piątek, 5 sierpnia 2011

Czy na dnie Bałtyku znajduje się UFO? (4)

video




METEORYTY POD WOLINEM?


We wrześniu 2010 roku odbyłem wraz z żoną „podróż uczoną” na nasze 44 wyspy na Zalewie Szczecińskim. Pogoda nam się udała – była wedle jej określenia – muzealno-barowa, czyli wietrzno-deszczowa, która sprzyjała zwiedzaniu różnych placówek muzealnych. Jeździliśmy zatem od muzeum do muzeum, od obiektu do obiektu i oglądaliśmy, zwiedzaliśmy i fotografowaliśmy, co tylko się dało. Te siedem dni nad morzem dało nam wiele ciekawych przeżyć i spostrzeżeń. O jednym z nich traktuje ten artykulik.

Syderyt w WPN

Między innymi zwiedziliśmy Muzeum Wolińskiego Parku Narodowego, gdzie naszą uwagę zwróciła m.in. ekspozycja geologiczna – niestety niewielka, a w niej m.in. próbki ropy naftowej spod dna Bałtyku, próbki skał i minerałów – w tym kredy i rudy żelaza – syderytu czyli węglanu żelaza FeCO3(II). Minerał ten jest częstym składnikiem żył kruszcowych. Powszechnie tworzy się w wodnym, beztlenowym środowisku. Krystalizuje w środowiskach redukcyjnych w niskich temperaturach. Osadza się także na szelfach kontynentalnych. Powstaje w jeziorach klimatu umiarkowanego. A zatem wszystko pasuje – na Wolinie jest kilka niedużych  jezior, a sam Zalew Szczeciński też jest dużym jeziorem, a więc istnieją warunki do wytworzenia się pokładów tej rudy o dość wysokim procencie żelaza – zawiera ona do 47% czystego pierwiastka. Ale wciąż nurtuje mnie pytanie, skąd on się tam wziął?

Przypomniałem sobie rozmowę z jednym z polskich meteorytologów-amatorów (który zażyczył sobie anonimowości), a który podzielił się ze mną swymi podejrzeniami, co do tego, że niektóre jeziora w zachodniopomorskim przypominają mu kratery poimpaktowe. Faktycznie – większość z jezior północnej Polski ma kształt rynnowy, co jest pozostałością po bruzdach w terenie wyrytych przez lodowce. Ale nie wszystkie, bo część z nich ma kształt mniej czy więcej okrągły czy eliptyczny. Taki kształt mają jeziora powstałe m.in. w kraterach poimpaktowych właśnie.  

Trochę geologii

Wolin – to jest największa polska wyspa o powierzchni 265 km², oddzielona od lądu stałego cieśniną Dziwny (wschodnie ramię ujściowe Odry), a od wyspy Uznam cieśniną Świny. Geneza wyspy Wolin do dnia dzisiejszego odzwierciedla się w jej krajobrazie. Budują ją dwie formy geologiczne - trzon plejstoceński ze starszymi, mezozoicznymi utworami i późniejsze utwory holoceńskie, powstałe na skutek akumulacyjnej działalności morza, wiatru, rzek. Te mezozoiczne utwory, to właśnie kreda, którą wydobywano w okolicy Lubinia, gdzie znajdowała się niewielka cementownia. Dzięki kopalni kredy powstało potem urocze Jezioro Szmaragdowe, które jest odpowiednikiem Jeziora Turkusowego w okolicach Szczecina-Dąbia.

W zachodniej części notujemy najniżej położone tereny wyspy, ale też tutaj znajduje się najwięcej wysp u ujścia Odry. Centralną część wyspy Wolin tworzą wyraźne strome krawędzie oraz obszar dużych wzniesień rzędu 60-90 m n.p.m. z górą Grzywacz (115,4 m n.p.m.) najwyższym punktem na Zachodnim Wybrzeżu. Natomiast całą wschodnią część wyspy charakteryzuje łagodny, choć niejednolity morfologicznie obszar o wzniesieniach rzędu 10-20 m n.p.m. W części północnej ciągnie się pas polodowcowych jezior tworzących tzw. Pojezierze Wolińskie, w części południowej Mokrzyckie Góry ( najwyższe wzniesienie 67,3 m n.p.m.). Od półwyspu Rów po jezioro Koprowo wzdłuż rzeki Dziwny rozciąga się nizinna płaszczyzna (Mierzeja Dziwny). Właściwie to jest taka pradolina Dziwny przez analogię do tego rodzaju utworów na kontynencie.

