"Latająca bomba" Fi-103/A-2/V-1 na rampie startowej
Iwan Barykin
Brytyjscy lotnicy
polujący nad morzem na atakujące Londyn pociski odrzutowe Fi-103/A-2/V-1,
podlatywali tuż do lecącego pocisku, wsuwali skrzydło swego samolotu pod
skrzydło „latającej bomby” i szybkim ruchem podważali je do góry, od czego V-1
waliły się w morze.
O tym, że w lipcu
1944 roku, lotnictwo 3. Frontu Przybałtyckiego zbombardowało pola startowe
rakiet A-4/V-2 pod Pskowem, w serwisach Sowinformbiuro nie informowało, chociaż to właśnie uratowało
Leningrad przed uderzeniem ten broni odwetowej Hitlera. Radzieckiemu wywiadowi
udało się przeniknąć plany niemieckiego dowództwa. Poza północna stolicą
zamierzano zaatakować rakietami Moskwę i co większe zakłady przemysłowe w
Kujbyszewie, Czelabińsku, Magnitogorsku i innych miastach ZSRR.
Rakiety V na
Pałac Zimowy
Jak opowiedział w
czasie kolejnego przyjazdu do Wołgogradu mój stary znajomy były
SS-Obersturmbannführer Walter Schulke
(któremu pomogłem odnaleźć mogiłę stryja, który zginął tam w 1942 roku pod
Rossoszkami – zob: http://wszechocean.blogspot.com/2013/03/kod-antarktydy.html, http://wszechocean.blogspot.com/2012/02/nlo-nad-stalingradem.html, http://wszechocean.blogspot.com/2013/09/slady-hitlerowcow-wioda-do-patagonii.html i in.), geodezyjny
batalion SS, gdzie był on oficerem, przygotowali do wyjazdu do Pskowa. Tam były
już przygotowane do akcji wyrzutnie rakiet V-2.
- Mieliśmy wielkie
doświadczenie zebrane w czasie rakietowego ostrzału Londynu z północnego
wybrzeża Francji, gdzie korygowaliśmy lot V-1 z punktów radiowego
naprowadzania. Dowódca 225. pułku artylerii plot., do którego byliśmy oddelegowani,
płk Wachtel wtedy tam nam powiedział:
- Wsypiemy nimi tym
Ruskim w pierwszym rzędzie. Führer nie bez racji uważa Psków za „bramę do
Leningradu”. Nasze rakiety powinny tam dolecieć za waszą pomocą. Ależ to będzie
cudownie, jak nasze „V” polecą na Pałac Zimowy, rezydencję ich carów i
komisarzy.
Ale wyjazd do
Pskowa z Peenemünde – gdzie staliśmy wtedy – nie doszedł do skutku. Rosjanie
zrównali z ziemią wyrzutnie rakietowe w Pskowie i stację naprowadzania rakiet w
Pskowskiej Obłasti. Tak więc pociski „V” nie spełniły nadziei jakie w nich
pokładano. Jedynie 2500 z 10.000 wystrzelonych rakiet doleciało do Londynu.
Wiele z nich wpadło w Kanał La Manche, a poza tym Anglicy nauczyli się
zestrzeliwać nasze rakiety.
[Chodzi oczywiście o „latające bomby” V-1, które można było
przechwycić praktycznie w każdym punkcie trajektorii. Jeżeli idzie o pociski V-2,
to wprawdzie istniała broń będąca w stanie je unieszkodliwić, ale Brytyjczycy
jej nie posiadali i dlatego właśnie zbombardowano stanowiska startowe tych MRBM
na francuskich brzegach – uwaga tłum.]
Tym niemniej od
ostrzału rakietowego zginęło ponad 8000 Brytyjczyków i zniszczono ponad 20.000
domów.
Podziemna fabryka
Poprosiłem Herr Schulkego, by powiedział coś więcej
o „broni odwetowej”:
- Pracami nad „cudowną
bronią” nasi uczeni zajęli się jeszcze w latach 30. Na początku konstruktor gen.
dr Walter Dornberger skonstruował
silnik rakietowy na paliwo ciekłe. Pierwszą rakietę skonstruował SS-Sturmbannführer
baron Wernher von Braun. Był to
17-metrowy samolot-pocisk był obliczony na lot do 200 km na wysokości 150-200
m. Był on w stanie przenosić głowicę bojową do 350 kg TNT. Ale pierwsze starty
zakończyły się niepowodzeniem. Hitler
nakazał kontynuować próby z rakietami i przeznaczał na nie coraz więcej
środków.
