80 kilometrów na zachód od głównego lądu Tajwanu, były świadkiem niejednej katastrofy. Jak wynika z danych rządowych, w ostatnich dwudziestu latach rozbiły się tam co najmniej trzy samoloty komercyjne, jeden cywilny śmigłowiec oraz pięć myśliwców.

Wcześniej zaginęło tam również kilka samolotów szpiegowskich latających podczas Zimnej Wojny w latach 60-tych i 70-tych. Wojsko jednak nie chce potwierdzić tych informacji, mówiąc, że większość z dokumentów wciąż jest objętych klauzulą tajności.

Do najbardziej tragicznego wypadku doszło w maju 2002 roku, kiedy na północ od Penhgu na cztery części rozpadł się samolot linii lotniczych China Airlines lecący do Hong Kongu. Zginęli wszyscy, którzy byli na pokładzie maszyny – w sumie dwieście dwadzieścia pięć osób. Siedem miesięcy później w tym samym miejscu rozbił się samolot towarowy.

Wciąż powtarzające się katastrofy do tego stopnia ożywiły dyskusje o azjatyckim Trójkącie Bermudzkim, że turyści woleli omijać Penghu przez kilka kolejnych miesięcy.

Ostatni wypadek myśliwca nie obudził jeszcze aż tak dużej wrzawy opinii publicznej, co z ulgą przyjmują przedstawiciele władz lokalnych oraz właściciele miejscowych firm.

Szef hrabstwa Penghu, Wang Chien-fa uważa, że winę za tak dużą ilość wypadków w rejonie wysp ponosi spory ruch lotniczy. Dodaje też, że do większości z tych nieszczęśliwych wypadków dochodziło  dlatego, że zawiódł człowiek lub sprzęt. - Przy tak wielu samolotach, które latają na naszym niebie każdego dnia, szanse na katastrofę są proporcjonalnie większe. I tyle - powiedział Wang Chien-fa w wywiadzie telefonicznym.

Yuan Hsiao-feng, ekspert ds. lotnictwa na Narodowym Uniwersytecie Chengkung, wspomina jeszcze o wysokim ryzyku towarzyszącym wojskowym lotom treningowym.

Około 90 tysięcy mieszkańców łańcucha wysp Penghu kończy teraz sezon letni, który przyciągnął na piękne plaże tysiące turystów, a właściciele hoteli szykują się na przyjęcie windsurferów. Przedstawiciele branży turystycznej mają też nadzieję, że Penghu skorzysta na niedawnym zmniejszeniu restrykcji podróżniczych dla tych Chińczyków, którzy będą chcieli odwiedzić Tajwan.

Wyspy, które po raz pierwszy zostały zasiedlone ponad siedemset lat temu przez żeglarzy z rozbitych okrętów chińskich, posiadają piękne ruiny starożytne, znajdujące się pod wodą. Chińczycy od dawna uważają te wyspy za bardzo tajemnicze, ze względu na ich trudno dostępne położenie oraz fakt, że w ich pobliżu w przeszłości rozbijało się również wiele statków. Południowa część Penghu, rejon zwany "Kanałem Czarnych Wód", jest cmentarzyskiem dla wielu łodzi, które próbowały się przeprawić przez burzliwe morze w szczytowym momencie imigracji chińskiej na Tajwan, dwa lub trzy wieki temu. Okolic tych obawiali się również japońscy żeglarze i piloci, którzy próbowali omijać rejon wokół Penghu, znany wśród nich jako "morze diabła".

Dzisiaj statki towarowe oraz trawlery pokonują morze wokół Penghu bezpiecznie.

- Tajemnica otaczająca te wyspy nie przeszkadza nam, ale mamy nadzieję, że ludzie nie będą kojarzyli ich z niebezpieczeństwem - powiedział Hong.

Brzmi to ciekawie. Tym niemniej wcale nie muszą to być takie same zjawiska jak w Trójkącie Bermudzkim czy Trójkącie Smoka na Morzu Diabelskim. Uważam, że sprawą można się zainteresować, bo jest warta zweryfikowania. Zwróciłem się w tej sprawie do Patricka Monceleta z Malezji, który pisze tak:

Spędziłem 7 lat na Tajwanie, ale nie słyszałem niczego na temat "dziwnych" incydentów w rejonie archipelagu wysp Penghu. Tym niemniej, u zachodnich wybrzeży Tajwanu od czasu do czasu mają miejsce ćwiczenia wojskowe, których działania mogą być mylone z działalnością UFO czy jakimiś niezwykłymi fenomenami. Komunistyczne Chiny wciąż grożą militarnym wejściem do Tajwanu, dlatego też Tajwańczycy szykują się do odparcia ewentualnej inwazji, która cały czas jest możliwa.

Bardziej znanym jest akwen położony na północ od Tajwanu i na wschód od Japonii, zwany "Morzem Diabelskim". Znany autor - Ivan T. Sanderson teoretyzuje w swych książkach na temat istnienia nieznanej, podmorskiej cywilizacji na Ziemi i wielu świadków opowiada o tym, że odwiedzało Ich bazy we Wszechoceanie. Niemniej do dziś dnia nie mamy żadnych solidnych dowodów na potwierdzenie tych domysłów; osobiście jestem zdania, że są to ogromne pojazdy UFO, które są w stanie wytrzymywać ogromne ciśnienia oceanicznej głębi. Ta moja hipoteza może wyjaśnić, czemu mamy tak wiele dziennych obserwacji UFO i raportów o nich: one przylatują do nas z podmorskich baz, poprzez tunel czasowy czy z wciąż niewykrywalnych, ogromnych "statków-matek" krążących wokół Ziemi.

Sztuczne satelity mogą zobaczyć wiele UFO w ziemskiej atmosferze i być może tak bogata kompania jak np. Google powinna rozpocząć program poszukiwań korzystając z wielu różnych satelitów. Tacy ludzie jak Bill Gates, Paul Allen, Warren Buffet powinni także wspierać finansowo te kosztowne poszukiwania. A jak na razie, to Barack Obama - możliwy przyszły prezydent USA - nie dał żadnego sygnału odnośnie swego stosunku do ufozjawiska.

A zatem w tym przypadku chodzi przede wszystkim o wrogą działalność człowieka przeciwko człowiekowi…

Kończąc można powiedzieć jedno – jest jeszcze wiele rzeczy do odkrycia i do zbadania. A zatem nasi uczeni mają tu bardzo szerokie pole do popisu.


Przekład z j. rosyjskiego i angielskiego:
Robert K. Leśniakiewicz ©