Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czarne projekty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czarne projekty. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 23 lutego 2017

Tajne projekty: Samolot à la latający talerz (dokończenie)





Moje 3 grosze


Na tym urywa się przesłany mi fragment. Od siebie mogę tylko dodać, że nie było to w sumie nic nowego, a powrót do starego Projektu Farside, który został przeprowadzony w latach 50. Na czym on polegał?

Projekt Farside – jak twierdzi „Encyclopedia Astronautica” – był próbą osiągnięcia jak największych wysokości przy pomocy 4-stopniowej rakiety podwieszonej pod balonem o pojemności 106.188 m³, a dzięki temu osiągnięto wysokość 6437 km jesienią 1957 roku.
Farside był czterostopniowym pojazdem, wypuszczono ogółem 6 tego rodzaju misji. Ciąg = 667 kN, masa startowa 900 kg, wysokość 7,3 m, średnica 46 cm, apogeum – 4500 km. Farside był projektem Air Force Office of Scientific Research, który używał wielu różnych przyrządów z Uniwersytetu Maryland. 6 rakiet zbudowano w Aeronutronic Systems Inc. Zła telemetria spowodowana była odkryciem pasów radiacji Van Allena – Wiernowa w czasie prób z Farside na atolu Eniwetok.
Misje:
1.      25.IX.1957 roku, z atolu Eniwetok, balon + Farside, apogeum 20 km. Nieudana.
2.     3.X.1957 roku, z atolu Eniwetok, balon + Farside, apogeum 800 km.
3.     7.X.1957 roku, z atolu Eniwetok, balon + Farside, zakładane apogeum 700 km. Nieudane.
4.     11.X.1957 roku, z atolu Eniwetok, balon + Farside, zakładane apogeum 30 km. Nieudane.
5.      20.X.1957 roku, z atolu Eniwetok, balon + Farside, apogeum 5000 km.
6.     22.X.1957 roku, z atolu Eniwetok, balon + Farside, apogeum 5000 km.
Dane: „Encyclopedia Astronautica” - http://www.astronautix.com/f/farside.html             


Ciekawa jest sama rakieta Farside – przypomina mi ona dość dokładnie niemiecki przeciwlotniczy pocisk rakietowy Rheinbote, który opracowano i wypróbowano na poligonie w Łebie-Rąbce – dziś znajduje się tam Muzeum Wyrzutni Rakietowych, gdzie możemy go podziwiać. Czyżby kolejne „zapożyczenie” nazistowskiej konstrukcji przez Amerykanów? Właśnie o to m.in. chodziło mojemu znajomemu Kanadyjczykowi  Edwardowi Gillianowi, który specjalnie podkreślał wszelkie podobieństwa pomiędzy konstrukcjami nazistów a późniejszymi konstrukcjami amerykańskimi i radzieckimi.

Swoją drogą ten nazistowski pocisk plot. – jak mniemam – był przeznaczony nie do walki z samolotami, ale bardziej pasował do… zwalczania pocisków rakietowych w rodzaju A-4/V-2, na co wskazują jego osiągi i parametry bojowe. Była to typowa antyrakieta. Jest to tylko hipoteza, ale mająca wysokie prawdopodobieństwo. Po prostu zrobiono go na zasadzie tarczy i miecza. Niemcy doskonale zdawali sobie sprawę, że tajemnice latających bomb Fi-103/A-2/V-1 i balistycznych pocisków A-4/V-2 prędzej czy później przestaną nimi być dla Aliantów (Alianci przejęli 5 bomb V-1 i pocisk V-2, który spadł na terytorium Szwecji), więc pracowali także nad przeciwrakietami – takimi jak Rheinbote o prędkości marszowej 4,03 Ma, głowicy bojowej o masie 50-70 kg, pułapie operacyjnym 80 km i zasięgu 160 km… (zob. http://wszechocean.blogspot.com/2012/10/podroz-uczona-na-hel-12.html, http://wszechocean.blogspot.com/2013/08/kosmiczne-dziao-hitlera.html i in.) 

Do Projektu Farside powrócono w latach 70., kiedy to zamierzano w ten sposób odpalać ICBM wyciąganych w górne warstwy atmosfery przy pomocy balonów. Pisałem o tym m.in. w „UFO nad granicą” (Kraków 2000). NB., podobne próby prowadzili zapewne także i Rosjanie w latach 1968-74, bowiem „balonowe” UFO obserwowano nad Węgrami, Jugosławią, Bułgarią i Polską. Powraca się także dzisiaj, tylko że rolę balonów przejmują wielkie sterowce, których zadaniem jest wyniesienie lekkich pojazdów orbitalnych na wysokość 40-100 km i wysłanie ich na LEO. Kto wie, czy te wszystkie obserwowane na niebie „awiomatki” wypuszczające UFO nie są właśnie takimi wielkimi sterowcami…? (zob. http://wszechocean.blogspot.com/2013/08/cufo-ufo-awiomatki-czy-sterowce.html, http://wszechocean.blogspot.com/2013/08/kosmiczny-sterowiec-nad-polska.html, http://wszechocean.blogspot.com/2011/08/powracaja-sterowce-1.html i dalsze) 