Chytry i szczwany Göring, dowódca Luftwaffe, przedstawił rakiety
projektu konstruktora inż. Fiesselera.
Były one mniejsze i kosztowały o wiele mniej.
Von Braun kierujący tymczasem centrum rakietowym w Peenemünde na północy
Niemiec połknął bakcyla i zabrał się za badaniami przydatności rakiet
Fiesselera. One były o wiele lepsze. Siedmiometrowa skrzydlata rakieta V-1
rozwijała prędkość 650 km/h, miała na pokładzie 1000 kg TNT i po kilku minutach
osiągała cel w odległości 250 km, jednakże jej celność (tzw. CEP) była bardzo
niska i zamykała się w promieniu 15 km!...
[Tak naprawdę, to
istniało 6 wersji rozwojowych tej „latającej bomby”, o czym pisałem w
opracowaniach na temat broni odwetowych III Rzeszy. Przypomnę tutaj tylko ich
typy:
v Fi-103 A-1 o masie głowicy
bojowej 830 kg FP60-40 lub FP50-50 lub Amatolu 39;
v Fi-103 B-1;
v Fi-103 B-2 w którym używano Trialen-105 lub Trialen-106;
v Fi-103 C-1 zawierający bombę
typu sc-800;
v Fi-103 D-1 (projekt);
v Fi-103 E-1 (projekt) stanowiący
hybrydę wersji A-1 i B-1;
v Fi-103 F-1 zawierający 530 kg
TNT
Wszystkie te pociski
osiągały prędkość marszową 644 km/h i ich zasięg wynosił 238 km, tylko modelu F-1 345-370
km. I jeszcze jedna ciekawostka – wszystkie te modele, poza A-1,
miały kadłuby zbudowane ze sklejki i drewna, to akurat jest zrozumiałe, bowiem
III Rzesza cierpiała na deficyt metali i zastępowała metale różnymi
zamiennikami. Zob. R. Leśniakiewicz
– „Powojenne losy niemieckiej Wunderwaffe” (Warszawa 2008) – uwaga tłum.]
Tym niemniej te
„rakiety” swoim dziwnym, turkoczącym dźwiękiem wywoływały panikę wśród
Anglików. Jeden z pocisków eksplodował w centrum brytyjskiej stolicy, w
odległości 400 m od Buckingham Palace i uszkodziła cały kwartał. Od tego czasu
Brytyjczycy zaczęli robić wszystko, by zlikwidować to zagrożenie. Rozpoczęło
się polowanie na pociski V i domniemane miejsca ich odpaleń.
W nocy 18.VIII.1944 roku, około 600 brytyjskich bombowców wykonały rajd na
ośrodek rakietowy w Peenemünde. Po tym nalocie zdecydowano się na stworzenie
jeszcze jednego takiego poligonu na południu Niemiec. W górach Harzu, na
głębokości 70 m został zbudowany zakład produkcyjny wytwarzający bronie „V”.
Zagnano tam do roboty 30.000 więźniów z KL Dora-Mittelbau, którzy zajmowali się
składaniem rakiet.
Dziecię konstruktora Brauna
- A co pan może
powiedzieć o V-2? Czy w biurze konstrukcyjnym von Brauna wypuszczano inne
rakiety?
- V-2
to przede wszystkim rakieta balistyczna. Cudowne dziecię barona von Brauna,
która rozwijała prędkość do 6000 km/h, przy zasięgu lotu do 320 km i wysokości
lotu do 80.000 m. Zestrzelenie jej było niemożliwe.
[Teza ta nie jest do
obrony, biorąc pod uwagę, że Niemcy pracowali nad rakietami przeciwlotniczymi i
całym rakietowym systemem OPLOT, którego składowymi były pociski rakietowe Rheintochter
i Rheinbote.
O ile rakiety Rheintochter R1 i Rheintochter R3 były
konwencjonalnymi pociskami klasy ziemia-powietrze, o tyle pociski Rheinbote
były predestynowane do stworzenia systemu OPB – obrony przeciwrakietowej.
Spójrzmy na następujące porównanie:
v Rheintochter R1 – dwustopniowa
rakieta na paliwo stałe, masa głowicy 25 kg TNT, zasięg 17 km, prędkość 1,09
Ma.
v Rheintochter R3 – dwustopniowa
rakieta hybrydowa, masa głowicy 25 kg, zasięg 17 km, prędkość 1,09 Ma.
v Rheinbote – czterostopniowa
rakieta na paliwo stałe, masa głowicy 50-70 kg TNT, zasięg 160 km, prędkość
4,03 Ma.
