Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bronie antysatelitarne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bronie antysatelitarne. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 4 listopada 2019

„Głowa Kassandry” istnieje naprawdę!




[Głowa Kassandry?] Jeżeli w ogóle istnieje! Wszyscy poszaleliście na Jej punkcie. Kto ją w ogóle tak nazwał? Kto dziś potrafi powiedzieć, skąd wzięła się jej legenda? Przecież to mit! Mit, który jest chyba potrzebny temu światu, bo za mało miał strachu. Wszystkim, którzy tu przylatują lub przyjeżdżają, mówię to samo. Głowa Kasandry nie istnieje! To jest produkt chorej wyobraźni tych z lasów i chyba ptaków, bo nie wiem, kto inny mógłby roznieść tę legendę po wszystkich kontynentach w sytuacji, gdy wiadomości o skupiskach ludzkich nie przenikają z jednej okolicy do drugiej.


trojańska wyrocznia otrzymała prezent 97456164589165487456123124496567478951232116584896598416544335664798215454551 kiedy słońce zajdzie 7400072133 prezent zostanie odesłany 033020224. adresat nieznany. pozdrowienia dla pana boga 034291.

Marek Baraniecki – „Głowa Kassandry”


Jason Torchinsky


Sowiety naprawdę skonstruowali prawdziwe Narzędzie Końca Świata w latach 80-tych ubiegłego wieku i Rosjanie nadal je mają!

Wszyscy widzieli film pt. „Dr Strangelowe czyli jak przestałem się martwić i pokochałem bombę”, co oznacza, że wszyscy znają generalną ideę narzędzi Końca Świata: jeżeli oni zniszczą nas, my zniszczymy ich i nieważne jak. Koncepcja automatycznego systemu gwarantującego nuklearne kontruderzenie w przypadku atomowego ataku na nasz kraj, stanowił część kolektywnego nuklearnego koszmaru przez dziesięciolecia. Jednakże była to nie tylko koncepcja. Takie narzędzie istnieje realnie i znane jest pod mrożącym krew nazwaniem Martwa Ręka.

Dla zabawy, a właściwie, cokolwiek jest to diametralne przeciwieństwo „zabawy”, zastanówmy się, do czego służy takie urządzenie. W przypadku ataku nuklearnego na dany kraj urządzenie Dnia Ostatecznego ma na celu rozpoczęcie energicznego odwetowego ataku nuklearnego na atakującego, niezależnie od tego, czy ktoś został przy życiu w zaatakowanym kraju, aby go wykończyć.

To w pełni automatyczny system; nie można go zmienić ani wyłączyć. Aktywuje się tylko wtedy, gdy upewni się, że wszyscy u władzy (to słowa kluczowe - wszyscy u władzy) nie żyją. Istotą takiego systemu jest sprawienie, by cały biznes związany z wojną nuklearną w ogóle wydawał się daremny i bezsensowny.

Nawet jeśli odpalisz pociski pierwszego uderzenia, to urządzenie zagłady gwarantuje, że wszelkie zwycięstwa odniesione w wyniku początkowego aktu agresji będą puste, ponieważ ty też nie żyjesz. Jest to sposób na zagwarantowanie „wzajemnie gwarantowanej destrukcji”, która jest procesem utrzymywania pokoju - każdy z bronią nuklearną musi pomyśleć kurwa, nie warto.


Jedyne Narzędzie Dnia Ostatecznego o której wiemy, że istnieje powstało około roku 1985 i się nazywa Система «Периметр» czy jak kto woli System Perymetr. Bardziej popularnie nazywa się to właśnie Martwą Ręką.

Powód, dla którego Sowieci zdecydowali się zbudować system Martwej Ręki, w ogóle miał związek z postępami w amerykańskiej technologii rakietowej w latach 80. Przed tymi postępami oczekiwano, że wojna nuklearna zostanie początkowo stoczona międzykontynentalnymi pociskami balistycznymi (ICBM). Zasadniczo są to rakiety podorbitalne, które zrzucają na wroga głowice nuklearne na całym świecie.