I jeszcze jedno: nie zapominajmy, że wszystkie te projekty były, są i będą wymierzone w nas. Przede wszystkim w Polskę, bo przypadku III Wojny Światowej Polska będzie pierwszoplanowym celem ataku z lądu, morza, powietrza i przestrzeni kosmicznej. Jest to oczywista oczywistość, bowiem to przez Polskę przebiegają najważniejsze linie komunikacyjne Wschód – Zachód i to one będą przede wszystkim przerywane i przez naszych sojuszników i przez wrogów. Poza tym to Polska z racji swego położenia będzie polem atomowej bitwy pomiędzy armiami WNP i NATO. Warto o tym pamiętać słuchając propagandowych wrzasków podżegaczy wojennych i podpalaczy świata, którym marzy się kolejny wielkoskalowy konflikt w Europie…   


Przekład z angielskiego i opracowanie – ©Robert K. F. Leśniakiewicz

sobota, 27 grudnia 2014

SŁOŃCE NAD MORZEM CZARNYM (9)



Odessa


Wyciągnęliśmy ROV na pokład i od razu ruszyliśmy, z miejsca biorąc kurs na Odessę. Umówiliśmy się z profesorem na dzień jutrzejszy na plaży w pododesskiej Fontance. Nie wiedzieliśmy, czym profesor się kierował wyznaczając nam to randez-vous w tym akurat miejscu, ale się zgodziliśmy. Ostatecznie materiał filmowy o rekinie musiał być przekazany – inne materiały miały polecieć… - nawet nie wiedzieliśmy prawdę mówiąc, gdzie. Zresztą mało mnie to obchodziło. Moje załogantki też jakoś się tym nie mogły przejąć, może poza Naïs – wszak to w końcu była jej działka. Wzięliśmy kurs na Odessę, co też było w trybie alarmowym, boż nie mieliśmy w ogóle zawijać do jakiegokolwiek portu. Ale potwierdziło się podejrzenie, że mamy do czynienia z czymś nietypowym i trzeba było coś z tym fantem zrobić…
- Jak myślisz – zagadnąłem Naïs – skąd ta bestia znalazła się w Morzu Czarnym?
- Prawdę powiedziawszy, to nie mam zielonego pojęcia – odparła obserwując ekrany przyrządów. – Nie wyobrażam sobie, by przybyła tutaj poprzez Morze Śródziemne i cieśniny tureckie.
- Czyli wykluczasz to, że ten rekin przypłynął tutaj sam – zapytałem.
- Stuprocentowo! – odparła.
Westchnąłem.
- No to mamy problem – rzekłem.
Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy nawet, jaki…

Mimo pesymistycznych zapowiedzi, noc upłynęła spokojnie. Wielki Biały Rekin nie pokazał się w zasięgu naszej aparatury. Tym niemniej wolałem trzymać się na baczności. Nie wychodziłem ze sterówki, a Naïs towarzyszyła mi przez całą noc – chciała mieć oko na wszystko, co miało związek z Wielką Rybą – czy jak to ona nazywała – Megarybą. Wyrabialiśmy trzydzieści węzłów i odległość trzystu kilometrów dzielącą nas od Odessy pokonaliśmy prawie w pięć godzin, i teraz kołysaliśmy się na redzie czekając na wschód słońca.
- Nie wydaje ci się – powiedziałem do Naïs – że ten rekin trzyma się głębokich wód?
- Tak, i to mnie właśnie dziwi – odrzekła – przecież rekiny zazwyczaj żerują na płytkich wodach, na szelfie. Oczywiście są i oceaniczne rekiny, ale tak na dobrą sprawę nikt nie wie, jak żyły Megaryby…
- Ale zagadką pozostaje, skąd on się tu wziął? – to mnie niepokoiło. – No bo skoro pokazał się jeden, to co stoi ba przeszkodzie, by nie było tutaj całej rodzinki?
- Coś ci powiem – Naïs miała taką minę, jakby wpadła jej do głowy jakaś rewolucyjna myśl. – Ten rekin jest rekinem głębinowym. Nie może wypłynąć na głębinę, bo tam jest siarkowodór i metan. I on o tym wie. Ale poluje z dala od brzegu. Jego ofiarami są delfiny. I tylko delfiny, co też jest oczywiste, bo to największe zwierzęta wodne tego akwenu.
- Wielkie nieba! – wykrzyknąłem – już kapuję! Przecież delfiny czarnomorskie były używane przez Rosjan do walki z okrętami podwodnymi i nawodnymi a także z płetwonurkami!
- Zrozumiałeś! – wykrzyknęła Naïs z tryumfem w głosie. – I to jest właśnie powód, dla którego ta Megaryba się tutaj zjawiła! Chodzi o zatarcie śladu po eksperymentach, które wymknęły się spod kontroli!!!