Pociski rakietowe A-4/V-2
latały z prędkością ok. 1,52 km/s czyli jakieś 4,63 Ma. Oczywiście pocisk Rheinbote
nie mógł dogonić V-2 lecąc po krzywej pościgu, ale lecąc z naprzeciwka po
prostej wyprzedzenia mógł trafić w rakietę i ją zniszczyć. Hitler być może był
szaleńcem, ale jego konstruktorzy i generałowie – nie. Oni doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że Alianci mają już
plany i nawet całe pociski „V” w rękach i w każdej chwili z Anglii czy zza
linii frontu wschodniego na wojska niemieckie mogą posypać się
anglo-amerykańskie i/albo radzieckie wersje pocisków „V” zadając wojskom
niemieckim potężne straty. To raz, a po drugie – Niemcy doskonale
zdawali sobie sprawę z tego, że Amerykanie
są szybsi w wyścigu do bomby A, i że nie ma lepszego wektora jej przenoszenia,
niż rakieta o zasięgu nawet tak niewielkim, jak V-2. Dlatego budowali transkontynentalne,
dwustopniowe rakiety A-9/A-10/V-6, którymi mogliby
zaatakować Nowy Jork, a także systemy podwodnych wyrzutni rakietowych Urzel…
Ale do obrony przed możliwym atakiem rakietowym ze strony Aliantów miał
posłużyć system pocisków rakietowych Rheinbote naprowadzanych aktywnie,
radarowo z ziemi. Polecam Czytelnikowi zwiedzenie bardzo ciekawego Muzeum
Wyrzutni Rakietowych w Łebie-Rąbce - uwaga tłum.]
Ta „latająca
śmierć” niosła tonową głowicę materiałów wybuchowych i przedstawiała dla
przeciwnika wielkie niebezpieczeństwo. Od eksplozji jednej z nich w Londynie
powstał krater o głębokości 10 m. V-2 była planowana także do ataków
rakietowych na Leningrad. Hitler nie mógłby się uspokoić, póki znienawidzone
przezeń miasto nie zostałoby starte z powierzchni ziemi.
Poza tym w biurze
von Brauna pracowano nad bronią V-3. Ten samolot-pocisk mógłby być
użytym do ostrzały dużych zgrupowań wojsk nieprzyjaciela i w jego głowicy
mógłby znajdować się ładunek z komponentów wzbogaconego uranu (tzw. brudna
bomba atomowa) albo śmiercionośny gaz sarin. Być może, rakiety te miały być
użyte do ostrzału Leningradu z dużej odległości. W miarę zbliżania się wojsk
radzieckich produkcję V-3 wstrzymano.
[Autorowi chodzi
najprawdopodobniej o jakąś wersję V-1, bowiem V-3 było to
superdalekonośne działo kalibru 6” czyli 152 mm, ale miotające trzymetrowe
pociski na odległość 150-170 km. Znane ono było pod kryptonimami Tausendfüssler,
Schnelle
Eliske czy Hochdrückpumpe. Próby z tą wersją V-3 miały miejsce w
Zalesiu k./Międzyzdrojów, zaś baterię takich dział zamierzano wykorzystać z
francuskiej miejscowości Mimoyecques. Dzisiaj w Zalesiu można zwiedzić Muzeum
V-3 prowadzone przez entuzjastów dawnej techniki wojskowej – uwaga tłum.]
A oto Projekt Ameryka,
który wymaga osobnego omówienia. Ten wariant V-1 z dwoma stopniami był
w stanie nawet wylecieć w bliższy kosmos, nawet z pilotem na pokładzie…
- Bardzo proszę o
tym dokładniej? Krążą pogłoski, że to właśnie Niemiec stał się pierwszym
kosmonautą na świecie.
- No, Herr Journalist, to jest coś więcej, niż
pogłoski – odpowiedział mój rozmówca – swego czasu było to wielką tajemnicą
Rzeszy, ale ją panu odkryję. Pilotem Ameryki został SS-Sturmbannführer Rudolf Schreder. Niestety, nie znałem
go osobiście. Z 200 przygotowanych przez Otto
Skorzennego pilotów-samobójców –
takich nazistowskich kamikadze – los padł na Schredera, pilota doświadczalnego
niemieckich samolotów odrzutowych.
