niedziela, 28 kwietnia 2013

WIOSENNE WODY, ŚMIERCIONOŚNE WODY…




Ledwie skończył się jeden kataklizm związany z zatruciem przez Rumunów i Australijczyków wód Cisy i Dunaju cyjankiem potasu z kopalni złota i metali nieżelaznych w Baia Mare, a już Rumunię, Węgry i Jugosławię[1] od dwóch tygodni – piszę te słowa w dniu 26 kwietnia 2000 roku – nawiedziła klęska powodzi, najgorsza od co najmniej pół wieku.

W „Eko Świecie” nr 4/2000 opisywałem efekty skażeń tych rzek. Stężenie KCN sięgnęło finalnej wartości powyżej 0,1 mg/l w Bułgarii – w Delcie Dunaju zaś wyniosło aż 0,14 mg/l – czyli co najmniej 10-krotnie większej niż przewidują to najbardziej liberalne normy. Oczywiście wszystko, co żyje nie wytrzymało zatrucia…

Po lutowym wybuchu wiosny na Bałkanach i w ogóle w całej Europie – a raczej w jej górzystych partiach – nastąpiły ogromne opady śniegu. W Alpach i Karpatach padły rekordy grubości pokrywy śnieżnej – jak podawał to red. Andrzej Zalewski z EKO Radio – było tam od 4 do 6 m grubości pokrywy śnieżnej! Na naszym Kasprowym Wierchu było ponad 3 m, co zdarza się obecnie raczej rzadko… No, a potem od początku kwietnia rozpoczął się napływ bardzo ciepłego powietrza na góry Europy i co za tym idzie – katakliktyczne topnienie śniegów tam zalegających. W Alpach izoterma 0°C przesunęła się na wysokość aż 3700 m n.p.m. – w rezultacie czego zaczęły „płynąć” alpejskie lodowce. Zjawisko straszliwie niebezpieczne dla wszystkich ludzi i w ogóle istot żywych zamieszkujących doliny. Podobnie było w Karpatach. Gwałtowne topnienie lodów i śniegów w masywach Muntii Gutiilui, Muntii Tiblesului, Muntii Rodnei, Muntii Maramuresului, Muntii Birgaului koło Baia Mare oraz Muntii Cordului, Muntii Bihorului, Muntii Zarandului w okręgach Oradea, Arad i Timisoara doprowadziło do gwałtownych wezbrań lokalnych potoków i rzek na całym węgiersko-rumuńskim  pograniczu i wreszcie wezbranie Cisy. Resztę znamy – potężna powódź – która można jedynie porównać z kataklizmem na Dolnym Śląsku w 1997 roku przewala się przez dwa kraje: Rumunię i Węgry.

video

video

Fala powodziowa idzie w tej chwili w dół Dunaju i zagraża Jugosławii i Bułgarii. Specjaliści obawiają się teraz silnych opadów deszczu, które wciąż nawiedzają góry na pograniczu rumuńsko-ukraińskim i mogą wygenerować II falę powodzi – a co za tym idzie kolejny katakliktyczny wylew wód Dunaju w Serbii i Bułgarii!

Co było przyczyną tych wszystkich perturbacji pogodowych? Oczywiście globalne ocieplenie klimatu Ziemi. W tym przypadku role odegrało tutaj zjawisko La Niña.

Według Wikipedii - La Niña to sytuacja w tropikalnym Pacyfiku z wiatrami pasatowymi silniejszymi niż średnia. La Niña jest związana ze zjawiskiem El Niño Southern Oscillation (ENSO). Wiatry pasatowe mają składową wiatru wiejącą ze wschodu i spiętrzają ocean (o około 60 cm) w zachodnim Pacyfiku, transportują także wilgotność. Temperatura oceanu w zachodniej części Pacyfiku jest stosunkowo wysoka co powoduje burze i powstawanie cyklonów tropikalnych.