Te słowa powtórzyliśmy profesorowi, który leżał obok nas na swoim kocyku, w parę godzin później na plaży w Fontance. Leżeliśmy obok siebie na słońcu mając profesora w środku. Gdyby nie okoliczności, to można by było pomyśleć, że to jacyś studenci omawiają wyniki dotychczasowej praktyki ze swym profesorem. Smażyliśmy się na czarnomorskim słońcu rozebrani do rosołu. Krystyna, Gemma i Naïs  w swych bikini przyciągały zainteresowane spojrzenia mężczyzn i nienawistnie-zawistne niektórych kobiet. I tak to powinno wyglądać dla postronnych oczu. Ale tak nie było, bo profesor Milczarek słuchał nas uważnie z drobnym uśmieszkiem przyklejonym do warg i popijał ciepławą colę z puszki. Kiedy skończyliśmy pokręcił przecząco głową.
- Myślenie i wnioski końcowe są w zasadzie prawidłowe, ale sprawy wyglądają trochę inaczej - rzekł.
- Czyli Megaryba i delfiny tresowane do walki z ludźmi należą do tego samego eksperymentu? – zapytałem.
- Nie, panie Laskowski – odrzekł profesor. – Tu było jeszcze coś innego.
- No niechże nas pan oświeci, profesorze! – Krystyna i Gemma były natarczywe, jak małe dziewczynki. – Proooosiiiimy! Przecież to nam się należy! Nadstawialiśmy wszyscy karku dla pana, więc powinien pan nam powiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi! Tak nie można! – zakrzyczały go.
- No dobrze – rzekł wreszcie i machnął ręką – powiem wam, o co tutaj chodzi i co jest grane…
Zamieniliśmy się w słuch.
- W połowie lat siedemdziesiątych grupa radzieckich uczonych pod kierownictwem generała KGB zaczęła prace nad projektem, stworzenia jednostki odpowiednio przeszkolonych i wytresowanych delfinów, które można by było wykorzystać do walki w amerykańskimi i natowskimi jednostkami nawodnymi i podwodnymi oraz komandosami z morskich oddziałów desantowych, rozpoznawczych i dywersyjnych. Tak, tak – pani Krysiu – przeciwko pani i pani kolegom! To wiedzą wszyscy…
- …czyli plebs – nie wytrzymała Krystyna. – A co wie elita?
- Elita wie to, że delfiny te długo były posłuszne ludziom i rzeczywiście doskonale nadawały się do walki z okrętami i innymi ludźmi. Problem powstał, kiedy okazało się, że delfiny były w stanie topić zarówno wrogie jak i swoje jednostki… W ten sposób na Morzu Czarnym poszło na dno kilka statków Morfłota i okrętów Floty Czarnomorskiej ZSRR. Po prostu delfiny atakowały wszystko bez wyjątku i jakiejkolwiek selekcji, cokolwiek pływało w ich promieniu działania. Podobnie było z ludźmi – delfiny atakowały zarówno żołnierzy, jak i Bogu ducha winnych plażowiczów. No i trzeba było coś z tym zrobić…
- I wtedy pojawił się Wielki Biały Rekin-zabójca? – poddała domyślnie Gemma.
- Po rozpadzie Związku Radzieckiego zabrakło kasy na eksperymenty i nawet utrzymanie delfinów w wojskowym delfinarium, więc je po prostu wypuszczono. To było w roku tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym pierwszym. Wielki Biały Rekin pojawił się dopiero w dwa tysiące szóstym i nikt nie wie, skąd. Oficjalnie nie wie. Bo nieoficjalnie mówi się o tym, że okaz megalodona został schwytany w Rowie Mariańskim czy Filipińskim i przewieziono go, a potem wypuszczono w morze, w celu wytępienia agresywnych delfinów. Bo jest jeszcze jeden fakt, o którym nie wiecie – a mianowicie taki, że te delfiny, które  przystosowano do walki z ludźmi są GMO…[1]
- Genetycznie zmutowane? – powiedziałem. – Aaa…, no to teraz rozumiem, dlaczego one atakowały ludzi, a nie traktowały ich, jak osobników swojego gatunku.
- Wybitne skurwysyństwo – powiedziała Krystyna z niesmakiem.
- Całkowicie się z panią zgadzam – grzecznie powiedział profesor. – Zważcie jednak państwo i na to, że tego nie zrobili Rosjanie. To nie oni przywieźli i wpuścili tu megalodona.
- No to kto? – zapytała Krystyna.
- Tego właśnie nie wiemy – zafrasował się profesor. – Nikt jak dotąd nie przyznał się do tego, choć tylko jedno państwo – no dwa kraje na świecie dysponują taką techniką, by dokonać tajnie operacji schwytania i przerzucenia megalodona z Pacyfiku do Morza Czarnego.
- Ameryka i Japonia – odpowiedziała Naïs na nieme pytanie Gemmy.
- Hmmm… - jest jeszcze trzecia możliwość – wtrąciłem niespodziewanie.
- Kto? – wszyscy spojrzeli na mnie, jak na wariata. Wymieniłem szybkie spojrzenia z Krystyną i Gemmą.
- Profesorze, co Komitet Dziewiętnastu wie na temat chronomocji? – zapytałem Milczarka. Ten spojrzał na mnie ze zdumieniem.
- Nic – odrzekł.
- No to niech pan rozważy następującą możliwość – powiedziałem ważąc każde słowo – a mianowicie taką, że ktoś mógł opanować technikę przemieszczania materii ożywionej i nieożywionej w czasie i przestrzeni. Ktoś z dalekiej Przyszłości, kto postanowił naprawić genotypy wszystkich istot z naszej planety. Genotypy te zostały zwichrowane przez nieodpowiedzialne grzebanie w genach i zabawy z mutagennymi czynnikami, takimi jak niektóre środki chemiczne czy radioaktywne. Bo w Przyszłości doszło już do tego, że ludzi trzeba było produkować, a nie rodzić w sposób naturalny.
- To jakaś powieść science-fiction? – zapytał profesor.
- No, dajmy na to… - odrzekłem – ale pasująca do znanych faktów i ich ekstrapolacji. Ci ludzie zorientowali się, że trzeba wyeliminować niektóre GMO z biosfery naszej planety i dokonują tego w sposób, który nie wymaga angażowania technicznych eliminatorów GMO – w tym przypadku wystarczy jeden megalodon… - dokończyłem i pociągnąłem potężny łyk ciepławej coli, bo zaschło mi w ustach.