Typowe ICBM są wykrywalne, i kraj-cel ma generalnie 30-minutowe ostrzeżenie, dostatecznie dużo czasu na wystrzelenie odwetowe swoich rakiet, co w rezultacie daje opłakane efekty i żadna ze stron nie ma z tego żadnych korzyści, a obie zostają zniszczone. (I skażone.)

Jednakże w latach 80., Amerykanie osiągali coraz lepszą celność swoich podwodnych systemów rakietowych (SLBM) co oznacza, że mogli oni wymierzyć precyzyjny nuklearny cios z pobliża ZSRR, skracając czas ostrzeżenia do ok. 3 minut, czas zbyt krótki do wyprowadzenia nuklearnego kontrataku.

Oznaczało to, że równowaga została zachwiana, i teraz była faktyczna zachęta do amerykańskiego pierwszego uderzenia, przynajmniej teoretycznie. Sowieci potrzebowali jakiegoś sposobu, aby upewnić się, że zniszczenie będzie wzajemnie zapewnione, i tam właśnie pojawia się urządzenie zagłady Martwa Ręka.

System Martwa Ręka/Perymetr początkowo był tylko systemem zapasowym do komunikacji w sytuacjach awaryjnych, ale został rozszerzony, aby zapewnić w pełni automatyczną funkcję kontrowania. Sercem systemu jest tak zwana rakieta dowodząca.

Rakietą dowodzenia była rakieta 15PO11 z odpornym na promieniowanie nadajnikiem radiowym zamiast nuklearnej głowicy jądrowej. Rakieta zostałaby wystrzelona ze specjalnego, dokładnie zabezpieczonego silosu, i w locie nadajnik rakiety zastąpiłby całą przypuszczalnie zniszczoną komunikację naziemną, wysyłając polecenia do urządzeń odbiorczych na wszystkich lądowych pociskach balistycznych, wyrzutniach okrętów podwodnych i samolotach bombowych. Polecenia wydane z rakiety dowodzenia do broni i instalacji nuklearnych doprowadziłyby do przeprowadzenia uderzenia odwetowego na wcześniej określone cele.

Oczywiście wszystko to wydarzy się dopiero po ustaleniu, że miał miejsce pierwszy atak przeciwko terytorium ZSRR. Do ustalenia, czy powinien nastąpić kontratak, zastosowano autonomiczny system dowodzenia i kontroli, a cały system jest nawet aktywowany tylko wtedy, gdy człowiek wysokiej rangi zdecyduje się go włączyć, najlepiej na długo przed faktycznym atakiem nuklearnym.

Rakieta dowodzenia

W ogóle, to system ten byłby aktywowany w czasie narastającego napięcia pomiędzy ZSRR a USA. Po aktywacji system pozostaje uśpiony, dopóki nie zostanie spełniony zestaw kryteriów. Kryteria te zostały opisane dla „Wired” przez ex-płk Walerego Jarynicza, i inne źródła w 2009 roku:

... zacznie monitorować sieć czujników sejsmicznych, promieniowania i ciśnienia powietrza pod kątem oznak wybuchu jądrowego. Przed rozpoczęciem jakiegokolwiek uderzenia odwetowego system musiał sprawdzić cztery propozycje „jeżeli/to”: Jeśli zostanie włączony, wówczas spróbuje ustalić, czy broń nuklearna uderzyła w sowiecką ziemię.

Warto opisać, skąd Martwa Ręka wiedziałaby, gdyby broń A uderzyła w sowiecką ziemię. System miał sieć czujników do wykrywania zaburzeń sejsmicznych zgodnych z uderzeniem nuklearnym (broń A, H czy N), mógł sprawdzać poziomy promieniowania, monitorował komunikację i intensywność komunikacji na wojskowych częstotliwościach radiowych i mógł być w stanie ustalić, czy ludzie nadal żyją na różnych stanowiskach dowodzenia.