 Telekoneksje ze średnimi szerokościami: konsekwencją ruchu wód oceanicznych oraz pasatów są bardziej obfite deszcze monsunowe w Indiach oraz intensywniejsze niż zazwyczaj opady w Australii, Indonezji oraz Afryce południowo-zachodniej. Poprzez zepchnięcie polarnego prądu strumieniowego znad Kanady nad obszar Stanów Zjednoczonych przyczynia się do ochłodzenia zim w tym rejonie.

W latach występowania La Niña, słabnie również podzwrotnikowy prąd wiejący nad Zatoką Meksykańską, umożliwiając huraganom znad Oceanu Atlantyckiego przesuwanie się na zachód.

Ale to nie wszystko, bo bezpośrednią przyczyną było przetrzebienie lasów w górzystych partiach pogranicza ukraińsko-rumuńskiego. No cóż, jak widać Ukraińcy i Rumuni też popełnili ten sam błąd, którzy popełnili (i nadal popełniają – nie czarujmy się) Polacy. U nas powodzie były spowodowane m.in. przez zniszczenie lasów na północnych stokach Karkonoszy i w ogóle Sudetów, co z kolei spowodowało „efekt blaszanego dachu” i masowy spływ wody opadowej w dorzecza Odry, Nysy i Warty. Wynikiem tego była lipcowa Megapowódź w lipcu 1997 roku, 60 osób zabitych i miliardowe straty…

Jak wynika z załączonej mapki, w Rumunii stało się podobnie: masowy wyrąb lasów w górach Rumunii i południowo-zachodniej Ukrainy spowodował „efekt blaszanego dachu” na tych obszarach i w rezultacie spływ wody z obszaru zakolorowanego na niebiesko w dorzecza Cisy i Kereszu, które wystąpiły z brzegów zalewając spore połacie Niziny Panońskiej – od Tokaju do Szegedu. Szacunek strat w toku. Można mieć nadzieję, że wysoka woda zostanie spłaszczona przez zbiornik Żelaznej Bramy na Dunaju. Tak czy inaczej, zagrożone są obszary położone wzdłuż Cisy i Kereszu oraz odcinka Dunaju na terytoriach Rumunii, Węgier i Serbii.  

Kto jest winien tego, co się stało? Oczywiście bezrozumna działalność człowieka. Rozchwianie klimatu Ziemi, wzbogacanie jej atmosfery w gazy szklarniowe, a co za tym idzie wzrost temperatury powietrza, wilgotności i innych parametrów stanu atmosfery, wycinka drzew na wielkich połaciach kontynentów i związana z nią erozja gleby – a co za tym idzie – niemożność związania i utrzymania w niej wody opadowej – to wszystko stworzyło piekielną machinę, która uruchomiła się właśnie w okresie zmiany pór roku i uderzyła właśnie w zwyczajnych ludzi, a nie biznesmenów i powolnych im urzędasów, którzy winni są tak głupiej i nieprzemyślanej polityce agrarno-leśnej! Dokładnie tak samo, jak u nas w Polsce.[2]

To nieszczęście ma jednak swoją dobrą stronę – a mianowicie: potężna ilość wody całkowicie rozrzedziła i spłukała do morza cyjanowy koktajl trucizn z lutowego kataklizmu wywołanego przez koncern Emerald i kopalnie Baia Mare!

I tutaj nasuwa się ciekawa refleksja – od czasu do czasu na łamy prasowe wraca teoria Gai – Ziemi jako ogromnego organizmu, i to kto wie, czy nie rozumnego! Kto wie, czy te wszystkie ogromne powodzie nie są spowodowane przez Jej działanie – byłyby to po prostu ogólnoplanetarne zabiegi dekontaminacyjne – zmywanie, rozcieńczanie, neutralizowanie stworzonego przez ludzi paskudztwa. A to, ze przy okazji zginie nieco Hominis sapientis, to naszą Matkę Ziemię nie martwi, jak nie martwi nas zabicie kilku pasożytów na naszej skórze…

Rozchwianie dynamiki klimatu Ziemi będzie w dalszym ciągu owocowało takimi kataklizmami, jak opisany powyżej. I to jest nieuniknione, bo jak już kiedyś napisałem przy okazji katastrofy w Czarnobylu –

Ludzi można oszukać, Przyrody nigdy!