Profesor przyjrzał mi się uważnie.
- Czy pan wie coś, o czym ja nie wiem? – zapytał poważnym tonem.
- Zgaduję – powiedziałem zgodnie z prawdą.
- No cóż, nikt z Komitetu nie bierze na serio takiej możliwości – powiedział to powoli sondując nasze twarze uważnym spojrzeniem.
- Ale zasadniczo rzecz taka jest możliwa? – powiedziałem.
- Być może – odrzekł. – Nie jestem fizykiem, ale mogę zapytać fizyków. OK., a co państwo powiecie na temat tego, co się przydarzyło wam na pokładzie Admirała Masorina? – zmienił temat rozmowy.
Pokrótce opowiedzieliśmy mu także o tym, co tam się zdarzyło.
- Moim zdaniem – zakończyła Krystyna – to miało na celu pozbawienia nas możliwości wykrycia czegoś, co może zagrażać nam bezpośrednio z kosmosu: jakiegoś asteroidu, komety czy jeszcze czegoś innego, co byłoby możliwe do wykrycia tylko przy pomocy EST
- Być może ma pani rację – profesor sposępniał jeszcze bardziej upodabniając się do Davida Nivena – a to oznacza, że czekają nas kłopoty...

Resztę dnia przeleżeliśmy na plaży, a pod wieczór zabraliśmy się na pokład Atlantis MMII. Równo o ósmej wieczorem podnieśliśmy kotwicę i ruszyliśmy wzdłuż brzegów Ukrainy na południe ku Bosforowi.


CDN.




[1] GMO – Genetycznie Modyfikowany Organizm.

wtorek, 20 listopada 2012

Ziemia ojczyzną… UFO?




Irina Szłonskaja

Niemiecki konstruktor Artur Zack w 1939 roku skonstruował AS-6 – samolot ze skrzydłami w kształcie dysku. Ale jego próby były nieudane i Luftwaffe zrezygnowały z tego projektu.
Nieznane Obiekty Latające w każdym roku obserwuje się coraz częściej. Ale dlaczego jesteśmy tak twardo przekonani o tym, że są to pojazdy mający nieziemskie pochodzenie? A może wszystko to jest o wiele bardziej banalne?

Prawda o Incydencie w Roswell

Autorzy znanych w Ameryce wspomnień – byli pracownicy FBI i innych służb specjalnych twierdzą, że: w USA konstruowano podobne latające aparaty obronnego przeznaczenia. Ich opis doskonale pasuje do oświadczeń wielu świadków naocznych obserwacji UFO, a także zdjęć, na których widoczne są latające talerze!
Naoczni świadkowie nierzadko opisywali dziwne urządzenia, podobne do ogromnych parasoli. Taką konstrukcję można zobaczyć na kadrach kronik filmowych z historii awiacji. Samolot-parasol (umbrella plane) został zaprojektowany już w 1911 roku przez amerykańskiego konstruktora Chase’a Voughta. Skończyło się na tym, że Vought zainteresował tym firmę produkującą samoloty, która pod koniec II Wojny Światowej na zlecenie US Navy zbudowała aparat latający Skimmer – eksperymentalny model pionowzlotu, który do złudzenia przypominał klasyczny latający talerz.
Dr Bruce MacCabee w swoim traktacie „UFO i FBI” twierdzi, że pierwsze „prawdziwe” amerykańskie „talerze” pojawiły się w końcu lat 40. Składały się one z jednej lub kilku membran, na które działało kilka impulsowych elektromagnesów. Wszystko razem wyglądało jak kręcący się bączek, który w stanie spoczynku wyglądał jak obrócony spodek.
W działających modelach membrana często nie wytrzymywała wibracji, i to doprowadzało do katastrof. W lipcu 1947 roku, kapitan USAF Jesse Marcell zebrał na polu pod Roswell (NM) kawałki „inteligentnej folii”, które w gruncie rzeczy były kawałkami membrany. I tak właśnie narodziły się pogłoski o słynnym Incydencie w Roswell. Katastrofa rzeczywiście miało miejsce, tylko że w roli „statku kosmicznego” wystąpił zbudowany przy pomocy tajnej technologii „latający spodek” z elektrokinetycznym silnikiem, którego po katastrofie rzecz jasna, postarano się jak najszybciej ukryć przed niepowołanymi oczami.
Ale dlaczego władze nie starały się rozwiać tego mitu o pozaplanetarnym pochodzeniu obiektów i nawet nie starały się zbytnio go zdementować? To oczywiste – większość „spodków” była zbudowana właśnie po to, by móc nielegalnie przelatywać przez granice przestrzeni powietrznej i zajmować się szpiegostwem!
Aparaty napędzane przez impulsowe elektromagnesy były tak ciężkie, że Amerykanie musieli dostarczać je w pobliże celów na pokładach okrętów podwodnych. Stąd właśnie wzięły się relacje o wylatywaniu UFO spod wody. W następnych generacjach tych pojazdów, ich korpusy były wykonywane z piezzoceramitów, a potrzebne wibracje uzyskiwano wskutek efektu piezoelektrycznego. Nowe aparaty miały kształt nie spodków, ale kul, elipsoid i innych brył obrotowych. Ale w czasie lotu otaczało ich pałanie zjonizowanego gazu – ot, i cała tajemnica ich tajemniczego świecenia.