Bardzo atrakcyjnym rysem morfologicznym są kilkudziesięciometrowej wysokości klify - nadmorski i nadzalewowy. Urwiska klifu od strony morza rozciągają się od Międzyzdrojów na północny-wschód aż do Świdnej Kępy na przestrzeni prawie 15 kilometrów. Mamy tu między innymi wysokie klify Kawczej Góry (61,4 m n.p.m.), Góry Gosań (95,1 m n.p.m.), Białej Góry ( około 100 m n.p.m.). Nad Zalewem Szczecińskim klif piętrzy się na południowy-wschód od Lubina. Jego urwiska osiągają wysokość 50-80 m n.p.m. (Na podstawie - http://www.sciaga.pl/tekst/5963-6-wyspa_wolin_referat)

Dwie struktury poimpaktowe

I co najciekawsze – góry te tworzą niemal regularny półksiężyc, którego wybrzuszenie znajduje się na północnym-zachodzie w okolicach Międzyzdrojów, zaś dwa rogi na północnym-wschodzie i południowym wschodzie. Poza tym patrząc na mapę w oczy rzuca się jeszcze jeden niemal regularnie kolisty kształt – jest nim jezioro Wicko Wielkie. Jego powierzchnia mierzy 12 km², zaś jego maksymalna głębokość wynosi 2,3 – 2,6 m. Dno pokryte jest przy brzegu czarnym mułem, zaś pośrodku drobnym żwirem przemieszanym z mułem. 

Co zatem z tego wynika? A to, że na wyspie Wolin być może mamy dwie duże struktury pometeorytowe:

1.     Kolista struktura poimpaktowa, której śladem są góry na Wolinie, stanowiące zachodnią część wału pozostałego po uderzeniu meteorytu w okolicach Ładzina oraz;
2.    Niemal idealnie koliste jezioro Wicko Wielkie.

Inni badacze widzą jeszcze koliste struktury poimpaktowe na Pojezierzu Wolińskim – tamtejsze jeziora wykazują podobieństwo do struktur poimpaktowych znanych choćby z Moraska k./Poznania czy bałtyckiej wyspy Saarema.

Syderyt z nieba czy z jeziora?

Co za tym przemawia poza morfologią? Przede wszystkim obecność syderytu, który także spada z nieba w postaci meteorytów. Zresztą meteoryty żelazne, które zazwyczaj składają się z czystego żelaza, nazywane są syderytami, a w ich skład wchodzi także nikiel (4 – 23%) i kobalt. Jego obecność w górach na Wolinie sprawia, że obserwuje się tam dziwne anomalie związane z propagacją fal radiowych. A oto, co zanotowałem w moim dzienniku:

Dzień trzeci – wtorek, 14.09.

…Wracamy na kwaterę i gdzieś koło godziny 16:00 zatrzymujemy się po to, by pójść na punkt widokowy na górze Gosań – 93 m n.p.m. Po drodze podziwiamy przepięknie rosnące tutaj grzyby. Deszcz ustaje, ale jest chłodno, wilgotno i nieprzyjemnie.

Poczyniamy ciekawe spostrzeżenie – nasze urządzenie nawigacyjne GPS zachowuje się dziwacznie w czasie przejazdu na górskim odcinku DK nr 102 pomiędzy Międzywodziem a Międzyzdrojami. Znacznik pokazujący lokalizację naszego samochodu na mapie wskazywał pozycje przesuniętą względem drogi nawet o 250 m na północ od pozycji rzeczywistej! Najgorzej było na odcinku od Kołczewa do Międzyzdrojów. Po wjeździe do miasta wszystko wróciło do normy.

Zastanawiamy się, co to być mogło – jakaś burza magnetyczna? Działanie silnej stacji radiolokacyjnej? Może oddziaływanie pokładów jakichś rud metali? Stanęło na tym, że może jednak jakaś burza magnetyczna, bo nic innego nie przyszło nam do głowy…

Dzień czwarty – środa, 15.09

Podczas porannego seansu łączności z EKO Radiem pytam red. Andrzeja Zalewskiego o burzę magnetyczną. Nie potwierdza. Postanawiamy zatem powtórzyć przejazd do Wisełki i z powrotem i obserwowanie wskazań nawigacji GPS, co też zrobiliśmy i faktycznie – wskaźnik znów odchylał się na północ od swego „normalnego” położenia.

Z Wikipedii wiadomo, że GPS używa dwóch częstotliwości roboczych C/A – L1 =  1,57542 GHz oraz L2 = 1,2276 GHz. Czyżby w tych górach istniał jakiś czynnik zakłócający sygnał o tak wysokiej częstotliwości?

Dzień szósty – piątek, 17.09.