Gdyby się tak wydawało, system sprawdziłby, czy pozostały jakiekolwiek łącza komunikacyjne z Głównym Stanowiskiem Dowodzenia (GSD) radzieckiego Sztabu Generalnego. Gdyby tak zrobili i gdyby minęło trochę czasu - prawdopodobnie od 15 minut do godziny - bez dalszych oznak ataku, maszyna zakładałaby że urzędnicy, którzy mogą nakazać kontratak i zamknąć nadal żyją. Ale gdyby linia do GSD została zerwana, Perimeter wywnioskowałby, że nadeszła nuklearna Apokalipsa. Natychmiast przekazałby uprawnienia do odpalenia każdemu, kto w tym momencie obsługiwał system głęboko w chronionym bunkrze - pomijając wszelkie szczeble i szczeble normalnych uprawnień dowodzenia.

Tak więc, jeśli zostały spełnione odrębne warunki „jeżeli/to” - gdyby pocisk jądrowy uderzył w sowiecką ziemię, czy istniałoby łącze komunikacyjne z radzieckim GSD (jeśli tak, to od 15 minut do godziny), a jeśli linia komunikacyjna do dowodzenia była lub została przerwana, wtedy jeden biedny drań uwięziony w kulistym podziemnym bunkrze mógł uruchomić pełną moc nuklearną państwa radzieckiego.

Jest to złożony system, a obraz w głowie możesz uzyskać, gdy pomyślisz o Urządzeniu Końca Świata jako o jakiejś dużej metalowej kuli z rurami, wężami i światłami, powoli wydzielającej parę, jest prawie na pewno niedokładna. Martwa Ręka to duża, skomplikowana sieć połączonych ze sobą systemów. Większość źródeł uważa, że system Perimeter nadal istnieje i nadal działa. Istnienie systemu było utrzymywane w tajemnicy przez lata i zostało szeroko ujawnione dopiero po upadku Związku Radzieckiego w artykule redakcyjnym „New York Times” z 1993 roku autorstwa Bruce'a Blaira:

     W prawdziwym kryzysie nuklearnym rakiety komunikacyjne/dowodzenia wystrzeliwane automatycznie drogą radiową przekazywałyby rozkazy rakietom nuklearnym w Rosji, na Białorusi, w Kazachstanie i na Ukrainie. Maszyna Zagłady Świata odpala ogromną salwę tych rakiet bez udziału lokalnych załóg. Dowódcy broni w terenie mogą zostać całkowicie ominięci.

Może się to wydawać sprzeczne z intuicją budzącego strach celu urządzenia zagłady, jak to zostało zapamiętane w tej słynnej scenie z dr Strangelove’a:

Jeśli chcesz, aby Urządzenie Końca Świata działało jako sposób na przestraszenie potencjalnych atakujących, aby cię nie atakowali, muszą wiedzieć, że urządzenie istnieje. Tajemnica sprawia, że cały punkt jest dyskusyjny. To znaczy, chyba że przeznaczenie urządzenia nie jest tak jasne, jak mogłoby się wydawać.

Martwa Ręka jak się okazuje, mogła nie być przede wszystkim środkiem odstraszającym przeciwko Amerykanom przeprowadzającym atak nuklearny przeciwko Sowietom, ale była raczej sowieckim zabezpieczeniem, aby zapobiec niepotrzebnemu atakowi nuklearnemu.

To działało właśnie tak: system Perimeter, zapewniając gwarancję zemsty, pozwolił ludziom odpowiedzialnym za podjęcie decyzji o rozpoczęciu wojny nuklearnej lub nie, co dziwne, nieco się zrelaksował i nie spieszył się z decyzjami.

Martwa Ręka była ochroną. Po aktywacji systemu radzieckie kierownictwo wiedziało, że jeśli gówno trafi w wentylator, wróg dostanie to, co do nich przyjdzie. Jeśli zostanie odebrany sygnał, który wygląda jak atak nuklearny, zamiast przeskakiwać do najgorszego możliwego zakończenia tak szybko, jak to możliwe, Martwa Ręka pozwala przywódcom zyskać czas i ocenić wszystko, a ich ewentualna zemsta i tak będzie zapewniona.