Jeszcze jest czas, by się opamiętać…

* * *

Słowa te napisałem w roku 2000 i nic nie straciły na swej aktualności. Kataklizmy związane z globalnym ociepleniem, które w ciągu tych 10 lat nawiedziły nasz kraj i cały świat są ich potwierdzeniem. Tymczasem uczeni zaprzedani koncernom węglowo-paliwowym i atomowym usiłują nam wytłumaczyć, że ekolodzy to idioci, którzy przykuwają się do drzew czy pochylają się nad jakimiś tam ptaszkami czy żuczkami stając się „obstaklami konserwatorskimi”, „komplikatokatorami procesu inwestycyjnego”, „czynnikami dezorganizującymi” tegoż, czy wręcz „hamulcami postępu”. Jakiego postępu? – pytam! Takiego rodem z XIX wieku, który doprowadził do zniszczenia wielkich połaci pokrywy leśnej planety i zakłócenia naturalnej równowagi w Przyrodzie?  

Wracając do wypadków na Węgrzech i Słowacji, tak pokazuje je korespondentka „New York Timesa” Elisabeth Rosenthal:

Krajobraz po katastrofie

Czerwony, żrący szlam wdzierał się na podwórka i do domów. Setki mieszkańców trafiło do szpitala z poparzeniami. Nie wiadomo, czy będą mieli gdzie wrócić: toksyczna substancja, która wylała się ze zbiornika pobliskiej huty aluminium, mogła nieodwracalnie zniszczyć środowisko.

W poniedziałek, tuż przed ucieczką na strych swojego rodzinnego domu, Krisztian Holczer zadzwonił do pracującej w pobliskiej szkole matki.

– Nie uwierzysz, co się dzieje! – krzyknął do telefonu.

Fala żrącego czerwonego szlamu przelała się właśnie przez ogrodzenie i runęła szerokim strumieniem na podwórko, topiąc kurczaki i kury oraz niszcząc kwiaty, paprykę, winogrona i pomidory. Szlam wdarł się przez werandę do wnętrza domu, zabarwiając śnieżnobiałe zasłony na czerwono. 34-letni Holczer uciekł na strych, choć toksyczna substancja zdążyła wcześniej poparzyć mu stopy.

Szlam wylał się z pobliskiego zbiornika, w którym składowano pozostałości procesu przetwarzania boksytu w aluminium. Mieszkańcy zalanej szlamem wsi Kolontar twierdzą, że Węgierska Spółka Produkcji i Handlu Aluminium MAL przez ponad 25 lat składowała tego rodzaju odpady w wielu sztucznych zbiornikach w tym regionie. Kiedyś MAL była przedsiębiorstwem państwowym, lecz w latach 90. została sprywatyzowana, podobnie jak większość wywodzących się z epoki komunizmu fabryk w Europie Wschodniej.

Krótko po wybiciu godziny 12 w poniedziałek 4 października pękł narożnik zbiornika i szlam rozlał się po całej okolicy, zamieniając zamożne, malownicze wsie w wystające z morza czerwieni skupiska domów, jakby żywcem wyjęte z horrorów science fiction.

W szlamie utopiły się co najmniej cztery osoby, a ponad 100 trafiło do szpitali z oparzeniami spowodowanymi przez żrącą substancję o wysokiej zasadowości. Pod warstwą szlamu znalazł się obszar o powierzchni ponad 20 km kwadratowych. Setki mieszkańców okolicznych domostw doznały łagodnych oparzeń lub uskarżały się na podrażnienia płuc. Zginęło także wiele zwierząt.