Eskadra specjalnego przeznaczenia

A jak to wyglądało w Rosji? Kilka lat temu opublikowano sensacyjne wspomnienia Michaiła Dubika – byłego inżyniera wojskowego.
W 1946 roku, młodego porucznika Dubika, świeżo upieczonego absolwenta Leningradzkiej Akademii Technicznej Czerwonego Sztandaru  Sił Powietrznych ZSRR skierowali do pracy w szaraszkach – tak nazywano biura konstrukcyjne, w których w czasach Stalina zajmowali się opracowywaniem i rozpracowywaniem różnych technologii represjonowani przedstawiciele naukowej elity kraju. Michaił Juriewicz został skierowany do grupy Meiera.
Na początku lat 30. młody niemiecki konstruktor lotniczy Irman Meier opracował schemat latającego aparatu, którego wygląd zewnętrzny przypominał obróconą miskę, w środku której znajdował się kolisty otwór. Latający talerz mógł być opancerzonym i zawierać uzbrojenie, a ten pancerz był w stanie odeprzeć każdy atak.
W latach 1942-43 konstrukcje Meiera były testowane na poligonie w Peenemünde. Więźniowie ze znajdującego się tam obozu koncentracyjnego opowiadali, że niejednokrotnie widzieli tam „latający blin” podobny do przewrócony do góry dnem spodeczek. W środku dysku znajdowała się przeszklona kabina pilota. Aparat pracował na turboodrzutowych silnikach i osiągał prędkość około 700 km/h. jeden z tych, którzy przeżyli piekło koncentraku opowiadał, że we wrześniu 1943 roku obserwował on jak taki dysk w czasie silnego wiatru obrócił się w powietrzu do góry nogami, spadł na ziemię, zapalił się i wreszcie eksplodował. Technologie były wtedy jeszcze całkiem nierozwinięte…
Wiosną 1945 roku, kiedy waliła się III Rzesza, kierownictwo SS rozkazało zniszczyć wszelką dokumentację tajnych technologii lotniczych i rozwalić konstruktorów. Ale tym ostatnim udało się zbiec, wprawdzie nie na długo, bo zostali ujęci przez Rosjan. Grupa inżynierów na czele z Meierem ukrywała się w winiarni Deuliwag na obrzeżach Berlina. Znaleziono ich i w pełnym składzie wywieziono do ZSRR. Tak więc powstało specjalne biuro konstrukcyjne o kryptonimie 08. Radzieckim władzom też były potrzebne „zdobyczne technologie wojskowe”. Jeńcy nie mieli innego wyboru, jak pracować dla nowych panów. Udało się im przejść samych siebie – wkrótce na świecie pojawił się gigantyczny, dyskokształtny obiekt o średnicy 25 m. Na jego grzbiecie znajdowała się wieżyczka pilota, poza tym był on wyposażony w radary i uzbrojenie artyleryjskie.
Placem ćwiczebnym na którym rozmieszczono bojowe latające spodki był Spitzbergen, skąd było łatwo polecieć nad Amerykę Północną. Dla „przykrycia” tego przedsięwzięcia, w 1948 roku ZSRR zaczął na Spitzbergenie wydobywanie węgla kamiennego. Wraz ze sprzętem wydobywczym, na wyspy zaczęto przewozić także latające dyski. Ich przeznaczeniem była lokalizacja i likwidacja amerykańskich bombowców strategicznych z bronią A na pokładzie, które potencjalnie mogłyby lecieć tutaj w kierunku na Moskwę: na początku cele były wykrywane i lokalizowane przy pomocy radarów, a potem dysk startował w powietrze i zasypywał Amerykanów gradem pocisków. Do tego – dzięki specjalnemu kształtowi i trajektorii ruchu, a także opancerzeniu, latające aparaty były dobrze chronione i amerykańskie bombowce nie mogłyby im zrobić żadnej krzywdy. Teoretycznie eskadra złożona z sześciu spodków była w stanie zestrzelić 100 bombowców.
Na początku, w celu utrzymania rzeczy w tajemnicy, na spodki nie nanoszono żadnych znaków rozpoznawczych. Jednakże 16 lipca 1951 roku, z jednym z takich dysków zetknęła się załoga patrolowego myśliwca z 1619. Pułku Lotniczego Floty Północnej. Namierzywszy w powietrzu nieznany obiekt, dowódca załogi kapitan Pietr Busow niezwłocznie zameldował o tym dowódcy pułku. Kiedy obiekt nieoczekiwanie zmienił kierunek lotu, kpt. Busow wydał rozkaz do ataku, jednakże kilkakrotne strzały oddane do NLO nie odniosły żadnego skutku. A potem Busowowi i jego pomocnikowi por. Iwanczenko rozkazano natychmiastowe zaprzestanie ognia i powrót do bazy. Po tym incydencie na burtach wszystkich pojazdów pojawiły się czerwone gwiazdy.
Jesienią 1952 roku, program testów na Spitzbergenie został wypełniony, i 27 listopada wyszedł rozkaz o sformowaniu 1. Północnej Eskadry Obrony Przeciwlotniczej Specjalnego Przeznaczenia (1. SESN).
Po dojściu Chruszczowa do władzy sytuacja się zmieniła. Nikita Siergiejewicz uważał, że przyszłość należy tylko do rakiet. Talerze zdemontowano zdejmując z nich pancerze i uzbrojenie. Resztę konstrukcji zatopiono u wybrzeży Spitzbergenu, na głębokości około 300 m. Być może leżą one do dziś dnia gdzieś w morskich głębinach…

UFO i masy!