Rysunek przedstawiający ewolucję SLBM Trident II

W ten sposób sygnał, który wyglądał jak pociski rakietowe, ale w rzeczywistości był stadem gęsi, mógł zostać właściwie oceniony, a po ustaleniu Martwą Rękę można było wyłączyć, a z gęsiami można było poradzić sobie za pomocą zwykłej broni. Jak powiedział Jarynicz do „Wired”:
- Właśnie dlatego mamy ten system. Aby uniknąć tragicznego błędu.

Tak o dziwo, urządzenie zagłady zbudowane przez Sowietów mogło być najlepszą rzeczą, jakiej mogliśmy się spodziewać. Zamiast urządzenia zagłady, Martwa Ręka naprawdę działa, bardziej jak dziwny rodzaj niszczącej świat maszyny białego szumu, uspokajający reakcyjnych ludzi, którzy są w stanie zniszczyć cywilizację jednym źle przemyślanym rozkazem.

W tym kontekście, być może jest lepiej, że Rosjanie prawdopodobnie nadal mają to urządzenie o przerażającej nazwie. Choć to dziwne, być może wszyscy powinniśmy być wdzięczni za to rosyjskie urządzenie zagłady.


Moje 3 grosze


Pozwoliłem sobie zmienić tytuł artykułu Torchinsky’ego, bowiem sprawa istnienia systemu Martwej Ręki nie jest wcale taka tajemnicza, jakby to się mu wydawało i mówiło się o niej już w latach 80-tych, w samym apogeum Zimnej Wojny. Pamiętam jak czytałem o tym informacje z prasie zagranicznej – oczywiście nazywało się to inaczej, czy na odprawach służbowych i szkoleniach. Brzmiało to wszystko jak sci-fi, ale coś musiało być na rzeczy…

Pisali o tym także polscy pisarze-fantaści, że wspomnę nowelę Marka Baranieckiego pt. „Głowa Kassandry” (KAW, Warszawa, 1985) w której po zniszczeniu stanowisk dowodzenia wojnę nuklearną prowadziły automatyczne systemy oraz powieść Roberta F. Strattona vel mjr Wiesława Górnickiego (NB jednego z najbliższych doradców gen. Wojciecha Jaruzelskiego) – „Czas nietoperza” (MON, Warszawa, 1988), w której przedstawiono właśnie działanie takiego właśnie systemu Martwej Ręki w USA.

Oczywiście naiwnością byłoby sadzić, że w USA nie było i nie ma takiego systemu. Oczywiście był i nadal jest – na tym właśnie opiera się strategia odstraszania i właśnie przeciwko takiemu systemowi z tej drugiej strony był i jest wymierzony cały reaganowski system SDI/NMD. Jeden z jego elementów ma powstać w Polsce i można założyć, że Rosjanie zrobią wszystko, by nie powstał – czemu zresztą trudno się dziwić. W przypadku III Wojny Światowej pierwsze uderzenie pójdzie na Polskę – właśnie dlatego, że na jej terytorium będą amerykańskie instalacje antyrakietowe i antysatelitarne. Dlatego właśnie Polska to karta bita, bez względu z której strony ta wojna nadejdzie…    


Przekład z angielskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz

niedziela, 22 kwietnia 2018

Rheinbote: Pierwsza antyrakieta?


Pierwsza z hitlerowskich broni odwetowych - odrzutowy pocisk A-2/V-1 w locie...

Pisząc opracowanie na temat niemieckich broni odwetowych - Vergeltungwaffen, zwanych także „cudownymi” - Wunderwaffen, - natrafiłem także na poligon w Łebie – Rąbce, gdzie w czasie II Wojny Światowej pracowano nad silnikami rakietowymi i rakietowymi pociskami przeciwlotniczymi – klasy ziemia–powietrze.