Amerika w locie
Swastyka na orbicie
- Czyżbym pana
zaintrygował? – zdziwił się Schulke. – Specjalnie nie powiedziałem panu
najważniejszego: Göringowi przyszła do głowy szalona idea – wystrzelić rakietę
do najwyższego drapacza chmur w Nowym Jorku. Dla uskutecznienia tej akcji,
została przygotowana przez (jeszcze wtedy) SS-Obersturmbannführera Otto
Skorzennego specjalna grupa dywersyjna. Otrzymała ona zadanie specjalne: dotrzeć
okrętem podwodnym do amerykańskich brzegów. Następnie dostać się do Nowego
Jorku jako turyści i ustawić radiolatarnię na szczycie jednego z najwyższych
drapaczy chmur. To właśnie na tą radiolatarnię miała polecieć dwustopniowa
rakieta nazwana Ameryką.
Ale specgrupie się nie powiodło. FBI
podsłuchało rozmowy okrętu podwodnego. Dywersantów ujęto. A zatem Schrederowi
przyszło lecieć w ciemno. W wyznaczonym dniu – 24.I.1945 roku – Schreder zajął
miejsce w kabinie-kapsule. Byłem w liczbie tych, którzy to obserwowali. Rudolf
wyglądał nieźle i nieudany start poprzedniej Ameryki nie przejmował go
zbytnio. Tym razem start przebiegł dobrze, ale po upływie 10 sekund w
słuchawkach kierownika lotów rozległ się jego głos:
- Ona się pali! Ona
się pali! Mein Führer, ja umieram!...
Łączność się
urwała. Podejrzewam, że Schreder zwariował od przeciążeń i przegryzł kapsułkę z
trucizną. Być może, że w kabinie rakiety doszło do pożaru. Tym niemniej rakieta
wyszła w bliższy kosmos, a potem w trybie bezpilotowym zeszła z kursu i spadła
do oceanu nie doleciawszy do wybrzeży USA.
Jak udaremniono rakietowy ostrzał Leningradu
- Powróćmy do lipca
1944 roku, Herr Schulke. Co panu
wiadomo o planach Hitlera względem Leningradu?
- Göring wciąż
naciskał na rakietowy ostrzał Leningradu, i nie tylko on, ale tym planom nie
było dane się spełnić. W 1944 roku, pierwszych sześć V-2 przewieziono morzem z
ośrodka w Peenemünde do Tallina. Tam przeładowano je na pociąg, ale do miejsca
przeznaczenia, do Pskowa on nie dojechał. Został wysadzony w powietrze przez
partyzantów. Nalot na place startowe i stację naprowadzania, to też ich robota.
A jednak – jak się
wyjaśniło – Walter Schulke nie zawsze mówił prawdę. Nie tylko partyzanci
udaremnili tą akcję rakietowego zastraszania. O tym autor materiału przekonał
się, kiedy przeczytał książkę P. I. Kapocy pt. „Na morzu pogasły światła”,
poświęconej legendarnemu dowódcy kompanii specjalnego przeznaczenia (k.sp.)
oddziału rozpoznania sztabu Floty Bałtyckiej – I. W. Prochwatiłowowi. O miejscu lokalizacji niemieckiej stacji
naprowadzania rakiet zameldowali mu partyzanci z 5. Leningradzkiej Brygady
Partyzanckiej. A w lokalizacji placów startowych dla rakiet „V” pomógł
partyzantom prawosławny mnich o. Fiodor (czyli Fiodor Puzanow). Jako duchowny mógł się on swobodnie przemieszczać
po Pskowie i okolicy, dzięki czemu udało mu się dowiedzieć, że Niemcy coś robią
dziwnego na terenie zakładu lniarskiego. Ale wejść na teren tego tajnego
obiektu było niemożliwością. Był on otoczony zasiekami z drutu kolczastego i
ogrodzeniami pod napięciem.
Jak wspominał
później sekretarz podziemnego Komitetu Rejonowego WKP(b) – W. A. Akatow – udało im się wkręcić do kuchni kasyna oficerskiego
partyzantkę Annę Iwanową. Udało się
jej ustalić, że na terenie kombinatu lniarskiego zbudowano jakieś obiekty i
dokładnie zamaskowane place, ochraniane przez esesmanów. Udało się jej także
podsłuchać, że Niemcy szykują się do uderzenia na Leningrad przy pomocy jakiejś
„cudownej broni”. Potem funkcjonariusze partyjni dowiedzieli się od
partyzantów, że na bocznicę wiodącą do zakładów ma być skierowany pociąg z
jakimiś „torpedami”. Ale do Pskowa on już nie dojechał…
Zakłady "Piszmasz" w Pskowie, w których znajdowała się stacja naprowadzania rakiet V-2
O. Fiodor odznaczany przez dowódcę Leningradzkiej Brygady partyzanckiej za akcję przeciwko pociskom V-2
Otrzymawszy od
partyzantów meldunek o istnieniu tajnej stacji nawodzenia, Iwan Wasiliewicz
Prochwatiłow wysłał by ustalić dokładne miejsce jej bazowania wybitnego
nurka-zwiadowcę Władimira Borisowa.