Jadąc południowym brzegiem Wolina obserwowaliśmy wskaźnik naszej nawigacji GPS, który tym razem odchylał się ku południowi w granicach 150 – 250 m! Tym razem jednak zrozumieliśmy przyczynę tego zachowania, kiedy przełączyliśmy urządzenie na wskazania kierunku i poziomu sygnałów z satelitów. Satelity znajdujące się na północ wysyłały znacznie słabszy sygnał od tych, które znajdowały Siena południe od nas. A to oznaczało, że przyczyna tego zjawiska znajduje się w górach, w których znajdują się niewielkie pokłady syderytu – rudy żelaza o wzorze chemicznym FeCO3 – węglan żelaza. Wygląda więc na to, że to właśnie żelazo wpływa na moc sygnału z satelitów i namiar brany zazwyczaj z 6-7 satelitów jest brany z 2-3 i to tylko z jednego kierunku – stąd błąd w odczycie danych przez procesor nawigatora i błędne wskazania. Nie ma tajemniczych nazistowskich broni magnetycznych, UFO czy artefaktów po Atlantydzie. Ale nie znaczy to, że nie ma w ogóle pewnej tajemnicy tego miejsca!

Zacznę od tego, że jeden z mych znajomych meteorytologów wysunął hipotezę, iż niektóre jeziorka na Wolinie powstały wskutek impaktu meteorytu, co mogło mieć miejsce jakieś 10.000 lat temu. Przemawia za tym kształt tychże jeziorek i charakterystyczna forma krateru impaktowego. A syderytami nazywamy także meteoryty zawierające czasami nawet wysoki procent żelaza. A teraz spójrz Czytelniku na mapkę – na południu wyspy Wolin znajduje się dziwne jezioro – Wicko Wielkie. Jest ono niemal kolistego kształtu. Kolista forma tego jeziora może sugerować, że postało ono wskutek uderzenia meteoroidu, którego resztki wbiły się w góry znajdujące się na północ od krateru oraz utworzyły te jeziorka. Tak czy owak, należałoby zbadać dokładnie dno jeziora Wicko Wielkie i dna jeziorek na Wolinie, a nuż znalazłyby się tam szczątki jakiegoś syderolitu? Szkoda, że nie miałem kompasu, żeby zobaczyć, czy są odchylenia od północy magnetycznej… Myślę, że na naszych wyspach jest jeszcze to i owo do odkrycia!

Zjawisko odchylania się znacznika nawigatora GPS jest mi znane z górskich dróg, ale tam odchylenie to wynosi tylko 10, maksymalnie 20 m. Ano tak to jest. I tym czymś mogłyby być jakieś meteoryty metalowo-kamienne, który uderzyły w co najmniej dwa miejsca na wyspie w zamierzchłej przeszłości. Pierwszy z nich uderzył w rejonie dzisiejszego Ładzina, kiedy był tu jeszcze lodowiec. Potężne uderzenie wyzwoliło ogromną ilość energii, która utworzyła strukturę pierścienną. Struktura ta została następnie rozmyta przez wody pra-Dziwny, która zniszczyła wschodnią część całego krateru poimpaktowego wypełniając osadami jego misę. To by się zgadzało z ustaleniami geologów.

Inaczej było z jeziorem Wicko Wielkie. Tutaj doszło do impaktu w czasie którego kosmiczny posłaniec wyrżnął w bagnistą część Wolina – w miękkie osady rzeczne, które literalnie rozchlapały się dookoła. Po impakcie pozostała kolista struktura, która następnie po prostu rozjechała się nie pozostawiając śladu wału kraterowego, a pozostała tylko misa jeziorna o okrągłym kształcie. Reszty dokonały opady i wahania poziomu wód Zalewu Szczecińskiego.

Kosmiczne bombardowanie?

I jeszcze jedno spostrzeżenie à propos spadku meteorytów do Bałtyku, a mianowicie – w dniu 19 marca 1986 roku, załoga polskiego promu MF „Wawel” płynącego z Ystad do Świnoujścia zaobserwowała na pozycji 54°33’ N - 014°30 E trzy wytryski wody, które – według obserwatorów – wyglądały jak fontanny wody wzbudzone uderzeniem i wybuchem w wodzie pocisków o kalibrze co najmniej 200 mm! W moim opracowaniu pt. „UFO nad granicą” (Kraków 2000) zasugerowałem, że były to nie pociski rakietowe czy artyleryjskie, ale właśnie meteoryty! Można byłoby ich tam poszukać, głębokość wody wynosi bowiem tylko 20 metrów.

Nie zapominajmy, że Wszechocean pokrywa 3/4 powierzchni naszej planety, a zatem siłą rzeczy 3/4 wszystkich meteorytów musi lądować w jego wodach. To oczywiste. Istnieje wiele relacji załóg statków i okrętów mówiących o zaobserwowaniu meteoroidów nad wodami Wszechoceanu, w kilku przypadkach doszło do trafienia i nawet zatopienia statków przez nie, a zatem dlaczegóżby nie można by tego założyć w opisywanym przypadku?

„Poputczyki” Planetoidy A?