We wrześniu 2012 roku wreszcie udało mi się pojechać do Rąbki, gdzie zwiedziłem Muzeum Wyrzutni Rakietowych. Tak to opisałem w swym dzienniku:


27.IX.2012 r. – Deszcz w cieniu rakiet

Dzisiaj odpoczynek od Fokarium, więc pojechałem do Muzeum Wyrzutni Rakietowych w Rąbce k./Łeby. W ogóle dowiedziałem się o jego istnieniu od red. Marka Rymuszko z „Nieznanego Świata”. Muzeum, to za wiele powiedziane. Cztery pawilony, z czego jeden to bunkier startowy, jeden z cegły, a pozostałe dwa to zwyczajne baraki z falistej blachy. W bunkrze dowodzenia znajduje się ekspozycja fotogramów z dziejów Łeby i okolic, a ponadto wyświetlany jest film o wyrzutniach kierowanych radiem pociskach rakietowych Rheintochter 1 – 3 oraz Rheinbote. W barakach znajduje się ekspozycja fotograficzna dotycząca różnych typów rakiet i hitlerowskich broni odwetowych, w tym rakiet Aggregat-4 znane jako V-2. Poza tym jeszcze modele radzieckich rakiet plot.
W głównym baraku montażowym znajduje się ekspozycja polskich rakiet meteorologicznych Meteor, które… no właśnie – które były takie dobre i miały takie osiągi, że nasi „przyjaciele” z Paktu Warszawskiego zlękli się ich możliwości i wydali zakaz dalszych doświadczeń i prac nad nimi. Z tego, co tam napisano wynika bowiem, że rakiety te potrafiły latać do granic atmosfery, czyli do pułapu 100 km. Co to oznacza? Ano to, że byłaby to doskonała broń przeciwlotnicza i przeciwbalistyczna, przy której rosyjskie systemy S-300 czy amerykańskie Patrioty, to złom. Wystarczyło głowice z aparaturą badawczą zamienić na głowice bojowe i…
No i właśnie Rosjanie bali się tego „i”. A szkoda, że prac nad nimi nie prowadzono, bo w tej chwili mielibyśmy takie rakiety, o których systemy zabijaliby się zaopatrzeniowcy wszystkich armii świata. ale jak zwykle – debilizm, włazidupstwo i sprzedajność polskich polityków wzięła górę nad racją stanu i interesem kraju. Nie po raz pierwszy, nie po raz ostatni.
Słowo jeszcze o niemieckich rakietach. Muszę przyznać, że były pomysłowe i diabli wiedzą, do czego Niemcy by doszli, gdyby nie Sprzymierzeni i praca polskiego wywiadu? Dla mnie taka rakieta jak Rheinbote nie jest wcale pociskiem balistycznym (w maleńkiej głowicy mieści się co najwyżej 100 kg TNT) ale – ze względu na swe osiągi: prędkość i wysokość lotu – idealnym przeciwpociskiem służącym do rażenia szybkich celów powietrznych w rodzaju V-2 czy może nawet pojazdów Haunebu… Nie zdziwiłbym się, bowiem Niemcy opracowując miecz, musieli również stworzyć tarczę – system będący w stanie przechwytywać pociski rakietowe w rodzaju V-2. Zapewne zdawali sobie sprawę – szczególnie po utracie egzemplarza, który spadł w Szwecji – że ich sekrety zostały ujawnione i Alianci opracowywali swój wariant tej broni. Na pewno pracowali nad nim Rosjanie, którzy – na prośbę Churchilla – zajęli niemieckie poligony V-2 w Sarnakach i Pustkowie-Bliźnie. Tak zatem w Łebie-Rąbce Niemcy z całą pewnością pracowali nad swoim wariantem współczesnej tarczy antyrakietowej. Wojny gwiezdne wcale nie zaczęły się za prezydentury Reagana w 1980, ale już w 1943 roku na wybrzeżu Bałtyku!
Obiekt ten zwiedzałem z parą niemieckich emerytów z Koblencji, z którymi – o dziwo – można się było dogadać po angielsku, którym władali zupełnie nieźle. Musieli być z branży, bo byli bardzo oblatami w sprawach rakiet i astronautyki. Może ich rodzice tutaj pracowali…? (zob. http://wszechocean.blogspot.com/2012/10/podroz-uczona-na-hel-12.html)


Tak jest – mogę uogólnić, że o wojnach kosmicznych zaczęto marzyć już od chwili, w której pierwsza nowoczesna rakieta wzbiła się w niebo. Ale nie o to tu chodzi, a o pociski rakietowe kasy ziemia-powietrze Rheintochter i Rheinbote, które testowano na poligonie w Łebie-Rąbce.