Ten przekroczył linię frontu pod wodą i wyszedł w rejonie prawdopodobnego
znajdowania się obiektu, a była to fabryka Piszmasz.
Przebrany za niemieckiego żołnierza, pod pozorem pomocy w rozładunku skrzyń
przedostał się do bunkra. Ustaliwszy, ze hitlerowcy montują aparaturę radiową,
zrozumiał, gdzie się znalazł. Zameldował o tym marszałkowi N. N. Woronowowi. To właśnie jemu Stawka (kierownictwo Sztabu
Generalnego Armii Czerwonej – przyp. tłum.) poleciła użyć wszelkie siły i
środki w celu niedopuszczenia do rakietowego ostrzału Leningradu.
Marszałek wydał
rozkaz wzmocnienia sił Leningradzkiej Armii Obrony Przeciwlotniczej. Strefa jej
odpowiedzialności służbowej została podzielona na dwa sektory:
Północno-zachodni i Południowo-zachodni. Wyposażono je w najnowocześniejsze
stacje radiolokacyjne, 4 pułki lotnictwa myśliwskiego, ponad 100 baterii zenitówek
– czyli 418 dział i ponad 200 balonów zaporowych.
Rzecz w tym, ze
hitlerowcy po wysadzeniu w powietrze eszelonu z rakietami, nie zdecydowali się
na odwołanie rozkazu rakietowego ostrzału Leningradu. O tym zameldował Centrali
zakonspirowany agent w sztabie Luftwaffe. Do wyjazdu do Pskowa szykowała się
nowa partia rakiet V-2. Ale niespodziewane naloty naszego lotnictwa w lipcu 1944
roku zrównały z ziemią urządzenia na placach startowych i stacje naprowadzania
rakiet.
Moje 3 grosze
No i mamy kolejną
odsłonę tej samej tajemnicy niemieckiej broni „V”. Z drugiej strony teraz wcale
mnie nie dziwi to, że Rosjanie mieli rakiety R już w 1945 roku. Idę o
zakład, że te szczątki zostały dobrze „obczajone” przez specjalistów, dlatego
potem nie mieli takich problemów z rakietami po wejściu do Peenemünde i
zakładów Dora w Northausen… Po wojnie Rosjanom wpadło w ręce ponad 5000
pracowników niższego i średniego szczebla technicznego z Peenemünde i innych
zakładów przemysłu rakietowego, że obojętnym bykiem byli w stanie odtworzyć
mozaikowo to, co robiła wierchuszka HRVA z von Braunem i Dornbergerem na czele.
Poza tym Rosjanie mieli 12.000 jednostek broni „V”, a zatem materiału do badań
mieli „skolko ugodno”.
A tak swoja drogą,
to wciąż odnoszę wrażenie, że na Dolnym Śląsku Niemcy nie ukryli jakichś
większych skarbów – w sensie sztab złota, kosztowności, walorów pieniężnych i
dzieł sztuki. To mogły być dokumenty ich programu atomowego i kosmicznego,
części aparatury, próbki materiałów, itp. Po prostu dlatego, że gdyby chodziło o depozyty, które trzeba by było
szybko i łatwo podjąć, to nikt nie chowałby ich tam, skąd trudno byłoby je
wydobyć nie usuwając przy tym tysięcy ton skały i ziemi. To byłoby bez
sensu. Nie mówiąc już o tym, że niesłychanie trudne technicznie. No i rzucałoby
się wszystkim w oczy, a tego na pewno nie życzyliby sobie członkowie ODESSA… I
to właśnie chciałbym zasugerować Koleżankom i Kolegom z Dolnego Śląska:
szukajcie wszędzie tam, gdzie Niemcy nie
pokazywali się ostentacyjnie ze skrzyniami składowanymi w sztolniach i szybach,
które następnie wysadzano – szukajcie
tam, gdzie ich nie widziano, a być może znajdziecie…
Tekst i ilustracje
– „Tajny XX wieka” nr 45/2013, ss. 4-5
Przekład z j.
rosyjskiego – Robert K. Leśniakiewicz ©