Mieszkańcy wciąż czekają na informacje dotyczące poziomu skażenia chemicznego ich ziem. Czerwony szlam, będący produktem ubocznym produkcji aluminium, może zawierać w sobie metale ciężkie i pierwiastki radioaktywne. Oba rodzaje składników negatywnie oddziałują na zdrowie, między innymi wywołując nowotwory. Istnieje także obawa, że środowisko na tych terenach uległo długotrwałemu skażeniu.

Szlam trafił również do okolicznych rzek. Zabarwione na czerwono wody spłynęły do rzeki Raby, a stamtąd podążyły do Dunaju. Toksyczny szlam unicestwił życie w pomniejszych rzekach. Władze obawiają się, że może on także spowodować znaczne szkody w ekosystemie Dunaju na terenie Węgier i innych leżących wzdłuż rzeki krajów.

Do tej pory zniszczenia obejmują jedynie terytorium Węgier, które nie zwróciły się jeszcze do Unii Europejskiej o pomoc w walce ze skutkami katastrofy. Jednak Joe Hennon, rzecznik Komisji Europejskiej ds. środowiska, oświadczył, że KE jest zaniepokojona wyciekiem szlamu i możliwymi skażeniami na terytoriach innych krajów, jak Słowacja i Bułgaria.

– Istnieje ryzyko znacznych zniszczeń środowiska naturalnego – powiedział Hennon. – Obecnie Węgrzy podejmują wysiłki powstrzymania szlamu przed wylaniem się do Dunaju.

W Europie muł klasyfikuje się jako substancję zanieczyszczającą, lecz jeśli zawiera on toksyny w wysokim stężeniu, może być traktowany jako substancja zagrażająca zdrowiu.

W rejonie wycieku znajduje się kilkanaście innych zbiorników szlamu. Rejon ten uchodził niegdyś za prężny ośrodek wydobycia boksytu i węgla. Dziś MAL zarządza jedyną działającą fabryką aluminium z trzech, które niegdyś istniały w tej okolicy. Jednak zbiorniki szlamu ze starzejących się, a czasami nawet zamkniętych już fabryk, można znaleźć w całej Europie, a także w USA. Zbiorniki są często w fatalnym stanie i stanowią zagrożenie zarówno dla ludzkiego zdrowia, jak i dla środowiska.

Pęknięta ściana zbiornika ze szlamem została już naprawiona, ale zbieranie szlamu z okolicznych terenów ledwie co rozpoczęto. Brygady złożone z odzianych w grube gumowce i maski chirurgiczne policjantów, strażaków, żołnierzy, a także mieszkańców zniszczonych terenów ładują łopatami szlam na ciężarówki i leją wodę na domy i szosy.

Rządowa agencja śledcza bada obecnie przyczyny wycieku. Jej funkcjonariusze sprawdzają, czy nie doszło do rażących zaniedbań, za które grożą sankcje prawne, choć nie wiadomo, czy śledztwo dotyczy spółki MAL czy jej konkretnych pracowników.

Inżynier Jozsef Deak z MAL powiedział, że "firma nie uchyla się od odpowiedzialności" i czeka na wyniki śledztwa.

Organizacje ekologiczne podejrzewają, że do wycieku mogło doprowadzić wiele czynników. Obfite opady deszczu mogły podnieść poziom szlamu, choć władze spółki zapewniają, że w chwili wycieku dopuszczalny poziom nie był przekroczony.

Gabor Figeczky, dyrektor wykonawczy węgierskiego oddziału światowej organizacji ochrony przyrody WWF, stwierdził, że zbiorniki szlamu w tej okolicy są często w bardzo złym stanie. Teoretycznie powinny one posiadać szczelne dno, a po napełnieniu powinny zostać zamknięte. Lecz niektóre zbiorniki są bardzo duże i napełnienie ich może zająć nawet kilkadziesiąt lat. Do takich zbiorników należał ten, z którego wyciekł szlam.