Krasnojarskiemu badaczowi Pawłowi Połujanu udało się zebrać materiały o „ufologicznych” rozpracowaniach technologicznych. Doszedł on do wniosku, że właściwie wszystkie nieznane aparaty latające technogennego pochodzenia w rodzaju „dysków z iluminatorami” są tajnymi ziemskimi maszynami latającymi z przeznaczeniem wojskowym.
Jednym ze źródeł informacji Połujanu stał się mieszkający za granicą niejaki Danko Prijmak, a wedle jego słów pracującym jako główny inżynier w fabryce traktorów w Pawłodarze. Ponoć tam istniała tajna, zamknięta wojskowa fabryczka, w której produkowano elementy konstrukcyjne dla „talerzy”.
Prijmak w swej korespondencji z badaczem opowiedział mu o wielu tajemnicach NLO. Między innymi o wypuszczanych przez NOL-e promieniach, które były efektem zamrażania atmosferycznej pary wodnej pod wpływem obrotowego ruchu wichrowego. To właśnie pod wpływem tego wiru niektóre przedmioty odrywały się od ziemi wraz z talerzem.
No, a jak w takim razie ustosunkować się do kontaktów z ufonautami? Czy był to element dezinformacji służący do przykrycia tajnych wojskowych badań i testów, eksperymenty psychologiczne tychże wojskowych, czy… dowód na istnienie ETI? Osobiście nie odcinam się od tej ostatniej idei. Każdy konkretny epizod wymaga osobnego dochodzenia i oczywiście, nie należy się utwierdzać w przekonaniu, że wszystkie te latające spodki zostały wyprodukowane tylko na Ziemi.

Mój komentarz

Fajnie to wszystko brzmi. Ale jak na mój parszywy gust aż za fajnie. Jest oczywistym, że Rosjanie na pewno pracowali nad latającymi spodkami, ale czy mogli tak lekką ręką, na polecenie genseka zrezygnować z broni ultymatywnej, jaką były latające talerze?

Latające spodki jako broń OPL czy OPB ma same zalety, bowiem są one w stanie przechwycić każdy samolot czy pocisk rakietowy – szczególnie ICBM/SLBM i MRBM w każdym punkcie ich trajektorii, przy czym słowo „przechwycić” należy rozumieć dosłownie. I nie wierzę, by nawet najgłupszy gensek – a Chruszczowa trudno nazwać głupim – zrezygnowałby z systemu takiej OPL, OPB a kto wie, czy nie ASAT i to w czasach, kiedy trwała Zimna Wojna i liczył się każdy punkt przewagi nad przeciwnikami. Nie, takich cudów nie było i nie ma. Przyczyna musiała być inna.

Podejrzewam, że ziemskie latające spodki – o ile takowe skonstruowano – miały jakąś wadę, która dyskwalifikowała je jako środek transportu i broń. I uważam, że ich czułym miejscem, piętą achillesową był napęd. Dlatego też ZSRR i USA lekką ręką zrezygnowały z talerzowatych konstrukcji lotniczych na rzecz czegoś innego: rakiet i super- oraz hipersonicznych samolotów kosmicznych zapewniających możliwość prowadzenia działań wojennych w przestrzeni podorbitalnej i na orbicie.

A latające spodki? – zapytacie – a latające spodki, to są pojazdy, które mogą poruszać się nie tylko w przestrzeni, ale przede wszystkim w Czasie. I one stanowią największą tajemnicę naszych czasów – a właściwie to, kto jest ich konstruktorem i dysponentem. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że nikt mi nie uwierzy, ale w tym kraju to jest przecież oczywiste… - a co jest całkowicie zrozumiałe – ta prawda nie może wyjść na szerokie forum, bo mogłaby być sprzeczna z Ich działalnością na naszej planecie.


Źródło – „Tajny XX wieka” nr 32/2012, ss. 32-33
Przekład z j. rosyjskiego –
Robert K. Leśniakiewicz ©

sobota, 25 sierpnia 2012

Gwiezdne Wrota czy Gwiezdne Wojny? (1)




Każda broń i jej użycie tworzy fakty dokonane i nieodwracalne…

Robert K. Leśniakiewicz


Brytyjski ufolog Darren Perks pisze: Od około 1980 roku, tajna flota kosmiczna nazwana kodowo „Solar Warden”[1] działa bez wiedzy opinii publicznej. Czy jest to nonsens, konspiracja, czy po prostu tak niezwykłe, że może wywołać zamieszki na całym świecie?

To są moje własne słowa po ukończeniu badań tego sekretnego programu. Korzystając z FOIA[2] zapytałem o to DoD[3] w 2010 roku i ku memu zdumieniu otrzymałem via email odpowiedź, w której czytamy:

Jakąś godzinę temu zapytałem rzecznika NASA, który potwierdził, że rzeczywiście istniał taki program i został on zakończony przez prezydenta. On także poinformował mnie, że nie był to połączony program z DoD. Rzecznik NASA powiedział mi, że powinien się Pan skierować w tej sprawie do dyrektora ds. FOIA w Johnson Space Center.   
  