Pocisk plot. Rheintochter R-1 na stanowisku startowym...
...po odpaleniu...
...i oddzieleniu się boostera

O ile pociski Rheintochter-R1 i Rheintochter-R3 (wersje R3P na paliwo stałe i R3F na paliwo ciekłe) były klasycznymi niekierowanymi pociskami rakietowymi klasy ziemia-powietrze, to pocisk Rheinbote stanowi dla mnie kompletną zagadkę. Pisze się o nim, że był to pocisk balistyczny klasy ziemia-ziemia, przeznaczony do atakowania celów wielkopowierzchniowych takich jak miasta czy zgrupowania wojsk. Była to czterostopniowa rakieta, której piątym stopniem była głowica bojowa – granat kalibru 200 mm i o masie 25 kg zawierający trialen[1], o zasięgu maksymalnym 160 km. W czasie swego lotu pocisk osiągał prędkość Ma 4,01 i pułap 78 km…

Pocisk plot. Rheintochter R-3 

Czy to nie jest zastanawiające, że czegoś takiego używano od ostrzeliwania miast czy zgrupowań wrogich wojsk? Mnie to wydaje się co najmniej dziwne. 200-milimetrowy granat to nie jest nic takiego wielkiego, nawet jeżeli jest załadowany trialenem. Jego trafienie może rozwalić bunkier czy jakiś czołg, ale nic więcej. Nawet jeżeli czynnikiem rażącym jest rozlot odłamków, to może wyeliminować z placu boju kilku żołnierzy, ale i to wszystko. Przy szybkostrzelności wynoszącej 1 pocisk na godzinę ostrzał traci sens nawet, gdyby to miało być terrorystyczne bombardowanie Londynu czy Antwerpii – jak to miało miejsce w przypadku odrzutowych pocisków niekierowanych Fi-103 A-2/V1 czy rakietowych pocisków balistycznych krótkiego zasięgu - SRBM A-4/V-2. Przede wszystkim ich payload wynosił niemal tonę konwencjonalnego materiału wybuchowego (Amatol-40, TNT), którego eksplozja powodowała większe szkody nawet przy CEP wynoszącym od 6400 do 1400 m.[2]

Sytuacja zmienia się, jeżeli do niewielkiego w sumie granatu w głowicy będącej zakończeniem III stopnia rakiety dołączymy urządzenia umożliwiające dokładne wycelowanie i naprowadzanie jej na cel. Tylko jaki to mógł być cel? Oczywiście mógł to być cel naziemny czy nawodny, a nawet podwodny, ale osiągi Rheinbote predestynują go przede wszystkim do zwalczania celów powietrznych. Prędkość 1,33 km/s to jest proszę ja kogo prędkość rzędu Ma 4,01. Maksymalna prędkość najszybszych ówczesnych samolotów tłokowych P-51 Mustang wynosiła 700 km/h, zaś prędkość samolotów odrzutowych Me 262 Schwalbe nawet 900 km/h, na pułapie operacyjnym 6000 m n.p.m. prędkość powyżej Ma 4 osiągały tylko rakiety V-2.


Poza tym V-2 były jedynymi urządzeniami technicznymi, które były w stanie dolecieć do magicznej granicy Kármána i wzniosły się na wysokość 189 km – na samo przedproże Kosmosu – to tylko 11 km od LEO![3] No i były niewykrywalne, a przed ich uderzeniem nie było żadnego ostrzeżenia. Tak było, ale czy tak do końca?

W czasie wojny w trakcie swych prób nad bronią rakietową Niemcy utracili kilka egzemplarzy odrzutowych pocisków Fi-103 i kilka rakiet V-2, które udało się wywieźć ze Szwecji i Polski do Anglii oraz USA i tam rozszyfrować ich konstrukcję, a potem zbudować swoje własne – już ulepszone. Niemcy o tym wiedzieli i dlatego musieli temu przeciwdziałać. Poza tym Niemcy doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że pracujący nad bronią atomową Amerykanie byliby w stanie umieścić tonowy ładunek nuklearny w głowicy ichniego odpowiednika V-1 i odpalić go w kierunku Berlina. Wiedzieli bowiem, że coś takiego jest możliwe – wszak przetestowali swoje głowice nuklearne o niewielkiej mocy – do 10 kt TNT na Rugii, w okolicach Homla na Białorusi i Ohrdruf k./Gotha (Turyngia).