Obecnie inspektorzy badają stan pozostałych zbiorników. Komisja Europejska otrzymała informację, że spółka MAL uzyskała ostatnie zezwolenie na korzystanie ze zbiornika w 2006 roku i nigdy wcześniej nie odnotowano w niej żadnych uchybień ani wypadków. Jak informuje węgierski oddział WWF, w tym miesiącu zbiorniki w regionie miały być poddane rutynowej kontroli.

– Kiedyś istniały w tej okolicy trzy fabryki aluminium. Wszystkie znajdowały się na terenach zalewowych, a dwie stały bezpośrednio nad Dunajem – powiedział Csaba Vaszko z WWF, dodając, że pod pewnymi względami zbiorniki szlamu przy zamkniętych fabrykach budziły większe zaniepokojenie niż te przy działającej fabryce MAL.

– Tamte fabryki miały zabezpieczać swoje zbiorniki szlamu – powiedział Vaszko. – Tyle że nie miały na to pieniędzy. To wielki problem krajów Europy Wschodniej.

Ponieważ jest to pierwsza duża katastrofa związana z wyciekiem szlamu będącego ubocznym produktem wytwarzania aluminium, eksperci powstrzymują się z wydawaniem ostatecznych sądów na temat możliwych zniszczeń. Organizacje ekologiczne podejrzewają, że w dłuższej perspektywie trzeba będzie całkowicie wymienić górną warstwę gleby, ponieważ przypuszczalnie jest ona skażona metalami ciężkimi.

Mieszkańcy otrzymali obietnicę, że ich domy zostaną odkażone, chociaż nie wiadomo jeszcze, kto ma tego dokonać i kto zapłaci za gruntowne sprzątanie okolicy. Zresztą wielu mieszkańców nie satysfakcjonują takie rozwiązania.

Nikolett Fekete właśnie kosiła trawnik, kiedy pies zaczął "szczekać jak szalony". Wtedy usłyszała "dziwny dźwięk, jakby pędzących po polu koni". Była to jednak pędząca fala szlamu. Jej synowie "szczęśliwie" byli w szkole, a mąż pracuje w Danii. W najgorszym momencie szlam wniósł się w jej domu do poziomu jednego metra. Fekete do tej pory ma ślady po poparzeniach na dłoniach.

– Nie, nie, nie, nie chcę wracać – powiedziała. – Kto chciałby tu zostać po czymś takim? (Interia.pl)

* * *

Można to sobie zobaczyć na filmiku: http://www.youtube.com/watch?v=Q10-nBQCbxo

Od kilku lat otrzymuję wściekle atakujące mnie i moje poglądy komentarze, listy i emaile od jakichś anonimowych mętniaków mających się za ludzi światłych i uczonych, którym nie w smak jest moje krytyczne spojrzenie na to, co się dzieje na świecie. Dla mnie są to słabe na umyśle, wyszczekane przygłupy, którzy są tylko mocni w pysku, i odważni tylko wtedy, kiedy kryją się za internetowym nickiem, tchórzliwie boją się podpisać swych bredni imieniem i nazwiskiem. To tchórze – zwyczajne śmierdzące tchórze. I takim sprzedajnym, tchórzliwym półmózgom zawsze odpowiadam tak:

Mamy tylko jedną Ziemię.
Ziemia bez nas będzie istniała przez miliardy lat,
ale my bez Ziemi nie możemy istnieć ani chwili.

- o czym my, ludzie niejednokrotnie zapominamy, bo jest nam tak wygodniej. I słono za to płacimy swym mieniem, zdrowiem i niejednokrotnie życiem…



[1] Dzisiaj Serbię.
[2] W naszym kraju nie wyciągnięto w ogóle żadnych wniosków po Megapowodzi z 1997 roku, co odbiło się straszliwie w roku 2010, kiedy to Polskę do dnia 9.X.2010 r. nawiedziło aż pięć fal powodziowych!