Przesłałem Pańskie pytanie do jednego z naszych oddziałów zajmujących się kosmosem i czekam na odpowiedź z wydziału Dowództwa. Skontaktuję się z Panem, jak tylko dostanę odpowiedź z innego wydziału. Czy NASA odesłała Pana do nas?

Program ten rzeczywiście działa pod osłoną tajności rządu Stanów Zjednoczonych, ale także jest utajniony przez ONZ. Zapewne może się dziwicie, skąd mam takie informacje?

Mamy tutaj także kilku ludzi, którzy bardzo starają się odkryć prawdę i osiągnęli pewne powodzenie wyciągając informacje czy pytając wprost agencji rządowych tak, jak zrobił to Darren Perks z DoD. Jednym z najbardziej znanych jest Garry McKinnon.

Kiedy Garry McKinnon kilka lat temu shakował komputery US Space Command[4], to dowiedział się m.in. o „nieziemskich oficerach” i transferach „z floty do floty” oraz o ultra-sekretnym programie „Solar Warden” – został oskarżony przez bushowski Departament Sprawiedliwości o „największy komputerowy haking wszech czasów” i stanął w obliczu możliwości trafienia do więzienia na 70 lat po ekstradycji z Wielkiej Brytanii.
Ale proces sądowy McKinnona przy otwartych drzwiach mógłby doprowadzić do ujawnienia utajnionych faktów, bo prokurator byłby w stanie przesłuchiwać rządowych oficjeli na temat Kosmicznej Floty. Data ekstradycji McKinnona z Wielkiej Brytanii przesunęła się ad calendas Graecas…

Ponoć McKinnon także znalazł informacje i statkach i pojazdach należących do „Solar Warden”. Mowi się, że mają oni 8 statków-matek[5] (każdy z nich długi jak dwa boiska futbolowe od końca do końca)[6] i 43 mniejsze „statki wypadowe”. Cała ta Solar Warden Space Fleet jest dowodzona przez US Naval Network oraz Space Operations Command (NNSOC) [dawniejsze Naval Space Command]. W bazie tej pracuje ponad 300 osób i ich liczba wzrasta.
Mówi się też, że „Solar Warden” zostały stworzone przez amerykańskie przedsiębiorstwa czarno-projektowe, które kooperują ze swymi analogami z kanady, UK, Włoch, Austrii, Rosji i Australii. Poza tym mówi się, że program ten jest testowany i sterowany z tajnych baz wojskowych takich jak słynny poligon Area 51, NV, USA.

Czy to, o czym napisałem jest zupełnym nonsensem? Nie, nie jest I prawda powoli bo powoli, ale zawsze wyjdzie na wierzch. Wielu ludzi na całym świecie widziało te pojazdy poruszające się w powietrzu czy na pograniczu kosmosu, jakby nie obowiązywały je prawa grawitacji. Czy były one częścią programu „Solar Warden”, wojskowymi pojazdami atmosferycznymi i/albo kosmicznymi, to tysiące ludzi wie, że je widziało.

Moim zdaniem „Solar Warden” jest bardzo prawdziwym i bardzo prawdopodobnym. Tak zatem nie możemy go odrzucić jako kompletnego nonsensu. Oczywiście wszystkie fakty na temat programu i kontrowersje wokół nich są utrzymane w sekrecie.

John Sensitive to doskonale rozumie. Ten program mógłby zmienić świat i nasze poglądy na eksplorację Kosmosu i podróże w nim, tak więc nie ma się co dziwić, że wszystko jest utrzymane w „głębokiej tajemnicy”. Wszystko to powinniśmy trzymać w zakamarkach naszej pamięci. Dziękuję Sheryl Dingman, która przeczytała wywiad z Darrenem Perksem ze strony www.ufoshropshire.co.uk.





  
Od Edytora:

Słyszałem podobne historie, które jak się wydaje, mają ziarno prawdy. Komandor Graham Bethune, który był przełożonym pilotów kilku admirałów opowiedział mi podobną historię i dodał, że mamy swe bazy na Księżycu i na Marsie. Historia ta była podobna do serialu TV pt. „Stargate SG-1” i jego sequeli. Kilka typów statków kosmicznych wyprawiono w późniejszych sezonach z misjami od Ludzkości na inne planety właśnie poprzez Stargate – Gwiezdne Wrota. Przypominam, że Gwiezdne Wrota są narzędziem Obcych, które znaleziono na Ziemi, a które umożliwia podróżowanie poprzez Uniwersum do innych planet na których znajdują się takie same Gwiezdne Wrota połączone ze sobą kontrolowanymi korytarzami poza-przestrzennymi zwanymi wormholes. Część z tych kosmicznych ras jest wroga wobec Ziemian i zamierza osiągnąć galaktyczną dominację, ale wybudowane kosztem bilionów dolarów amerykańskie statki kosmiczne są odpowiedzią na to możliwe zagrożenie.

Ziemianie budują swoje myśliwce kosmiczne i ogromne statki-matki (zwane awiomatkami) w oparciu o technologie Obcych. Planami tych pojazdów podzielono się z Rosjanami. Pierwszym takim statkiem latającym zbudowanym przez Ziemię jest F-302, niewielki, dwumiejscowy pojazd podobny do zwykłego ziemskiego samolotu. Później Ziemianie skonstruowali międzygwiezdne krążowniki bojowe, takie jak krążownik Daedalus.