Mając taki miecz naziści musieli zadbać o tarczę. I takim środkiem przeciwdziałania stały się pociski, a właściwie przeciwpociski albo jak kto woli - antyrakiety Rheinbote.

Rakietowy pocisk plot. Rheinbote...
...jego start z ruchomej wyrzutni...
...i potencjalny cel - SRBM A-4/V-2

Cały problem był nie w ich sterowaniu, to rozwiązano, ale w precyzyjnym naprowadzeniu na nieduży cel poruszający się z dużą prędkością. Częściowo sprawę załatwiał radar, który Niemcy opracowali nieco później, niż Anglicy, ale mieli już dostatecznie precyzyjny, by śledzić lot pocisków V-2. Reszta była już prosta: po zbliżeniu się do celu zapalnik zbliżeniowy detonował granat. Eksplozja rozrywała go siejąc odłamkami wokół. Trafienie dużym odłamkiem w obiekt poruszający się w atmosferze z prędkością  Ma 4 wystarczyło, by go unieszkodliwić…

Gdyby Niemcy mieli więcej czasu i nad tym jeszcze popracowali, to obawiam się, że Rheinboten nie poleciałyby na miasta, ale stały na straży nieba III Rzeszy jako obrona przed angielskimi i radzieckimi odpowiednikami pocisków V-2 i dalszych. Szczególnie wziąwszy pod uwagę to, że tamte pociski mogły już być uzbrojone w normalne głowice A. Niemcy na razie mogli tylko przenosić „brudne” bomby A.[4] Przeszkodą była masa takiego „urządzenia nuklearnego”, która wahała się w granicach 5 ton. Ale Niemcy byli mistrzami ersatzów, i jak już to wiemy, przetestowali niewielkie, taktyczne ładunki jądrowe o mocy do 10 kt – wystarczające do unieszkodliwienia miasta czy zgrupowania okrętów albo czołgów. Wszak amerykańskie bomby A z tego okresu były niewiele silniejsze i ich moc określano na 15-20 kt.

Tak więc potrzebny był środek do przeciwdziałania temu zagrożeniu. I dlatego musiał pojawić się Posłaniec Renu. Na szczęście w czasie II Wojny Światowej nie użyto na Europejskim Teatrze Działań Wojennych broni atomowej. Obawiam się, że w przeciwnym wypadku skończyłoby się to nuklearną masakrą i kontynent stałby się radioaktywną pustynią, a cały świat pogrążyłby się w postnuklearnym chaosie, tak sugestywnie opisanym przez Nevila Shute’a w powieści „Ostatni brzeg” (1957). Wtedy, w latach 40 XX wieku, ludzie jeszcze niezbyt zdawali sobie sprawę z mocy i ekologicznych efektów użycia takiej broni.


Zob. także:
1.      Antologia – „Wyrzutnia rakiet Rąbka”, wyd. Mirosław Nastały, 2001



[1] Jest to mieszanina materiałów wybuchowych: 15% RDX (hexogenu), 70% TNT (trotylu) i 15% pylistego glinu (Al).
[2] Circular Error Probable, CEP – miara celności broni rakietowej w badaniach nad militarnymi zastosowaniami balistyki, używana jako współczynnik w określaniu prawdopodobieństwa zniszczenia celu. Jest to określony w metrach promień okręgu, wewnątrz którego zakończy swój lot 50% wycelowanych w środek okręgu pocisków rakietowych (Wikipedia).
[3] Low Earth Orbit – niska orbita wokółziemska.
[4] Chodzi o bomby z niewielkim ładunkiem wybuchowym w otulinie z radioizotopu o krótkim T1/2 – np. 60Co. Eksplozja rozrywała bombę, która rozsiewała radioaktywny ładunek na znacznej powierzchni wrogiego kraju, która to powierzchnia stanowiła „strefę śmierci” przez jakiś czas.