Pytanie, kiedy to mogło się stać jest o tyle ważne, że może to mieć związek z kosmicznym bombardowaniem, które posłało na dno Atlantyku opisywane przez Platona Imperium Atlantydów – czyli w granicach 13 – 11 tys. lat temu. W czasie ostatniego zlodowacenia. 

Ostatnie zlodowacenie – to jest najmłodsze ze zlodowaceń plejstoceńskich. Miało trwać od 115.000 lat temu do 11.700 lat przed rokiem 2000. Poprzedza je interglacjał eemski, a po nim nastąpił holocen – interglacjał współczesny. Ostatnie zlodowacenie jest różnie nazywane, w zależności od regionów geograficznych: w północnej Europie Środkowej jest to zlodowacenie północnopolskie (zlodowacenie bałtyckie, Wisły lub Vistulian), w systemie alpejskim – Würm, w Ameryce Północnej – Wisconsin.

Pod koniec zlodowacenia północnopolskiego (około 22.000 lat temu) lądolód skandynawski zajął tereny północnej Polski. Jego zasięg pokrywa się z południową granicą występowania jezior polodowcowych: północna Wielkopolska, Kujawy, Pojezierze Pomorskie i Pojezierze Mazurskie. Na obszarach zlodowaconych występują najlepiej wykształcone formy rzeźby lodowcowej, tzw. rzeźby młodoglacjalnej.

W Ameryce Północnej lądolód laurentyjski objął swym zasięgiem dzisiejsze tereny Kanady i północnych stanów Ameryki, do jeziora Michigan. Miąższość lądolodu, który wówczas powstał, wynosiła prawie dwa kilometry. (Źródło - http://pl.wikipedia.org/wiki/Zlodowacenie_p%C3%B3%C5%82nocnopolskie)

Gdyby te struktury powstały wcześniej, to zostałyby całkiem wyrównane przez lodowiec i późniejsze procesy towarzyszące jego topnieniu, a zatem geologicznie są to młode struktury i mogą pochodzić tylko z ostatniego zlodowacenia, z końca ostatniego zlodowacenia. Być może, gdyby dobrze poszukać, bo pod wyspą Wolin znalazłyby się resztki kosmicznych „gości”, które wybiły dwie potężne dziury w ziemi, a które od stuleci są wyrównywane przez siły Przyrody.

I jeszcze jedno – Plejstocen to najmłodszy i najpóźniej dostrzeżony z zaginionych krajobrazów. Na jego granicy miało miejsce coś, czego nie rozumiemy do końca – zagłada mitycznej Atlantydy i koniec jest wspaniałej cywilizacji, który był jednocześnie początkiem naszej. Ślady tego wydarzenia możemy spotkać na terenie Polski – to właśnie kratery impaktowe, które świadczą o tym, że kiedyś na nasze ziemie spadły meteoryty, które mogły być elementami towarzyszącymi – „poputczykami” – Planetoidzie A, której główna masa spadła na wyspę Atlantydę posyłając ją na dno oceanu i rujnując jej cywilizację – do czego się sprowadza hipoteza Otto Mucka. Zakładam, że Atlantyda była dużą wyspą na Oceanie Atlantyckim stanowiącą – jak dzisiejsza Islandia – wyniesiony przez pióropusz magmy z wnętrza Ziemi fragment dna oceanu, który po uderzeniu Planetoidy A po prostu wypuścił z siebie nagromadzoną magmę w potwornej supererupcji i zapadł się w wody oceaniczne. Pisząc wraz z dr Milošem Jesenským książkę „Powrót do Księżycowej Jaskini” (Tolkmicko 2010) zwróciliśmy uwagę na to, że w jaskiniach Polski i Słowacji znajdują się rumowiska skalne, których wiek oscyluje w granicach 10.000 lat. Poza tym w Tatrach istnieją dwie formacje, które także powstały około 10.000 lat temu: Wąwóz Kraków i skalne rumowisko Wantul. Mówi się, że formacje te powstały wskutek silnego wstrząsu tektonicznego. Obie formacje leżą obok siebie – Wąwóz Kraków, to trzykilometrowa jaskinia, która się zapadła – zaś po jego wschodniej stronie znajduje się gigantyczne rumowisko Wantul, które powstało wskutek rujnacji jednej z turni w masywie Ciemniaka… Ciekawe co to być mogło? Meteoryt czy wstrząs ziemi, który powstał wskutek impaktu Planetoidy A?    

Gdybyś Czytelniku miał inne wyjaśnienie – chętnie posłucham!

* * *

To napisałem mniej więcej rok temu. W tym roku otrzymałem bardzo ciekawy materiał od jednego z polskich meteorytologów, który rzucił niezwykle ciekawą hipotezę na temat związków ze spadkami meteorytów a historią ludów z basenu Morza Bałtyckiego…

CDN.