Czy możliwe jest, że seria ta jest oparta o tajemnicze informacje? Takie filmy jak „Hangar nr 18” i seriale TV były finansowane przez rząd w celu edukowania Ludzkości. Dyrektor od „skunksiej roboty” koncernu Lockheed  - Ben Rich twierdzi, że zbudowaliśmy pojazd, który może zawieźć ET do domu. Oczywiście pytanie brzmi, dlaczego wydano biliony na siły zbrojne w Kosmosie?

Serial „Stargate” ma swe podobieństwa do systemów Wojen Gwiezdnych zaproponowanych przez prezydenta Ronalda Reagana. W jego mowie z dnia 23 marca 1983 roku, ogłosił on:


Wzywam naszą społeczność naukową, która dała nam bronie jądrowe, by zwróciła swe wielkie talenty by doprowadzić Ludzkość do światowego pokoju: by dała nam środki które spowodują to, że te bronie jądrowe staną się bezsilne i nieszkodliwe. I do tego zdumiewające oświadczenie – on także zaproponował podzielenie się technologią z Sowietami. 
  
Program Wojen Gwiezdnych stał się największym i najdroższym programem badawczo-rozwojowym nad bronią i pochłaniał 8,5 mld USD z Budżetu Państwa w ciągu roku. Chociaż, jak to się mówiło, SDI/NMD był zaprojektowany by niszczyć nadlatujące głowice jądrowe, byłby to jednak efektywny system ochrony Stanów Zjednoczonych przed UFO, co Reagan nadmienił kilkakrotnie przy wielu okazjach. W 1984 roku, SDIO[7] została powołana do życia, w celu wprowadzenia do realizacji programu SDI, który był prowadzony przez gen.-por. Jamesa Alana Abrahamsona[8] z USAF, w przeszłości dyrektor programu NASA Space Shuttle. Początkowo program był nastawiony tylko i wyłącznie na przełamanie radzieckiego kontruderzenia nuklearnego. Jest możliwe, że dawni wrogowie stali się ponownie aliantami. Oświadczenie prasowe US Navy twierdzi, że 10. Flota jest oskarżana o „planowanie i wykonywanie operacji kosmicznych” i „misje krzyżujące działania w domenach cybernetycznej, elektromagnetycznej i kosmicznej”.





Czy siły zbrojne Obcych nie są już wśród nas?                 

Prezydent Reagan oświadczył w swym wystąpieniu na 42. Sesji Zgromadzenia Ogólnego ONZ w dniu 21 września 1987 roku, co następuje: W naszych obsesyjnych antagonizmach w pewnym momencie, często zapominamy o tym, jak bardzo łączy nas to, ze jesteśmy członkami Ludzkości. Być może potrzebujemy pewnego uniwersalnego zagrożenia, które zmusi nas do zrealizowania powiązania nas wszystkich i jedności. Czasami myślę sobie, jak szybko zniknęłyby wszystkie różnice pomiędzy nami, gdyby Ludzkość stanęła w obliczu obcego zagrożenia spoza Ziemi. I teraz chcę was zapytać: CZY SIŁY ZBROJNE OBCYCH NIE SĄ JUŻ POMIĘDZY NAMI?

Tylko kilka osób zna odpowiedź twierdzącą, że siły zbrojne Obcych są już na naszej planecie. Reagan otrzymywał regularne meldunki wywiadów o obserwacjach i aktywności UFO, w tym o lądowaniach NOL-i.
Tymczasem Michaił Gorbaczow oświadczył w audycji radiowej „Che Tempo Che Fa” w Kanale RAI 3 Włoskiego Radia, w dniu 29 października 2006, co następuje:

Pamiętam, jak w czasie spaceru po ogrodzie willi, gdzie się spotkaliśmy, prezydent Reagan zatrzymał się i rzekł – „Ale niech mnie pan posłucha, panie przewodniczący Gorbaczow. GDYBYŚMY ZOSTALI ZAATAKOWANI Z KOSMOSU, CZY POSZLIBYSMY WALCZYĆ RAZEM? CZY POŁĄCZYLIBYŚMY SWE SIŁY?
A ja odpowiedziałem mu – „Nie wiem, o czy pan myśli o tym, ale proponuję pójść razem, i połączyć siły.
[Aplauz słuchaczy]

Tymczasem USAF ogłosiły, że X-37B usiadł na pasie w Vanderberg AFB po wykonaniu swej operacji w kosmosie. Wylądował on w dniu 15 czerwca 2012 roku, po rocznym pobycie na orbicie. X-37B zszedł z orbity i wylądował kończąc fazę demonstracyjną swego programu i zaczynając fazę przeglądowo-naprawczą swej misji.

CDN.



[1] Dosł. „Słoneczny Inspektor”.
[2] Freedom of Information Act – Ustawa o wolności informacji.
[3] Departament of Defence – Departament Obrony USA.
[4] Dowództwo Sił Kosmicznych USA.
[5] Mothership.
[6] Czyli ok. 220 m.
[7] Strategic Defense Initiative Organization – Organizacja Inicjatywy Obrony Strategicznej.  
[8] Polski odpowiednik: generał broni.